Skip to main content

Full text of "Kamienny Kanal"

See other formats


JESIENNA REWOLUCJA 


FALL REVOLUTION 
TOM2 


KAMIENNY KANAŁ 
THE STONE CANAL 


KEN MACLEOD 
Na podstawie wydania TOR, Nowy Jork, 2008 


przetłumaczył i opracował: 
Jacek Hummel 


Tłumaczenie jest dostępne na licencji 


Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe 


Warszawa, 2021 


a fall revolution novel 


reStOT( 


7 gm | m <= 


(e [Ble 


'Prose sleek and | the technology it describes' 
74 T . HAMILTON ) 
Z ( 





Dla Sharon i Michaela 


— mamy pewność, że materia we wszystkich swoich prze- 
mianach pozostaje wiecznie ta sama, że żaden z jej atrybu- 
tów nigdy nie może zaginąć, a więc, że z tą samą żelazną 
koniecznością, z jaką materia wytrzebi kiedyś na Ziemi naj- 
wyższy swój wytwór — myślącego ducha — z tą samą ko- 
niecznością będzie musiała zrodzić go ponownie w innym 
miejscu i w innym czasie. 


Fryderyk Engels, Dialektyka Przyrody] 






! cyt. z Wprowadzenie, (1883), zob. https: //www.marxists.org/ 
polski/marks-engels/1883/dial_prz/index.htm- przyp.tłum. 






Podziękowania 


Kamienny Kanał w Trzynastym 


Powieść ta obecnie może mieć czytelników młodszych 
niż ona sama. Pierwszy raz została opublikowana w 1996, 
jej wyobrażona przyszłość od razu zaczęła odpływać z biegu 
historii, zanim wszystkie kompasy i zegary zostały zreseto- 
wane w 2001. Trzy rozdziały osadzone są w realnej prze- 
szłości, w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dzie- 
więćdziesiątych, a dla niektórych czytelniczek te muszą być 
dziwniejsze niż te osadzone w przyszłości. Czy ktokolwiek 
wtedy myślał, że wkrótce będzie rewolucja, albo wojna ją- 
drowa, albo, że Internet sformatuje świat? Cóż, tak, niektó- 
rzy z nas tak myśleli. 


Przeczytaj moje wprowadzenie do Gwiezdnej Frakcji dla 
przyczyn,dla których kolejne idee, rewolucji, wojny, osobli- 
wości, tak typowe dla tych trzech dekad miały sens w tam- 
tych czasach, nawet jeżeli nie mają obecnie. Wystarczy już 
o polityce i historii. Co mnie uderza, przy ponownym czy- 
taniu Kamiennego Kanału, to jak osobista jest to książka. 
Miłość i przyjaźń, która trwa przez dekady, nawet wieki, 
jest główną osią fabuły. Jeszcze dziwniejsze niż to, trwają 
one przez platformy hardware i przerwę pomiędzy różnymi 


Podziękowania 


typami umysłów: fizyczna Dee i wirtualną Meg, forma jest 
ludzka, ale oba umysły są sztuczne. 


Jest w tej książce wrażliwość, która nie byłaby, jak są- 
dzę, możliwa przed latami dziewięćdziesiątymi, a której nie 
miałem jak odkryć. — Wszystko jest analogią, interfejs — 
mówi nam Wilde — jaźń sama ma okna — przez które rozu- 
mie Windowsy. Później upada i jest złapany przez Meg „mój 
drogi, słodki system operacyjny”. Różnica pomiędzy ludz- 
kim a maszynowym jest złamane, w każdym sensie. Wilde 
odnajduje się w Świecie, którego reguły napisał, ale gdzie ta 
różnica — o której wie, że została złamana — jest niepisanym 
prawem, które ubezpiecza wszystkie inne. Jeżeli prawa wła- 
sności, jak mówi narrator nam i Wilde kiedyś mógłby się 
zgodzić, to „co ludzie zgadzają się, by ludzie robili z rze- 
czami”, co dzieje się z rzeczami, które się nie zgadzają? A 
jeżeli jesteś jedną z tych rzeczy, kim się stajesz? 


Te pytania nie były nowe i mogły w praktyce nigdy nie 
zaistnieć, ale natarczywość, z jaką są podnoszone, nie jest 
zbyteczna. Informacja ciągle chce być wolna. Jednak co mnie 
uderza, przy ponownym czytaniu, jest to, jak pilne jest po- 
nowne przeżywanie wspomnień dawnych bitew, których wy- 
nik jest znany. Zdanie po zdaniu ma melancholijny rytm 
przypominania. Każda postać, do którego umysłu mamy do- 
stęp od Środka, jest, lub była, maszyną. Wszyscy są zali- 
czeni do zmarłych. W tym lub innym momencie wszyscy 
będziemy. To nie stoi w sprzeczności z nadzieją, którą utrzy- 
muje Wilde, że uda nam się dotrzeć na statki. Niektórzy 
z nas jeszcze mogą. Ciągle możemy mieć nadzieję, że uda 
nam się bez stawania się potworami, ale nie, myślę, bez sta- 
wania się czymś innym niż człowiek. 


Podziękowania 6 


Nie chcę, żebyście myśleli, że to wszystko sprawia, że 
książka jest poważna. Powieść była napisana z żarliwymi 
nadziejami, szczęśliwymi wspomnieniami i entuzjazmem ucze- 
nia się pisania programów tak jak książek. Traktuje ona wszyst- 
kie te ponure rzeczy, ludzką kondycję, starzenie się, straty 
i śmierć, jako ostatecznie rozwiązywalne problemy, patrząc 
wstecz z pewną nostalgią, z wyobrażonych czasów, kiedy 
zostały rozwiązane. Czasów, kiedy wszyscy umrzemy, tak, 
ale od kiedy to wstrzymywało nas od patrzenia w przyszłość? 

Brian Aldis argumentował, że pierwszą prawdziwą po- 
wieścią fantastyczno-naukową był Frankenstein. Nie myśla- 
łem o tym micie, gdy pisałem tę książkę, ale patrząc wstecz, 
widzę, jak DNA się replikuje: Wilde staje się zarazem Fran- 
kensteinem i Stworem, Dee i Annette pretendują do bycia 
Panną Młodą, a wszyscy spotykają Wilkołaka. To jest spo- 
sób odczytania, jako gwałtownego romansu. Ponieważ musi 
być coś gotyckiego w powieści, której pierwsze zdanie brzmi 
(zobacz dalej): 


Część I 


MASZYNERIA WOLNOŚCI 


Rozdział 1 


Równoważnik Człowieka 


Obudził się i pamiętał umieranie. 


Jego oczy i usta otworzyły się i wciągnął długi, szorstki 
wdech rozrzedzonego powietrza. Nogi kopnęły, a palce za- 
szurały w piasku. Potem jego kończyny się rozciągnęły się 
i leżał spokojnie. Każdy wdech był prędki, jak gdyby podej- 
rzewał, że następny mógłby być jego ostatnim. Jego palce 
wbiły się w ziemię, gdy patrzył prosto w górę na głęboko-niebieskie 
niezgłębione niebo. 


Przetoczył się, podniósł się z trudem na nogi i rozejrzał 
się dookoła. Stał na niższym zboczu niskiego wzgórka po- 
nad kanałem. Kanał miał jakieś dwadzieścia metrów sze- 
rokości. Ziemia na kilkuset metrach po obu stronach była 
rzadko pokryta trawą i krzewami. Poza tym ziemia była czer- 
wonawego koloru. 


Mężczyzna patrzył w górę i w dół Kanału. Kanał biegł 
od horyzontu do horyzontu, linia błękitu pośrodku pasa zie- 
leni, przepoławiając wielkie koło czerwieni pod kopułą nie- 
bieskiego. Niedaleko zenitu nieba świeciło małe i jasne słońce. 
Mężczyzna spojrzał się na nie, potem podniósł ramię z wy- 
ciągniętym kciukiem, jak gdyby w powitaniu. Przesunął pięść 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


z wyciągniętym kciukiem do przodu i tyłu, patrząc jednym 
okiem wzdłuż ramienia. Uśmiechnął się i skinął głową. 

Kilka metrów w górę stoku z miejsca gdzie stał, zbo- 
cze było rozbite, pokazując skałę pod cienką warstwą gleby 
i korzeni. Pomiędzy rozbabranymi, poszarpanymi głazami 
leżała elipsoidalna kapsuła, na metr długa, pół metra szeroka 
i na dwadzieścia pięć centymetrów wysoka. Górna i dolna 
połowa były identyczne i zwierciadlane. Pomiędzy nimi była 
jakiegoś rodzaju środkowe pasmo, gdzie mogły być dojrzane 
powierzchnie nieostre, na zawiasach lub łączone. Mężczy- 
zna podszedł i obejrzał to ostrożnie. Potem przysunął się 
bliżej, jak gdyby z zamiarem zbadania, i nagle się odwrócił. 

Zbiegł w dół do krawędzi Kanału i stał, patrząc na kap- 
sułę przez kilka minut. Zdjął swoje ubranie — buty, skarpetki, 
ocieplana kurtka, spodnie, podkoszulkę i spodenki — i zaczął 
poruszać dłońmi nad swoim ciałem, jak gdyby mył się bez 
wody. Potem założył swoje ubrania i podszedł stokiem do 
kapsuły. 

Położył ręce na biodrach i zmarszczył brwi. Otworzył 
usta, zamknął je, rozejrzał się i wzruszył ramionami. 

— Nazywam się Jon Wilde — powiedział. — Kim jesteś? 
— Nie wyglądał ani nie brzmiał, jak gdyby oczekiwał odpo- 
wiedzi. 

— Jestem maszyną równoważną człowiekowi — powie- 
działa kapsuła, próbując mówić miłym i konwersacyjnym 
głosem. Mężczyzna lekko podskoczył. 

— Zamierzam wstać — dodała maszyna równoważna czło- 
wiekowi. — Proszę, nie przejmuj się. 

Jon Wilde odszedł na kilka kroków, jego buty strącały 
kamyki i żwir w dół stoku. Klikające, zgrzytliwe dźwięki 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 10 


dobiegły od maszyny, gdy cztery metalowe kończyny roz- 
winęły się z centralnej partii. Wyglądały identycznie, z pa- 
zurami, nadgarstkami lub kostkami, łokciami lub kolanami. 
Dwie kończyny obróciły się i przesunęły się w dół, wbi- 
jając łączone komponenty na ich końcach w ziemię. Ma- 
szyna wyprostowała swoje kończyny i zabujała na stopach, 
jeżeli mogą być tak nazwane. Stała na wysokość około po- 
łowy wysokości mężczyzny, jej postawa i proporcje nieja- 
sno sugerowały mężczyznę biegnącego w bojowym kuca- 
niu, głowa w dół. 

Wilde spojrzał z góry na nią. 

— Gdzie jesteśmy ? — spytał. 

— Na Nowym Marsie — odpowiedziała Maszyna. 

— Jak się tutaj znalazłem? 

Nastąpiła około minutowa cisza. Wilde skrzywił się, ro- 
zejrzał się, pochylił się do przodu, gdy Maszyna przemówiła 
ponownie: 

— Stworzyłem Cię. 

Maszyna się odwróciła i odeszła. 

Wilde rzucił się za nią. 

— Gdzie idziesz? 

— Miasto Statku — powiedziała Maszyna. — Najbliższa 
ludzka osada. — Zatrzymała się na chwilę. — Poszłabym tam, 
gdybym była Tobą. 


>k kk 
Maszyna równoważna człowiekowi i mężczyzna, któ- 


rego podobno stworzyła, poszli razem brzegiem Kanału. Co 
jakiś czas Mężczyzna odwracał głowę i patrzył na Maszynę. 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 11 


Raz lub dwa otworzył już usta, ale zawsze znowu się odwra- 
cał, jak gdyby pytanie lub uwaga w jego głowie były zbyt 
śmieszne, żeby je wypowiedzieć. 

Po godzinie i dwudziestu minutach Mężczyzna się za- 
trzymał. Maszyna zatrzymała się po kilku krokach i stała 
bujając się lekko na jej metalowych nogach. 

— Jestem spragniony — powiedział Mężczyzna. Woda w Ka- 
nale była leniwa, nakrapiana zielonymi algami. Wskazał ją 
oczami z powątpiewaniem. — Wiesz może, czy to można 
pić? 

— Nie można — powiedział Maszyna. — I nie mogę jej 
oczyścić bez zużycia ilości energii, którą wolałbym zacho- 
wać. Jednakże mogę cię zapewnić, że jeżeli będziesz szedł, 
może z okazjonalnym odpoczynkiem, będziesz pił w Mie- 
ście Statku dzisiaj wieczorem. 

— Marsjańskie bary? — powiedział Wilde i się roześmiał. 
— Zawsze chciałem posiedzieć w marsjańskich barach. 

Kolejna godzina minęła i Wilde powiedział: 

— Hej, widzę to! 

Maszyna nie musiała się go pytać. Bez zmiany kroku, 
gładko rozsunęły się nogi, aż szła z kapsułą prawie na wy- 
sokości głowy Mężczyzny i zobaczyła to, co Wilde widział: 
poszarpane nieregularności na horyzoncie. 

— Miasto Statku — powiedziała Maszyna. 

— Zróbmy przerwę — krzyknął Mężczyzna, podganiając, 
żeby dotrzymać kroku. — Nie ma potrzeby iść jak marsjańska 
machina bojowa. 

Równy krok Maszyny się nie zmienił. 

— Jesteś silniejszy, niż ci się wydaje — powiedziała. Męż- 
czyzna dogonił ją i maszerowali koło siebie. 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


— Podoba mi się to — dodała po chwili Maszyna. — „Jak 
marsjańska machina bojowa”. Ha ha. 

Jej śmiech wymagał pracy, jeżeli miałby brzmieć jak 
ludzki. 

Szli dalej. Ich cienie wydłużały się przed nimi, a miasto 
powoli pojawiało się nad horyzontem, który, dla Mężczy- 
zny, był nieznajomy, lecz nie niespodziewanie bliski. Nie- 
regularności różnicowały się w wysokie, jeżące się wieże 
połączone łukami i smukłymi, wygiętymi mostami. Kopuły 
i bloki stały się widoczne pomiędzy wieżami, pośród któ- 
rych matowa inkrustacja mniejszych budynków rozkładała 
się z miasta, przyćmiona niską mgłą. 

Małe słońce zaszło za nimi, a w ciągu piętnastu minut 
otoczyła ich noc. Mężczyzna zatrzymał się i Maszyna się 
zatrzymała. 


Jon Wilde obrócił się kilka razy, rozglądając się od ze- 
nitu do horyzontu i z powrotem jak gdyby szukał czegoś, 
co mógłby rozpoznać. Nic nie znalazł, w końcu spojrzał na 
Maszynę, niewyraźną w Świetle gwiazd, która odbijały się 
jak szron od jej kadłuba i boków. 

— Jak daleko? — Słowa wyszły z suchych ust. Poma- 
chał dłonią na rozjarzone, marznące, zatłoczone niebo. — Jak 
długo? 

— Hej, Jon Wilde — powiedziała Maszyna. Teraz mówiła 
poprawnym tonem konwersacyjnym. — Gdyby wiedział, to 
bym ci powiedział. Ta sama spirala, inne ramię, z tego, co 
wiem. Mówimy tutaj o wspomnieniach, człowieku, mówimy 
tutaj o czasie geologicznym. 


Dwa byty medytowały siebie przez chwilę, potem po- 


12 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


śpieszyły ostatnie kilka kilometrów do mnożących się Świa- 
teł Miasta. 


>k kk 


Stras Cobol, przy Kamiennym Kanale. Część ludzkiej 
Dzielnicy. Dobre miejsce, żeby się zgubić. Systemy inwigi- 
lacji integrowały widok... 

'Trzykilometrowy pas ulicy, brzeg Kanału z jednej strony, 
budynki po drugiej stronie, ich wysokość jak wykres słup- 
kowy wartości nieruchomości w długim spadku od wyso- 
kich wież centrum do niskich slumsów na krańcu miasta, 
gdzie wpada czerwony piasek z pustyni i rodzinne zakłady 
fuzyjne błyszczą w ciemnościach. Na tej samej trajektorii 
handel wylewa się wzrastająco zza Ścian i okien, na stra- 
gany na chodniku i tace straganiarzy. Na całej długości ulicy 
energicznie przepychają się ludzie i maszyny, niektórzy pra- 
cujący, inni wypoczywający, gdy Światło zanikało na niebie. 

Pomiędzy wszystkimi twarzami w tłumie, coś skupia się 
na jednej z nich. Kobieca twarz, śledzona krótko, gdy prze- 
dziera się pomiędzy innymi ciałami na ulicy. Procedury ewa- 
luacji systemu kategoryzują sprawnie jej wygląd: widoczny 
wiek około dwudziestu, wzrost około metra sześćdziesiąt 
— dobrze poniżej średniej — masa lekko powyżej średniej. 
Jej wzrost jest podwyższony w obrębie normalnego zakresu 
przez buty na wysokim obcasie, jej figura podkreślona prąż- 
kowanym swetrem z długimi rękawami i wąską spódnicą, 
zręcznie rozciętą, że nie utrudnia jej szybkich kroków. Włosy 
do ramion, grube i czarne, kołyszą się dookoła twarzy pięk- 
nej i niezapomnianej, ale nie włączającej żadnych przełącz- 
ników w estetyce skalarnej Systemu, szerokie policzki, pełne 


13 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


usta, duże oczy z zielonymi tęczówkami i nagle wąskimi, 
zerującymi się źrenicami, które patrzą prosto na ukryte so- 
czewki, które ją oglądały. Jedno oko zamyka się w czymś, 
co wygląda jak mrugnięcie. 

I nagle jej nie ma. Zniknęła z widoku Systemu, jest tylko 
zamazaną anomalią, unoszącym się pyłkiem na jego wizji 
i niepokój przemija w jego umyśle, gdy uwaga jest skutecz- 
nie odwrócona przez właściciela straganu kierującego po- 
jemnikiem na gorący olej przez pobliskie skrzyżowanie bez 
wymaganej ostrożności i uwagi i włącza się program „mamy 
potencjalny problem przed sobą”... 


>k kk 


Jednak ona ciągle tam jest, ciągle idzie szybko, a my cią- 
gle jesteśmy z nią, z powodów, które kiedyś staną się jasne. 
Jesteśmy w jej przestrzeni, w jej czasie, w jej głowie. 

Jej piękna mała głowa zawiera i ukrywa prawdziwie neo- 
marsjański umysł, intelekt rozległy, chłodny i bezduszny, jak 
powiedział Mężczyzna, i właśnie teraz jest w trybie bojo- 
wym. Uruchomiła Szpieginię, nie Żołnierkę, ale Żołnierka 
tam jest, gotowa się włączyć na pierwszą oznakę kłopotów. 
Ruch ciała jest obsługiwany przez Sekretarkę, w trybie wol- 
nego czasu: jej krok to pośpiech „spóźniam się na randkę” 
i jak na razie działa dobrze. Prócz tego, że szła dalej i szyb- 
ciej niż jakakolwiek dziewczyna, która normalne by szła 
w takich okolicznościach, a skóra nad ścięgnem Achillesa 
ściera się do krwi. Włącza podprogram Chirurżki i ból prak- 
tycznie się wyłącza. 

Pozwala sobie na rozproszony blask przyjemności za wy- 
krycie i odwrócenie uwagi systemu inwigilacji. Jej praw- 


14 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


dziwe niebezpieczeństwo, wie o tym, pochodzi z ludzkiej 
pogoni. Nie może spojrzeć do tyłu, ponieważ nie śmiała 
włączyć sonaru i radaru, ale używa każdej innej wskazówki, 
która wpada jej w oko. Każde echo, każde odbicie: w oknach, 
kawałkach złomu i błyszczących zderzakach pojazdów, na- 
wet w siatkówkach ludzi idących w przeciwnym kierunku, 
wszystko buduje jej dookolne pole widzenia. Ciągle aktu- 
alizowany, niesynchroniczny palimpsest, gdzie ludzie i po- 
jazdy w 3D i pełnym kolorze przechodzą z jej stożka widze- 
nia do szerszej sfery, gdzie stają się nierównymi postaciami 
z kreskówek, szkicami sporadycznie zablokowanymi w ko- 
lorze, gdy kawałek szczegółu błyska z przodu do tyłu. (Mo- 
głaby utrzymać renderowanie koloru, gdyby chciała, pozwo- 
lić wirtualnej i widocznej rzeczywistości bezszwowo się sca- 
lić, ale nie ma mocy obliczeniowych do stracenia. Szpiegini 
jest wymagającym narzędziem i zjada zasoby). 


15 


Zaznacza ostrzeżenie, niesubtelne czerwone strzałki wska- 


zujące na jedną z twarzy, potem kolejną, obie daleko za nią. 
Rzuca zbliżenie na te odległe kropki, rozszerzając je do cze- 
goś rozpoznawalnego, i rozpoznaje je. Dwóch mężczyzn, 
dwóch goryli zatrudnionych przez jej właściciela. Ich na- 
zwiska nie są w pliku, ale widziała ich w przelocie w róż- 
nych okresach przez lata. 


Szpiegini analizuje ich ruch i zgłasza, że jeszcze jej nie 
odkryli: szukają, nie śledzą. Jeszcze nie. 


Widzi znak baru zbliżający się na jej lewej, „Mila Mal- 
leya” wypisane musującym tęczowym neonem. Szczęśliwie, 
najbliższy zbliżający się pieszy jest potężny i idzie blisko 
boków budynków. Pozwala dwóm metrom trzydziestu, dwu- 
stu kilogramowej masie giganta minąć ją, jedyną wartą za- 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 16 


uważenia rzeczą o nim jest niewłaściwy kwietny zapach szam- 
ponu, który ostatnio używał na pomarańczowej skórze —i gdy 
zasłania jakikolwiek widok jej od tyłu — wpada przez drzwi. 


To miejsce jest śmieciowym, tandetnym pubem. Dużo 
drewna i metalu. Muzyka jest dudniącym hałasem w tle, 
jak maszyny. Wentylacja nie radzi sobie z dymem i ktoś 
już miał makową fajkę. Ryby słodkowodne są grillowane 
gdzieś z tyłu. Niski sufit, przyćmione światła. Jej wizja do- 
pasowuje się bez mrugnięcia i jest dzień, plus minus dziwna 
długość fal. Szpiegini przejmuje dowodzenie na obserwa- 
cję, drugie, długie obejrzenie pomieszczenia. Wykrywa in- 
wigilację, oczywiście, ale to tylko własny system zajazdu, 
dokładnie tak mądry i niebezpieczny jak pies. I tak je pin- 
guje, zostawiając system z niskomocowym przekonanie, że 
ta osoba, która właśnie weszła, jest miła i właśnie poklepała 
po głowie i może być od teraz bezpiecznie zignorowana. 


W „Mili Malleya” jest kilka tuzinów ludzi: pracownicy 
farm, mechanicy na stołkach barowych i pracownicy biu- 
rowi, w większości młode kobiety, dookoła okrągłych sto- 
łów. Wyglądają jakby przyszły tutaj na drinka w drodze do 
domu po pracy i zostały na kilka więcej. Dobrze. Zauważa 
ogłoszenie: żadnej ukrytej broni. Wyjmuje pistolet z torebki, 
którą nosi, i przylepia go do pasa sukienki, podchodzi do 
baru. Dziewczyny dookoła stołu zauważają ją, mężczyzna 
na stołku zauważa ją, ale to dlatego, że jest piękna, nie dla- 
tego, że wygląda nie na miejscu. 


Barmanem jest kolejny gigant, jakiś wzmacniany inte- 
lektualnie gigantopitek lub cokolwiek (nigdy nie miała oka- 
zji uporządkować rodzajów człowiekowatych), który smut- 
nie opiera się na łokciach, nadgarstki wiszące nad krawędzią 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


baru. Odwraca się od gladiatorów na telewizorze i uśmiecha 
się do niej, lub w każdym razie odsłania żółte kły. 


— Ta? 
— Dark Star, proszę. 


Bez wstawania barman sięga po butelki i miesza rum 
i colę. 
— Lyd? 


— Tak, proszę. — Jest ostrożna ze szczelinowymi gło- 
skami. Trudno się oprzeć impulsowi do naśladowania (wła- 
Ściwie to błąd w Szpiegini). Pozwala Szpiegini zająć się pro- 
cesem płacenia, wybrania właściwego brudnego banknotu 
z jej zwędzonej kolekcji weksli. Wartościami złota może się 
zajmować w dowolnej ramie umysłu, ale zbiory, części ma- 
szyn, ziemia i czas pracy są obce dla większości z nich. 


Lód stuka, gdy zabiera drinka do niezajętego stolika naj- 
bliżej najdalszej Ściany. Siada plecami do tej Ściany. Kła- 
dzie torebkę i pistolet, od niechcenia, na stole. Sączy drinka, 
zapala papierosa i obserwuje drzwi, jak gdyby czekała na 
przyjście przyjaciół lub sympatii. 

Dwie fotograficzne twarze, obecnie unoszące się w jej 
oprogramowaniu rozpoznawania wzorów i celowania, mogą 
wejść przez te drzwi w każdej minucie. Jeżeli ma szczęście, 
nie wiedzą, że jest uzbrojona. Prawie na pewno nie wie- 
dzą o Szpiegini, Żołnierce i wszystkich innych programach, 
które załadowała. Oczekują Sekretarki, Seks, i Samej, które 
pomiędzy sobą nie potrafią zdziałać nic więcej niż kopnię- 
cie, ugryzienie czy podrapanie. Mogą sobie z tym poradzić, 
a co do innych tutaj... gdy tylko goryle pokażą swoje do- 
kumenty, klienci będą obserwować, jak ją wyciągają z tego 


17 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 18 


miejsca z całą empatią, solidarnością, współczuciem i tro- 
ską, jaką okazaliby odzyskaniu ukradzionego pojazdu. 

Niemniej są ludzie w tej dzielnicy, którzy nie traktują 
rzeczy w ten sposób, i jeżeli faceci od odzyskiwania nie 
wejdą i nie odnajdą jej, lub jeżeli wejdą, ale ucieknie, to 
zacznie szukać ludzkich sojuszników na uliczkach z tyłu. 

To wszystko, co może być. Jej właściciel mógł już od- 
kryć, jaki hardware i software zapakowała, i może wysłał 
kogoś, lub coś, groźniejszego po nią. 

Patrzy się na drzwi, a palce trzyma blisko pistoletu. 


— Mówią tu po angielsku? 

Wilde szurnął nogą powierzchnię Ścieżki na brzegu ka- 
nału — zmieniła się od zdeptanego pyłu do paska stopionego 
piasku, który rozszerzył się i połączył z ulicą przed nimi, 
stała droga stworzona z tego samego materiału, jak gdyby 
palec boży narysował linię z kosmosu — i czekał na odpo- 
wiedź maszyny. 

Miasto rozrosło się na horyzoncie, gdy się zbliżali, w końcu 
w potężne, nieostro, wyglądającą organicznie, zbieraninę strze- 
listych ostrych wież, ich widoczna struktura jak wnętrze ko- 
Ści lub szkielety stworzeń morskich, ich zarysy podkreślone 
przez światła. To, co wyglądało z dystansu jak jakieś ma- 
towe podszycie, okazało się teraz peryferiami niskich bu- 
dynków, które, w odróżnieniu od slumsów, które znał Wilde, 
wydawały się rozciągać się przez Środek miasta, na którego 
krawędzi teraz stali. Po lewej i prawej były pola. Masywne 
poruszające się obecności maszyn na tych polach były je- 
dynym ruchem, na który dotychczas natrafili. Światła ich 
minęły, ale było trudno powiedzieć, czy były naturalne, czy 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


sztuczne. Raz, coś ogromnego, cichego i pozostawiającego 
zielony powidok lub ślad, rzuciło się nad ich głowami, and 
miastem i błysnęło dalej z odległości. 

— Wodospad — wyjaśniła Maszyna, nieprzydatnie. 

Teraz przeniosła się na stopy i odpowiedziała na pytanie 
Wilde 'a. 

— Będziesz zrozumiany — powiedziała z wahaniem. — 
Angielski jest dominującym językiem. Twoje słownictwo i ak- 
cent, tak jak mój, mogę dodać, może wydawać się nieco oso- 
bliwe. 

— Zanim pójdziemy dalej — powiedział Wilde, jego wzrok 
przeskakiwał od budynków pod pierwszymi lampami przed 
nimi do maszyny — musisz mi parę rzeczy wyjaśnić. Pierw- 
sze, czy normalnym jest rozmawianie z maszyną? Mam na 
myśli, czy...roboty? ...takie jak Ty są tutaj powszechne? 

— Możesz tak powiedzieć — powiedziała sucho Maszyna. 

— Ok. Następna sprawa na liście, jeżeli o mnie chodzi, to 
załatwienie czegoś do picia, jedzenia oraz miejsca do spania. 
Czy dobrze myślę, że będę musiał za to zapłacić? 

— O tak — powiedziała Maszyna. 

— A przypadkiem nie masz jakichś pieniędzy schowa- 
nych w tej Twojej skorupie? 

— Nie, ale mogą zrobić więcej niż to. Widzisz ten drugi 
budynek wzdłuż drogi? To bank spółdzielczy. 

Wilde nic nie powiedział, choć otworzył usta. 

— Pamiętasz co to takiego, prawda? 

Wilde się roześmiał. 

— Więc dostanę gotówkę, zastawiając moją własność? — 
Wskazał na swoje ubrania, które miał na sobie. — To niedużo 
pomoże... 


19 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 20 


Maszyna wydała godną symulację uprzejmego kaszlnię- 
cia. 

— Och. — Wilde spojrzał na nią z nowym, spekulacyjnym 
zainteresowaniem. — Rozumiem. 

Ruszył wzdłuż drogi, przed Maszyną po raz pierwszy, 
od kiedy się poznali. Maszyna szarpnęła w ruch za nim. 

— Tylko nie zrozum tego źle — powiedziała, jej głos tak 
sztywny, jak chód. 


Jedna z dziewcząt przy najbliższym stoliku dawało po- 
kaz piosenki pubu z autentycznym, strasznym akcentem, peł- 
nym ckliwej tęsknoty. 

- Kebych mog przejść przez tęcza 

kero Świyci bez Mila Malleya... 

Jaźń wie, że Mila Malleya jest realnym miejscem, i że 
oba, poczucie straty i efekt tęczy, odnoszą się do aspektów 
jej rzeczywistości, która. .. dziwnie, albo czy to tylko część 
programu? ...sprowadza łzy do nawet jej chłodnych oczu. 
Naukowczyni jęczy o tym, ale nie chce wiedzieć o tym teraz. 

Właśnie usadowiła się z trzecim drinkiem, zamieniając 
alkohol prosto w energię, ale pamiętając, żeby symulować 
wpływ, kiedy drzwi otwierają się z grzmotem i wchodzi dziew- 
czyna, która na pewno nie jest pracownicą biurową decydu- 
jącą się rozpocząć tutaj weekend. 

Jest wysoka i szczupła, choć jej kamizelka kuloodporna 
sprawia, że wygląda obszernie. Wąskie dżinsy, trampki, wielki 
automat w kaburze na biodrze. Na drugim biodrze opiera 
dużą torbę z paskiem wrzynającym się w jej ramię. Krótkie 
blond włosy leżą gładko na czaszce. Twarz zbyt chuda, żeby 
być ładna. Główna rzecz działająca na jej korzyść to jej ja- 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


sne niebieskie oczy i wielki uśmiech, który w tym momencie 
zwrócił się na mężczyzn przy — oraz mężczyznę za — barze. 


Podchodzi do baru i zamawia piwo, i gdy je pije, roz- 
mawia z jednym lub drugim facetem, a kiedy rozmawia, 
sięga do swojej wielkiej torby i wyciąga Świeżo wygląda- 
jącą gazetę i starannie liczy monety, od mężczyzn, którzy 
je biorą. Niektórzy z nich biorą je, jakby chętnie je czytali, 
inni z pokazem niechęci i przekomarzaniem się, ale więk- 
szość potrząsa głową, lub wzrusza ramionami i wraca do ich 
własnych rozmów i oglądania ekranu telewizora, gdzie ktoś 
właśnie rozpoczyna strzelaninę. Przez cały czas dziewczyna 
co chwilę rozgląda się po sali w sposób, który rozdziera 
Szpieginię pomiędzy podziwem nad dyskretnym sposobem 
wykonania i lękiem, że patrzy na kogoś całkiem bliskiego 
małego serca Szpiegini, mianowicie Samej. 


Dziewczyna przy barze rozmawia z mężczyznami przez 
kilka minut, potem od niechcenia schodzi ze stołka i bierze 
garść papierów, próbując sprzedać je dziewczynom z biura. 
Odnosi sukces tylko przy jednym stole, a potem idzie do 
ostatniego stołu, gdzie samotnie siedzi ciemnowłosa kobieta. 


Strzał odbija się echem. Dwie ręce szarpią się w kie- 
runku pistoletów, potem cofają się, gdy nierówne wiwaty 
z ekranu oraz od widzów wskazuje, że to była wymierzona 
kara śmierci. 


A potem, uśmiechając się i potrząsając głową, ona stoi 
tam patrząc w dół. 


— Nerwowe dzisiaj jesteśmy, co? — mówi. 


Szpiegini i Zołnierka są w istocie nerwowe, przepycha- 
jąc się o posiadanie, a wszystko, co Szpiegini może zrobić 


21 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 22 


to zmodulować ostrą komendę Żołnierki w gładką, cichą 
prośbę: 
— Po prostu nie stój pomiędzy mną a drzwiami. 
Wysoka kobieta rozsądnie robi krok w bok. Patrzy zdzi- 
wiona, ale nie odchodzi. 
Cześć — mówi. — Nazywam się Tamara. A Ty? 





Sama przejmuje. Trzyma jej ręce, gdzie są. 
Dee — mówi. — Dee Model. 





— Ach — odpowiada Tamara. — Rozumiem. — Jej oczy 
lekko się rozszerzają, gdy to mówi, potem patrzy w bok, jak 
gdyby, przez chwilę, była w rozterce. — Mogę się przysiąść? 

Dee wskazuje jej, żeby po prostu to zrobiła. Siada po 
prawej stronie Dee, pomiędzy nią a barem. 

— Co to za gazeta, którą sprzedajesz? — pyta Dee. 

Tamara przesuwa kopię przez stół. Na winiecie jest napi- 
sane Abolicjonista w dziwnej, nieregularnej czcionce z ostrymi 
szeryfami. Artykuły, które Szpiegini asymiluje w około dwie 
sekundy i które stopniowo przesącza do Samej, są dziw- 
nym miksem: wiadomości o sporach pracowniczych, arty- 
kuły techniczne o asemblerach, reaktorach i tak dalej, jakieś 
kolumny paranoicznych plotek o działaniach różnych waż- 
nych osób, w których nazwisko właściciela Dee pojawia się 
tu i tam, oraz długie, chaotyczne, teoretyczne szpalty o inte- 
ligencji maszyn. 

Dee odkłada ją, wydaje się, że rzucając tylko zwykłe, 
powierzchowne spojrzenie. Zastanawia się przez chwilę, czy 
to nie pułapka, ale Szpiegini myśli, że to mało prawdopo- 
dobne: to są dokładnie tego rodzaju idee, które miała na- 
dzieję odnaleźć w tym rejonie, i jest oczywiste, że popar- 
cie Tamary dla nich jest całkowicie znajome, może z rezy- 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


gnacją, dla osób dookoła niej. (To, że ci dookoła niej mogą 
być częścią jakiegoś rozbudowanej pułapki, nie zastanawia 
Dee, ani nawet Szpiegini: choć ich tło jest bogate w intrygi 
i zdrady, brak im rozgałęzionej konspiracyjnej wyobraźni, 
która byłaby ich drugą naturą, gdyby żyli w państwie). Dee 
próbuje nie pokazać dzikiej nadziei w głosie. 

— Czy uważasz, że maszyna równoważne człowiekowi 
są, cóż, równoważne człowiekowi? Że mają prawa? 

— Och oczywiście — odpowiada Tamara. — A Ty nie? 

— Hmm — mówi Dee. — Pozwól mi postawić ci drinka. 


Kiedy wraca, niesie torbę Tamary. Wsuwa ją pod stół 
i kładzie pistolet z powrotem na stole. Tamara gestem odma- 
wia ofercie papierosa. Dee zapala i pochyla się blisko. Żoł- 
nierka zajmuje drugie miejsce od Szpiegini, która nie lubi 
tego, co się dzieje. Wszystko, co może zrobić Szpiegini to 
upewnić się, że nikt nie podsłucha. Kolejna sonda w elek- 
tronikę sali i głośność muzyki wzrasta o kilka decybeli. 


— Jestem maszyną — mówi Dee. 


"Tamara oczywiście to podejrzewała, z samego imienia, 
ale tak samo oczywiście nie do końca w to wierzyła. 

— Mogłabyś mnie oszukać, dziewczyno — mówi. 

Dee wzrusza ramionami. 

— Większość mojego ciała wyrosła w kadzi, czy coś. 
Większość mojego mózgu jest sztuczna. Technicznie i legal- 
nie jestem odmóżdżonym klonem kierowanym przez kom- 
puter. Zaden komponent nie jest niczym innym jak obiek- 
tem, ale ja czuję się jak osoba. 

Tamara energicznie kiwa głową, w sposób, który robią 
ludzie. 


23 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 24 


— I potrzebuję Twojej pomocy — dodaje Dee. — Uciekłam 
i agenci mojego właściciela szukają mnie na tej ulicy. 

Głowa Tamary przestaje się ruszać, a jej usta się otwie- 
rają. 

— O kurde — mówi. 

Dee patrzy się na nią. 


— O co chodzi? — pyta. — Czy to nie jest to, co chcesz? — 
Rzuca spojrzenie na Abolicjonistę. — Czy to jest wszystko... 


Tamara zamyka oczy na chwilę i lekko potrząsa głową. 


— To nie tak — mówi, wyglądając na zawstydzoną. Układa 
palce do boków nosa i mówi cicho w tę wystarczającą ma- 
skę. — Oczywiście pomogę Ci... Pomożemy Ci. To tylko. ..to 
nie jest główna sprawa, którą się zajmujemy, wiesz? Prze- 
konaliśmy kilku ludzi do uwolnienia maszyn, ale maszyna 
samo się uwalniająca nie zdarza się zbyt często. Tak czy 
inaczej, nie żebyś gdzieś o tym usłyszała. — Uśmiecha się 
znowu, z powrotem na torach. — Chcesz o to walczyć? 

— Jestem gotowa na dowolny rodzaj walki — mówi Dee. 
— Kto to „my”? 

— Pół ulicy pełnej anarchistów — mówi Tamara. 

Dee nie rozumie, co to znaczy, dokładnie, ale brzmi obie- 
cująco, szczególnie w sposób, w jaki mówi to Tamara. 

— Czy możesz zapewnić azyl? — pyta Dee. 

— Najprawdopodobniej jesteśmy Twoją najlepszą opcją 
— mówi z roztargnieniem Tamara. — Nigdy nie odbyła się do- 
bra walka w tej sprawie. To byłoby coś, być tymi, którzy to 
zaczną. Cholerne piekło. To mogłoby wstrząsnąć Miastem, 
całą przeklętą planetą! 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 25 


Dee próbuje wymyślić powód, dlaczego tak miałoby być, 
ale oprócz odrobiny machania ręki od Naukowczyni wydaje 
się, że nie ma żadnych informacji w pliku. 

— Dlaczego? — pyta. 

"Tamara patrzy się na nią. 

— Jesteś zdecydowanie maszyną — mówi, uśmiechając się 
przez jej dłoń. — Albo znałabyś odpowiedź. 

Dee zastanawia się nad tym, próbując sformułować wy- 
powiedź z samych podpowiedzi Naukowczyni. 

— To z powodu szybkiego ludku, prawda? — sugeruje by- 
strze. — A Nieożywieni? 

Brwi Tamara unoszą się szybko na ułamek sekundy. 

— To mądre zmartwienie — mówi. — To głupie zmartwie- 
nia są prawdziwym problemem... Myślę, że to odkryjesz. 
Jednak. Agenci pewnie trzymają się na zewnątrz? 

Dee myśli o tym. 

— Nie — mówi. — Nie teraz. Jednak mogą być inni. 

Tamara dopija napój. 

— Chodźmy — mówi. 

Właśnie się zbierają, gdy drzwi się otwierają i wchodzą 
młody mężczyzna i stary robot. Mężczyzna wygląda mizer- 
nie i ma na sobie ubranie pustynne, a robot to tylko standar- 
dowy sprzęt budowlany. Tamara nawet nie patrzy na nich, 
ale Dee obserwuje, jak Mężczyzna zatrzymuje się w drzwiach 
i rozgląda się po pomieszczeniu z zaciekawionym przeję- 
ciem. 

Widzi ją i jego wzrok się zatrzymuje. 

Robi krok do przodu. Jego twarz wykrzywia się jakby 
pod przyśpieszeniem w okropną, udręczoną maskę, bardziej 
skrzywienie cech niż wyrażenie, jest nieczytelna, nieludzka. 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 26 


W tym samy czasie Dee czuje, jak czujniki robota skanują 
jej ciało i uderzają w mózg. Szpiegini, Żołnierka i Systema 
poruszają się oszałamiająco szybko w wirtualnych przestrze- 
niach jej umysłu, odpierając atak hakerski. Jej własne obronne 
próby hakowania są odchylone przez jakąś osłonę tak nie- 
przepuszczalną, jak — i pewnie nie bardziej niż — twarda 
metalowa skorupa robota. Robot wykonuje nagły przechył 
do przodu, gdy Mężczyzna robi drugi krok w jej kierunku. 
Wszystkie jaźnie Dee zaczynają krzyczeć na nią, żeby ucie- 
kała. 

Trzyma pistolet w obu dłoniach przed sobą, a stół jest 
przewrócony kopniakiem, Tamara koło niej. W barze zapada 
cisza, oprócz dudniącej muzyki i ryków widowni stadionu 
w telewizji. 

— Z tyłu! — rzuca Tamara przez zaciśnięte zęby. Obraca 
się, kierując Dee na prawo, idąc tyłem, przepychając się 
przez drzwi, które zatrzaskują się przed nimi. Są w kory- 
tarzu, ciemnym, oprócz smug żółtego Światła i ciężkiego od 
zapachu piwa i ryb. 

Dee wzmacnia swoją wizję i widzi mocno mrugającą Ta- 
marę, jak obraca się dookoła. Ze sposobu, w jaki się porusza, 
jest oczywiste, że Tamara widzi w ciemnościach przynaj- 
mniej tak dobrze jak Dee. 


— No chodź! — woła Tamara i pogrąża się w korytarzu. 
Dee zrzuca buty, łapie je i biegnie za Tamarą, w dół po scho- 
dach i dookoła rogów w jeszcze ciemniejszy, śmierdzący 
korytarz, w istocie tunel. Dee słyszy ruch ulicy nad głową 
i wyczuwa z każdym krokiem narastającą wilgotność w po- 
wietrzu. Rzuca spojrzenie do tyłu i nie widzi oznak Ścigania. 
Woda w powietrzu smakuje rdzą, gdy zatrzymują się przed 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


ciężkimi metalowymi drzwiami na końcu. Tamara grzebie 
przy ryglach na górze i dole drzwi, aż brzękają. Zatrzymuje 
się, słucha, potem powoli otwiera drzwi, trzymając się za 
nimi, aż drzwi są prawie równolegle do ściany. Wygląda zza 
nich przez chwilę, patrząc wgłąb i nie do tyłu. 


— Czekaj — szepcze. Ostrzeżenie nie jest konieczne: Żoł- 
nierka się włączyła i Drzwi stoi płasko przy Ścianie tunelu 
dwa metry od drzwi i bardzo powoli przesuwa się do przodu. 
Gdy jej stożek widzenia rozszerza, widzi, że drzwi otwie- 
rają się na wąską kamienną półkę, ledwo ponad powierzch- 
nią Kanału, który w tym punkcie jest szeroki na pięćdzie- 
siąt metrów. Światła z przeciwnej ulicy, Rue Pascal, odbijają 
się w pociętych czarnych falkach kanału, zmąconych przez 
częste fale kursujących łodzi. Z, dźwięku uderzeń i bulgotu 
wody wie, że zewnętrzny motor, tuż na granicy jej wzroku, 
należy do małej łódki przycumowanej blisko drzwi. 


Na metrowej szerokości nabrzeżu porusza się cień, jej 
własny. 


Odwraca się, żeby spojrzeć w tunel. Światło, daleko z tyłu 
korytarza, się właśnie pojawiło i coś się porusza pomiędzy 
tym miejscem a źródłem. Tamara, chwilę później, też to za- 
uważa i wychodzi zza drzwi. Patrzy na Dee, wskazuje na 
zewnątrz, a potem robi dwoma palcami ruch siekający od 
lewej do prawej. Razem wyskakują zza drzwi, obracają się 
w przeciwnych kierunkach, gdy stabilizują pozycję, kucając 
na nabrzeżu. 


Dee widzi wymurowany brzeg kanału sięgający trzy me- 
try do poziomu ulicy i nabrzeże wybudowane wzdłuż kanału 
do skrzyżowania kilkaset metrów dalej. Łodzie i barki są 


27 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


przycumowane wzdłuż brzegu, drzwi i wyjścia tuneli prze- 
rywają go. Nikt w tym momencie się nie porusza. 


Ponad jej ramieniem widzi podobny widok w przeciw- 
nym kierunku, prócz tego, że kanał rozszerza się w ciemność 
pustyni. Słyszy przynajmniej jeden komplet biegnących kro- 
ków, teraz około połowy drogi w tunelu. Wskazuje gorącz- 
kowo Tamarze. 

— Wsiadaj na łódź! — mówi Tamara. Ciągnie za linę i mały 
ponton uderza o krawędź nabrzeża. Ledwie się buja, gdy Ta- 
mara wsiada, kołysze się dziko, gdy Dee naśladuje. Kładzie 
się płasko na plecach na mokrym dnie łodzi na swojej to- 
rebce i butach, jej stopy przeszkadzają Tamarze, gdy ludzka 
kobieta odbija i włącza silnik. Dee jest zadowolona ze swej 
niegodnej pozycji, gdy Tamara otwiera przepustnicę i jęk 
silnika wzrasta do krzyku, a przód łodzi się unosi. Łódź wy- 
pływa na wodę i Tamara wprowadza ją na długą krzywą, 
która zabiera ich na środek kanału pośród krzyków i prze- 
kleństw z innych łodzi w czasie gdy odległe postaci poja- 
wiają się przy wyjściu z tunelu. 

To Mężczyzna, który ją rozpoznał. Krzyczy za nimi, ale 
cokolwiek mówi, jest utracone w dźwięku silnika. Tamara 
znowu obraca rumpel i wykręcają, pryskając wodą, kierują 
się na otwarcie, mijając Stras Cobol i w boczny kanał bez 
okien, który biegnie pod wysokimi murami mniej niż pięć 
metrów od siebie. Tamara zmniejsza obroty silnika i Dee 
ostrożnie siada. 


— Szczęśliwe dla nas była łódź — mówi. 

Tamara parska. 

— To moja łódź! Zostawiłam ją tam godzinę temu, kiedy 
zaczęłam swoją rundę po barach. 


28 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 


Dee uśmiecha się słabo. 

— Dokąd zmierzamy? 

— Plac Okrągły — mówi Tamara. — Okręg żywych umar- 
łych. Rojący się o złych artystów, wolnomyślicielskich ma- 
szyn i anarchistów wykłócających się co robić w anarchii. 
Bezpiecznie. 

Dee nie jest pewna jak to rozumieć. 

— Dzięki za wyciągnięcie mnie. 

"Tamara patrzy koło Dee na ciemną wodę. 

— Ta, cóż. .. muszę przyznać, że nie jestem pewna z czego 
Cię wyciągnąłem. Ten facet i robot nie wyglądali mi na ła- 
paczy. Rozpoznałaś ich, czy co? 

Dee już przeszła przez to w głowie. 

— Nie — mówi, jej głos chłodny. — Ale on mnie rozpoznał. 
Jestem tego pewna. 

— Ja też — mówi Tamara sucho. — Tylko wydaje mi się, 
że znał cię na żywo. Wyglądał, jakby chciał cię zabić, w tej 
pierwszej chwili. Tak czy inaczej, kogoś zabić, ale kurde, to 
mógł być szok, czy coś, hej! — Patrzy na twarz Dee. — Nie 
jesteś jedną z nieożywionych, prawda? Ty i on mogliście być 
wcześniej. — Wygląda na całkiem zadowoloną z tej spekula- 
cji. — W porządku, możesz mi powiedzieć. Nie mamy nic 
przeciwko Martwym tak jak maszynom, ok? 

Dee nie wiem zbyt dużo o Nieożywionych. Kiedyś, kiedy 
była nowa, myślała, że mogła usłyszeć Nieożywionych: przy- 
cisnąć ucho do Ściany i usłyszeć ich rozmawiających, wście- 
kle, w martwych językach. Jednak to był tylko szum maszy- 
nerii, szpiku w zimnych kościach miasta. 


29 


'Tak powiedział jej właściciel, jego śmiech prawie uprzejmy. 


Ostrzejszym tonem dodał: 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 30 


— Nieożywieni odeszli. I nie wracają. Większość z nich... 
och, zapomnij. 

A ona posłusznie zapomniała. 

Nie była pewna, czy powinna być zdenerwowana podej- 
rzeniem Tamary, ale to w końcu tylko ludzkie ogranicze- 
nia tej kobiety: w ten sam sposób ona popełniła ten sam 
błąd animalizacji — myśląc, że maszyneria, która brzmiała 
żywo, musiała być przynajmniej martwa — że sama wróciła 
do chwili, gdy po prostu uruchamiała swój mózg. 

Więc uśmiecha się zadowolona do Tamary i mówi: 


— Możesz przeskanować moją czaszkę, jeżeli chcesz, i sama 
zobaczysz. 

— Załóżmy, że Twoje ciało jest kopią? Klonem? 

Dee nie pomyślała o tym wcześniej, a idea wstrząsa nią 
bardziej, niż chce przyznać. Wzrusza ramionami. 

— To możliwe. 

— Proszę bardzo — mówi Tamara. — To sprawiłoby, że 
cokolwiek było z tym facetem to tylko przypadek błędnej 
tożsamości. Bez problemu. 

Znowu gazuje silnik. Zmiecione z półek na ścianach, 
obudzone fokoszczury piszczą z oburzeniem. 


— To nie ona — powiedział Robot, jego głos bardziej jak 
radio na niskiej głośności niż człowiek mówiący cicho. — 
Więc zapomnij o tym. Gonienie za nią nigdzie cię nie do- 
prowadzi. On jest tylko pierdoloną maszyną. 

Wilde przebrnął z powrotem tunelem, przeprosił barmana, 
zapłacił za zniszczenia i zamówił mocny drink tak jak duże 
piwo do jego grillowanej ryby. Robot, podpierając się krze- 


Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 31 


słem naprzeciwko niego, nie przyciągnął żadnego komenta- 
rza. 

Wilde wytarł usta grzbietem dłoni i spojrzał na Maszynę. 

— Nie wyglądała jak maszyna. Wyglądała jak prawdziwa 
kobieta. Wyglądała jak... 

Przestał, w pewnym strapieniu. 

— Sklonowana — powiedziała Maszyna nieubłaganie. 

— Ale dlaczego? Dlaczego ona? Kto mógłby...? 

Patrzy na nieprzenikliwą kapsułę. 

— Nie! 

— Tak — powiedziała Maszyna. — On tutaj jest. 


Rozdział 2 


Ludzie Plejstocenu 


Pamiętam go opierającego się o bar w Queen Margaret 
Uniorf'] czekającego na nasze piwa, i mówiącego: 

— Będziemy tam, Wilde! Zobaczymy to! Jeden pierdo- 
lony komputer, to wszystko, czego potrzeba, jedna maszyna, 
która jest mądrzejsza niż my i stąd odejdą. 

Oczy Reida błyszczały, jego głos szczęśliwy. Tak się za- 
chowywał, kiedy owładnęła nim idea i prorokował. Teraz to 
brzmi dość proroczo, ale nie była to oryginalna idea nawet 
wtedy w grudniu 1975 roku. (Przy okazji, n.e.). Wziął ją 
z książki. 

— Jak to, „stąd”? — spytałem. 

— Jeżeli — powiedział, zwalniając — możemy stworzyć 
maszynę, która jest inteligentniejsza niż my, to ona może 
stworzyć maszynę, która jest inteligentniejsza niż ta pierw- 
sza. I tak dalej, coraz szybciej. Uciekająca ewolucja, czło- 
wieku. 

— A gdzie nas to zostawia? 

Reid pchnął ciężki kubek cydru w moją stronę. 


! związek studencki, więcej https://en.wikipedia.org/wiki/ 
Queen_Margaret_Union - przyp.tłum. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 33 


— Z tyłu — powiedział szczęśliwie. — Jak małpy w mieście 
ludzi. Chodź, znajdźmy miejsce. 

Oryginalny Związek Studentów Uniwersytetu w Glas- 
gow powstał, zanim kobiety były przyjmowane na studia. 
Ciągle jeszcze nie do końca nadrobiły. Studentki miały wła- 
sny budynek związku, QM, który wpuszczał studentów obu 
płci. Dlatego był to ten, w którym bywali radykalniejsi i po- 
stępowi studenci, oraz był znacznie lepszy do podrywania 
dziewczyn. 

Co było tym, co mieliśmy w głowie: kilka piw z kum- 
plami przy barze przez pierwszą część wieczoru, potem na 
dyskotekę około dziesiątej, zobaczyć, czy ktokolwiek ze- 
chce tańczyć. Powód, żeby wcześniej napić się tyle, ile można, 
był taki, że stanie w kolejce przed barem w dyskotece było 
zarezerwowane, kiedy musiałeś kupić kolejkę swoim towa- 
rzyszom lub, lepiej, drinka dla dziewczyny, która właśnie 
z Tobą tańczyła. 

Bar — związku raczej niż dyskoteki — był dość cichy o tej 
porze wieczoru. Zatem znaleźliśmy dobre miejsce w barze, 
który obiegał dookoła tylnej ściany, z którego mogliśmy wi- 
dzieć wszystkich, którzy weszli, i, tylko lekko podnosząc 
i obracając, mogliśmy sprawdzić stan zabawy na parkiecie 
poniżej. 

Wyciągnąłem cienkiego papierosa Golden Virginia i pod- 
niosłem kufel Strongbow. 

— Zdrowia — powiedział Reid. 

— Slainte — odpowiedziałem. 

Uśmiechnęliśmy się na nasze masakracje narodowych 
toastów drugiego, dla mnie, Reid powiedział coś w rodzaju 
„Ztrofia”, a dla niego ja wypowiedziałem „,Slendge”. Reid 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 34 


był z Wyspy Skye, gdzie jego prapradziadek trafił do pracy 
jako owczarz po Oczyszczeniu | Ja byłem z Północnego Lon- 
dynu, obaj byliśmy trochę nie na miejscu w środkowej Szko- 
cji. Nie znaliśmy się zbyt długo, spotkaliśmy się miesiąc 
wcześniej na seminarium na temat Komunizmu woj ennegq'] 
Seminarium było sponsorowane przez Critique, lewicowe 
odgałęzienie Instytutu Studiów Sowieckich, gdzie robiłem 
jednoroczny kurs magisterski z Ekonomii Socjalizmu. 

Nie zgadzałem się z ich ideami, ale uznałem klikę Criti- 
que (jak ich prywatnie nazywałem) za sympatyczną i stymu- 
lującą. Byli Instytutem Młodych Turków, Lewicową Opozy- 
cją, Gabinetem Cieni i Rządem na Uchodźstwie. Uznawali 
zarówno główny nurt, jak i marksistowskie teorie krytyczne 
Związku Radzieckiego, a wszystko to ze staromodną naiw- 
nością towarzysza podróży, zakładającego, że był to co naj- 
mniej nowy system, kiedy z trudem było to społeczeństwo. 

Seminarium było sesją obiadową. Jak zawsze, było za- 
tłoczone, nie z powodu popularności, ale z powodu sprytnej 
taktyki rezerwowania sali trochę mniejszej niż oczekiwana 
obecność. W tym źle dobranym zgromadzeniu uchodźców 
— z Ameryki, Chile, Południowej Afryki i samej Drugiej 
Strony — Reid, zgarbiony w nowej kurtce dżinsowej, ciągle 
palący, sapiący, jego gęste ciemne włosy opadające na jego 
młodą, przystojną, ale jakoś wyblakłą twarz, wydawał się 
całkowicie w domu, a pytania, które zadawał mówcy na ko- 
niec, pokazywały, że przynajmniej wiedział, o czym mówił. 
Niemniej żaden z nas nie widział go wcześniej, a później 


2 wyrzucenie ludzi z ziemi w XVIII i XIX wieku, zob. |https://en. 
wikipedia.org/wiki/Highland_Clearances - przyp.tłum. 


" zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Komunizm wojenny 
— przyp.tłum. 









Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 35 


w pubie (te seminaria miały kilka cech wspólnych z zebra- 
niami socjalistycznymi, szczególnie w pubie potem), przy- 
znał się do bycia trockistą, co nie było zaskakujące, i bycia 
studentem nauk informatycznych, co było. 

Kobieta siedząca koło mnie była Amerykanką i także 
trockistką. Reid wstawał, żeby kupić kolejkę i spytał ją: 

— Co Ci przynieść? 

— Sok pomidorowy — odpowiedziała. Kiwnął głową, marsz- 
cząc brwi. 

— Jak to się stało, że go nie poznałaś, Myra? — spytałem, 
odszedł ociężale do baru. — Czy też nie jesteś w IMG) - 
Podłapałem to w trakcie dyskutowania z nią przypadkowo 
nad kawą w Instytucie, prawie zagadując, żeby być uczci- 
wym, ponieważ byłem nią oczarowany. Była wysoka, nie- 
prawdopodobnie szczupła, z blond fryzurą typu „bob” i zu- 
chwałą, mizerną twarzą, wklęsłości jej oczu i policzków wy- 
glądały delikatnie, przyjemnie wygładzone w kształt dużych 
kciuków, jej szare oczy bystre za dużymi okrągłymi szkłami. 

— Nie chodzę za bardzo na spotkania — przyznała z po- 
trząśnięciem głowy. — Znaczy, denerwuję się na towarzyszy 
ponaglających mnie do większej walki przeciwko pierdolo- 
nej fakcji leninowsko-trockistowskiej? Mam na myśli, my- 
ślą, że przybyłam do Anglii, uciekając przed czym * 

— Chodzi Ci o Szkocję, Anglię? — Wycedziłem szyder- 
czo, nie mogąc skomentować jej, dla mnie, całkowicie nie- 
zrozumiałej uwagi. 

Myra się roześmiała. 


4 grupa trockistów w latach 1968-1982, więcej 


wikipedia.org/wiki/International _Marxist_Group — 
przyp.tłum. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 


— Idź, pomóż kumplowi. Wydaje się, że ma problem. 
Reid odwrócił się do mnie z ulgą. 


— Mam wszystkich, prócz Myry. Co to do cholery jest 
„przecier”? 

— I jeden sok pomidorowy! — powiedziałem do barmana. 

— Och, dzięki — powiedział Reid. Spojrzał na mnie. (Nie- 
świadomie wyprostował się na pełną wysokość, coś, co lu- 
dzie dookoła mnie często robili, ale ciągle patrzył w górę.) — 
"To, o czym mówiłeś wcześniej o rynku, to było interesujące. 
Te rzeczy o milionach równań. 

— Ta — odpowiedziałem, zbierając niektóre z drinków. — 
Miliony równań. I to nawet nie jest połowa. — Wiedziałem, 
co się stanie dalej, odpowiadając na takie okoliczności już 
kilka razy. 

— Dlaczego nie możemy użyć komputerów? 

— Ponieważ — powiedziałem nad ramieniem, gdy prze- 
dzierałem się do stolika — bez rynku, nie będziesz miał pier- 
dolonych komputerów! 

Myra śmiała się, gdy stawiałem drinki. 


— Nie martw się o burżuazyjną ekonomię Jona — powie- 
działa do Dave Reida, gdy usiedliśmy. — Nawet Związek Ra- 
dziecki ma komputery. — Poczekała na jakiś znak zapewnie- 
nia w jego uczciwie zdziwionej twarzy i dodała: — Najwięk- 
sze na Świecie! 

Reid uśmiechnął się, ale uparcie kontynuował: 

— Spójrz na IBM. Czy oni martwią się siłami rynku? Czy 
oni kurwa! Mój przyjaciel pracował w ich fabryce w Inver- 
kip jednego lata. Powiedział, że dostarczają części zapasowe 
wszędzie na Świecie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, na- 


36 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 37 


wet jeżeli to oznacza pójście ze śrubokrętem do superkom- 
putera, który już zbudowali, i wyciągnięcie części. 

— Tak, to brzmi całkiem jak Związek Radziecki — po- 
wiedział, ku ogólnemu Śmiechowi. — A Ty brzmisz jak mój 
stary. 

— Czy on jest socjalistą? — spytał Reid. Spytał nieufnie. 

— Dożywotni członek SPWHB|- powiedziałem. 

— SPWB? Och, cudownie! — powiedział Reid. 

— Co to ta SPWB? — spytała Myra. Reid i ja zaczęliśmy 
coś mówić, potem Reid się uśmiechnął, wzruszył ramionami 
i odstąpił. 

Wziąłem duży łyk, ale to nie było piwo, które wącha- 
łem, ale jakiś dziwnie zapamiętany powiew koszonej trawy, 
psiego gówna i wanilii: Speaker's Corner. 

— Socjalistyczna Partia Wielkiej Brytanii — wyjaśniłem, 
wpadając automatycznie w takt agitatora-samouka — powstała 
w 1904 roku, z mniej niż setką członków, w celu zdoby- 
cia większości klasy robotników na świecie. Obecnie mają 
ośmiuset, więc są na dobrej drodze. W tym tempie, najlep- 
sze prognozy dają im szansę na zdecydowaną większość w 
dwudziestym piątym wieku. 

— Chyba żartujesz — powiedział Myra. 

— Żartuje — powiedział surowo Reid. — To jest, cóż, nie- 
zła karykatura, zgodzę się z Tobą. Jednak czytałem niektóre 
z ich rzeczy i nigdy nie widziałem takich obliczeń. 

— Dobra — przyznałem. — Tę część zmyśliłem. No fak- 
tycznie, mój ojciec to zmyślił. Jest prawdziwym wierzącym, 


5 Socjalistyczna Partia Wielkiej Brytanii, zob. 


wikipedia.org/wiki/Socialist Party_of_Great_Britain 
— przyp.tłum. 





Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 38 


ale ma poczucie humoru i raz napisał mały program oparty 
o wzrost populacji i wzrost partii, i puścił go na komputerze 
w pracy. 

— Też jest programistą, czyż nie? 

— Och tak. Dla Londyńskiej Rady Elektryczności | Kiedy 
zaczynał, debugowanie polegało na usuwaniu owadów z za- 
worów, i tego nie zmyślam! 

Reid, Myra i inni dookoła stołu się roześmiali. Nigdy 
wcześniej tak nie rozprawiałem i odnosiłem wrażenie, że 
zrobiłem swego rodzaju dobre wrażenie na klice. 

— Chodzi mi o to — dodałem, póki wszyscy słuchali — że 
słyszałem wiele argumentów o tym, że komputery zamienią 
planowanie ekonomiczne w łatwiznę, ale mnie nie przeko- 
nały. 

— Pomijasz kilka punktów — wtrąciła się Myra, konty- 
nuowała, wymieniając je, jej moralna pasja była lustrzanym 
odbiciem mojej. Więc skupiłem się na innej pasji. 

— Tak czy inaczej, nie chcę społeczeństwa zaplanowa- 
nego — powiedziałem. — Nie pasuje do moich planów. 

'To wywołało słaby śmiech. 

— Więc kim jesteś? — spytał Reid. — Prawicowcem? 

Westchnąłem. 

— Właściwie jestem indywidualistycznym anarchistą. 

— „Wasciwie to żem indywidualistyczyn anarkista” — na- 
śladowała Myra. — Bardziej jak anachronizm. To tragedia — 
dodała z gestem dla galerii. — Dzieciak uczy się jakiegoś 


-_ publiczny pocmie” SOB aa: dla Dóńdyni, zob. 








— przyp. tłum, 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 39 


marksizmu na kolanach tatki, a kończy jako przeklęty pro- 
udhonista. 


— No tak — powiedziałem. — Choć to wasz ziomek Tuc- 
kef] według mnie, wszystko to złożył. 


— Więc kim jest Tucker? — zapytał ktoś. 


— Dobra. .. — zacząłem. 


Nie wykonaliśmy żadnej pracy tego popołudnia, ale — 
patrząc wstecz na to z punktu widzenia ekonomii, kalku- 
lacji — było to tego warte. Większość z nas skończyła, pi- 
jąc piwo i kawę z powrotem w pokoju w piwnicy Instytutu. 
Reid i ja siedzieliśmy po przeciwnym stronie Myry, w rogu 
dużego stołu. Czasem ona mówiła do nas obu, czasem do 
innych osób, i znowu do jednego z nas lub drugiego. Kiedy 
mówiła do Reida, wyglądało to jak podsłuchiwanie plotek 
w rozległej rodzinnej kłótni, i wyłączałem się lub zwracałem 
się do innego wątku dyskusji. Jednak zawsze mnie znowu 
włączała, jakąś uwagę o Wietnamie, Portugalii czy Angoli: 
prawdziwe wojny i rewolucje, nad którymi fakcje toczyły 
swoje międzykontynentalne walki. 


Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że w pokoju zo- 
staliśmy tylko we troje. Pamiętam twarz Myry, jej łokcie na 
stole, jej szczupłe dłonie poruszające się, gdy mówiła o No- 
wym Jorku. Myślałem, że brzmiało to jak miejsce, gdzie 
chciałbym pojechać, kiedy krzesło Reida zaskrzypiało na 
podłodze i wstał. 


1 Benjamin Tucker, zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/ 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 40 


— Będę się zbierał — powiedział. Uśmiechnął się do Myra 
przez chwilę, potem spojrzał na mnie i powiedział: — Do 
zobaczenia zatem, Jon. 

— Ta, wyglądał, że bawimy się w tych samych miejscach 
— powiedziałem z uśmiechem. — Jeżeli nie wpadnę na Ciebie 
jutro czy pojutrze, prawdopodobnie zobaczymy się w QM 
w piątek. 

— Nie zniknij nam, Dave — powiedziała Myra. — Upewnij 
się, że przyjdziesz na następne seminarium, co? Potrzebu- 
jemy gościa takiego jak w Critique. Wiesz jako nie tylko 
naukowca? 

Reid lekko się zarumienił, potem się roześmiał i powie- 
dział: 

— Aye, tak właśnie sobie myślałem! — Zarzucił worek na 
ramię i ruchem wycierającym rozłożonej dłoni pomachał na 
pożegnanie. 

Usłyszeliśmy jego pustynne buty uderzające w stopnie 
schodów, stuknięcie zamykanego zamka we frontowych drzwiach. 
Pierwszy raz dotarło do mnie, że on i ja spędziliśmy popo- 
łudnie, konkurując o względy Myry, lub ona spędziła, nas 
testując. (Tak właśnie się to zaczęło: od Myry. A nie, jak 
myślałem znacznie później, od Annette. Ponieważ, gdyby 
Myra była z Reidem od początku, a ja z Annette...) 

Myra oparła brodę na dłoniach, poruszyła okularami i spoj- 
rzała na mnie przez nie. 

— Cóż — powiedziała. — Interesujący facet, co? 

— Tak — powiedziałem. — Bardzo poważny. 

— Teraz nie jestem w nastroju na poważne. 

Spojrzała na mnie bez ruchu przez chwilę, uśmiechnęła 
się i powiedziała: 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 


— Chcesz wypalić trochę trawy? 

Myślałem, że to był jakiś niezrozumiały amerykanizm 
na seks, i tylko zrozumiałem swój błąd, kiedy zaczęła budo- 
wać złożonego skręta w jej kawalerce. Ale jak się okazało, 
w końcu nie byłem w takim błędzie. 


Myra i ja nie mieliśmy romansu, bardziej serię jedno- 
nocnych przygód. Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem. 
Żadne z nas nie udawało, ale lubię myśleć, że oboje mieli- 
śmy nadzieję, że może z tego wyjdzie coś więcej. Jednak pu- 
blicznie, wobec siebie, byliśmy bardzo wyrafinowani, bar- 
dzo w porządku, bardzo wyzwoleni o tym. 


Potem zakochała się w bohaterze chilijskiego ruchu oporu 
z czarnym wąsem, i byłem zdumiony jak wściekły, zazdro- 
sny, zaborczy się poczułem. Była taka chwila, około trzeciej 
nad ranem po wieczorze, kiedy Myra powiedziała mi, wie- 
cie, było bardzo miło, i naprawdę mnie lubi, ale całkiem nie- 
spodziewanie odkryła tak potężne uczucia dla tego latyno- 
amerykańskiego leninisty, tak inne niż cokolwiek doświad- 
czyła kiedykolwiek, że, cóż, na początek widzi się z nim za, 
jakby, pięć minut... była taka chwila w piciu czarnej kawy 
z brudnego kubka i patrzeniu z niewiarygodną odrazą na po- 
pielniczkę, z której wysypywały się smoliste skręty papieru, 
podczas gdy moje palce rolowały kolejny, tylko żeby poczuć 
oparzenie na języku, kiedy wszystkie moje cykle dobowe 
złożyły się razem w napływie krwi, utracie ciepła ludzkiego, 
kiedy czułem, że nigdy nie będę chciał iść do łóżka, które 
nie zawiera obietnicy miednicy Myry uderzającej w moją. 

I cały czas inna część mojego umysłu pracowała, ana- 
lizowała, jak absurdalne to było, że ta zazdrość winna być 


41 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 42 


niespodzianką, i na kolejnym poziomie świadomości gra- 
tulowałem samemu sobie za bycie wystarczająco stoickim 
i rozumiejącym to zrozumienie, wiedząc, że to była prosta 
emocja naczelnych, która była zrodzona, i minęłaby. 

Znalazłem długopis i napisałem w notatniku: Ludzie plej- 
stocenu z lustrzanymi oczami, żeby nie zapomnieć tego głu- 
chego wglądu rano i zapadłem w sen. Ciągle zbolały, ale na- 
gle pewny, że nabyłem miarę zazdrości i niespodziewanej, 
nieodwzajemnionej miłości. 


W tym samym czasie, gdy Myra i ja ostrożnie, a w jej 
przypadku pomyślnie, nie zakochiwaliśmy się w sobie, za- 
kochałem się w Reidzie. Istnieje taka miłość, że (nie dzięki 
Bogu) śmie teraz krzyczeć swoje imię, i jest inna miłość, 
które nie wie, jaka jest jej cholerna nazwa, i to było to. Na- 
sze umysły złączyły się jak magnesy, z uderzeniem. 

Reid był krępy i ciemny, o celtyckiej postawie z do- 
brymi proporcjami. Ja byłem wysoki i żylasty, z włosami, 
które nawet wtedy nosiłem krótko, żeby ukryć ich przerze- 
dzenie, i nosem, który zawsze zapewniał mi rolę Czerwo- 
nego Indianina, kiedy byłem dzieckiem. On był nieporadny, 
ja uprzejmy. Ale nieporadność Reida była czymś, co zrzu- 
cał, i wyrastał ponad z rodzajem łaski, tymczasem ja trak- 
towałem każdą okazję społeczną jako ciągły test rozumu. 
Rodzice Reid byli religijni, Free Kirk] i zrobili co mogli, 
żeby zaszczepić te same zasady w nim. Moi byli zagorza- 
łymi materialistami marksistowskimi, ale przyjęli nastawie- 


8 Free Kirk — Free Church of Scotland — kościół protestancki, ewangeli- 


kalny i prezbiteriański zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Free_ 


Church_of_Scotland_(since_1900) - przyp.tłum. 









Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 43 


nie laissez-fairq | wobec mojej edukacji filozoficznej. Cza- 
sami, przez wszystkie te opowieści o pytaniach, na które re- 
agowali obcinaniem włosów lub potokami łez, czułem, że 
twarda postawa jego rodziców wykazywała głębszą troskę 
o jego dobrobyt. 

Reid był komunistą, ja libertarianinem. Jednak on utrzy- 
mywał kłującą niepodległość umysłu, zawziętą tendencję do 
martwienia się trudnościami w doktrynie, które jego sekta 
łączyła. Czasem podejrzewałem, że byłem zbyt prostym scep- 
tykiem, zbyt katolicko pewnym, że mój chwiejny stos ksią- 
żek Proudhona, Tuckera, Herberta, Spencera, Roberta Hein- 
leina i Roberta Antona Wilsona budował niezawodną wieżę 
startową umysłu. 

Inną rzeczą, którą lubiłem w Reidzie, było to, że upija- 
łem się z nim szybciej niż ktokolwiek inny, stąd piątkowe 
wieczory. 


Reid i ja rozmawialiśmy więcej o „komputerach przej- 
mujących władzę” (czyli jak ludzie rozmawiali wtedy o Oso- 
bliwości!”), potem przeszliśmy do aktualnego artykułu New 
Ścientist o teorii katastrofy, o którym Reid był sceptyczny 
(„to jak burżuazyjna wersja dialektyki”, jak to ujął). Po na- 
uce, polityka: gorącym tematem była Portugalia, gdzie skrajna 
lewica się przechytrzyła w czymś, co wyglądało jak bez- 
czelna próba wojskowego zamachu stanu. 


?_ fr. laissez-faire — pozwólcie czynić — pogląd filozoficzno-ekonomiczny gło- 
szący wolność jednostki w wymiarze społeczno-ekonomicznym, więcej https: 





Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 


— Tutaj jest dobry artykuł o tym — powiedział Reid, wy- 
grzebując z kurtki kopię Red Weekly, gazety International 
Marxist Group. — Odpuszczam sobie, co Socialist Worker 
ma do powiedzenia. Cóż, jeszcze sam nie przeczytałem, ale 
wygląda dobrze. 

— Ok, ok — powiedziałem. — Kapuję. Sekciarska pole- 
mika jest tym, w czym chłopaki jesteście dobrzy. 

— Dostaniemy Cię w końcu. — Reid uśmiechnął się, gdy 
kupowałem gazetę. 

— Lub ja was — powiedziałem. 

Reid wzruszył ramionami. 

— To nie tak działa — powiedział. Zaczął zwijać papie- 
rosa, mówiąc zmęczonym głosem. — Ludzie nie przestają 
być socjalistami i nie stają się kimś innym. Tylko stają się 
niczym lub dołączają do Partii Pracy, bez różnicy. 

— Ja przestałem być socjalistą — podkreśliłem. 

— Ta, ale to coś innego, daj spokój. To jakbym ja mówił, 
że przestałem być chrześcijaninem. To było coś, w czym zo- 
stałem wychowany, i jak tylko zacząłem myśleć samodziel- 
nie, porzuciłem to. Podobnie z Tobą, prawda? 

— Może — odpowiedziałem. — Zauważ, to nigdy nie było 
wpychane w moje gardło co niedzielę. — Ale niespokojnie 
pamiętałem, jak mało to zabrało — pewne anarchistyczne 
podsumowanie Tuckera, chyba — żeby wzbudzić każdą wąt- 
pliwość, jaką kiedykolwiek miałem o mojej odziedziczonej 
wierze. 

— Mam nadzieję, że zawsze będą rozumiał rzeczy w ten 
sposób jak teraz — kontynuował Reid — ponieważ to ma sens, 
jest przed wszystkim innymi ofertami. Jednak jeżeli kiedy- 
kolwiek zapomnę lub wiesz, stracę miejsce... 


44 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 45 


— Lub zrozumiesz, że byłeś cały czas w błędzie. 

-...dobra, tak właśnie będzie się wydawać, to właśnie 
będę sobie mówił... 

Uśmiechnął się kwaśno, jego język na zewnątrz, żeby 
polizać papier, pokazując na chwilę wygląd diaboliczny, gar- 
gulcowy. 

— Ale jeżeli to kiedykolwiek się zdarzy — dokończył, 
zwijając papierosa i przypalając go — będę przeklęty, jeżeli 
stanę się idealistycznym bojownikiem dla drugiej strony. W ten 
czy inny sposób, tylko będę uważał na siebie. 

— Ale to jest to w co ja teraz wierzę! — powiedziałem 
wesoło. — Troska to numer jeden. Nie jestem idealistycznym 
bojownikiem za nic. 

— To jest to, co myślisz — powiedział Reid. — Jesteś anar- 
chistą dla czystego, niewinnego własnego interesu? Och, pew- 
nie. Zrozum to, człowieku, zależy Ci. Jesteś socjalistą w sercu. 

Lubiłem go dostatecznie i powiedział to dostatecznie lekko, 
że nie poczułem się urażony. 

— Nie, to nie tak jak to wszystko jest — powiedziałem. 
— Naprawdę mam egoistyczny powód dla pragnienia Świata 
bez państwa, chcę żyć wiecznie. Naprawdę. Chcę dostać się 
na statki. Planeta zajęta przez zorganizowane gangi waria- 
tów z bronią jądrową to nie jest moja idea bezpiecznego 
środowiska. 

Większość ludzi śmiała się ze mnie, kiedy to mówiłem, 
ale nie Reid. Jedną z rzeczy, które mieliśmy wspólne, było 
zainteresowanie fantastyką naukową i możliwościami tech- 
nologicznymi, które dobrze pasowały do reszty moich prze- 
konań. W teorii pasowały też do marksizmu, ale wiedziałem, 
że towarzysze Reida traktowali to jako ideologicznie nie- 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 46 


zdrowe, jakby jedyną dozwoloną, dalekosiężną spekulacją 
futurystyczną był ostatni dokument o perspektywach IMG. 
Jego stosy Galaxy i Analog były schowane w szafce w ka- 
walerce niczym pornografia. 


— Wydaje się, to wysokie oczekiwania — powiedział Reid. 
— Wybraliśmy złe stulecie na życie. Sądzę, że po prostu mu- 
simy zaryzykować jak reszta biednych facetów. 


Wyciągnąłem papierosa na odległość ramienia i popa- 
trzyłem na niego. 


— I nic nie robimy z naszymi szansami. 


— Rozumiem, że to raczej wyścig z medycyną — powie- 
dział Reid. — Moje to Export, przy okazji. 


Zauważyłem nasze puste szklanki i skoczyłem, pełen skru- 
chy, że nie zauważyłem wcześniej. Kiedy wróciłem, Reid 
był zatopiony w gazecie, którą mi sprzedał, i nie byłem pe- 
wien, czy w tym momencie chcę dalej ciągnąć naszą roz- 
mowę, więc oparłem się i pozwoliłem umysłowi trochę dry- 
fować. Miejsce się zapełniało. Szafa grająca grała „Sailing” 
Roda Stewarta, piosenkę, która zawsze wzbudzała we mnie 
ckliwy patriotyzm wygnańca za krajem, który nigdy nie ist- 
niał, tak jakbym we wcześniejszym życiu był obywatelem 
Atlantydy. Kiedy się skończyła, wypadłem z nastroju i znowu 
się rozejrzałem, i zauważyłem, że gazeta Reida ma kolej- 
nego czytelnika, który siedział koło niego i pochylał się do 
przodu, jej głowa przechylona do czytania tylnej strony. Jej 
czarne kręcone włosy opadały na boki dookoła jej twarzy. 
Czarne brwi, rzęsy, wielkie zielone oczy poruszające się (wolno, 
zauważyłem), gdy czytała, mały zgrabny nos, szeroki kości 
policzkowe, z których jej policzki, ani cienkie, ani pulchne, 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 


wyginały się gładko po obu stronach (nieświadomie delikat- 
nie się ruszały) pełnych ust, do małej stanowczej brody. 

Jej wzrok oderwał się od strony i spotkał mój z nieza- 
żenowanym uśmiechem. Poczułem wstrząs tak fizyczny, że 
nawet nie powiązałem go z emocją. I wtedy Reid opuścił 
papier i spojrzał na nią. Usiadła prosto i teraz ona wyglądała 
lekko zażenowana. Była z rojem innym dziewczyn, które 
rządziły stolikiem obok, i reszta rozmawiała pomiędzy sobą. 

— Cóż, dzień dobry — powiedział Reid. — Uważasz, że to 
interesujące? 

— Nigdy nie widziałam czegoś takiego jak to — powie- 
działa. — Nie rozumiem, jak ktokolwiek chciałby popierać 
strajki. — Miała akcent zachodniego wybrzeża, ale, tak jak 
Reid, mówiła akcentowanym angielskim, nie szkockim jak 


47 


rodzimi mieszkańcy Glasgow. Prawdopodobnie gdzieś z Clyde, 


Irlandia lub Highlands: „angielski jako drugi język” pokole- 
nie lub dwa temu. 

— To gazeta socjalistyczna — powiedział Reid. Spojrzał 
na mnie jakby po pomoc. — Popieramy robotników, wiesz? 

— Ale rząd jest socjalistyczny — powiedziała oburzonym 
tonem. — A oni nie chcą strajków, prawda? 

— Nie uważam, że rząd Partii Pracy jest w ogóle socjali- 
styczny — wyjaśnił Reid. 

— Ale czy to nie jest złe dla kraju, kiedy ludzie mogą iść 
na strajk i od razu po zasiłek? 

— W pewnym sensie, tak — powiedział Reid, który nor- 
malnie w takiej sytuacji wyczerpałby cierpliwość. — Ale je- 
żeli przez „kraj” rozumiesz większość ludzi w nim żyjących, 
prawda, to problemy, które mamy, nie pochodzą od robotni- 
ków na strajku, ale od szefów i bankierów robiących inte- 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 


resy jak zwykle. To oni są tymi, którzy naprawdę kosztują 
kraj. 

— Masz zabawny sposób patrzenia na rzeczy — powie- 
dział, jako wyjaśnienie, nie jako pytanie. Odrzuciła temat 
i przeniosła uwagę na ważniejsze sprawy. — Idziecie później 
na dyskotekę? 

— Tak — powiedziałem, zanim Reid mógł podjąć kolejną 
próbę edukacji politycznej. — A Ty? 

— Och, ta — powiedziała. — Może się tam zobaczymy. 
— Błysnęła do nas krótkim uśmiechem, zanim została wcią- 
gnięta w rozmowę z jej przyjaciółmi. Patrzyłem przez chwilę 
tam, gdzie jej włosy opadały na ramiona jej prostej białej 
koszuli. Koszula była wciśnięta w proste niebieskie dżinsy, 
a jej stopy w buty na wysokim obcasie. Jej ubrania i, teraz 
doszedłem do wniosku, jej makijaż wyglądał zbyt staranny 
i zwyczajny jak na studentkę. Tak samo dla jej przyjaciółek, 
niektóre z nich były ubrane podobnie inne w eleganckich 
sukienkach. 

— Dobra — powiedziałem, gdy Reid złapał moje oko — 
jako temat rozmowy, to myślę, że ten potrzebuje odrobiny 
pracy. 

— Można tak powiedzieć — przyznał. — Jednak, nie dała 
mi zbyt dużo możliwości. 

— Przede wszystkim nie powinieneś trzymać nosa w tej 
przeklętej gazecie — powiedziałem mu. 

Tuż po dziesiątej, obaj ruszyliśmy szybko, gdy dziew- 
czyny wyszły, straciliśmy je w kolejce, ale udało nam się 
dostać stolik niedaleko ich. 


48 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 49 


— Chcesz zatańczyć? — krzyknąłem. Ultrafiolet odbijał 
się w nylonowych szwach jej koszuli, a stroboskop w wi- 
dzialnym spektrum uchwycił jej kiwnięcie. Ten taniec był 
szybki, następny wolny. Trzymaliśmy ręce lekko wzajemnie 
na ramionach pod koniec. Spojrzałem na nią z góry. 

— Dziękuję — powiedziałem. 

Była taka rzecz, którą zrobiła z oczami: zielona tęczówka 
błyszcząca, źrenice otwierające się jak ciemne baseny, w któ- 
rych mógłbyś utonąć. 

Wszystko, co mogłem powiedzieć, to: 

— Jak się nazywasz? 

— Annette. 

— Jon Wilde — powiedziałem. — Chcesz drinka? — Utoną- 
łem, ale moje usta ciągle się poruszały. 

— Kufel lagera, proszę. — Uśmiechnęła się i wróciła do 
stołu. Kiedy wróciłem, Reid krzyczał i machał coś do niej 
ponad muzyką i światłami. Słuchała, głowa przechylona, broda 
na dłoni. Muzyka znowu się zmieniła, a Reid wstał i wy- 
ciągnął dłoń do Annette. Pokiwała głową, wzięła łyk piwa 
ze zdawkowym uśmiechem podziękowania, i już poszli tań- 
czyć. 

— Wydowo sie, iże ftoś zaczon ze złyj stronyf!"] — Roz- 
bawiony, ale sympatyczny kobiecy głos powiedział mi do 
ucha. Odwróciłem się, żeby odkryć, że patrzę na dziewczynę 
z długą grzywką czerwonobrązowych włosów, zza których 
zerkała twarz, jak małego ssaka zza zarośli. Nosiła bluzkę 


ll fragmenty napisane w szkockim angielskim tłumaczę na język śląski celem 
zachowania zamysłu autora, tłumaczenie automatyczne przy pomocy https: 


//silling.org/translator/?dir=pol-szltftranslation — 
przyp.tłum. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 50 


z rzemykami przy karku i mankietami, długą niebieską spód- 
nicę nad długimi butami. 

— Tak — powiedział, przytakując. — On jest strasznym tan- 
cerzem. 

Roześmiała się. 

— Godałach o ciebie — powiedziała. — Niy tropiyłabych 
sie. Annette je mało kokietką. 

— Może mnie kokietować, kiedy chce — powiedział. — 
W międzyczasie, zapoznajmy się, tylko żeby dać jej coś do 
myślenia. 

— To do jeji coś do myślynio — powiedziała i zaskoczyła 
mnie pocałunkiem, po której nastąpiło przytulanie, które, 
po pewnym przesunięciu krzeseł i ostrożnym doborze głosu, 
pozwoliło nam porozmawiać tylko we dwoje. Od czasu do 
czasu słyszeliśmy siebie krzyczących, gdy muzyka przesta- 
wała grać, gdy ktoś zmieniał płyty (nie kompakty, te poja- 
wiły się później). 

Nazywała się Sheena. Skrót od Oceania, jak później się 
dowiedziałem. 

— Skąd znasz Annette? 

Sheena skrzywiła się na mój dobór tematu. 

— Miyszkom z niom. — krzyknęła dyskretnie. — Tyż z niom 
robi. Som techniczkami laboratoryjnymi. Na Wydziale Zoo- 
logii. Co robisz? 

Powiedziałem jej, a wkrótce krzyczałem i machałem rę- 
koma jak prawdziwy naukowiec. Niemniej jeżeli intencją 
było sprowokowanie Annette do okazania zainteresowania, 
eksperyment okazał się porażką. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 51 


Chłodna noc, bez mrozu, szkielety opadłych liści na chod- 
niku jak skamieliny ryb. Dave, Annette, Sheena i ja zatrzy- 
maliśmy się na moście, patrząc ponad balustradą na poko- 
jowy ryk Kelvinq"] 

— To musi być jedyna rzecz nazwana po jednostce miary 
— powiedział Reid. Roześmiałem się na to i dziewczyny też 
się roześmiały. 

— Powinno być więcej! — powiedziałem. — Potok Dżula! 
Strumień Ampera! 

— Jeziorko Litre! 

— Szczyt Metra! 

— Albo języki komputerowe — powiedział Reid, gdy szli- 
śmy dalej, budynek BBC Scotland po lewej, po prawej Ogród 
Botaniczny z jego ogromną kolistą szklarnią, latający spodek 
z jakiegoś dziewiętnastowiecznego Marsa. — Stopnie For- 
trana. Bloki Basic... 

— Rezydencje Ady! 

— Stras Cobol! 

Kiedy dotarliśmy do mieszkania dziewczyn, wyskroba- 
liśmy Wzgórza Newtona i Plażę Candela, i próbowałem wszyst- 
kich przekonać, że wszystkie jednostki miary były nazwi- 
skami ludzi, na przykład Jean-Baptiste de Metre, znany en- 
cyklopedysta, żyrondysta i karzeł. 

— Oczywiście po Rewolucji opuszczał „„de” — wyjaśnia- 
łem, gdy Annette dzwoniła kluczami. — Ale to go nie urato- 
wało, został... 

— Skrócony — powiedział Reid. 

— O stopę. 


12 zapewne Kelvin Hall, w latach 1956-1983 największa sala koncertowa 


Glasgow — przyp.tłum. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 52 


— Nie, głupku, o głowę. 

— Zamierzocie stoć tam cołko noc? 

— Tylko przez sekundę. 

— Nazwaną oczywiście po. . . — szukałem inspiracji. 

Reid popchnął mnie. 

— No dawaj. 

Wszedłem. Mieszkanie w suterenie, duży frontowy po- 
kój, łóżko, wersalka, fałszywy kominek. Wszędobylskie pla- 
katy, wypchane zabawki, dziewczęcy bałagan. Mała kuchenka, 
gdzie Annette włączała czajnik elektryczny. 

Rozmawialiśmy, piliśmy kawę, po której poczuliśmy się 
dziksi, Sheena skręciła skręta. Później... . później byłem w kuchni, 
na wpół siedząc na brzegu zlewu, podczas gdy Sheena zajęła 
się kolejną rundą Nescafe i pozostałości zioła. Drzwi były 
prawie zamknięte, głosy Dave'a i Annette stałym mamrota- 
niem. 

Odłożyła mleko do lodówki, oparła się o moje biodro. 
Pochyliłem się, odsunąłem jej włosy i spojrzałem na nią. 

— Czy chcesz, żebym został? 

— Tak, cóż, nie. — Podała mi karton, łyknąłem, skrzy- 
wiłem się i włożyłem pod kran. — Znaczy chciałabych, ale 
widza iże lubisz Annette. 

— Szkoda, że ona nie widzi. Szkoda, że jej nie powie- 
działem. 

— Och, ona wie. Myśla, iże ona sie boi. Je żeś taki intyn- 
sywny. 

— Intensywny? Moi? Masz na myśli, nie tak jak Dave 
„Sprawiedliwa Walka” Reid? Lubi jego prosty urok labory- 
stycznej teorii wartości, o to chodzi? 

Sheena się uśmiechnęła. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 53 


— Niy mylisz sie zazbyt. Wejzdrzij, jeźli na tela staro sie 
o to, co ona obmyślonku, coby sie z niom wadzić, to niy 
może ino być interesantny przeleceniem jeji. 

Czajnik zaśpiewał. Patrzyłem na fluorescencyjny pasek 
nad blatem i Ścisnąłem oczy. Waga Sheeny znikła i zajęła się 
kubkami. Westchnąłem na nagły aromat. 

— Więc co takiego robię, że myślisz, że jestem zbyt do- 
sadny? Ledwo miałem szansę powiedzieć słowo do niej przez 
cały cholerny wieczór. 

— Święta racja — powiedziała Sheena. — Osprowiosz ze 
mnom i godosz rzeczy do Dave'a, i colki czas patrzisz na 
Annette i usmiychosz sie, kej ona co powiy. 

— Nieprawda! 

Spojrzała mi w oczy. 

— Dobrze — przyznałem. — Może tak robię. Przepraszam. 
Musiało to wyglądać nieco niegrzecznie. 

— Trochę — powiedziała. — Jednak niy winie Cie. Zaczę- 
łam ten mały szpil. Chodź, pomóż mi z tymi piokami. 

Kiedy skończyłem kawę, wstałem. Dave i Annette sie- 
dzieli na podłodze, opierając się o bok łóżka. Ramię Dave'a 
spoczywało na ramionach Annette. 

— Na razie, ludziska. 

— Na ra — powiedział Dave. 

— Dobranoc — powiedziała Annette. Próbowałem wyczy- 
tać w jej zwężonych oczach, błysk migotania lub mrugnię- 
cie. Spojrzała w dół. 

Sheena pocałowała mnie na dobranoc w drzwiach, z cie- 
płem tak nagłym i niespodziewanym jak jej pocałunek na 
powitanie. 

— Pewna? — Spróbowałem ułożyć usta w łobuzerski uśmiech. 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 


— Pewna. — Nacisnęła ramiona, przytrzymując. — Je żeś 
fajnym chopym, ale niy komplikujmy naszych żyć barzij 
aniżeli już som. 

— Dobrze, Sheena. Dobranoc. Do zobaczenia. 

— Znikaj! — Uśmiechnęła się i zamknęła drzwi. 

Płytki do poziomu piersi, pobielona, wypolerowana ba- 
lustrada. Zacna kamienica klasy pracującej Glasgow, nie jak 
studencki slums, w którym mieszkałem. Przypomniałem so- 
bie coś. Odwróciłem się do drzwi i przykucnąłem przed nimi, 
pchnąłem napiętą klapkę skrzynki pocztowej. 

— Dave! — krzyknąłem. 

— Co? — nadeszło słabe i odległe. 

— Po Karolu Sekundusie! — krzyknąłem. — Patronie To- 
warzystwa Królewskiego! 


Chmura nadeszła nad miasto, gdy byłem w mieszkaniu. 
Na skrzyżowaniu Great Western Road i Byres Road czeka- 
łem na przejście. Za mną zastukały obcasy, zatrzymały się 
koło mnie. Dziewczyna w futrze. Odwróciła się, uśmiech- 
nięta, i spytała: 

— Jak światła...? Och, rozumiem. — Głos jak ciepła dłoń, 
akcent wyższej klasy angielskiej. Futro i włosy błyszczały 
kroplami wilgoci. Szła gdzieś, gdzie chciała być, pewna, że 
nikt nie odważyłby się położyć palca na niej: piękne zwie- 
rzę, doskonale zaadaptowane, dzikie. 

— Okropna mgła, prawda? 

— Tak — powiedziałem. — Nigdy nie widziałem takiej 
w Glasgow. 

Światła się zmieniły. Przeszliśmy, nasze ścieżki się ro- 
zeszły. Ona poszła w Byres Road, do miejsca, gdzie chciała 


54 


Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 55 


być, a poszedłem wzdłuż Great Western Road, z powrotem 
do pokoju. 


Rozdział 3 


Dzieciak Terminal 


Na Nowym Marsie padało. To cud stworzony przez ma- 
szyny, praca rzadkich urządzeń daleko stąd i bezduszna, bo- 
taniczna moc niezliczonego potomstwa, które obraca me- 
talowe płatki, żeby skupić delikatne promieniowanie sło- 
neczne na kawałkach brudnego lodu, podgrzewając lotne czyn- 
niki na powierzchni, żeby posłać lód koziołkując w kierunku 
słońca, popychany i kierowany na precyzyjnie wyliczoną 
trajektorię, która lata później wprowadzi je w atmosferę na 
tyle grubą, żeby złapać i sprowadzić na dół. Gdzie szczęśli- 
wie opadną jako deszcz, a nie ogień, a który przy każdym 
przypadku przejścia bolidu, pozostawia atmosferę nieco le- 
piej przystosowaną do złapania i przechwycenia kolejnego. 


Jednak dla Dee, na zewnątrz w deszczową noc, to banał 
i nuda. Przez około pół godziny miała wzmacniacze obrazu 
na pełnej mocy i jej oczy bolą. Jej uszy też: pingi sonarowe 
od mokrych ścian około metra od siebie wywołują ograni- 
czające poczucie ciśnienia. W tym samym czasie, zmniej- 
szanie lub wyłączenie jeszcze bardziej by ją zmęczyło. Za- 
tem z ulgą i relaksem widzi, że wąska droga wodna otwiera 
się na znacznie większy i jaśniejszy kanał. 


— Kanał Pierścienia — wskazuje Tamara, gdy skręca mały 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 57 


pojazd w prawo. Dee, wyciągając głowę i patrząc do przodu 
i tyłu, nie widzi krzywizny. Wysokie, wąskie domy — raczej 
bloki magazynów i fabryki — górują nad kanałem, a Światła 
są pociągnięte ponad brzegiem. Przed nimi, szybko zbliża- 
jące sto metrów dalej, Kanał Pierścienia otwiera się, a przez 
przerwę pomiędzy budynkami na końcu Dee widzi, coś, co 
wygląda i brzmi jak ognisko: buchające światło, ryk szumu. 


U zbiegu, Kanał Pierścienia rozdziela się na lewo i prawo, 
wykrzywiając się w widzialny pierścień, którego średnicę 
Dee ocenia na trzysta metrów. Więcej wysokich domów gro- 
madzi się dookoła niego, a w obrębie jest płaska wyspa do- 
stępna za pomocą mostów z otaczającej kolistej drogi. Ta 
centralna wyspa jest pokryta chatami z blachy falistej, na- 
miotami i szopami, pośród których wielu ludzi jest głośno 
zajętych. Światło dociera z napowietrznej powodzi oraz z wkładu 
każdej szopy w postaci lamp, rurek fluorescencyjnych, stro- 
boskopów, kabli optycznych, kabli świetlnych. 


Tamara bierze kolejny skręt w prawo i zmniejsza obroty 
silnika, płynąc wzdłuż zewnętrznego brzegu, cichego pośród 
muzyki i handlu, rywalizujących ze sobą. 


— Co się tutaj dzieje? — pyta Dee. 
"Tamara oszczędza jej spojrzenia. 
— Wieczór Piątego Dnia na Placu Okrągłym. 


Małe molo pod wąskim mostem z kutego żelaza, z do- 
łączonymi schodkami. Tamara cumuje łódź i kieruje Dee na 
schody. Czeka na moście od strony brzegu i pomaga Tama- 
rze wyciągnąć torbę. Przychodzący i mijający ludzie, pary, 
grupy, dzieci unikające i omijające nogi i koła, młodzi na lub 
w pojazdach zbudowanych, żeby jeździć szybko i poruszać 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


się wolno, i rzeczy, które mogłyby być pojazdami, z tym że 
nie mają kierowców, prawie ją to odrzuca. 
— Racja — mówi Tamara — czas uczynić Cię legalną. 
Rusza wzdłuż mostu, Dee blisko za nią, jedna osoba 
w tłumie, która nie ma kłopotu z przejściem. 


Większość straganów dookoła obwodu wyspy jest za- 
mknięta, ale ciągle podświetlona. Te, które były otwarte, 
sprzedają napoje i przekąski. Główna akcja dzieje się w kie- 
runku centrum, w pojedynku atrakcji wesołego miasteczka, 
dyskotek i koncertów rockowych. Dee zauważa scenę z ze- 
społem, który wygląda i brzmi całkiem jak Metal Petal, hit 
tygodnia w każdej knajpie na przedmieściach. Szybkie zbli- 
żenie i analiza dźwiękowa pokazuje, że to jest Metal Petal. 
(Dee słyszała o prawach autorskich, ale to jedna z tych rze- 
czy, w które nie do końca wierzy, pieśń odległej Ziemi). 

Tamara zatrzymuje się przed rzeczą wielką jak automat 
z jedzeniem pomiędzy dwoma straganami. Maszyna jest po- 
kryta kurzem i rdzą. Ma czarny ekran na górze, siatkę gło- 
Śśnika i kanał na dole po jednej stronie, przez którą Tamara 
przesuwa kartę. Nic się nie dzieje. 

— Hej! — krzyczy. Uderza w bok pięścią, robiąc huk. — 
Jebane IBM — mówi do nikogo w szczególności. 

Światła pojawiają się w ciemnym okienku. 

— Usługi Prawnicze Niewidzialnej Ręki — mówi maszyna 
głosem jak Bóg w starym filmie. — Jak mogę ci pomóc? 

— Zarejestruj roszczenie autonomii dla porzuconej ma- 
szyny — mówi Tamara, łapiąc nadgarstek Dee i przyciskając 
dłoń do okna. 


— Obie ręce proszę — mówi maszyna. — Oczy. 


58 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


Dee rozkłada palce na szkle i zagląda, widząc swoje wła- 
sne odbicie i jasne poruszające się iskry światła. 

— Jak chciałabyś bronić roszczenia? 

— Ja będę je bronić! — mówi Dee z nagłym przypływem 
pasji Samej jaźni. 

— Poprzez zasadę — dodaje uroczyście Tamara. — Oraz 
mnie, moich towarzyszy i wsparcie, jeżeli trzeba. 

— Bardzo dobrze. Odnotowane i opublikowane. 

Światła zgasły. Tamara ciągle trzyma nadgarstek Dee 
i obraca ją dookoła i łapie drugi... potem puszcza i klasz- 
cze w zamian w dłonie. Dee patrzy w oczy Tamary i widzi 
własne odbicie i przyśpieszające, obracające się światła za 
nią, podwójne targi. 

— Dobra, dziewczyno! — krzyczy Tamara. — To Ty z paczką 
po Twojej stronie! To jest taka wolność, na ile jest możliwa! 


Plus minus... potem o tym! A teraz... — Okręca się, żeby 
spojrzeć na dudniące centrum rynku na wyspie — ... bawmy 
się! 


— Mówisz mi — powiedział Wilde z niedowierzaniem do 
robota — że Reid jest tutaj? 

— Tak — odpowiedział Robot. — Dlaczego miałoby to cię 
zaskoczyć? Czy to jest bardziej wybitne niż Twoje bycie tu- 
taj? 

Wilde uśmiechnął się kwaśno. Odepchnął pusty talerz 
i łyknął piwa. Pokręcił głową. 

— Reid był jedną z ostatnich osób, które zobaczyłem — 
powiedział. — Z tego, co wiem, to on mógł być osobą, która 
mnie zabiła. I o ile jestem zainteresowany, to zdarzyło się 
dzisiaj. Chryste, ciągle czekam, żeby się obudzić. 


59 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


— Obudziłeś się — powiedział Robot. — Możesz oczeki- 
wać pewnych emocjonalnych reakcji, gdy Twój umysł do- 
stosowuje się do sytuacji. 

— Tak przypuszczam. — Posępność maskująca jego po- 
zorny wiek zapadła na obliczu Wilde'a. — Już tak się stało. 
Więc powiedz mi maszyno. Jestem tutaj i mówisz, że Reid 
jest tutaj. Co z innymi, których znałem? Co z Annette? 

— Annette — powiedziała Maszyna ostrożnie — jest pośród 
Nieożywionych. Czy jej umysł jak również genotyp zostały 
zachowane, nie wiem, ale istnieją podstawy dla nadziei. 

— Z powodu klonu? 

— Tak. 

— Muszę ją znaleźć i się dowiedzieć. 

— Możesz się dowiedzieć, bez znajdowania jej — powie- 
działa Maszyna. — To jest. . . wyjaśnię jutro. 

— Dlaczego nie teraz? 

— Kłopoty — powiedziała Maszyna. — Nie odwracaj, póki 
czegoś nie usłyszysz. 

Wilde odstawił szklankę. Jego ramiona zaczęły się gar- 
bić. 

— Spokojnie — powiedziała Maszyna. 

Drzwi do pubu uderzyły przy otwarciu i muzyka się za- 
trzymała. Rozmowy ciągle się toczyły przez kilka sekund, 
a potem się urwały w rozszerzającej się ciszy. Wszyscy się 
odwrócili. 

Dwóch mężczyzn stało w drzwiach. Nosili luźne, mocno 
pogniecione garnitury, z rozpiętymi koszulami na podko- 
szulkach. Ich włosy były tak błyszczące jak ich buty, a pięści 
błyskały nabijanymi kamieniami. Jeden z mężczyzn zdaw- 
kowo wystawił kartę pokazującą jego zdjęcie i szary blok 


60 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 61 


małego druku. Drugi wyjął z kieszeni marynarki pognie- 
cioną kulkę płaskiego materiału. Złapał róg i potrząsnął. Z ostat- 
nim strzepnięciem nadgarstka, ustawił to w błyszczący, ko- 
lorowy plakat o wysokiej rozdzielczości przedstawiający ciem- 
nowłosą kobietę, która uciekła przed Wilde m i Robotem. 


— Ktokolwiek ją widział? — zażądał. 


Klienci pubu ciągle mogli zostać w przybliżeniu podzie- 
leni na dwie grupy, mężczyzn przy barze i dziewczyn przy 
stołach, choć już zaczęło się pewne mieszanie. Lekka lawina 
chichotów i westchnięć pojawiła się wśród kobiet, a szmer 
chrząknięć i lekko przesuniętych stołków i szklanek wśród 
mężczyzn. Każdy, kto chciałby coś powiedzieć, mógłby spoj- 
rzeć na mężczyzn przy barze, i znaleźć coś innego do patrze- 
nia, coś innego do powiedzenia. 


W ciągu pół minuty, wszyscy znowu gadali. Mężczyźni 
przy barze wrócili do oglądania telewizji, gdzie komenta- 
tor prowadził wywiad z kapitanem zespołu, za którym ciała 
były wynoszone na noszach z areny. Jedyną osobą ciągle 
patrzącą bezpośrednio na ludzi z odzyskiwania był Wilde. 
Ten, który trzymał obraz, ruszył do przodu. Drugi poszedł za 
nim, bawiąc się rękojeścią rewolweru z miną odległej przy- 
jemności. 

Mężczyzna z obrazem spojrzał w dół na Wilde'a i się 
uśmiechnął, pokazując idealne, ale dziwnie ukształtowane 
siekacze, długie kły. Opary perfum wylewały się z niego jak 
pot. 


— Cóż — powiedział — wyglądasz na zainteresowanego. 
Duża nagroda, wiesz. 


Wilde spojrzał niechętnie na obraz. Pokręcił głową. 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 62 


— Przypomina mi kogoś, kogo kiedyś znałem — powie- 
dział. — To wszystko. Ale nigdy jej tutaj nie widziałem. 

Mężczyzna wpatrzył się w niego. 

— Była tutaj — powiedział. — Mogę to wywąchać. — Od- 
wrócił głowę w jedną i drugą stronę, delikatnie wąchając, 
jakby jego oświadczenie było dosłownie prawdziwe. Drugi 
mężczyzna nagle radośnie krzyknął i złapał coś z podłogi. 

Machnął tym pod nosem Wilde'a. Wilde lekko odsko- 
czył. Robot, pochylając się pomiędzy krzesłem a stołem, 
szarpnął do przodu kilka centymetrów. 

Rzeczą, którą trzymał mężczyzna, była gazeta. 

— Wiedziałem! — powiedział. — Cholerne abolki! Dobra, 
to wszystko. Wiemy, gdzie jej szukać! 

Wciskając gazetę i plakat w kieszenie, obaj mężczyźni 
wyszli w kolejnej ciszy. Drzwi znowu uderzyły. Wróciła mu- 
zyka. Człowiekowaty za barem spojrzał na Wilde'a z miną 
głębokiej skruchy, potem wzruszył szerokimi ramionami i roz- 
łożył obie szerokie ręce, jego długie ramiona komicznie dłu- 
gie. Zakończone wzruszenie, odwrócił się i włączył muzykę, 
głośniej. 

Wilde wrócił do swojego posiłku i wypił szklankę ły- 
kiem, który sprowadził łzy do oczu. 

— Ciągle chce z nią porozmawiać — powiedział. 

— Jeżeli jesteś zmartwiony gynoidenf!|- powiedziała Ma- 
szyna — to się nie martw. Jeżeli jest z abolicjonistami, to bę- 
dzie legalnie i fizycznie zabezpieczona przed odzyskaniem, 
przynajmniej przez jakiś czas. A jeżeli nie jest. .. — Maszyna 
poruszyła górnymi stawami przednich kończyn w parodii 


I gynoid czyli android w formie kobiety, od gyne — gr. kobieta — przyp.tłum. 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 63 


wzruszenia ramionami. — Nie zamierzają jej skrzywdzić. Tylko 
naprawić błąd w oprogramowaniu. To nie jest ważne. 


— Ponieważ jest tylko maszyną, tak? 
— Tak. 


— Cóż, może to niedelikatne zwrócenie uwagi, ale Ty też 
jesteś. 

— Oczywiście — powiedziała Maszyna. — Ale ja jestem 
równoważnikiem człowieka, a ona to seks-zabawka. Tak jak 
powiedziałem: po prostu jebana maszyna. 


Systemy inwigilacji? Nie rozśmieszaj mnie. Każde na- 
granie zrobione dookoła centrum Plac Okrągłego jest nieod- 
wracalnie uszkodzone, zhakowane, połatane, pocięte i zre- 
miksowane. Nawet wspomnienia Dee są zrozumiale roztrze- 
pane: Żołnierka i Szpiegini po prostu się wyłączają z nie- 
smakiem, zostawiając jedynie proste odruchy w pracy. Lu- 
dzie podają narkotyki z ręki do ręki, maszyny przekazują 
wtyczki. Muzyka ma amplitudy i elektroniczny dopływ, który 
działa z tym samym efektem. Dee widzi Tamarę rozmawia- 
jącą z wysokim walczącym mężczyzną z przemysłowym ra- 
mieniem, zaczyna rozmawiać z pająkowatym gadżetem z ae- 
rografem i prostym umysłem. To myśli i potrafi rozmawiać, 
ale tylko o muralach. To zna powierzchnie betonowe, wła- 
Ściwości farby i fizykę aerozoli. To opowiada jej o tym, dość 
pokaźnie. 

Mogłaby tego słuchać całą noc. Jest dobrą słuchaczką. 
Niemniej artysta widzi budowniczego, i bez wymówki lub 
pożegnania, odślizguje się przez tłum, żeby pogadać. 


Tamara łapie łokieć Dee i patrzy za maszyną. Potem 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


odwraca się i Dee może, jak mówią, zobaczyć obracające 
kółka, gdy centra mowy przezwyciężają zatrucie. 

W końcu słowa się wydostają. 

— Nie równoważnik człowieka! 

— Rozmawiałam z gorszymi mężczyznami — mówi Dee. 


Dee bez myślenia podryguje, to jest własna umiejętność 
Samej Jaźni, kiedy zauważa podrygującego również męż- 
czyznę, który porusza się tak, jakby zakładał, że tańczy z nią. 
Jej wzrok przesuwa się od błyszczących, butów ze sztucz- 
nej skóry, przez spodnie i marynarkę jego luksusowego, ale 
niestylowego garnituru, przez miazmat obrzydliwego zapa- 
chu unoszącego się z zapoconego kołnierzyka podkoszulki 
w kołnierzu rozpiętej koszuli do jego... 

twarzy! 

...1 szok rozpoznania jednego z łapaczy, mężczyzn do 
odzyskania, wysyła wstrząs adrenalinowy, który budzi Żoł- 
nierkę. Wszystko zwalnia, prócz niej. (Muzyka przechodzi 
od disco do głębokiego industrialnego dubu.) Szybkie spoj- 
rzenie dookoła uruchamia pracę Chirurżki nad chrząstkami 
i ścięgnami jej karku i przywraca rozum, że Tamara wije się 
faliście kilka metrów dalej, jej plecy na wpół odwrócona, 
i za Tamarą, bokiem do Dee, jest kolejny łapacz. Jego ru- 
chy i postawa wyglądają, jak by pieprzył wirtualny obraz 
Tamary około metra przed prawdziwą, ale to tylko taniec na 
dyskotece. Jego wzrok ani na chwilę nie opuszcza prawdzi- 
wej Tamary. 

Widzi spadający pot z włosów, gdy jego głowa się po- 
rusza. Wygląda na całkowicie zajętego przez przynajmniej 
kolejne kilka sekund. 


64 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 65 


Drugi łapacz, ten, który patrzy się na nią, zdecydowanie 
zauważył przesunięcie mentalne Dee (ten nagły rozmazany 
ruch głowy ją zdradził) i jego źrenice zmniejszają się do 
wielkości szpilki, tak jak powieki otwierają się szerzej. Dee 
jest świadoma pistoletu jako ciężkiego kształtu w miękkiej 
skórzanej głupiej babskiej torbie przy nogach, świadoma, 
że jej wąska spódnica jest oporem, który utrudni taktycznie 
oczywiste Śmiertelne uderzenie nogą. 

Mogłaby krzyczeć, ale krzyk jest niczym w tym hałasie. 
Jedyny dźwięk słyszalny ponad tym musiałby być niesły- 
szalny, dla ludzkich uszu. Jej usta się otwierają, jej pierś 
się nadyma z prędkością naciskając na żebra i wydaje po- 
naddźwiękowy krzyk, który, ma nadzieję, jest słyszalny dla 
maszyn na setki metrów dookoła: 

— Pieprzone IBM, pomocy! 

Muzyka się zatrzymuje. Włączają się światła. Ludzie mru- 
gają i potykają. W tym samym momencie prawa dłoń Dee 
sięga w dół, jej prawa stopa kopie w górę za nią, ciągle 
w ruchu, który mógłby być częścią kroku tanecznego, i jej 
but na wysokim obcasie ląduje w jej dłoni. Trzyma go wy- 
soko jak młotek, gotowa przybić łapacza przez gałkę oczną. 
Zrozumienie tego posuwa się zmarszczkami przez mięśnie 
i naczynia krwionośne jego twarzy, gdy nagle przemawiają 
głośniki. Głos IBM, dla przyśpieszonych zmysłów Żołnierki 
Dee, teraz brzmi głębiej i groźniej niż cokolwiek w okolicy: 

— Zagrożenie klienta Niewidzialnej Ręki. Proszę o po- 
moc. 

Łapacz się cofa, ten za Tamarą także. Wszyscy inni wy- 
glądają chwilowo na wytrąconych z równowagi, prócz Ta- 
mary, która patrzy na Dee ze wzrastającym zachwytem. Za- 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


maszyste spojrzenie Dee po tłumie, zanim Żołnierka wyco- 
fuje się na pozycje obserwacyjne, wskazuje, że są tam inne 
twarze, usiane w tłumie, odpowiadające na wezwanie naj- 
lepiej jak potrafią: spinając się, wstając, czołgając się lub, 
w przypadku jednej lub dwóch maszyn, wysuwając się tele- 
skopowo. Ci ludzie zaczynają intonować, powoli z klaska- 
niem: 

— Precz! Precz! Precz! 

I Dee pcha mężczyznę, i Tamara pcha, i obaj łapacze 
są popychani, poniewierani od jednej osoby lub robota do 
następnej, aż są wyrzuceni na krawędź tłumu w czekający 
uchwyt kilku ciężkich motocyklistów, którzy eskortują ich 
dalej. 

— Ok — mówi Dee. Uśmiecha się dookoła i zakłada but, 
macha i woła: 


— Dzięki wszystkim! — dziewczęco wdzięcznym głosem, 
który posyła Żołnierkę w skręty zażenowania i sprowadza 
lekki rumieniec na policzki. 


Muzyka i światła wznawiają rytm. 


Dee tańczy, ale wie, że następnym razem nie będzie już 
tak łatwo. Ci goście mogą już nie wrócić, ale ktoś przyjdzie. 


Dee jest w małym pokoju na szczycie budynku Placu 
Okrągłego, z widokiem na Kanał Pierścienia. Tamara spro- 
wadziła ją do mieszkania w tym wysokim domu, po czymś, 
co wyglądało jak godziny na imprezie na wolnym powie- 
trzu, i udała się spać do własnego pokoju wyjaśniając prze- 
praszająco, że jutro wcześnie rano zaczyna pracę. 


— Ax Ci ze wszystkim pomoże — powiedziała jej. 


66 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 67 


Dee jest przyzwyczajona do niejasnej ludzkiej mowy. 
Nie pyta się o wyjaśnienia. Jej własne ludzkie ciało i nerwy 
są zmęczone. Nie potrzebuje spać, ale potrzebuje spoczynku, 
i marzeń sennych. Jedna pod drugiej jej Jaźnie wyłączają się, 
wchodzą w tryb offline, pakują, asymilują i integrują wyda- 
rzenia dnia. 

Pokój jest uwodzicielsko komfortowy, przy deszczu bęb- 
niącym o dach tuż za opadającym sufitem, oknami mansar- 
dowymi zapewniającymi więcej kątów dla wzroku, toaletka 
z pozamykanymi butelkami i pojemniczkami, korale, szale 
i wstążki zwisające z lustra, wycięte zdjęcia mody przycze- 
pione do Ściany, tuzin lalek na półce. W rogu stoi wygięte, 
wyłożone satyną, wiklinowe krzesło, kredens przy Ścianie 
(zamknięty) i łóżko z bałaganem kołdry i poduszkami ob- 
szytymi koronką. Jest coś delikatnie niepokojącego w ludz- 
kim zapachu na tle kwiatowych i piżmowych woni, ale nie 
martwi się analizą tego. 


Zdejmuje ubrania, układa lub wiesza je, poprawia tem- 
peraturę ciała dla komfortu i kładzie się do łóżka. Jej po- 
wieki zamykają widok z okna na znajomą rzeczywistość 
Miasta Statku: wilgotne, ociekające miasto wież z krzemianu, 
miasto pożyłkowane kanałami, zatłoczone osieroconymi gwiezd- 
nymi podróżnikami i wolnymi lub zniewolonymi automa- 
tami, nawiedzanych przez Szybkich i Nieożywionych. Jej 
umysł rozwija Fabułę, która tworzy kolejny odcinek jej bez- 
ustannej głównej roli w samonapędzającej się operze my- 
dlanej przesiąkniętej całym romantycznym splendorem sta- 
rożytnej Ziemi, gdzie... 


... jest najstarszą córką Senatora, przeznaczoną do odzie- 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


dziczenia jego miejsca w Dumie oraz wszystkich przywile- 
jów z demokratycznego namaszczenia, ale zostaje porwana 
przez agentów Korporacji Górniczej Archipelago i przetrzy- 
mywana przez młodego, mrocznego i diabelskiego dyrek- 
tora, który chce jej w swoim haremie i jest gotów wymie- 
nić jej życie za jej rękę w konkubinacie i poważne koncesje 
na Antarktydzie, a osobiści i fanatycznie lojalni czeczeń- 
scy strażnicy jej ojca walczą przez kręgi brutalnych obroń- 
ców dyrektora, podczas gdy ona stoi, ubrana w jedwabie 
i owiana perfumami na balkonie wieżowca lorda narkoty- 
ków Kuomintangu w sercu starego Nowego Jorku obserwu- 
jąc czołgi walczące na ulicach poniżej i czekając na przy- 
ciśniętych Czeczenów, by sprowadzili posiłki zdesperowa- 
nych plemion południowego Bronksu obietnicą rabunku, i sły- 
szy ciche kroki za nią i dyrektor, którego twarz, prawdę po- 
wiedziawszy, wygląda niesamowicie podobnie do jej wła- 
Ściciela, pada przed nią na kolana i mówi jej, że on na- 
prawdę, szczerze, kocha tylko ją i ma wyrzuty sumienia i wy- 
puści ją, jeżeli tylko... 
I tak dalej. 
To o tym śnią androidy, lub raczej gynoidy. 


Stukanie w drzwi. Natychmiast wraca do pełnej świado- 
mości, jej wewnętrzny zegar mówi jej, że jest wczesne rano. 

— Chwilę — mówi. 

Mały czyściciel-szkodnik usunął każdą plamkę organicz- 
nego brudu z jej ubrań. Wytrząsa je bez myślenia i ubiera się 
w rozmytym ruchu (użyteczna umiejętność Żołnierki, którą 
„wycięła i wkleiła” w Samą) i woła: 

— Wejść. 


68 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


Chłopiec, który wchodzi, niosący tacę z kubkiem kawy 
i miską płatków, wygląda na około dwanaście lat, na pierw- 
szy rzut oka. Jest czarny, drobnej budowy, delikatnymi ry- 
sami i szokiem czarnych włosów. Gdy Dee skanuje go od 
góry do dołu, wszystko w czasie uśmiechania i mówienia 
„cześć”, zdaje sobie sprawę, że chłopiec jest znacznie star- 
szy, niż na to wygląda. Nie ma sposobu, żeby tak wiele do- 
świadczenia mogłoby się odcisnąć w napięciu mięśni twa- 
rzy, spojrzeniu w oczach, w tylko dwanaście lat. Nie tutaj, 
nie w Mieście Statku. Mają prawa przeciwko rzeczom tego 
rodzaju. 

— Ty musisz być Ax — mówi, zabierając tacę. — Dzięki. 
— Gestem wskazuje mu krzesło. — Tamara wspomniała o To- 
bie. 

— Wzajemnie — mówi chłopiec, siadając z jedną stopą na 
drugim kolanie. — Więc Ty jesteś Dee Model, co? Główna 
sympatia wielkiego szefa Reida. 

Dee patrzy na niego, jej kolana wyszukanie razem, taca 
balansuje na nich, łyżka prawie w ustach. Odkłada ją, robiąc 
mały brzęk o bok miski. Uspokaja tacę oraz swój głos. 

— Skąd o tym wiesz? 

Ax pokazuje białe zęby. 

— Jesteś znana. — Jego szczerzenie staje się dziwne, po- 
tem ustępuje uspokajającemu uśmiechowi. — Niezupełnie. 
Twój pan miał cię ze sobą na imprezie w zeszłym roku, 
zdjęcie pojawiło się na czatach plotkarskich. — Jego oczy 
rozogniskowują się na chwilę. — Niezła sukienka — mówi. 

— Nie myślałam tak — mówi Dee. Zaczyna jeść. — Musia- 
łam być w Seksie przez większość czasu, żeby jej noszenie 
było znośne. 


69 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


Ax parska. 

— Tak czy inaczej. — Dee się rumieni. Programy Szpie- 
gini utrzymują jej głos równy i cichy. — Czy szukają mnie? 
Ogłoszenia nagród? 

Kolejne spojrzenie poza, on ma łącze korowe, zdaje so- 
bie sprawę Dee, rzadka własność tutaj. Większość intym- 
nych interfejsów z siecią, które większość ludzi toleruje to 
kontakty, małe okrągłe ekrany, które wsuwasz nad oko. 

— Jak na razie nic — mówi Ax, uwaga przyciągnięta z po- 
wrotem. — Sądzę, że jest zażenowany. Mam na myśli, Twoja 
chodząca lalka wychodzi od Ciebie, to nie tak jakby Twój 
samochód został skradziony, wiesz, co mam na myśli? 

— Tak — mówi Dee. Myśl o prawdopodobnym szale i po- 
niżeniu jej właściciela sprawia, że jej kolana, pomimo wszyst- 
kiego, drżą. Odkłada tacę i sięga po torebkę. 

— Papieros? 

— Cokolwiek — mówi Ax. Ma zapalniczkę na łańcuszku 
dookoła szyi i porusza się szybko, żeby zapalić jej, potem 
siada z powrotem zajęty swoim. 

— Więc dlaczego wyszłaś? — pyta. Jego ton jest ani przy- 
jazny ani lubieżny. To jak profesjonalne pytanie, ton lekarza 
lub inżyniera przy pacjencie. 

— Nie znęcał się nade mną — odpowiada. — Nie przeszka- 
dzała mi służba lub seks. Przeszkadzało bycie niewolnikiem. 

— Zdaje się, że powinnaś to lubić — mówi Ax. — To jest 
wpisane na twardo. 

— Wiem — mówi Dee. Rozgląda się dookoła za popiel- 
niczką, wzdycha, w umyśle nadpisuje procedury Służącej 
i strząsa popiół do pustej, brudnej miski. — I ja to lubię. Uwa- 
żam to za satysfakcjonujące. Jednak tylko seksualnie. Nie 


70 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 71 


w każdy inny sposób, nie w moich oddzielnych jaźniach. A 
kiedy to zrozumiałam, że, to, co robiłam, było... wkleiłam 
moje programy Seksu w ten obszar, zamaskowałam to wszystko 
z Samej, i uczyniłam się wolną. 

— Niesamowite — mówi Ax, jakby to było coś innego. — 
Zatem to prawda, co mówią: informacja chce być wolna! 

Dee potrząsa głową. 

— To nic takiego wspaniałego — wyjaśnia. — Zdarzyło się 
to gdy załadowałam znacznie więcej narzędzi, niż kiedykol- 
wiek powinnam mieć. — Próbuje przypomnieć sobie te dru- 
gie narodziny, kiedy przeskakiwała pomiędzy tymi różnymi 
Jaźniami i zobaczyła siebie, widmowe odbicie we wszyst- 
kich oknach. 

Ax marszczy brwi. Prztyka palcem i niedopałek papie- 
rosa gaśnie w resztkach mleka w misce. Zaciekawiony czyścik-pełzak 
spłaszcza się, chowając przednie segmenty. 

— Kiedy to się zdarzyło? — pyta. 

Dee uśmiecha się dumnie, pragnąc podzielić się zaufa- 
niem. 

— Wczoraj — odpowiada. 


Usta Ax są otwarte przez chwilę. Przez sekundę mina 
„już to widziałem” znika z twarzy. Wygrzebuje paczkę pa- 
pierosów z rękawa podkoszulki i zapala jednego bez myśle- 
nia, nie patrząc, nie oferując. 

— Ale dlaczego w ogóle — kontynuuje — załadowałaś to 
całe dodatkowe oprogramowanie? Co Cię do tego zmusiło? 

Dee czuje się zagubiona. Trudno jest wracać do jej wcze- 
Śniejszej prostoty, kiedy przełączała się z jednego umysłu 
do kolejnego i to była ona, to było jej życie. Nie była mniej 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 12 


świadoma wtedy niż jest teraz, ale to była niepodzielona, 
naiwna, posłuszna świadomość, bez perspektywy. Niemniej 
nawet wtedy, gdzieś w Samej, istniało pragnienie wiedzy. 
I możliwość nadeszła, a ona z niej skorzystała, z czymś, pa- 
trząc teraz, co byłoby słodkim zapewnieniem, że jej właści- 
ciel byłby zadowolony. 

— Instynkt — mówi z lekkim śmiechem. Ax prycha i prze- 
wraca oczami. 

— Dobrze — mówi Dee nagle ukąszona. — Może to przy- 
szło z biologicznego ciała lub fragmentów biologicznego 
mózgu! 

— Zostawimy ten argument drugiej stronie — mówi Ax. 

— Drugiej stronie czego? 

— Drugiej stronie sprawy — wyjaśnia z wymuszoną cier- 
pliwością. — W ten czy inny sposób, to się skończy w sądzie. 
Wiesz o prawie? 

— Och tak — odpowiada Dee jasno. — Mam umysł tu- 
taj nazywany Sekretarką. Ma precedensy, których mam po 
dziurki w nosie. 

— Dobra — mówi Ax stanowczo, wstając — sugeruję, że- 
byś je przejrzała. To może wydawać się bardzo inne, tyle 
mogę ci powiedzieć. 

— Ok — mówi Dee. Ax trzyma drzwi otwarte, czekając. 
Dee wstaje. 

— Co teraz? 

Patrzy na nią od góry do dołu. 

— Myślę, że zakupy. — Jego głos zawiera zniewieściałą 
pogardę. 

Podnosi torebkę, wciska pistolet za spódnicę i się roz- 
gląda. Nic nie zostawiła. 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 73 


— Ładny pokój. 
— Mój — mówi Ax. — Byłbym szczęśliwy, mogąc dzielić 
go z Tobą. 


Zewnętrzne drzwi budynku uderzają za nimi. 

— Zostań — rozkazuje temu Ax. 

Magnetyczne zawiasy blokują je, brzęcząc. Ax uśmie- 
cha się do niej i rusza w lewą stronę. Dee rozgląda się, gdy 
kroczy koło niego. Dom, z którego wyszli, ma cztery pię- 
tra i jest wąski. Ta jak wszystkie tutaj dookoła, w klasycz- 
nym zatłoczonym stylu brzegu kanału, ale nie ma wybla- 
kłych murów ceglanych czy kontrastujących spoin, żadnych 
parapetów lub okien. Wszystko jest betonowe, skóra narzu- 
cona w pośpiechu na siatkę drucianą siatkę nad żelaznymi 
koścmi, grafitti jedyną, i właściwą, dekoracją. Wieże igli- 
cowe miasta wynurzają się jak żurawie konstrukcyjne ponad 
budynkami, redukując je do chatek na miejscu. 

Dym unosi się pomiędzy straganami, para z chodników. 
Mgła unosi się nad powierzchnią kanału. Malunki sprayem 
na murach stają się coraz bardziej namiętne, sięgając punktu 
kulminacyjnego z zaciśniętych pięści, chmur w kształcie grzyba 
i dinozaurów przy wejściu do alei. 

Ax zatrzymuje się i macha do wewnątrz. 

— Tędy. 

Aleja nie ma trzech metrów szerokości, ale to ulica han- 
dlowa na swoich własnych prawach, i w odróżnieniu od tego, 
co Dee widziała na razie w sąsiedztwie, posiada wypraco- 
wany urok, nazwy sklepów wymalowane w pracowitym na- 
Śladownictwie kaligrafii dwudziestopierwszowiecznych ozna- 
czeń galerii handlowych. Przy pierwszej wystawie w oknie 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


Ax czeka zniecierpliwiony, gdy Dee ogląda dioramę ska- 
mielin, rzekomo faunę starego dna morskiego planety. Na- 
ukowczyni ma inną wizję i łacińskie nazwy, których Dee nie 
zna, unoszą się rozpraszająco przed jej wzrokiem. Wewnątrz 
sklepu, skamieliny są zamieniane w amulety i ornamenty. 
Dziewczyna przy szlifierce unosi maskę na twarzy, rzuca 
Dee zapraszający uśmiech i wraca — zdziwiona lub zasko- 
czona reakcję Naukowczyni Dee — do pracy. Lotne zapachy 
lakieru, politury, kleju i smarów unoszą się przez drzwi ra- 
zem z piskiem karborundu na kamieniu. 


Jest i sklep sprzedający fajki i narkotyki, kiosk z gaze- 
tami, gdzie Dee widzi kopie Abolicjonisty i mniej jasne ty- 
tuły jak Farmy, nano targ, jądrówki, stragan pełen wybla- 
kłych śmieci opisanych „Stary nowomarsjańskie artefakty 
obcych”. W tym całym krytycznym guzdraniu się Dee, Ax 
tylko mamrocze i pali. Dee cieszy się z tej odmowy, choć 
jest trywialna, przyjęcia ludzkich priorytetów. Ćwiczenie wol- 
nej woli. 


Jednak podziela widoczną rozkosz Axa, kiedy docierają 
do pierwszego butiku, jaskini ubrań i akcesoriów. Wprowa- 
dza ją do środka i przebywają tam przez godzinę, która mija 
jak minuta i potem idą do następnych sklepów z ubraniami, 
do małych studii artystów kosmetyków i laboratoriów jubi- 
lerów. Przez cały czas Ax wydziwia dookoła niej z nieświa- 
domą intymnością, która nie zmienia się w zależności od jej 
stanu ubrania lub rozebrania. Potrafi określić, że przyjem- 
ność, jaką z niej czerpie, jest estetyczna, nie erotyczna. So- 
ftware Seksu jest czuły na takie rozróżnienia: potrafi odczy- 
tać fizjologię rumieńca, zmierzyć rytm pulsu i rozszerzenie 
źrenicy, i wie, że nie ma pragnienia w dotyku tego chłopca. 


74 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 75 


Na odległym końcu alejki jest kawiarnia. Siedzą tam pod 
nagłym światłem południowego słońca nad wąskimi ulicami, 
sączą kawę, palą, otoczeni przez ich zakupy. Dee odrzuca 
swój trzeźwy styl na rzecz czegoś wariackiego i punkowego. 
Pyszni się w skórze, sznurowania i koronkach, satynie i je- 
dwabiu, kolcach i ćwiekach. Wygląd, który nie robi wra- 
żenia na większości dwunastoletnich chłopców, stymuluje 
większość mężczyzn. Ax patrzy na nią jak na dzieło sztuki, 
które ukończył, a którym w tym momencie jest. 

Dee bawi się zapalniczką, patrzy spod grzywki jej na 
nowo ustylizowanych włosów. Chce coś powiedzieć, ale nie 
wie jak zapytać. 

— Oszczędzę Cię — mówi Ax. — Znaczy, jeżeli zażeno- 
wanie jest w Twoim repertuarze. Seksualnie mówiąc, nie je- 
stem w grze. O grze, czasem, może. — Pstryka palcami. — 
Nie gej, nie kastrat. Tylko chłopiec, trwale niedojrzały. 

— Dlaczego? — pyta Dee. — Czy to choroba? 

— Śmiertelna — szczerzy się Ax. — Coś tam, gdzie geny 
napotykają maszynki: błąd. Wirus. Coś, co rodzice złapali 
w trakcie długiej podróży. Szczęśliwie nie startuje, póki nie 
przejdę dojrzewania. Więc zablokowałem mój biologiczny 
wiek nieco wcześniej niż inni. 

— I nie ma na to leku? 

Kąciki ust Axa opadają. 

— Jeżeli jest, jest u szybkich umysłów. Najlepszą radą 
było zapomnieć o tym, innymi słowy. Ale nie mógłbym za- 
pomnieć. Powód zaangażowania się w abolicjonizm. — Śmieje 
się. — Moje szanse na bycie mężczyzną są razem z powraca- 
jącymi Nieożywionymi i znowu działającymi szybkimi umy- 
słami. Pffft. 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


— Hmmm. — Dee czuje smutek. Co za szkoda. Wpada na 
sprytną myśl. — Mógłbyś dojrzeć jako kobieta — mówi. 

— Dobra, dzięki — odpowiada Ax, przez chwilę dąsając 
się i pozując. — Rozważyłbym to, ale naprawiacze mówią 
mi, że wirus reaguje z hormonami niezależnie od płci. Więc 
utknąłem z niczym i po przewidywalnym okresie wściekło- 
Ści i dąsania, zdecydowałem się, że równie dobrze mogę roz- 
wijać się jako ktoś, komu zazdrosny mężczyzna mógłby za- 
ufać ze swoją kobietą. — Wciąga dym i wydycha elegancko. 
— Niezależny, profesjonalny eunuch i pedał na pół etatu. 


Podczas gdy Dee ciągle o tym myśli i zastanawia się, 
czy los Ax nie jest, przy wszystkich sprawach, gorszy niż 
jej, dodaje: 

— Zanim odkryłem swoją kondycję, byłem całkiem nor- 
malnym chłopczykiem. — Wzdycha. — Zniewieściałość jest 
tylko pozą, Dee, tylko pozą. A w przypadku, gdyby ktokol- 
wiek zapomniał, mogę też być skrajnie brutalny. 

— Dlaczego się w tym nie wyspecjalizowałeś? Strażnik 
lub wojownik lub... 

— A ryzyko śmierci? — Ax śmieje się rubasznie. — Cza ja 
wyglądam na głupiego? 

— Nie. — Dee uśmiecha się do niego przyjaźnie, siostrze- 
nie (teraz gdy zrozumiała, że to jedyna relacja), ale przestaje 
go żałować. Rozumie, że sobie dobrze radzi. Dziwny jak 
łyska, myśli, a gdy wstają do wyjścia, pcha Naukowczynię 
zrzędliwie do przeszukiwania starych odziedziczonych baz, 
żeby odkryć co to kurwa jest łyska. 


— Zatem dożyłem statków — powiedział Wilde. Unosi się 


76 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 17 


na łokciu i się rozgląda po pokoju, w którym leżał przebu- 
dzony przez dziesięć minut. 

— Dzień dobry — powiedziała Maszyna. Leżała na pod- 
łodze w rogu pokoju. Pokój był na górze Mili Malleya, tani 
w wynajmie, zawierał prysznic, krzesło i łóżko. Był nad- 
zwyczajnie odkurzony, dzięki maszynom wielkości i kształtu 
stonogi, które czmychały po podłodze. 


Wilde patrzył na Maszynę. 
— Co robiłeś przez całą noc? 


— Strzegłem cię — odpowiedziała Maszyna. Chwilowo 
wyprostowała swoje kończyny, potem je złożyła. — Przeszu- 
kiwałem sieci miasta. Śniłem. 


Wilde pozostawał oparty na jednym łokciu, patrząc na 
Maszynę z nagłą brawurową ciekawością. 


— Nie wiedziałem, że maszyny Śnią. 

— Również wspominam — powiedziała Maszyna. — Kiedy 
jest czas. 

Wilde kwaśno się uśmiecha. 


— Zdaje się, że czasu masz dużo, myśląc tak bardzo szyb- 
ciej... 

— Nie — warknęła Maszyna. — Mówiłam Ci. Jestem ma- 
szyną równoważną człowiekowi. Mój subiektywny czas jest 
prawie taki sam jak Twój. Bez wątpienia moje połączenia są 
szybsze niż Twoje reakcje, ale świadomość, która podtrzy- 
muje ruchy, działa w tym samym tempie. 

— Naprawdę? — Wilde wstał z łóżka, spojrzał na ciało 


z przebłyskiem ponownego zaskoczenia, uśmiechnął się, umył 
twarz i szyję i się ubrał. 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


— Więc powiedz mi Maszyno — powiedział, gdy wkła- 
dał buty — jak powinienem cię nazywać? Przy okazji, czym 
jesteś? 

— W zasadzie — powiedziała Maszyna, odłączając prze- 
wód z gniazdka w Ścianie i powoli zwijając go do obudowy 
— jestem platformą konstrukcyjną inżynierii lądowej, samo- 
dzielną, napędzaną jądrowo, odporną na piasek. A co do mo- 
jego imienia. — Zatrzymała się. — Możesz mnie nazywać, jak 
chcesz, ale byłem znany jako Jay-Dub. 

Wilde się roześmiał. 

— To wspaniale! To wystarczy. 


— „Jay-Dub” wystarczy — powiedziała Maszyna. — Nie 
bez godności. Dziękuję, Jonie Wilde. 

— Cóż, Jay-Dub — powiedział Wilde z nieśmiałym uśmie- 
chem — chodźmy na śniadanie. 

— Tak zrób — powiedziała Jay-Dub. Rozwinęła swoje ra- 
miona i wstała, rozwijając Śmieci z podartych foliowych pan- 
cerzy z teraz nieruchomymi nóżkami i zamglonymi soczew- 
kami. — Już jadłem. 


Mila Malleya była cicha, bar zamknięty, wyczyszczony, 
wypolerowany i z zawieszoną szmatką do suszenia, kiedy 
zeszli ze schodów i wyszli przez samoblokujące się drzwi. 

— Ufnie — zauważył Wilde, gdy pozwalał drzwiom się 
zamknąć. 

— To uczciwe miejsce — powiedziała Jay-Dub. — Mało 
jest po drodze drobnej kradzieży. Z powodów, które na pewno 
znasz. 


Małe słońce było nisko nad wieżami, kładąc koronkowe 


78 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 


cienie na ulicy. Łódki i barki płynęły w dół kanału, kierując 
się na zewnątrz miasta. 

— Gdzie one jadą? — spytał Wilde. Mężczyzna i Robot 
szli w kierunku małego doku około stu metrów w górę ulicy. 
W doku były budki z jedzeniem. 


— Kopalnie lub farmy — powiedział Robot. — Nie są tu- 
taj całkowicie różne. W obu przypadkach są kwestią użycia 
nanotechu, naturalnego lub sztucznego, żeby skoncentrować 
rozproszone molekuły w użyteczną formę. 

— I ludzie pracują przy tym? Co robią roboty? 

— He, he, he. — Kontrola głosu Jay-Dub była zaawan- 
sowana, mogła parodiować mechaniczny śmiech. — Roboty 
albo są bezużyteczne dla takich celów, albo zbyt użyteczne, 
żeby je na to marnować. 

Mały dok był zajęty. Ludzie, w większości typu czło- 
wiek, ale z kilkoma innymi typami człowiekowatych po- 
między nimi, ładowali, lub rozładowywali wory warzyw lub 
minerałów z długiej wąskiej barki. Elektrycznie napędzane 
ciężarówki wycofywały się na nabrzeże, załadowane. Ro- 
dzina, czegoś, co wyglądało jak gibony z nadętymi czasz- 
kami, ciągnęła sieć pełną skaczących, srebrnych ryb po na- 
brzeżu i wysypywała je do zardzewiałych basenów za jed- 
nym ze straganów, gdzie tęga kobieta natychmiast zaczęła 
je patroszyć i grilować. Wilde zatrzymał się tam i, jakoś 
z wahaniem oraz wskazywaniem, dostał od niej rybę, liście 
i chleb. Kawa była na sprzedaż w szklanych kubkach, zastaw 
do zwrotu. 


79 


Wilde zabrał swoje śniadanie na krawędź nabrzeża i usiadł, 


nogi wiszące, i wolno jadł, rozglądając się. Robot skulił się 
koło niego. 


Rozdział 3. Dzieciak Terminal 80 


— Czas, żebyś mi opowiedział różne rzeczy — powiedział 
Wilde. — Powiedziałeś, że mnie stworzyłeś. Co to znaczy? 

— Sklonowałem Cię z komórki — powiedziała Maszyna. 
— Wyhodowałem w kadzi. Puściłem program, który włożył 
Twoje wspomnienia na Twoje synapsy. — Mruczała, zdalnie. 
— To ostatnie mogło Cię zabić, więc zachowaj to dla siebie. 

— Dlaczego to zrobiłeś? 

— Potrzebowałem Twojej pomocy — powiedziała Jay-Dub. 
— Do walki z Davidem Reidem i aby zmienić ten świat. 

Wilde patrzył na Maszynę dłuższy czas, jego twarz tak 
nieodgadniona jak czysta powierzchnia Maszyny. 

— Już mi powiedziałeś, czym jesteś — powiedział. — Ale 
kim jesteś? Prawda, tym razem. Cała prawda. 

— Czym jestem — powiedziała Maszyna, tak cicho, że 
Wilde musiał się pochylić bliżej, ucho do siatki pomiędzy 
metalowymi pokrywami — to długie i złożone zagadnienie. 
Niemniej jednak byłem Tobą. 


Rozdział 4 


Haczyk 


— Jeżeli jesteś zainteresowany, będziesz tam. 

Pociąg szarpnął. Oświetlone lampami sodowymi brązowe 
budynki Carlisle zaczęły się przesuwać. 

— Co? — Wyrwany z transu wywołanego pociągiem, nie 
byłem pewien, czy nie śniłem tej uwagi. Mężczyzna po dru- 
giej stronie tak zwanego stolika Pullmana nosił płócienną 
czapkę i kurtkę z jakiejś błyszczącej substancji, która kie- 
dyś mogła być sztruksem. Jego spłowiała koszula w kratkę 
wyglądała jak góra pidżamy. Popijał w cichej determinacji 
z butelki Bell całe długie popołudnie z Euston. 

"Teraz potarł brązową dłonią po szczęce, pocierając biały 
zarost na niezdrowej skórze i powtórzył wypowiedź. Uśmiech- 
nąłem się desperacko. 

— Rozumiem — skłamałem. — Bardzo prawdziwe. 

— Będziesz tam — powiedział. Sięgnął po butelkę, określił 
pozostałą zawartości na podstawie wagi i odstawił ją na sto- 
lik, potem zaczął zwijać papierosa drugą dłonią. Jego wzrok, 
ostry ze sporadycznym wpadaniem w mglistość, spoczywał 
na mnie przez cały czas. 

— Gdzie? — Spojrzałem w bok, otworzyłem paczkę Silk 
Cut (mój gest ku zdrowszemu życiu). Moje odbicie jarzyło 


Rozdział 4. Haczyk 


się w wirtualnym widoku na zewnątrz pociągu. Rozmokła 
lutowa wieś sączyła się w dal. 

— Niy mo znaczynio — powiedział mężczyzna, wydycha- 
jąc dym i kwaśny zapach trawionej whisky. — Gdziekolwiek. 
Moga pedzieć. Jesteś zainteresowany. — Przerwał, przechy- 
lił głowę i spojrzał na mnie chytrze. — Ty żeś jednym z tych 
miyndzynorodowych socjalistów. Moga pedzieć. 

Znowu się uśmiechnąłem i potrząsnąłem głową. 

— Przepraszam, ale się mylisz, jestem. ..— Zatrzymałem 
się, nie umiejąc wytłumaczyć. Spędziłem tydzień na bada- 
niach w bibliotece LSHTJi kłócąc się z moim ojcem. Moja 
głowa brzęczała od marksizmu. 

— Och, w porządku synu — powiedział. — Ah, wiysz, iże 
mosz przeróżne podziały. Niy tropia sie niymi. Jesteś inte- 
lektualistą, a ja jestem tylko emerytowanym robotnikim. Ale 
chcesz nos. 

Po tym otworzył butelkę, wziął łyka i podał mi, uprzej- 
mie wycierając rękę o swoje udo, a potem o brzeg butelki, 
żeby usunąć jakiekolwiek szkodliwe bakterie. 


— A potem co się zdarzyło? — spytał Reid. 

Skręciliśmy, zgarbieni przed mżawką, w Park Road, koło 
pseudo-Tudorowego frontu pubu Blythswood Cottage i schy- 
liliśmy się w wejściu do Voltaire i Rousseau, najlepszego 
antykwariatu w Glasgow. Wpadłem na Reida w porze lun- 
chu, po braku kontaktu z nim przez kilka tygodni, częściowo 
dlatego, że ciężko pracowałem nad moją dysertacją, a czę- 
ściowo dlatego, że Reid albo był politycznie aktywny, albo 
był z Annette. W pierwszym miesiącu ich związku, raz lub 


I London School of Economics — przyp.tłum. 


82 


Rozdział 4. Haczyk 83 


dwa poszedłem z nimi obojgiem na drinki, ale uznałem, że 
kontynuowanie tego jest zbyt niezręczne. 

— Zasnął. — Roześmiałem się. — Zostawiłem butelkę samą 
i obudziłem go na Centralnym. Wydawał się nie pamiętać 
całego incydentu. Wyglądało, jakby mnie nie rozpoznawał. 

W tym czasie obaj poruszaliśmy się bokiem, głowy prze- 
chylone, systematycznie przeglądając półki, które pokrywały 
ściany wąskiej księgarni. Najpierw oczyścilibyśmy dział po- 
lityki i filozofii, potem — jeżeli mielibyśmy jakąkolwiek wolną 
gotówkę — przeszlibyśmy do tylnego pokoju, sprawdzić ta- 
nie powieści SF w miękkich okładkach. Jeden z właścicieli 
księgarni — wysoki, pulchny, wesoły facet z rzadkimi wło- 
sami i grubymi szkłami — spojrzał znad książki przy kasie 
z uśmiechem i skinieniem głowy. Ten, zdecydowałem, mu- 
siał być Rousseau, jego chudy i ponury partner, Voltaire. 

— Prawdopodobnie stary ILP, czy coś — wymamrotał Reid, 
skacząc na tom Dietzgeną?|z Charles H. Kerr £ Co. Zdmuch- 
nął kurz i kichnął. 

— Funt pięćdziesiąt! — powiedział po cichu, żeby Rous- 
seau nie mógł dosłyszeć jego radości i odkryć, jaką okazję 
przepuszczają. Odwrócił się od swojego znaleziska, głowica 
odczytu przesuwająca się wzdłuż taśmy pamięci półek. 

— Wiesz — kontynuował — czasem robi mi się niedobrze, 
gdy pomyślę o tych starych bojownikach wysprzedających 
swoje biblioteki, żeby uzupełnić swoje emerytury. Lub umie- 
rających, a ich dzieci... Boże wyobraź ich sobie, palanty 
w średnim wieku, średnia klasa, zawsze trochę zawstydzeni 


2 niemiecki filozof socjalistyczny. Niezależnie od Marksa i Engelsa rozwi- 
jał teorie materializmu dialektycznego, zob. https://en.wikipedia.org/ 
wiki/Joseph_Dietzgen — przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 84 


chaotycznymi wspomnieniami staruszka ...przeszukujący 
jego żałosne graty i odkrywający półkę socjalistycznej kla- 
syków, i już je zostawiających, kiedy nagle błysk kilku fun- 
ciaków rozświetla ich chciwe oczy. 

— Równie dobrze dla nas — powiedział, poszerzając pal- 
cami miejsce pomiędzy dwiema książkami, żeby wyciągnąć 
wystającą broszurę. — To ci, którzy kończą na czubku, że... hej, 
popatrz na to! 

Nie dbałem, kto słyszał. To była na pewno unikalna, 
żyjąca skamielina: broszura z okresu wojny Towarzystwa 
Rosja Dzisiaj”] zatytułowana Sowieccy Milionerzy. Nie była 
długo w obiegu, nie po tym, jak SPWB zajęła je jako dowód 
nie do odrzucenia, że socjalistyczna fasada ZSRR ukrywała 
klasę bogatych właścicieli. 

— Słyszałem o niej od mojego ojca — powiedziałem Re- 
idowi. — Ale nigdy nie miał kopii. Wyślę mu ją. 

— Mówiłem! — Reid wyszczerzył się do mnie z drabinki. 
— Jesteś takim bezinteresownym bękartem! To właśnie zoba- 
czył w Tobie ten stary koleś! Jesteś dziedzicznym socjalistą! 

— Ideologia jest dziedziczna? — zadrwiłem. — W takim 
razie kim Ty jesteś? 

— Chciwym kułakienf”] chyba — powiedział szczęśliwie. 
— Ach, a co z tym? — Otworzył książkę i przeglądał wy- 
klejkę. — Stirner, Jedyny i jego własność, własność Koła Ro- 
botników Anarchistycznych w Glasgow, 1943. Pięć funtów. 


ps: iki i 
Friendship_ Society Eoin. 


pejoratywne określenie stosowane w ZSRR, a następnie w państwach bloku 
wschodniego wobec bogatego chłopa uznanego za zdziercę, wroga klasowego 
i „pijawkę na zdrowym ciele społeczności wiejskiej”, więcej https://pl. 


wikipedia.org/wiki/Ku%C5%82ak - przyp.tłum. 





Rozdział 4. Haczyk 85 


Wpatrzyłem się w niego, z otwartymi ustami. Nie zda- 
wałem sobie sprawy, że sięgam po nią, póki jej nie odsunął. 

— Nie-e. Znalezione niekradzione. 

— To Cię nie zainteresuje — powiedziałem. 

— Och, nie wiem. — Reid zszedł z drabiny, trzymając 
książkę jak czarny Graal przed moimi oczami. — Młodzi he- 
gliści, Ideologia niemiecka li tak dalej. Wiedza marksistow- 
ska. 

— Masz mnie! 

— Tak, dokładnie — powiedział Reid. — Ale mam powód. 
Zamierzam to kupić, i jak tylko stąd wyjdziemy, zamierzam 
ci to sprzedać za dziesiątaka. 

Zero lunchy przez dwa tygodnie i znowu bułki. Mogłem 
sobie poradzić. 

— Umowa stoi! — prawie krzyknąłem. 

Reid zrobił krok do tyłu i spojrzał na mnie badawczo. 

— Tylko testowałem — powiedział. Włożył książkę w moje 
ręce. — Zdałeś. 


W szarym, ołowianym Świetle palarni Związku, powie- 
trze gęste od nieapetycznego zapachu starej kawy, siedzie- 
liśmy w zużytych fotelach i przeglądaliśmy nasze nabytki. 
Uśmiechnąłem się na pokrętną dialektykę apologetów wo- 
jennych, zmarszczyłem brwi na wymuszony humor wiel- 
kiego amoralisty. Faszyzm, komunizm i anarchizm wypro- 
wadzały swój ród z tego samego Piltdowrf'| berlińskich ba- 
rów lat czterdziestych dziewiętnastego wieku. Dajcie mi do- 


5 


zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ideologia_ 
jniemiecka|- przyp.tłum. 





" zob. https ://pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C5%82owiek_z_ 


|Piltdown|- przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 86 


wolnego dnia Wiedeń na przełomie wieków, pomyślałem, 
Ringstrasse jako akcelerator idei. 

Rozsiedliśmy się obaj w tej samej chwili. Reid bawił 
wieszakiem na gazety z Guardianem z poprzedniego dnia. 
LRWA zdobyła Huambo, nie po raz ostatni ] 

— Jak Annette? — spytałem z ostrożną swobodą. 

— Dobrze, o ile wiem — powiedział Reid. Przewrócił stronę. 

— Nie widziałeś jej dłużej? 

Reid odłożył gazetę i pochylił się do przodu, patrząc na 
mnie intensywnie. 

— Myśmy się tak... nie wiem... rozeszli się, odpłynęli. 

— To szkoda — powiedziałem. — Jak to się stało? 

Reid rozłożył ręce. 

— Ona jest naprawdę bystra, ale jest najbardziej apoli- 
tyczną osobą, jaką poznałem. Nigdy nie czyta gazet. Trudno 
znaleźć sprawy do pogadania. — Uśmiechnął się smutno. — 
Brzmi głupio, wiem, ale tak to jest. 

Skinąłem głową życzliwie: tak, kobiety trudno zrozu- 
mieć. Próbowałem przypomnieć sobie położenie Wydziału 
Zoologii. 


Szedłem University Avenue, potężny wiktoriański gmach, 
Gilmoreghast, jak jeden z kpiarskich magazynów nazwał, 
po mojej lewej, Reading Room Wellsa z lat trzydziestych 
po mojej prawej. (Nie korzystałem z niego od odkrycia, że 


1 zob https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludowy_Ruch_ 


Wyzwolenia_Angoli_%E2%80%93_Partia_Pracy oraz https: 








//pl.wikipedia.org/wiki/Huambo|- przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 87 


wszystko w nim jest doskonałe prócz akustyki, która nale- 
żała do galerii szeptów”). 

Na szczycie wzgórza, przejście dla pieszych miało czer- 
wone światło. Czekałem na zielonego człowieczka i zastana- 
wiałem się, czy powinienem zawrócić tutaj i poczekać, żeby 
ujrzenie Annette znowu mogło być postrzegane jako zwykłe 
spotkanie... 


Nie, powiedziałem sobie stanowczo. Jezeli jesteś zain- 
teresowany, będziesz tam. Przeszedłem i kontynuowałem aż 
do skrzyżowania, potem w lewo wzdłuż wewnętrznej drogi 
pomiędzy masywnymi budynkami z szarego piaskowca po- 
stawionymi pomiędzy płatami trawy z kwietnikami i wyso- 
kimi drzewami. Wydział Zoologii był kolejnym z tych an- 
tycznych budynków, solidnych jak kościół i zbudowanych 
na starej skale. Wewnątrz, polerowane drewno, kafle, za- 
pach odchodów małych zwierząt. Zza szklanej przegrody 
recepcjonista patrzył na mnie obojętnie. Zdecydowałem się 
ośmielić i spytałem go, gdzie pracowała Annette. Spojrzał 
na zegar, terminarz i mi powiedział. 


Laboratorium na początku wydawało się puste. Potem 
zobaczyłem Annette, jej plecy, rozkładającą kartki papieru 
na ławce na dalekim końcu. Pchnąłem podwójne drzwi i wsze- 
dłem. Odwróciła się na moje kroki, mówiąc: 

— Przepraszam, praktyczny nie jest. . . Och, cześć Jon. 

Jej włosy były spięte z tyłu, jej figura ukryta w białym 
fartuchu laboratoryjnym. Ciągle nie mniej pożądana. 





gallery|- przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 88 


— Cześć — powiedziałem. Jej zielone oczy przyjrzały mi 


się zagadkowo. 


— Pozwól, że zgadnę — powiedziała. — Nagle odkryłeś 


zainteresowanie anatomią bezkręgowców, prawda? 


Wskazała na ławę. Spojrzałem na okrągłe szklane na- 


czynie, w połowie wypełnione wodą, w którym leżało kilka 
małych jeżowców| lub raczej poruszało, co zobaczyłem, 
kiedy się przyjrzałem. Rozłożone wzdłuż stołu były kręgi 
notatek, ze schematami szkarłupni, nazewnictwq] piękne 
i dziwne: ampułki, pedicelarią, nóżki ambulakralne, płytka 
madreporowa, kanał promieniowy, kamienny kanał, kanał 
okrężny... 


— Niezupełnie. — Bawiłem się mocnymi pęsetami, wy- 


łożonymi jak sztućce do rozbicia delikatnych bezbronnych 
stworzeń. 


— Więc co cię tutaj sprowadza? 
— Hm...— Zawahałem się. — Tylko zastanawiałem się, 


czy masz ochotę wyjść na drinka czy coś. 


Jej twarz delikatnie się zarumieniła. 
— Czy to ma cokolwiek wspólnego z Davem? 
— Nie — powiedziałem, zastanawiając się, do czego zmie- 


rzała. — Tylko że powiedział mi, że już z Tobą się nie spo- 
tyka. 


— Och! A kiedy ci o tym powiedział? 

— Jakieś dwadzieścia minut temu — przyznałem. 
Roześmiała się. 

— Co tak długo? 


; więcej https://pl.wikipedia.org/wiki/Je%C5%BCowce| — 


przyp.tłum. 


10 


nazwy odnoszą się do budowy układu ambulakralnego szkarłupni (roz- 


gwiazdy) — przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 


— Pomyślałem, że zrywanie się w chwili, kiedy mi po- 
wiedział, mogło być trochę nieczułe. 

To zabrzmiało jakby następstwa mojej wypowiedzi były 
zbyt bezpośrednie, zbyt rażące. Spojrzała w bok i spojrzała 
na mnie z półuśmiechem. 

— To bardzo miłe, że myślisz o mnie — powiedziała. — 
Samotnej i opuszczonej, jaką jestem. Nie jestem pewna, czy 
jestem gotowa na taką łaskawość. 

Jeżeli mogła się droczyć, mogłem odpowiedzieć tym sa- 
mym. 

— Nie spodziewam się, żebyś długo pozostawała w tym 
stanie. 

— Cóż — powiedziała — nie, nie myłam włosów każdego 
wieczoru! 

— Zatracając się w zawrotnym wirze życia społecznego? 

— Tak. 

— Więc — nalegałem. — Może znajdziesz czas w gorącz- 
kowych planach na cichego drinka? 

— Lub coś. 

— Lub coś. 

Uśmiechnęła się, tym razem rezygnując z ironicznego 
spojrzenia. 

— Ok — powiedziała. — Co powiesz na dzisiaj o dziewiątej 
w Western Bar? 

— Widzimy się tam — powiedziałem. 

Drzwi uderzyły przy otwarciu i zamieszanie studentów 
weszło. 

— Lepiej już idź — powiedziała. — Do zobaczenia. 

W drzwiach spojrzałem do tyłu i zobaczyłem, że patrzy. 
Uśmiechnęła się i odwróciła. 


89 


Rozdział 4. Haczyk 90 


Wybiegłem z korytarza. Tak!, powiedziałem światu, pod- 
skakując i bijąc w powietrze, co przestraszyło niektórych 
maruderów i ledwo minęło Światło fluorescencyjne nad głową. 


Western był cichym pubem, odpicowanym na jakąś próbę 
właściwej (to jest kowbojskiej) dekoracji. Przyszedłem około 
dziesięć minut wcześniej i stałem przy barze, pół piwa i pa- 
pieros później, kiedy Annette weszła dokładnie w chwili, 
gdy TV zapowiedział wiadomości o dziewiątej. Barman się- 
gnął i przełączył kanały. (Były trzy, wszystkie kontrolowane 
przez rząd). 

Jej włosy były rozpuszczone (i sprężyste, i błyszczące, 
i właśnie umyte). Była ubrana w dżinsową spódnicę do po- 
łowy łydki i czarną jedwabną bluzkę pod bufiastą kurtką, 
którą rozpięła i zsunęła, gdy wchodziła. Kupiłem jej „lagera 
Z cytryną "| i znaleźliśmy stolik przy Ścianie. 

— Papieros? 

— Tak, proszę. 

Zapaliłem jej papierosa i patrzyliśmy na siebie przez chwilę. 
Nagle Annette się roześmiała. 

— To jest głupie — powiedziała. — Znamy się dostatecznie 
długo, żeby opuścić pogaduszki na wstępie, ale nie dosta- 
tecznie dobrze, żeby wiedzieć co mówić dalej. 

Porządny bystry umysł. 

— Słuszna uwaga — powiedziałem, kręcąc się w kółko. — 
Właściwie nic o Tobie nie wiem, prócz tego, że widziałem 
cię po drugiej stronie stołu lub pokoju kilka razy. 

— Dave o mnie nie opowiadał? — Pobrzmiewał w tym ton 
ciekawości wobec jej domniemanej urazy. 


LI lager and lime — drink z piwa z odrobiną soku cytrynowego — przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 


— Nie — odpowiedziałem. — Jednak, powiedział mi jedną 
z bardzo ważnych rzeczy o Tobie... 

— Och tak? 

— Że nie jesteś zainteresowana polityką. 

— Czy to wszystko? Ha, i teraz ja się zastanawiam, czy 
mówiłby ci tak dużo o mnie, jak ja mówiłam o nim Sheenie. 

— To musi być ulga. 

— Pewnie tak. .. Ale o tym też jest w błędzie! — dodała. 

— Co masz na myśli? 

— Hm, to nie tak, że nie jestem zainteresowana. Po prostu 
nie lubię o tym rozmawiać. 

— W porządku — powiedziałem. — Ale dlaczego? 

— Dorastałam w Belfaście — powiedziała. — Wyprowadzi- 
łam, kiedy miałam około dziesięciu lat. Było tam powiedze- 
nie: „Cokolwiek mówisz, nic nie mów”. Ciągle mam tam 
rodzinę, ciągle odwiedzam. Zwyczaj zostaje. 

— Nawet tutaj? — Rozejrzałem się. — Co jest problemem? 

Pochyliła się do przodu i powiedziała przyciszonym gło- 
sem. 

— Połowa ludzi w tym mieście ma powiązania z Irlandią, 
a kilku z nich ma bardzo zdecydowane poglądy. Więc nie 
warto strzępić sobie języka, szczególnie w pubach. 

Tak jak Dave miał skłonność, pomyślałem. Interesujące. 

— Ok — powiedziałem. — Nie jestem ciekaw. Nawet nie 
potrafię powiedzieć, co pewnie każdy stąd mógłby: czy je- 
steś katoliczką, czy protestantką. Ja, nie mam religii i nie 
obchodzi mnie, jaka flaga powiewa nade mną, lub co robią 
politycy, o ile zostawią mnie w spokoju. 

— Czego nie zrobią. 

— Ta, w tym właśnie sęk! 


91 


Rozdział 4. Haczyk 92 


Oboje się roześmialiśmy. 

— Więc — powiedziałem — czym się interesujesz? 

Myślała o tym przez chwilę. 

— Lubię moją pracę — powiedziała. 

— Więc opowiedz mi o tym. 

I tak zrobiła, wyjaśniając, że nie robiła tylko technicz- 
nych rzeczy, ale próbowała odkryć naukę za tym stojącą. 
Opowiadała o ewolucji, populacji i przyszłości obojga, i to 
pozwoliło mi powiedzieć o SF, a ona przyznała, że przeczy- 
tała kilka powieści „Wieczny Wojownik” Michaela Moor- 
cockq”?] kiedy była młodsza (czy też „młoda”, jak to czaru- 
jąco ujęła). Zanim się spostrzegliśmy, zadzwonił dzwonek 
na ostatnie zamówienia. 

— Jest dyskoteka w Joanne's — powiedziała Annette. — 
Pójdziemy tam? 

— Dobry pomysł — powiedziałem. 

Nie był. Nie byliśmy tam nawet półgodziny, gdy muzyka 
przestała grać i DJ powiedział, żeby wszyscy zabrali swoje 
rzeczy i wyszli po cichu. Wszyscy wiedzieliśmy, co to zna- 
czy: alarm bombowy. Annette złapała moją dłoń z zadziwia- 
jącą siłą i wyciągnęła mnie z tłumu, z bezlitosnym lekcewa- 
żeniem innych, które dotychczas widziałem tylko w tłoku 
w barze QM. 

Wypadliśmy na ulicę akurat, gdy ktoś rozkazujący krzyk- 
nął „Fałszywy alarm” i fala ruszyła w drugą stronę. Annette 
jej się nie poddawała. Spojrzałem w dół na nią z zaskocze- 
niem i zobaczyłem, że nie tylko mżawka moczyła jej twarz. 


I2 zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Michael_Moorcock 


— przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 


Trzymając parkę na ramionach, wyglądała nędznie i wrażli- 
wie. 

— Nie chcesz wrócić? — spytałem. 

— Chcę do domu — powiedziała. Przytrzymałem jej parkę, 
kiedy walczyła, żeby ją właściwie założyć. Złapała znowu 
moją dłoń i zaczęła szybko iść. 

— Co się dzieje? 

— Och, Boże. Przypomniałam sobie pierwszy raz, kiedy 
byłam w takim alarmie. 

— Tak — powiedziałem, próbując być uspokajający — to 
szalone, jak się przyzwyczailiśmy do alarmów bombowych. 

Spojrzała na mnie z czymś w rodzaju litości. 

— To nie był alarm bombowy — powiedziała miażdżąco. 
— Byłam w promieniu wybuchu bomby. Lojaliści uderzyli 
w bar lojalistyczny. Chryste. Widziałam krzyczących ludzi 
i nie mogłam ich usłyszeć. 

Nie wiedziałem, czy to byłby dobry pomysł zapytać, ile 
osób było rannych. 

— Przykro mi — powiedziałem. Ścisnąłem jej dłoń. — Nie 
wiedziałem. 

Zatrzymała się, wytrącając mnie z równowagi. Odwróci- 
łem się, niepewnie, twarzą do niej. Trzymała zaciśnięte pię- 
Ści przed sobą, jak gdyby łapiąc i potrząsając za klapy kogoś 
znacznie niższego niż ja. 

— Chryste! — wypluła. — Nienawidzę tego gówna! Nie- 
nawidzę tak bardzo! Tylko poszliśmy się bawić, wszyscy, 
i jakaś jebana Świnia musiała to zrujnować! Winię ich za to 
wszystko! Za alarmy bombowe, fałszywe alarmy, żarty, nie 
zdarzały się, gdyby nie te bękarty, który robią to na serio. 
Uszy i stopy po całym chodniku! — Zamknęła oczy, potem 


93 


Rozdział 4. Haczyk 94 


otworzyła, jak gdyby nie mogła znieść tego, co zobaczyła. — 
A Dave zwykł mówić, że powinniśmy słuchać uciskanych. 
Nikt nie słucha mnie, ponieważ nie jestem „uciskana”. Je- 
stem jebano protestantko! — Jej głos opadł do chrapliwego 
szeptu, resztka ostrożności, w innym wypadku posłana do 
nieba. — Jebać ich wszystkich! Jebać papieża! Jebać kró- 
lową! Jebać Irlandię! 

'Tak nagle, jak jej wybuch się zaczął, się skończył. Oparła 
pięści na moich ramionach i spojrzała na mnie, nie uroniw- 
szy łzy. Pociągnęła nosem. 


— Boże, musisz myśleć, że jestem szalona — powiedziała. 
— Nie zasługujesz na to. 

Objąłem ją ramionami i przyciągnąłem blisko, wykorzy- 
stując okazję, żeby się rozejrzeć. Musiało to wyglądać, jak- 
byśmy właśnie mieli jakąś kłótnię. Skoro w Glasgow, a ona 
nie używała butelki, to nikt nie zwracał na nas nawet naj- 
mniejszego błysku uwagi. 

— Wolę to niż „cokolwiek mówisz, nic nie mów” — po- 
wiedziałem. — Szczególnie że zgadzam się z tym, co powie- 
działaś. 

— Naprawdę? — Odsunęła się i zmarszczyła brwi. — Masz 
na myśli, nie wierzysz w nic? — Jej głos był niedowierzający, 
pełen nadziei. 

Przypomniała mi się kpina Myry: Akuratnie je żech in- 
dywidualistycznym anarchistą. Nie ma powodu w to wcho- 
dzić w ten sposób, z listą izmów. Wierzę w Ciebie, pomy- 
ślałem, próbując, ale to też nie było to. Patrzyła na mnie 
desperacko poważnie! 


Przełknąłem. 


Rozdział 4. Haczyk 95 


— Ani Boga, ani kraju, ani „społeczeństwa”. Tylko ludzie 
i rzeczy, i ludzie jeden po drugim. 

— Tylko my? 

Rozważyłem to, skuszony. To byłby dobry sposób, żeby 
ją bardziej przytulić. 

— Ani nas także, póki każde z nas nie wybierze, i tylko 
tak długo, jak każde z nas wybiera. 

— Nie wiem, czy mogłabym żyć w ten sposób. 

— Lepiej to niż umierać z czymkolwiek innym. 

Odpowiedziała na tę płynną odpowiedź bardziej zachę- 
cającym uśmiechem, niż zasługiwała. 

— Cóż — powiedziała — widzę, że nie próbujesz tylko ze 
mną pogadać. — Złapała moją dłoń ponownie i włożyła ją, 
razem ze swoją, do kieszeni jej parki. — Chodź, odprowadź 
mnie do domu. 

Szliśmy mokrymi ulicami, jakbyśmy byli połączeni w bio- 
drach, zatrzymując się co kilkaset metrów na zwarcie i po- 
całunek. Żadne z nas dużo nie mówiło. Przy jej mieszkaniu, 
słabe światło i chichoty dobiegły z małego pokoju Sheeny. 
Mieliśmy duży pokój i sofę, dla siebie. Dużo się przytula- 
liśmy, całowaliśmy, obmacywaliśmy i tarzaliśmy, ale kiedy 
stało się jasne, że chciałem iść dalej, odepchnęła mnie. 

— Za wcześnie — powiedziała. 

— Dobrze — powiedziałem. 

— Może powinieneś już iść. Niektórzy z nas muszą jutro 
rano wstać. 

Pomyślałem o kilku bystrych odpowiedziach i w końcu 
tylko skinąłem głową i się uśmiechnąłem. 

— Może powinienem. A co z jutrem? 

Wstała i pociągnęła mnie na nogi. 


Rozdział 4. Haczyk 


— Niech zobaczę. . . jadę na ślub w sobotę. Jutro mam za- 
kupy do zrobienia. Wieczór panieński wieczorem, regenera- 
cja następnej nocy. I przygotowanie sukienek i tak dalej. — 
Udała głęboki ukłon. — Jak się zapatrujesz na przyjście na 
tańce przy recepcji? Sobota wieczorem. 

— To brzmi wspaniale! Dzięki. 

Oderwała kartkę z notatnika i nagryzmoliła na niej. 

— Miejsce, czas, dojazd autobusowy — powiedziała, po- 
dając mi ją. 

— Dzięki wielkie. Ok, zatem tam się widzimy. 

Znaleźliśmy się przy drzwiach. 

— Ciągle jeszcze musimy sobie powiedzieć dobranoc — 
powiedziała i dobrze to zrobiła. 


>k kk 


Recepcja była w hotelu w części Glasgow, w której wcze- 
Śniej nie byłem, do którego dotarłem w serii autobusów po- 
ruszających się przez części Glasgow, o których nie wie- 
działem, że istniały. Wyglądały, jakby została tam przegrana 
wojna: całe bloki i ulice zrównane lub zrujnowane, lampy 
uliczne rozbite, wraki lub dzikie dzieci dookoła ognisk... 

Potem dowiedziałem się, że to był efekt programu bu- 
dowy drogi ukrytej w postaci polityki mieszkaniowej, ale 
wtedy — siedząc w wypełnionym dymem górnym pokładzie 
autobusu w garniturze, który normalnie założyłbym tylko na 
rekrutacje — żywiłem pewne przyjemne pesymistyczne my- 
Śli o rozkładzie cywilizacji. Gdy autobus jechał, jednakże, 
wyspy ciemności stały się rzadsze i w końcu wyskoczyłem 
w dzielnicy mieszkalnej przed uspokajająco jasnym i gło- 
śnym hotelem. Podążyłem za światłem i hałasem do aparta- 


96 


Rozdział 4. Haczyk 


mentu, gdzie odkryłem scenę jak z dyskoteki, oprócz tego, 
że większość osób była ubrana w coś jak najlepszy strój do 
kościoła i zakres wieku zbliżał się do krzywej rozkładu nor- 
malnego. 


Dookoła ścian pokoju były stoły, bufet z jedzeniem, tace 
z drinkami i bar na dalszym końcu. Wziąłem szklankę whi- 
sky przy bufecie i rozejrzałem się dookoła za Annette. Mu- 
zyka się zatrzymała, taniec się skończył, ludzie ruszali na 
lub z parkietu. 


Annette wyszła z tłumu, jakby to była zabawa tylko dla 
niej, przez chwilę, wydawało się, że reflektor ją złapał, tak 
błyszczała, podczas gdy inni dookoła przygaśli. Jej włosy 
były otoczone liśćmi i czerwonymi różyczkami, a jej su- 
kienka zaczynała się falbaną przy szyi i kończyła plisami 
na podłodze. Sukienka podobnie była w różyczki, czerwone 
na zielonym na czarnym, a nad tym miała fartuszek z or- 
ganzy z żabotem od talii aż ponad ramię, same taśmy zwi- 
nięte w kokardę z przodu. Na jej twarzy, zarumienionej od 
tańca, był uśmiech. Gdy się zatrzymała przede mną, poczu- 
łem jej mocne, słodkie perfumy. 

— Cześć, Jon, masz fajkę? — powiedziała. — Nie mam 
tchu. 

Gdy zapalałem papierosa dla niej, złapała mnie za rękę 
i pociągnęła do krzesła przy stole. Przyciągnęła kolejne krze- 
sło i usiadła twarzą do mnie, nasze kolana prawie się doty- 
kające przez szeleszczącą masę jej spódnic. 

— Ach, tak lepiej — powiedziała. Mijający kelner zapro- 
ponował jej tacę, sięgnęła koło oczekiwanego wina i pod- 
niosła kieliszek whisky. — Dzięki za przyjście. 

Podniosłem szklankę. 


97 


Rozdział 4. Haczyk 98 


— Dziękuję Ci. Wyglądasz inaczej. Pięknie. 

— Och, jej, dzięki. 

— Pięknie na inny sposób — pośpieszyłem dodać. 

Uśmiechnęła się lekko, żeby pokazać, że tylko udawała 
nieporozumienie. 

— Nie wspominałaś, że jesteś druhną — powiedziałem. 

— Nie chciałam cię wystraszyć. 

Roześmiałem się, niepewny, co z tym zrobić. 

— Podoba mi się Twoja sukienka — powiedziałem. 

Pochyliła się bliżej i powiedziała plotkarskim szeptem: 

— Tak jak i mi. Urobiłam się, żeby dostać taką, w której 
mogłabym jeszcze chodzić na imprezy, więc po długich dys- 
kusjach z Irene, to panna młoda, chodziłam z nią do szkoły, 
umówiłyśmy się na tę fajną kreację Laury Ashley] Wtedy 
ona zdecydowała, że nie była dostatecznie brzydka i druh- 
nowata, więc załatwiła z jej Mamą te rzeczy. — Potrząsnęła 
pogardliwie falbaną fartuszka. 

— Och, nie wiem — powiedziałem. — Fartuszek jest naj- 
lepszy. Naprawdę musisz go zachować na imprezy. — Tylko 
częściowo się droczyłem, było coś niewątpliwie seksownego, 
w niewątpliwie seksistowski sposób, o tego typu ciągnących 
się skojarzeniach z feministyczną służebnością. 

— Och, tak, i być postrzeganym jako dziewoja? — Uśmiech- 
nęła się. 

— Nigdy — powiedziałem. — Moja pani, czy chciałabyś 
zatańczyć? 

— Dobrze — powiedziała, zastanawiając się — może po 
tym, jak napełnisz kieliszek, a ja go opróżnię. 

B zob https://en.wikipedia.org/wiki/Laura_Ashley  - 
przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 99 


Kiedy to zostało załatwione, więcej niż raz, Annette przed- 
stawiła mnie niektórym z jej przyjaciół i kuzynów, i taniec 
zmienił się z podskakiwania w stylu disco do tradycyjnego, 
ale dzikszego, tańca szkockiego. Annette wciągnęła mnie 
w to, a kiedy nagle zaczęła się rzucać, jak wspomnienie z po- 
przedniego życia, odkryłem, że znam kroki, układy i mo- 
głem ją obracać — i oszałamiające, obracające następstwo 
kolejnych partnerek — na równi z najlepszymi z nich. 


Gdy tańczyłem, przeskakiwałem, tupałem, odwracałem, 
kręciłem, podnosiłem i kołysałem, próbowałem sobie przy- 
pomnieć, skąd pamiętałem to wszystko, i zrozumiałem, że to 
wszystko było dzięki mojemu ojcu. Jego interpretacja mark- 
sizmu, o szerokich horyzontach nawet dla jego społecznie 
tolerancyjnej, tylko politycznie dogmatycznej, partii, nale- 
gała na celowość kultury w każdej z jej form. Stąd, ćwicze- 
nia na pianinie i lekce tańca, a kiedy to doprowadziło do 
podwórkowych kpin, lekcji boksu. Stąd również, Muzeum 
Nauki, Muzeum Historii Naturalnej, Zoo i teatr. Interesował 
się wszystkim. Był tam. 


A w Hyde Park w niedziele, opowiadając niedowierza- 
jącym gapiom, że jakakolwiek demonstracja tygodnia, która 
ich mijała, była całkowitą stratą czasu. . . Myślał, że zamie- 
nia ucznia wieku kosmosu w naukowego socjalistę, ale wszystko, 
co robił, to wychowywanie do bycia tak upartym człowie- 
kiem jak on sam. 


"Tańce mijały tak szybko jak tancerze, pomiędzy jednym 
a drugim tylko porwane łyki whisky i zaciągnięcia dymem. 
Reel na osiem zakończył zestaw. Annette i ja oparliśmy o swoje 
ramiona z jedną myślą pomiędzy nami. 


Rozdział 4. Haczyk 100 


— Drink? 

— Drink. 

Poszliśmy do baru tym razem, nasza przypadkowa i szczę- 
śliwa pozycja na końcu tańca zaprowadziła nas przed resztą. 
Annette usadowiła się na stołku, jej spódnica zakrywającego 
go, tak, że wyglądała jakby zawieszona w powietrzu. Opar- 
łem łokieć o bar i zamówiłem piwa. 

— Hm, to było coś — powiedziałem. — Podobało mi się. 

— Mnie też — powiedziała Annette. — Zdrowie. — Wypiła 
pół kufla lagera. — Ale — kontynuowała — wyrzucenie naj- 
mniejszej druhny w powietrze, przerzucenie panny młodej 
nad biodrem i przeniesienie jej babci przez połowę pokoju 
nie było absolutnie niezbędne. 

— Och. — Przemyślałem. — Czy ja to zrobiłem? 

Uśmiechnęła się. 

— Na pewno. Byłam dumna. Nikt nie będzie narzekał te- 
raz, że sprowadziłam dziwnego Angolqt| 

— Nie wiedziałem, że jestem przedmiotem debaty. 

— Cóż, teraz to będzie tylko spekulacja. — Mrugnęła. 

— O nas? 

— Aha — powiedziała Annette. — Więc są „my”? 

Twarz nagle poważna, w aureoli czerwieni i czerni. 

— Jeżeli chcesz — powiedziałem. 

Jej zielone oczy spojrzały na mnie spokojnie. 

— Aco Ty wybierasz? 

Dookoła nas ludzie krzyczeli, sięgali po drinki, ocierali 
się o nas. Muzyka znowu kołysała. Widzę i słyszę to tylko 
teraz. Wtedy nie było nic prócz niej. 


14 w oryg. Sassenach — termin używany przez gaelickich mieszkańców wysp 


brytyjskich na oznaczenie mieszkańców angielskich — przyp.tłum. 


Rozdział 4. Haczyk 101 


— Nie ma wybierania — powiedziałem. Zrobiłem krok 
i objąłem ramionami jej pas. Nasze czoła się dotknęły. — 
Wszystko było zdecydowane w chwili, kiedy Cię zobaczy- 
łem. 

— Dla mnie też — powiedziała i się pocałowaliśmy. Dziw- 
nie było to robić na tej samej wysokości. Do czasu, kiedy 
skończyliśmy, zsunęła się ze stołka. Spojrzała na mnie, uśmie- 
chając się i powiedziała: — Ale ja zobaczyłam cię pierwsza. 

— Więc — spytałem w gorzkim zdumieniu — o co chodziło 
przez ostatnie trzy miesiące? 

— Jestem taka jak Ty — powiedziała. — Chcę być wolna. 

— Możesz być wolna ze mną! — powiedziałem. — W do- 
wolnym momencie. Proszę. 

Śmialiśmy się razem. 

— Tak — odparła. 

I wtedy wszystko zostało powiedziane, a my po prostu 
staliśmy przy barze, pijąc. 

Irene, panna młoda, przystukała do nas w wysokich ob- 
casach i zgrabnym niebieskim dwuczęściowym, uśmiech- 
nęła się do mnie ostrożnie i poszeptała do Annette. 

— Do zobaczenia za parę minut — powiedziała Annette. 
Ukłoniłem się obu — i tej konieczności — i obserwowałem ich 
szeptany postęp z odległości. 


Annette wróciła jakiś kwadrans później. 

— Wszystko ok? — spytałem, przesuwając gin z tonikiem. 
Wyglądała na nieco zaabsorbowaną. 

— W zasadzie tak. Dzięki — powiedziała, sącząc ostroż- 
nie. — Po prostu spędziłam dziesięć minut, stojąc w recepcji 
z sukienką ślubną Irene w plastikowej torbie na ramieniu. W 


Rozdział 4. Haczyk 102 


końcu załatwiłam kogoś, żeby ją przechowywał aż do mo- 
jego wyjścia. Nie mogłam jej zostawić w pokoju. Jakiś błąd 
z kluczami. 

— Więc bycie druhną to nie sama zabawa. 

— Ha, ha. Mało wiesz. 

— Myślę, że raczej nie... 

Zauważyłem, że muzyka się zatrzymała i ktoś próbował 
być usłyszany ponad zgiełkiem. 

— Hej, no chodź! 

Annette zawirowała i ruszyła w kierunku najbliższego 
wyjścia, gdzie Irene i jej mąż wycofywali się do drzwi w ro- 
dzaju kobiecego Ścisku dookoła nich... 

Coś popłynęło nad głowami przepychanek. Gdy spoj- 
rzałem do góry, zaskoczony, Annette wyrzuciła rękę w po- 
wietrze jak gorliwa uczennica do odpowiedzi i złapała to. 
Potrząsnęła bukietem, gdy odwróciła się powoli dookoła, 
przyjmując gwizdy i okrzyki, i spojrzała na mnie z szerokim 
uśmiechem. 

— Cóż — powiedziała. — Szczęściara ze mnie. 

Wszyscy zgromadzili się na zewnątrz, żeby wysłać młodą 
parę w drogę. Para przebiegle wezwała taksówkę i zostawiła 
samochód pokryty pianką do golenia i szminką deszczowi 
do umycia. 

Potem więcej tańczenia, więcej rozmawiania i długa po- 
dróż taksówką do mieszkania Annette z suknią Irene uło- 
żoną na naszych kolanach. Gdy płaciłem kierowcy, pobiegła 
po schodach jej domu, śmiejąc się, jej spódnica w jednej 
dłoni, a druga sukienka powiewająca za nią jak kometa. Do- 
padłem do niej, gdy otwierała zewnętrzne drzwi. Zeszliśmy 


Rozdział 4. Haczyk 103 


po schodach do jej ciemnego mieszkania, głośno próbując 
być cicho. 


Zabrała mnie prosto do sypialni, zawiesiła suknię ślubną 
na wieszaku na drzwiach do szafy naprzeciw łóżka i odwró- 
ciła się do mnie. Złapałem taśmy jej kokardy na jej biodrach, 
szarpnąłem je i ona zakręciła się dookoła, łapiąc fartuszek, 
gdy spadał i posyłając go w róg. Grzebałem się z guzikami 
z tyłu jej sukienki, znalazłem ukryty suwak i rozpiąłem go. 
Sukienka opadła dookoła jej stóp. Wyszła z jej kręgu w dłu- 
giej nylonowej halce i zgrabnie rozpięła każdy guzik mojej 
koszuli, podczas gdy ja pozbywałem się butów, spodni i sli- 
pek tak szybko, jak to możliwe. Halka zsunęła się do jej stóp 
z trzaskiem statycznej elektryczności. Reszta jej bielizny za- 
brała przyjemnie więcej czasu. 

Objąłem jej piersi dłońmi i zatopiłem usta pomiędzy nimi. 
Jej skóra smakowała jak talk i sól. Trzymając ją na odległość 
ramion, żeby na nią popatrzeć i trzymając ją blisko, żeby do- 
tknąć jej, doprowadziło do bliskiego, szybkiego rytmu, gdy 
wpadliśmy na jej łóżko. 

— Hej, hej, hej — powiedziała. Położyła dłoń na moim 
ramieniu i przytrzymała mnie, sięgnęła za jej głowę i po- 
machała małym foliowym opakowaniem przed moją twarzą. 
Potem rozdarła opakowanie zębami. 


— Załóż to, ty nieodpowiedzialny bękarcie. 


— Nie chciałbym być odpowiedzialny za bękartów — zgo- 
dziłem się. Założyłem kondom na penisa. — Mam swoje, po 
prostu zapomniałem. 


— Jeżeli kiedykolwiek powiesz mi coś tak słabego, to cię 
wyrzucę, Jonie Wilde. 


Rozdział 4. Haczyk 104 


Próbowałem przez chwilę wymyślić jakąś odpowiedź, 
a potem wykorzystałem język w lepszym celu. 


Obudziłem się w pokoju zacienionym w świetle zasło- 
nek rano, moje kończyny ciągle splątane z Annette, i zosta- 
łem natychmiast zaskoczony przez ducha białej sukni wy- 
łaniającej się znad końca łóżka, jej falbany i zaspy koronek 
osłaniane przez błyszczące pole siłowe polietylenu, jak duch 
z przyszłości. 


Rozdział 5 


Miasto Statku 


Najpierw patrzymy z perspektywy (większej niż się zdaje) 
i łapiemy mijającą planetę z odległości stu tysięcy kilome- 
trów. Jest czerwona — to nie niespodzianka — ale jest pocęt- 
kowana ciemnymi wyciekami niebieskiego i plamami zielo- 
nego, ate wycieki i plamy zaczynają być połączone. . . kanałami, 
przez. .. (i pojawia się myśl, ulotna jak przelotne spojrzenie) 
canali, więc Nowy Mars naprawdę wygląda, jak Mars nigdy 
nie wyglądał. (Ale czy nie tego chcieliśmy). 

Widok przeskakuje na tysiąc kilometrów... nad, nie poza 
...i toczymy się na wysokości satelitów, pobierając spiralne 
odciski palców wilgoci wody, zakrzywiająca się płyta pla- 
nety zaparowana oddechem, nabazgrane znaki życia i proste 
linie inteligencji: tak, kanały. 

Opadając teraz, do struktury tak niewątpliwie sztucznej 
jak najwidoczniej organicznej: na pierwszy rzut oka to czarna 
gwiazda, jak stolica na mapie, potem (gdy punkt widzenia 
pędzi i widok zaczerwienia się, krwawy od płomieni hamo- 
wania) jak rozgwiazda pozostawiona na piasku. 


Cięcie, znowu, do spokojnego powietrznego punktu ob- 
serwacyjnego, dryfującego ponad czymś, co najwyraźniej 
jest miastem, jego promienista symetria jest ciągle główną 


Rozdział 5. Miasto Statku 106 


cechą, ale z pięcioma ramionami dostrzegalnie połączonymi 
czarnymi niciami dróg, ulic, kanałów, a na innym pozio- 
mie, niewidocznymi z zewnątrz, przez pajęczynę okablowa- 
nia sieci. 

I jesteśmy. Ten stary protokół transakcyjny TCP/IP cią- 
gle działa (z odległych czasów mitochondrialnej Ewy wszyst- 
kich systemów), zatem możemy słyszeć, czuć i widzieć. Ale 
wielkie liczby nadal są ważne, więc szyfrowanie ukrywa 
większość danych w katakumbach ciemności. To, do czego 
mamy dostęp, na otwartych kanałach, jest wystarczające, 
żeby pokazać. 


Cztery z miejskich pięciu ramion są dziedzinami nie-ludzi. 
Wyglądają, jakby były zbudowane na mieszkania dla ludzi, 
ale nikt nie jest w domu, prócz maszyn. Istnieje podstawowa 
warstwa, rodzaj mechanicznej warstwy uprawnej, gdzie rze- 
czy robią rzeczy rzeczom. Symulakra inteligencji poruszają 
się przez ruch, krzycząc i pracując: puste automatyczne barki 
orzą zatkane algami kanały, służące maszyny walczą, żeby 
zamieść kurz z podłóg korytarzy, których ściany są grube 
od pleśni. Na ulicach kreacjonistyczna karykatura natural- 
nej selekcji: na wpół sformowane mechanizmy zderzają się, 
łączą i wcielają swoje części, tworząc nieopłacalne potom- 
stwo, które samo dalej rozprzestrzenia groteskowe formy 
przejściowe. 

Ten bezmyślny poziom jest terenem łowów bardziej roz- 
budowanej maszynerii, która czai się i rzuca, pożera i ka- 
nibalizuje dla własnych celów. Sztuczne inteligencje — nie- 
które obsesyjne i skupione, inne chaotyczne i zrelaksowane, 
niektóre nawet zdrowe na umyśle — prześladują ułamek tych 


Rozdział 5. Miasto Statku 107 


maszyn. Trudno jest zidentyfikować miejsca, gdzie takie umy- 
sły mieszkają. Chwiejące, nieprawdopodobne struktury mogą 
być sterowane przez rozumne komputery nie większe od 
myszy, podczas gdy niektóre gładkie, lśniące, a nawet hu- 
manoidalne maszyny mogą być równie dobrze kretyńskie 
lub szalone. 


Te jęczące złomowisko jest regularnie plądrowane przez 
istoty ludzkie, które, ryzykując wszystko od palców przez 
dusze, zapuszczają się w tę dżunglę żelaza i krzemu. Mają 
swoich mechanicznych sojuszników, zwiadowców i agen- 
tów. Ale jeżeli maszyny, w ogóle, nie są lojalne wobec sie- 
bie, są jeszcze mniej wobec ludzkich przyjaciół lub panów. 
Łatwiej jest przeprogramować maszynę niż obalić człowieka. 


A przez to wszystko, jak bakterie, małe molekularne ma- 
szyny dzikiej nanotechnologii poruszają się w swojej niewi- 
dzialnej i okazjonalnie niszczycielskiej pracy. Systemy od- 
porności wyewoluowały, praktykowany jest ekwiwalent me- 
dycyny. Środki higieny publicznej są stosowane (nie są, do- 
kładnie, wymuszane). Jednak najmniejsze są najszybsze, a tu- 
taj wyścig ewolucji jest najbardziej nieludzkim biegiem. 


Piąte ramię jest dzielnicą ludzką. Sieci są jego umysłem. 
W nich odnajdujemy jej dobre intencje, złe myśli, mokre sny 
i nudne programy. To nie tak, jak to powinno być ostatecznie 
oceniane. Niemniej jednak... 


Podstawą wszystkiego jest odtwarzanie codziennego Ży- 
cia, a to zapewnia duży udział w ruchu sieciowym. Nikt 
nie liczy, ale istnieje kilkaset tysięcy ludzkich istot żyją- 
cych na Nowym Marsie, większość z nich w Mieście Statku, 
reszta rozrzucona w znacznie mniejszych społecznościach, 


Rozdział 5. Miasto Statku 108 


rozdmuchana po całej planecie. W każdej minucie brzęczy 
tysiącami rozmów i osobistej łączności. Biznes: zamówie- 
nia, faktury, płatności, transakcje. Prawa własności, co lu- 
dzie godzili się pozwolić innym ludziom robić z rzeczami, 
skomplikowały się i zróżnicowały, a rozwiązywanie, prze- 
pakowywanie i wymiana tych praw następuje z szybkością 
szulera: udziały w czasie, hipoteka organów, giełda nowi- 
nek, pożyczki na pracę, korzyści z narodzin. ..to stało się 
skomplikowane. Stąd konflikty, pozwy, ugody, zbrodnie i de- 
likty. 


Prawo i porządek pokazuje zęby w strumieniu biznesu 
tylko okazjonalnie, a wynikające dokumenty o policji, dra- 
maty sądowe czy komedie obozowe zapewniają — w rzeczy- 
wistości i w fikcji — podstawę rozrywki. Większość udręk 
i poniżeń, które widzimy na ekranach to, szczęśliwie, tylko 
pornografia. Rozprawy sądowe przez sąd boży i walkę są 
realne. 


Religie, niektóre. Najwyższym kościelnym dygnitarzem 
jest biskup Nowego Marsa. Zreformowana ortodoksyjna ka- 
toliczka, więc dlaczego ma dziwne wątpliwości, w jaki spo- 
sób Następstwo przeszło na nią, wie, że przekaże je jed- 
nemu lub więcej dzieciom. Przyjaźni się z niektórymi bud- 
dystami i rabinem (znaczy, nie spodziewaliście się Żydów?) 
i jest sroga, ale miłosierna wobec obłąkanych heretyków. Ich 
ułuda, że Nowy Mars jest życiem po Śmierci, albo jakimś 
postapokaliptycznych obszarem przejściowym jest, w tych 
okolicznościach, wybaczalna. 

Polityki, brak. To anarchia, pamiętasz? Jednak to jest 


anarchia domyślna. Nie ma państwa, ponieważ nikt nie ma 
ochoty go założyć. Zbyt dużo mordęgi, facet. Bądź grzeczny, 


Rozdział 5. Miasto Statku 109 


nie wychylaj się, to zawsze działo się w ten sposób i nic tego 
nie zmieni, a zresztą (i szczególnie) co pomyślą sąsiedzi? 
(Nigdy nie poprą tego, oto co. To wbrew ludzkiej naturze.) 


Zewnętrzny system nerwowy miasta zawiera jego zmy- 
sły: kamery, mikrofony dla wiadomości i inwigilacji, czuj- 
niki chemikaliów i stresu, które monitorują jego zdrowie. 
Zaczynając od góry: na najwyższej i centralnej wieży jest 
glob wielkości ludzkiej głowy. To tylko dookolna kamera, 
udogodnienie zostawione tam przy rozkwicie ducha publicz- 
nego lub prywatnej spekulacji. Stamtąd możemy zajrzeć w osza- 
łamiające przestrzenie szczytów wież, które w końcu scho- 
dzą do niskich płaskich dachów i kończą się kopułami, szo- 
pami i wiatami na granicy miasta. 


Jak każde w pięciu promienistych ramionach miasta, to 
ma wydłużony kształt latawca, najpierw szeroki, potem zbieżny. 
Same budynki są dwóch typów: te, które wyrosły, i te, które 
zostały zbudowane. Kształty tych pierwszych mogą być przed- 
stawione jako przecinające się wielokąty, regularne lub nie- 
regularne: te drugie, to prostokąty. Układ i położenie tych 
kratowanych, komórkowych struktur ma tę samą jakość przy- 
padkowej nieuchronności jak głazów w lawinie lub kamieni 
w strumieniu, i z tego samego powodu: minimalnego zajęcia 
dostępnej przestrzeni. Skonstruowane budynki przestrzegają 
innej zasady ekonomii i wystają lub są zakopane, tak jak 
dyktują nieprzewidywalne prawa. 


Oba typy budynków — oba prawa lokalizacji — podążają 
za ulicami, a ulice za kanałami. Kanały są systemem odde- 
chowym: Kanał Okrężny okrąża centrum, Kanały Promieni- 
ste dzielą ramiona, a każdy ma niepoliczone dopływy i kapi- 
lary. Niedaleko lewej krawędzi ramienia, na które patrzymy, 


Rozdział 5. Miasto Statku 


jest nieprawidłowy długi kanał, który pierwszy pojawia się 
w polu widzenia pod nami i wykracza poza horyzont: Ka- 
mienny Kanał. 


Mężczyzna opiera się na wnęce okna, rozkładając część 
masy na rozcapierzonych palcach. Cement jest szorstki pod 
palcami. Wygląda przez okno, które jest wysoko na stoku 
miasta, patrząc wzdłuż Kamiennego Kanału. Gdy równo- 
waży ciężar ciała na piętach stóp i czubkach palców, napięte 
mięśnie ramion i barków pokazują się przez miękką tkaninę 
jego kurtki. Mięśnie zginają się i się prostuje, odwracając. 
Jego czarne włosy pstrykają w policzek w wyniku prędkości 
ruchu. 


Pozostali dwaj mężczyźni w pokoju są wyżsi i masyw- 
niejsi niż on, ale obaj lekko się cofają, gdy zmierza w ich 
kierunku. Zatrzymuje się kilka metrów wcześniej i patrzy 
na nich. 


— Straciliście ją — mówi. — U abolicjonistów. — Jego wy- 
mowa ma akcent nieczęsto słyszany w mieście, coś z prze- 
szłości, chropowaty i wyrafinowany przez długi czas. Za- 
pewnia zgrzytliwy wydźwięk modulacji jego głosu, który 
jest podobnie, świadomie lub nie, doświadczonym i znako- 
mitym instrumentem jego woli. Akcent i ton razem są do- 
skonale skalibrowane, żeby przekazać emocję: w tym przy- 
padku, pogardę. 


— Ona ma koncesję IBM — mówi jeden z mężczyzn. Liże 
usta, chowa język nagle w usta, jakby był świadom, że po- 
szedł za daleko. Wyciera policzek. 


— To — mówi mężczyzna — nie jest usprawiedliwienie. To 


110 


Rozdział 5. Miasto Statku 111 


opis porażki. — Wzdycha, strzepuje pył z palców. — Dobrze. 
Od początku. 

Wraca do wielkiego drewnianego biurka i opiera się o jego 
krawędź. 

— Ok, Reid — mówi drugi mężczyzna i zaczyna przedsta- 
wiać. Mówi przez minutę, gdy Reid unosi dłoń. 

— Młody mężczyzna? — mówi. — I robot? Opisz ich. 

Słucha, zmrużona oczy, przez kolejną minutę, zanim prze- 
rwie gestem dłoni skierowanym w dół. 

— Myślisz, że ją rozpoznał, Stigler? 

Usta Stiglera są znowu suche. 

— On... myślę, że tak. 

— Och, Chryste! — Słowa pojawiają się jak pręt uderza- 
jący w biurko. Reid przez chwilę stuka palcami. 

— A Ty, Collins, nie wydaje mi się, że Twoje moce opi- 
sowe są w lepszym stanie, co? 

— Osłaniałem, Reid — mówi Collins. — Patrząc wszędzie 
indziej, wiesz, co mam na myśli? 

— Ok, ok. — Reid wstaje i patrzy na nich, spekulacyjnie. 
Może rozważać korzystne użycie ich części ciała i stosowne 
metody renderowania. — Wykonaliście pracę, jak się uma- 
wialiśmy, tak dobrze, jak mogliście. Gdybym chciał wycią- 
gnąć mężczyznę na podejrzeniu, potrzebowałbym nakazu. I 
to jest to, czego będę potrzebował, panowie, więc obawiam 
się, że to was wyklucza. Pełna zapłata, bez premii. 

Collins i Stigler patrzą z ulgą i odwracają się do wyjścia. 
W drzwiach Collins drapie się w kark, patrzy na Reida. Reid 
patrzy znad ekranu, na który przeniósł swoją uwagę. 

— Tak? 


Rozdział 5. Miasto Statku 112 


— Hm, Reid, pytanie. Nie zdarzyło ci się wiedzieć, kto 
posiada tego robota? 

Reid myśli o tym. Jego uśmiech pozwala dowiedzieć się 
mężczyznom, że są jego dobrymi przyjaciółmi, a nie parą 
łapaczy, którzy nie wrócili z danymi. 

— Zostańcie przy sprawie — mówi im. 


Wilde wstał i przeszedł na koniec nabrzeża, koło ludzi, 
inteligentnych małp i maszyn, które mogły być inteligentne. 
Patrzył nad Kamiennym Kanałem, a potem przez chwilę pa- 
trzył w dół na wodę. Znalazł, może, jakieś odpowiedzi w swoim 
odbiciu. 

Robot, Jay-Dub, ciągle kucał na krawędzi nabrzeże, go- 
towy jak ptak drapieżny. Wzorce ciekłego kryształu prze- 
sunęły się w jego ocienionym centralnym pasie, gdy wrócił 
Wilde. Wilde spojrzał na to. 

— Nie jesteśmy już w Kazachstanie — powiedział. 

Maszyna nie odpowiedziała. 

— Co się stało? — spytał Wilde. Rozejrzał się. — Czy tu 
można bezpiecznie rozmawiać? 

— Wystarczająco bezpiecznie — odpowiedział Jay-Dub. — 
Mogę odbić większość prób podsłuchu. 

— W porządku — powiedział Wilde. — Powiedz mi: gdzie 
schowałem pistolet? 

— W prysznicu. 

— Jaka była ostatnia rzecz, którą powiedziałem? 

— „Miłość nigdy nie umiera”. 

Wilde zmarszczył brwi. 

— Jaka była moja ostatnia decyzja? 

— Że ja..., że już nigdy nie będziesz palił. 


Rozdział 5. Miasto Statku 


Wilde pochylił się i klepnął w kadłub Maszyny. 

— Dokładnie tak. To jest obietnica, którą pamiętam, i mo- 
żesz się nadal jej trzymać. 

Zabrał szklanki po kawie do stoiska ze śniadaniami i wró- 
cił z pełną szklanką, paczką papierosów i zapalniczką. 

— Nie pochwalam tego — powiedział Jay-Dub, gdy Wilde 
usiadł koło niego i zapalił. 

— Pierdol się — odpowiedział Wilde. — Chcę Twojej hi- 
storii, nie opinii. 

Oparł się o skorupę Maszyny, która przesunęła swoją 
wagę na nogach, żeby wyrównać. 

— To długa historia. Nawet nie wiesz jak długa. 

— Więc ją skróć. — Oczy Wilde'a były zamknięte. 

— „Tak, panie” powiedział robot — powiedział Robot. — 
Ok, cokolwiek mówisz. Praktycznie, umarłem po postrzale. 
Mój mózg został natychmiast zeskanowany w prototypo- 
wym systemie obrazowania neuronowego i wzorzec został 
zapisany. 

— Daj spokój — powiedział Wilde. — Nie robimy... nie 
mieliśmy takich rzeczy. 

— Ludzie Reida mieli. Byli bardziej zaawansowani niż 
ktokolwiek podejrzewał. A ja byłem pierwszy. Pierwszym 
człowiek, w każdym razie. Jestem przekonany, że większość 
ulepszonych małp tutaj pochodzi ze wczesnych eksperymen- 
tów tego okresu. Jednak, to było wiele lat później — choć nie, 
oczywiście, subiektywnie — gdy otworzyłem oczy i okazało 
się, że jestem na nieprawdopodobnym statku kosmicznym. 
Wygodnym, jeden g, ale żadna rotacja lub przyśpieszenie 
nie były widoczne, gdy wyglądałem na zewnątrz. Oczywi- 


113 


Rozdział 5. Miasto Statku 114 


Ście wirtualna rzeczywistość. To, co było za oknami, było 
tym, co było w rzeczywistym Świecie. 

Przerwał. Minuta minęła. Mężczyzna sięgnął ręką do tyłu 
i uderzył kostkami w bok Maszyny. Potem possał kostki. 

— Ato, co było na zewnątrz, to? 

- Ganimedeg"] chyba — powiedział Robot. — To, co z niego 
pozostało. Maszyna, którą zamieszkiwałem, nie była znacz- 
nie większa od tej, którą teraz widzisz. Ta i tysiące innych, 
były zaangażowane w budowie platformy. Wszędzie dookoła 
pierścieni Jowisza, inne maszyny były zaangażowane w po- 
dobnych zadaniach. 

Znowu głos się urwał. 

— Pierścienie Jowisza? — spytał Wilde. — Ktoś był zajęty. 

— Zgadnij kto. 

— Reid? 

— I spółka. 

— Oni to zrobili? Kiedy? 

— 2093. 

Wilde otworzył oczy i spojrzał ponad kanałem. 

— Zakładam — powiedział — że ludzie i roboty równo- 
ważne ludziom nie zrobili tego wszystkiego sami. 

— Rzeczywiście nie. Pomiędzy belkami platformy były 
wielkie byty, które nazywaliśmy makrami. Były stworzone 
z nanomaszyn i były platformą hardware dla milionów wgra- 
nych umysłów. Ludzie tutaj, teraz, nazywają ich „Szybkim 
Ludkiem”. Już wtedy byli daleko poza ludzkością i budowali 
tunel czasoprzestrzenny, ten, którym nasz statek przeszedł, 
żeby się tutaj dostać. 


zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ganimedes_ (ksi 


C4%99%C5%BCyc) |- przyp.tłum. 





Rozdział 5. Miasto Statku 


— Gdzie są teraz? 


— Ach — powiedział Jay-Dub. — Dobre pytanie. Te do- 
okoła Jowisza straciły zainteresowanie, powiedzmy, w ze- 
wnętrznym Świecie. Prototypy, z których się rozwinęły, kod 
źródłowy, jeżeli wolisz, zabraliśmy ze sobą, tak jak zabrali- 
śmy zapisane umysły i zakodowane ciała zmarłych. 

— W tym mnie? 

— Cóż, tak. Twoje rzeczywiste ciało nie było zakodo- 
wane, z tego, co wiem. Istniała próbka tkanki, z której po- 
tem, z której cię sklonowałem. Twój umysł był zakodowany, 
tak jak mówiłem. 

— Oddzielnie od Twojego? — Wilde brzmiał zaskoczony. 

— Mój umysł i Twój były skopiowane z tego samego ory- 
ginału — powiedział Jay-Dub. — Obudziłem się w tej maszy- 
nie w dokładnie tym samym stanie umysłu, jak Ty obudzi- 
łeś się wczoraj, i z dokładnie tymi samymi wspomnieniami. 
I w mniej pomyślnych okolicznościach. 

— Moje serce — powiedział Wilde — absolutnie kurwa 
krwawi. 


— Moje niezwykle rozbudowane oprogramowanie wy- 
krywa stopień wrogości. — Głos Maszyna próbował ironii, 
coś spoza jego znajomego zasięgu. 

— Mam nadzieję, że tak — powiedział Wilde. — Właśnie 
przyznałeś, że klony są oddzielnym problemem od zachowa- 
nych umysłów. Więc obecność kogokolwiek tutaj, kto wy- 
gląda jak ktoś, kogo kiedyś znałem, nie jest oznaką w, kurwa, 
ogóle, że ta osoba właściwie tutaj jest, prawda? 

— W zasadzie tak, ale... 


— Więc Twoja uwaga o klonie będącym jakiegoś rodzaju 


115 


Rozdział 5. Miasto Statku 116 


powodem do nadziei, że Annette była, jak to ująłeś, pośród 
Nieożywionych, była całkowicie kłamstwem. 

— Nie — powiedziała Maszyna. — To oznacza, że jest szansa. 

Wilde pokręcił głową. 

— Im bardziej o tym myślę — powiedział — tym więcej 
wątpię. Nigdy nie wierzyła w krionikę, ani w transfer umy- 
st] lub jakiekolwiek takie gówno. Jeżeli wierzyła w co- 
kolwiek, to wierzyła w powszechne zmartwychwstanie na 
końcu czasu. Punkt Omegq'] 

— I całe to gówno — powiedział Jay-Dub. 

Wilde się roześmiał. 

— Nadal tak myślisz? Hm, chylę czoła Twojemu więk- 
szemu doświadczeniu. 

Maszyna lekko się przesunęła. 

— Koniec czasu może być bliżej, niż myślisz i gorszy niż 
sobie wyobrażasz. 

— Co masz na myśli? 

— Wolałbym, żebyś sam to wypracował — powiedział Jay-Dub. 
— Cokolwiek o tym powiem, to tylko jeszcze bardziej ob- 
ciąży Twoją bezkrytyczność. Jednak doda stopień pilności 
naszemu zadaniu. 

— Naszemu zadaniu? — Wilde prawie krzyknął. — Co masz 
na myśli „naszemu ”? Widzę to tak, że nie jestem Jonem 
Wilde'em. Mam jego wspomnienia i moje ciało jest jak jego 
dwudziestoletnie. — Zapalił i wyciągnął kolejnego papierosa, 
uśmiechnął się przez kaszlnięcie. — W wieku dwudziestu lat, 


2 upload, przeniesienie umysłu człowieka w symulację komputerową, 


zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Transfer _umys%C5%82u- 


przyp.tłum. 


3 więcej https://en.wikipedia.org/wiki/Omega_Point, — 


przyp.tłum. 


Rozdział 5. Miasto Statku 


wszyscy czujemy się nieśmiertelni. Jednak jeżeli ktoś twier- 
dzi, że jest Wilde em, to Ty. Możesz dotrzymać jego obiet- 
nic, walczyć w jego bitwach. Jestem pewien, że pamiętasz 
jedną z tych pijanych dyskusji z Reidem o klonowaniu ciał 
i kopiowaniu osobowości. I wniosek, do jakiego doszedłeś: 
kopia to nie oryginał, zatem... Reid powiedział to w jakiś 
osobliwie teologiczny sposób, jeżeli pamiętasz. 

— „Zmartwychwstali zmarli w Dzień Sądu są nowymi 


stworzeniami, tak niewinnymi, jak Adam w Ogrodzie Eden”. 


— Dokładnie — powiedział Wilde. — To jest to, czym je- 
stem, nowym stworzeniem. Nowym człowiekiem. — Posłał 
niedopałek wirujący w kanał i zerwał się na nogi, rozcią- 
gając szeroko ramiona i patrząc prosto w niebo. — Nowym 
Marsjaninem! 

— Jesteś po prostu Wilde'm — powiedziała Maszyna. — 
Dokładnie tak by zareagował. 

Mężczyzna się roześmiał. 

— Nie złapiesz mnie tak łatwo. Podobieństwo, nieważne 
jak dokładne, nie jest tożsamością. Ciągłość jest. 

— Może tak być — powiedziała Maszyna. — Ale wszystko 
na Nowym Marsie jest logiczną konsekwencją zakładania 
negacji tego. 

Wilde zamknął na chwilę oczy, potem przykucnął koło 
Robota i narysował linie w piasku i żwirze nabrzeża ry- 
bią ością. Spojrzał na powstałe gryzmoły jakby były rów- 
naniem, które próbował rozwiązać. 

— Ach — powiedział. Pomyślał o tym jeszcze trochę. — 
Wszystko? 

— Wszystko, co ma znaczenie — powiedziała Maszyna. 

— Ale to jest szalone. To jest gorsze niż złe... , to błędne. 


117 


Rozdział 5. Miasto Statku 118 


— Spodziewałem się, że tak pomyślisz — powiedział Jay-Dub, 
nuta zadowolenia w jego tonie. — W ten sposób, czy identy- 
fikujesz się z oryginalnym Jonathanem Wilde m, czy nie, 
prawdopodobnie będziesz chciał zrobić to, co ja chcę, żebyś 
zrobił. 

— A jest to? 

— Powiedziałeś, że zabił cię Reid, mnie, nas, nieważne. 
Przynajmniej był odpowiedzialny. Pozwij gnoja za morder- 
stwo. 

Wilde się roześmiał. 

— Pozwać, a nie oskarżyć? Macie też i to? — Brzmiało 
to, jakby ciekawość prawa odciągnęło jego zainteresowanie 
własną sprawą. 

— To też — powiedział ciężko Jay-Dub. — Mamy policen- 
tryczny system prawą] 

— Dowolny system prawa — powiedział Wilde — który ży- 
jącemu pozwala wystąpić przed sądem i twierdzić, że został 
zamordowany, cóż, przegina. 

— Dokładnie — powiedział Jay-Dub. — A ja chcę przegiąć, 
aż upadnie. 

Wilde pogrzebał jeszcze trochę w piasku. 

— Ach — powiedział. — Rozumiem. Bardzo zgrabnie. Wszyst- 
kie odpowiedzi są złe. Jak koan. 

Spojrzał na niego. 

— Dlaczego — dodał — nie mogłeś sam pozwać Reida we 
własnym imieniu? 

Jay-Dub stanął, wyprostował i rozłożył swoje nogi. 


4 system prawa zakładający współistnienie niezależnych i konkurujących 
ze sobą systemów prawnych, więcejhttps://pl.wikipedia.org/wiki/ 
Policentryczny_system_prawa — przyp.tłum. 






Rozdział 5. Miasto Statku 119 


— Rozejrzyj się — powiedziała, wymachując ramionami 
na zatłoczone nabrzeże. — Każda podskakująca małpa ma 
prawa, które sąd uzna. Ja nie. Jestem instrumentum vocale: 
narzędziem, które mówi. 

— Więc co z tym rozróżnienie, które tak często robisz, 
pomiędzy równoważnym człowiekowi a tylko jebaną maszyną? 

— „Równoważna człowiekowi” — powiedział Robot zgorzk- 
niale — jest terminem marketingowym. Nie ma żadnego opar- 
cia prawnego, prócz abolicjonistów, a wszyscy mają ich w du- 
pie. 

— Och? — Wilde spojrzał zainteresowany. — To są ludzie 
z którymi. .. gynoid uciekł? 

— Tak. 

— Chcę z nimi pogadać. Brzmią jak mój rodzaj ludzi. 

— Zapewniam Cię, że nie są — powiedział Robot. — Są 
rodzajem moralistycznych, dogmatycznych, obłudnych pu- 
rystów, którymi gardziłeś całe życie. 

— Dobrze — powiedział mężczyzna. — Powiedziałem moim 
rodzajem, nie Wilde-a. 

Wstał. 

— Zamierzam się z nimi spotkać. 

— To mógłby być błąd. 

Wilde raźno ruszył wzdłuż nabrzeża. 

— To jest ten rodzaj błędu — powiedział, gdy Jay-Dub 
wstał i podążył — którego nie zrobiłem, umierając. Niezbyt 
wielu ludzi ma szansę się z tego uczyć. 


Biuro Reida jest wielkie. Ściany są zakrzywione, wy- 
konane z prostego szarego cementu, który daje niespodzie- 
waną atmosferę ciepła. Widok z okien dodaje duży procent 


Rozdział 5. Miasto Statku 120 


do ceny pokoju. Poranne światło wpada przez nie pod ką- 
tem. Na biurku, z solidnego drewna wypolerowanego tak, że 
wygląda prawie jak plastik, stoi zwykła klawiatura i ekran. 
Reid ma kontakty, których rzadko używa, na oczach. 

Siedzi przy biurku, opierając się na nim, przeglądając 
wyniki poszukiwania. Poszukiwanie jest szybkie, a sceny 
pokazują się w odwróconym porządku. Dni nagranych roz- 
mów telefonicznych paplają i gestykulują do tyłu. 

Zatrzymuje się, zwalnia, strony do przodu. Zatrzymuje 
obraz. 

Patrzy w górę. 

— Chodźcie — mówi. 

Collins i Stigler podchodzą i patrzą na ekran. Pokazuje 
wnętrze taksówki w jakimś wielkim potężnym pojeździe trans- 
portowym. Szczegóły są oryginalne: zwisający mikrofon, od- 
rywające się motto, watowane siedzenia polietylenowe. Męż- 
czyzna z porytą, skórzastą twarzą patrzy w kamerę. Koło 
niego siedzi młoda kobieta z bardzo ciemnymi oczami, bar- 
dzo ciemnymi włosami, ciasnym t-shirtem i przyciętymi szor- 
tami z dżinsu. Wygląda na inteligentną i ostrożną dziwkę. 

Reid porusza palcami i obraz zaczyna się ruszać. Nastę- 
puje migotanie interferencji, która sprawie, że wszyscy trzej 
mężczyźni mrugają i lekko potrząsają głową. Gdy otwierają 
oczy, ekran nie ma zakłóceń. 

— Zapomnij — mówi mężczyzna. — Zły numer. 

Jego ręka porusza się za kadr i ekran gaśnie. Kolejna 
nagrana rozmowa się zaczyna. Reid zatrzymuje i cofa. Za- 
trzymuje się na interferencji, puszcza ją znowu powoli. 


— Och kurde — mówi. 


Rozdział 5. Miasto Statku 121 


Klika na ikonę innego ekranu i startuje oprogramowa- 
nie analityczne. Migotanie nagle staje się stroną symboli. 
Reid znowu klika. Symbole rozwijają się na ekrany tekstu. 
Reid śledzi palcem po monitorze, jego brwi coraz bardziej 
zmarszczone. 

— Sukinsyn — mówi, siadając. 

Stigler drga. 

— Ten facet — mówi podniecony. — Z tą skórą, on jest... 

Reid patrzy na niego. 

— Serio, Sherlocku. 

Wywołuje znowu obraz i uruchamia kolejny program, 
który wygładza i zmiękcza obraz Mężczyzny. 

— Hej! — mówi Collins. 

Reid wskazuje na ekran. 

— Znajdźcie go — mówi. 

— Chwila — mówi Stigler. — Mówiłeś, że potrzebujemy 
nakazu, a nie wydaje mi się, że sąd... 

Reid klepie go w plecy. 

— Nie martw się o to. — Uśmiecha się. — Ten człowiek 
jest martwy. 

Wychodzi i opiera się raz jeszcze na parapecie, patrząc 
przez okno na miasto i uśmiecha się w słońcu. 


Rozdział 6 


Żołnierz Lata 


Spojrzałem znad Observera na stół ze śniadaniem. Na 
zewnątrz, za oknem balkonowym, nasze małe otoczone mu- 
rem podwórko brzęczało od pszczół i pełne było kwiatów. 
Promienie słońca o dziesiątej wpadały stromo. Annette sie- 
działa ze stopami w górze na ławce po drugiej stronie, opie- 
rając się o mur, ciesząc się pierwszym papierosem i drugą 
kawą w tym dniu. Eleanor, główny powód, dlaczego wstali- 
śmy o tej godzinie w niedzielny poranek (i wynik niedziel- 
nego poranka siedem lat temu, kiedy wyjście z łóżka było 
ostatnią rzeczą w naszych głowach) klęczała z pisakami i ksią- 
żeczką do kolorowania. 

— Co dzisiaj robimy? — spytałem. 

— Walka o pokój — powiedziała stanowczo Annette. 

— Nie ja — powiedziałem, razem z jęknięciem Eleanor 
„Och, nie mamo”. Zapomniałem o demonstracji CND | choć 
od tygodni było to zapisane najpierw ołówkiem, potem dłu- 
gopisem, na kalendarzu w kuchni. 

— Wedle uznania, anarchiści — powiedziała Annette, ga- 
sząc papierosa. Coś w jej tonie i geście powiedziało mi, że 


I Campaign for Nuclear Disarmament — Kampania na rzecz rozbrojenia nu- 
klearnego — przyp.tłum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 123 


była zirytowana. Po wcześniejszych demonstracjach, wie- 
działa, że nasz sprzeciw był oparty bardziej na lenistwie niż 
na zasadzie. W tym roku Czarnobylu i Trypolisu, opuszcza- 
liśmy gardę. 

— Może się tam spotkamy? — zasugerowałem nagle. — 
Eleanor i ja moglibyśmy skoczyć na rynek w Camden, po- 
tem pójdziemy i zobaczymy babcię i dziadka w Marble Arch 
i będziemy cię wyglądać, a potem wszyscy możemy udać się 
do McDonalda. 

Gdy mówiłem, Eleanor szczerze przeliczała, czy wędro- 
wanie po straganach z używanymi książkami było warte tego 
przez wzgląd na zobaczenie dziadków i zatankowanie che- 
eseburgerami i szejkami. Ze sposobu, w jaki jej oczy poja- 
Śniały, wyglądało, że minimum poświęcenia było do zaak- 
ceptowania. Odwróciłem się do Annette, która posłała mi 
udobruchany uśmiech. 

— Ok — powiedziała. — Przynajmniej tam będziecie. — 
Wstała, we wdzięcznym ślizgu nocnej piżamy i szlafroku. 
— I chodź, ty — dodała, garbiąc się, żeby poklepać wystający 
tyłek Eleanor, teraz z powrotem kolorującej. — Załóż na pupę 
jakieś normalne ubranie. 


— Czy musimy? 

Były momenty — jak ten, lub przy zasypianiu — kiedy 
żałowałem prawdziwej odpowiedzi, zamiast skłamania, na 
pytanie: „Tato, co to libertarianizm ?”. 

— Nie, my nie musimy — powiedziałem. — Ale tak zro- 
bimy, ponieważ tak, cholera, mówię. 

— Powiem mamusi, że tak powiedziałeś. 

— Co powiedziałem? 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 124 


— Cholera. 

— Proszę bardzo, kablu. 

— Co to kabel? 

— Znacznie gorsze słowo. Okropne słowo. 

W tym czasie byliśmy na ulicy, idąc żwawo wzdłuż Hol- 
loway Road. Nawet w niedzielę ciężarówki były w kolejce, 
trąbiące nosy do śmierdzących tyłów. Obwiniałem ekolo- 
gów, którzy latami opóźniali poszerzenie Archway Road i spo- 
wodowali zarazę planistyczną na całej dzielnicy. Przynaj- 
mniej obniżyło to ceny mieszkań na parterze. Wyraziłem 
swoje uczucia, zaczynając Śpiewać „Dziesięciu Zielonych 
Manifestantów” i Eleanor się dołączyła, przeskakując. Kiedy 
dotarliśmy do „,...nie będzie już zielonych manifestantów 
i droga przez ścianę!”, byliśmy już w autobusie w Camden. 

Górny pokład, ocierające gałęzie. Palacze musieli sie- 
dzieć z tyłu. Obwiniałem ekologów. 

Chalk Farm Road i Camden Market rozweseliły mnie, 
jak zawsze, niezależnie od tego, czy znalazłem cokolwiek, 
co chciałem. Stragany, kanały i niewidoczna ręka pchlego 
targu, jego czarne plastikowe torby i zadaszenia ze sztanda- 
rów anarchistycznej armii, która ciągle byłaby tam, nawet 
gdy reszta zrobiłaby to, co najgorsze, żeby cokolwiek tam 
w ogóle zostało. 

Wyszliśmy z oprawionym w skórę Lord Macauley dla 
mnie, antycznym staniku ze sztucznego jedwabiu dla An- 
nette, koralowym przyciskiem do papieru dla moich rodzi- 
ców i wspinającą się drewnianą małpką dla Eleanor. Byłem 
zatem w dobrym nastroju, kiedy wyszliśmy koło linii poli- 
cjantów na Marble Arch i spotkaliśmy moich rodziców nie- 
daleko Speakers Corner. Tak jak się spodziewałem, rozda- 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 125 


wali ulotki, broszury i ogólnie denerwowali pierwszy kon- 
tyngent, który się włączał po włóczeniu się — w całkowicie 
nieusprawiedliwionym poczuciu osiągnięcia czegoś — z in- 
nego parku do tego. 

Eleanor pobiegła, żeby być złapana przez dziadków. Oto- 
czyłem ich oboje w szybkim uścisku w powietrzu i pozwo- 
liłem im wrócić do pracy. Wysocy, przygarbieni, szarowłosi 
i twardzi jak stare buty, widzieli to wszystko już wcześniej: 
Unia Ślubowania Pokoju, Kampania na rzecz rozbrojenia 
jądrowego, Komitet 100, Kampania Solidarności z Wietna- 
men] .. Dzisiaj znowu przyzwoicie handlowali broszurami. 
Pomiędzy patrzeniem się na demonstrację i rozmawianiem 
z kimkolwiek, kto nie był w pełnym pływie, przejrzałem 
Czy Trzecia Wojna Światowa jest nieunikniona?. Okładka 
tak ponura niczym każda propaganda ruchu pokojowego, 
zawartość to zimne odprawienie dwóch wieków kampanii 
pokojowych, które nie zapobiegły (gdzie nie były aktywnie 
wspierane) coraz bardziej niszczącym wojnom. 

Flaga szkockiego ASTMSF|powiewała nad bramą, i gdy 
przyżeglowała bliżej, zobaczyłem Annette kilka rzędów za 
nią. Szła z człowiekiem, którego rozpoznałem, z miłym za- 
skoczeniem, jako Reida. Widzieliśmy się kilka razy przez 
ostatnią dekadę, trzymaliśmy kontakt: spał na naszej podło- 


https://en.wikipedia.org/wiki/Campaign_for_ 
https://en.wikipedia.org/wiki 
org/wiki /Vietnam_Solidarity_Campaign|- przypałum. 

Association of Scientific, Technical and Managerial Staffs 
//en.wikipedia.org/wiki/Association_of_Scientific, 








_Technical_and_Managerial_Staffs - przyp.tłum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 126 


dze dostatecznie często, kiedy był w Londynie w pracy lub 
polityce. 

Stałem pod drzewami, podczas gdy moja matka rozma- 
wiała z Eleanor, a mój ojciec dyskutował z zabłąkanym Spar- 
takusowcenf'] i obserwowałem ich zbliżanie. Byli głęboko 
zaangażowani w rozmowie, twarze poważne, oczy nieświa- 
dome otaczającego marszu. Kiedy byli około dwudziestu 
metrów dalej, Reid, prawdopodobnie rozproszony przez nie- 
dalekie podniesione głosy, spojrzał w bok i mnie zobaczył. 
Dotknął łokcia Annette i też mnie zobaczyła, i natychmiast 
wyłamali się z szeregów i podbiegli. 

Włosy Reida były krótsze i schludniejsze niże te, które 
miał ostatnim razem, gdy go widziałem, na konferencji Cri- 
tique zeszłego roku. Koszula, czarne dżinsy i Reebok były 
nowe. Jego kurtka dżinsowa była wyblakła i postrzępiona, 
pokryta odznakami przeciwko Reaganowi i Thatcher, Cruise 
i Pershing, za Sandinistami i Solidarnością, i (jakby ta nie- 
prawdopodobna kombinacja nie była wystarczająca) czerwono-złotą 
emaliową odznaką obchodów Olimpiady w Moskwie w 1980 
roku. Torba na zakupy obijała się lekko w jednej dłoni. 

— Cześć Dave. Dobrze Cię widzieć, facet. 

— Tak, wzajemnie. — Klepnął mnie w ramię. — Witaj Ele- 
anor. Dużo urosłaś. — Eleanor uśmiechnęła się i pokazała 
wszystkie przerwy w jej mlecznych zębach. Jej wzrok ciągle 
wracał do jasnych rzędów odznak. 


Dyskusja mojego ojca zakończyła się patem. Spartaku- 


4 prawdopodobnie https://en.wikipedia.org/ 
wiki/International _Communist_League_(Fourth_ 


Internationalist) |- przyp.tłum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 127 


sowiec, chudy chłopak w wełnianej czapce i koszuli w kratę, 
zobaczył Reid i odwrócił się jak namierzający radar. 

— Towarzyszu. ..— zaczął, robiąc krok do przodu i prze- 
suwając pakiet papierów w pozycję bojową. 

— Och, odwal się — powiedział Reid, ledwie na niego 
patrząc. Stanął przed moim ojcem. — Dzień dobry, panie 
Wilde. Jestem David Reid. Annette i Jon często opowiadali 
mi o Panu. 

— Martin — powiedział mój ojciec. — A to moja żona 
Amy. Miło mi Cię poznać, Davidzie. — Uśmiechnął się. — 
Jonathan mówił mi, że jesteś całkiem bystry, jak na trocki- 
stę. 

Reid spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami. Wzruszy- 
łem ramionami i rozłożyłem ręce. 

— Nie biorę odpowiedzialności za to, co jego skrzywiony 
umysł robi z czymkolwiek, co powiem. 

— Możemy już iść do McDonalda? 

Mój ojciec uśmiechnął się do Eleanor i sprawdził czas 
na zegarku. 

— Za chwilę będzie kilku towarzyszy — powiedział. — A 
Ty, David? 

Reid potrząsnął torbą na jednym palcu. 

— Sprzedałem większość moich druków. Ta, będę mógł 
się wyrwać za jakieś pół godziny. 

— Teraz i tak będą nudne mowy — powiedziała Annette. 
Uśmiechnęła się i pomachała beztrosko. — Dla mnie w po- 
rządku. 

— Nigdy nic nie przynosi z demonstracji — wyjaśniłem. 

— Tylko piękną siebie. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 128 


— To wystarczy. — Reid i ja powiedzieliśmy to w tej samej 
chwili i wszyscy się roześmiali. 


Wałęsaliśmy się przez kilka minut, póki towarzysze mo- 
ich rodziców, którzy, ku mojemu zaskoczeniu, mieli zielone 
włosy i przebite nosy, się nie pojawili. Potem zanurkowali- 
śmy pod główną drogą i przez złote łuki, żeby odkryć, że 
miejsce jest pełne. Dużo odznak i plastikowych toreb, dużo 
czerni. 


— Przeklęci antyamerykanie — wymamrotał Martin, gdy 
stanęliśmy w kolejce. — Niedożywieni, nie-pracujący i pod- 
legli! 

Powtarzał jakiś wariant tego przy każdej okazji podej- 
rzewanego sentymentu antyjankeskiego i teraz ledwie chrząk- 
nąłem na to, ale Reid uśmiechnął się szeroko. 


— Ta — powiedział. — Przychodzą tutaj, zabierają nasze 
miejsca... 

Dziesięć minut później stłoczyliśmy się dookoła czegoś, 
co nie było stołem, a skrupulatnie dokładną plastikową re- 
pliką. Eleanor siedziała pomiędzy jej dziadkami i ich za- 
bawiała. Annette siedziała na jednym przybitym do ziemi 
krześle, a Reid i ja, na wpół pochyleni, wpółsiedzieliśmy na 
drugim. 

— Annette mówi, że ciągle wykładasz — powiedział Reid. 


— Ta. — Podmuchałem na gorącą frytkę. — Pół etatu, umowy 
krótkoterminowe. Dalsza edukacja przebiega jak praca biu- 
rowa w tych dniach. 


— Powinieneś pochwalać. — Dave jadł szybko, odwraca- 
jąc wzrok od czasu do czasu. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 129 


— Byłbym, gdy był jakiś sens w tym wszystkim...Po 
prostu dobrze, że Annette dostała stałą pracę. 

— Solidny żywiciel rodziny — powiedziała Annette po- 
między kęsami. 

— Bezpieczna od wszystkiego prócz wariatów od praw 
zwierząt? 

— O to chodzi. A Ty jak sobie radzisz? 

— Pracuję dla North British Mutual — powiedział Reid. — 
Wielka firma ubezpieczeniowa w Edynburgu. Mniemam, że 
powinienem być inżynierem oprogramowania. To jak bycie 
programistą, ale robisz to prawidłowo. — Pochylił się bli- 
żej w parodii poufności i mrugnął do mojego ojca. — Łatwa 
kasa. 

— Ciągle w IMG] zakładam? 

Reid uśmiechnął się pokrętnie. 

— W tych czasach wszyscy są w Partii Pracy, ale wiesz, 
jak to jest. Pracowałem w Związku. Byłem w komitecie bran- 
żowym w zeszłym roku. 

Mój ojciec spojrzał nagle czujnie. Był w swoim komite- 
cie branżowym przez dziesięciolecia. 

— Boże, to musi być emocjonujące — powiedziałem. 

Przez chwilę twarz Reid wyglądała na całkowicie zmę- 
czoną. 

— Jest ok — powiedział. — Tak czy inaczej lepiej niż na 
spotkaniach oddziału Partii Pracy. 

— Powiem Ci, jaki masz problem — powiedział cicho mój 
ojciec. — Ciągle robisz to dla Partii, nie dla Związku. 


5 International Marxist Group - grupa trockistowska w Wielkiej Bryta- 
nii w latach 1968 a 1982, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/ 
Internat ional_Marxist_Group|- przyp.łum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 130 


Reid pokręcił głową. 

— Jestem za Związkiem! 

Martin zmrużył oczy, przez sekundę wytrzymał jego wzrok, 
potem wrócił do bawienia się z Eleanor. 

— Czym się obecnie zajmujesz w polityce? — spytał Reid, 
przerywając dziwną ciszę. — Wejście u Torysów? 

— Bardzo Śmieszne — powiedziałem. Raz przemawiałem 
na spotkaniu towarzyskim, ale nie chciałem mu tego mó- 
wić. — Robię dziwną pracę i piszę artykuły za tym, co uwa- 
żam dobrą sprawą. Wszystko od Amnesty International do 
Towarzystwa Kolonizacji Kosmosu z Sojuszem Libertariań- 
skinf'] gdzieś pomiędzy. — Wzruszyłem ramionami. — Wiem, 
to brzmi nieco. .. wszędzie wokoło. 

— Kosmos i wolność, co? — powiedział lekko Reid. 

Po drugiej stronie ulicy demonstracja ciągle nas mijała. 
Flaga z obrazem wznoszącemu się rakiety, klasy Polaris, 
złapała moje oko, i myślę, że to była ta chwila, kiedy wszystko 
się złożyło, kiedy miałem wizję. Zobaczyłem przyszłość, 
gdzie inni ludzie, nieskończenie różni od tych, nieskończe- 
nie podobni jak oni, nieśli sztandary z innymi i większymi 
rakietami, Śpiewali nieznane slogany, których nie mogłem 
zrozumieć. 

— To jest to! — powiedziałem. — Właśnie tego potrzebu- 
jemy, żeby uciec od jądrowych terrorystów. Ruch Kosmiczny! 
Ucieczka z planety małp! 

— To byłby dzień — powiedział Reid. Badał kęs bułki po- 
sypanej sezamem, wepchnął ją do ust i przeżuł. — Ok, lu- 


6 istniejący think tank założony w celu zniesienia opodatkowania i inter- 


wencjonizmu rządu na życie ekonomiczne i społeczne, zob. https://en. 
wikipedia.org/wiki/Libertarian Alliance przyp.tłum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 131 


dzie, muszę iść. — Uśmiechnął się dookoła stołu, zobaczył 
pożądliwy wzrok Eleanor na jego odznaki, zdjął jedną i po- 
dał jej. „Praca Nie Bomby”. — Mój numer telefonu jest ten 
sam. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję. — Złapałem mi- 
gnięcie spojrzenia pomiędzy nim a Annette. Jego oczy, gdy 
odwrócił się do mnie, był spokojny i przyjazny jak zawsze. 
— Następnym razem chodźmy na normalne picie, co? 

— Pewnie — powiedziałem. — „Nie te bogoimperialistyczne 
bzdury”. 

— Ta — uśmiechnął się. — Cóż, z powrotem do Judejskiego 
Frontu Ludowego. 

— Co!?? Nie miałeś na myśli Ludowego Frontu Judei? 

Reid uderzył się w czoło. 

— Oczywiście. Do zobaczenia chłopie. 

Przebił się przez tłok i zniknął w tłumie. 


Skończyliśmy nasz fast-food wyzywająco nieśpiesznie. 
Kolejka, tak widocznie niekończąca jak demonstracja, prze- 
suwała się do przodu. Mój ojciec zauważył młodą kobietę 
niosącą papiery, których nagłówek — nie to nawet nie było 
to, to była faktyczna winieta — brzmiał „Walcz z rasizmem! 
Walcz z imperializmem!” i spytał jej tonem grzecznej cieka- 
wości: 

— Dlaczego dla odmiany nie walczysz z kapitalizmem? 

Jednak gdy młoda kobieta powiedziała tylko kilka zdań, 
zatrzymał ją z uśmiechem i podniesionym palcem. Spojrzał 
na zegarek i triumfująco postukał w niego palcem. 

— Minuta dwadzieścia pięć sekund — powiedział do za- 
skoczonej kadry. — Gratulacje. To najkrótszy dotychczasowy 
czas, w którym członek,... spójrzmy. . .— udawał odliczanie 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 132 


na palcach — odłam z odłamu, z odłamu z Czwartej Między- 
narodówki nazwał mnie sekciarzem. 

Cofnął się, gdy wszyscy wstaliśmy zmieść resztki na 
tace. 

— Co z tym? — powiedział młoda kobieta z oburzeniem, 
widząc spojrzenie ukradkowej empatii ze strony Amy. — Co 
to Czwarta Międzynarodówka? 

— Nie martw się kochanie — powiedział Amy, przeciska- 
jąc się bliżej. — On jest strasznym człowiekiem. 

Jednak jednocześnie wsunęła ulotkę dziewczynie. 

Amy wierzyła, że istnieje jeszcze nadzieja dla wszyst- 
kich. 

Prócz, prawdopodobnie, Martina. 


Na placu zabaw koło Holloway Road, Eleanor kroczyła 
wzdłuż namalowanych lwich odcisków stóp i nagle wysko- 
czyła na huśtawki. Zabraliśmy ją tutaj do pobiegania po wszyst- 
kich jazdach metrem i autobusem, które by przesiedziała. 

Annette klapnęła na ławce. 

— Jestem wykończona — powiedziała. — Długa droga. — 
Oparła się, oczy na wpół zamknięte w słońcu, ale ciągle ob- 
serwując Eleanor. 

Usiadłem koło niej, pochylając się do przodu, łokcie na 
kolanach. 

— Długa rozmowa, też? 

— Och tak. Dave. — Westchnęła i przesunęła, na wpół pa- 
trząc na mnie, ramię ułożone na oparciu ławki. — Trafiłam na 
niego sprzedającego jego szmatławiec fakcji Akcji Socja- 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 133 


listycznej”| w rejonie zbiórki, i zgubiłam oddział Islington, 
więc skończyłam, maszerując z tymi wszystkimi szkockimi 
związkowcami. Dave i ja rozmawialiśmy całą drogę. 

Uśmiechnąłem się. 

— Jak w dawnych czasach. 

Annette przesunęła górnym zębem po dolnej wardze, spoj- 
rzała na torbę i sięgnęła po papierosa. 

— Ta, cóż...— Zapaliła, głęboko zaciągnęła, westchnęła 
dymem. — Mógłbyś tak powiedzieć. Kurde, to jest trudne. 

— Co jest trudne? 

— Powinnam Ci powiedzieć wcześniej, ale wydawało się, 
że nigdy nie było dobrego powodu lub właściwego czasu. 
Prawda jest taka, że od dłuższego czasu David, hm, cóż szar- 
mancko ze mną flirtował, wiesz? 

— Oczywiście. — Uśmiechnąłem się kwaśno, czując na- 
pięcie i zimno. — To zrozumiałe. I mniemam, że Ty kokiete- 
ryjnie flirtowałabyś z nim? 

— Jakie to miłe z Twojej strony, że tak mówisz. — Pochy- 
liła się do przodu i położyła dłoń na moim kolanie. — Ale 
Dave jest uparty i dosłowny, i jest tak cholernie poważny... 

— I źle interpretuje — powiedziałem, mój głos ciężki i pła- 
ski. Eleanor zeskoczyła z huśtawki i pobiegła po trawiastym 
kopcu, jak długi kurhan, i zaczęła się wspinać po sztucznym 
drzewie z drewna i metalu. 

— Tak. — Annette brzmiała, jakby jej ulżyło. — Może to 
dlatego. ..— Przestała na chwilę i wciągnęła powietrze do- 
okoła papierosa, jakby to był skręt. — Dzisiaj — kontynu- 
owała pewniejszym głosem — Boże, moje uszy mi płoną. Po- 


1 mała grupa trockistów w Wielkiej Brytanii, więcej https://en. 


wikipedia.org/wiki/Socialist _Action_ (UK) - przyp.tłum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 134 


wiedział mi, że pozwalając naszemu. ..związkowi, lub co- 
kolwiek to było, rozpaść się było największym błędem, jaki 
kiedykolwiek zrobił, że nigdy o mnie nie zapomniał. ..— Jej 
głos się urwał i wpatrzyła się w przestrzeń. — Zawsze mnie 
kochał i chce mnie z powrotem — zakończyła w pośpiechu. 

Gapiłem się na nią. 

— Chcesz mi powiedzieć... 

— Taa-ta! — Eleanor zawodziła ze szczytu drzewa wspi- 
naczkowego. Machała rękami jak wiatrak, gdy się kołysała, 
jej stopy na szczytowych uchwytach. Skoczyłem, zakrzywi- 
łem przestrzeń, wydawało się, że chwilę później sięgałem, 
żeby ją złapać i opuścić na ziemię. 

— Zostań na huśtawkach — powiedziałem. — Proszę! 

Znowu usiadłem koło Annette, potrząsając głową. Moje 
serce dudniło z różnych powodów. 

— On rzeczywiście tak rażąco to powiedział? 

— Tak — przyznała Annette. 

— Jezus! — wybuchłem. — Co on, kurwa, kombinuje? — 
Pomyślałem o naszych zwykłych, przyjaznych żartach i po- 
czułem mdłości. 

— Powiedziałam Ci — powiedziała Annette — co on kurwa 
kombinuje. 

— A co Ty odpowiedziałaś? 

Annette zapaliła kolejnego papierosa, jej dłonie drżące, 
płomień niewidoczny w świetle. 

— Powiedziałam, że jest szalony, że przesadza i że jestem 
absolutnie szczęśliwa, że cię kocham i Eleanor, i, że nie ma 
żadnej możliwości, żebym cię zostawiła dla niego. W zasa- 
dzie powiedziałam, żeby zapomniał o tym. — Uśmiechnęła 
się do mnie słabo. — Czego się spodziewałeś? 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 135 


— Cóż, tego, najwidoczniej. — Zmrużyłem oczy w słońcu, 
uśmiechając się do niej z ulgą. Gniewałem się, nie na nią, 
na niego. Jednak coś z tego musiało wyciec w głosie, gdy 
pytałem: — Ale powiedziałaś mu, że Ty go nie kochasz? 

— Nie — odpowiedziała Annette. — Nie mogłam. To nie 
tak, że ciągle go kocham! — Zaśmiała się. — Nie kocham, 
nie. ..w ten sposób, ale ciągle dbam o niego. Tak jak i Ty, 
prawda? I nie wiem, czy Ty o tym wiesz, ale mam poczucie, 
że jest naprawdę nieszczęśliwy, zażenowany i sfrustrowany, 
i to byłoby jak kopnięcie w zęby. 

Kop w zęby, pomyślałem, to dałoby się załatwić. Nie- 
mniej odetchnąłem, rozluźniłem się, zmusiłem się do uśmie- 
chu i powiedziałem: 

— Ta, ok, cieszę się, że powiedziałaś, co się stało. I jemu 
i mnie. — Uśmiechnąłem się szczerzej i pochyliłem się do 
przodu, żeby ją objąć, i gdy to robiłem, zauważyłem, że mia- 
łem papierosa w dłoni, że po pięciu latach bez tych choler- 
nych rzeczy znowu paliłem. 

— Cóż — powiedziałem — pieprzyć to. 

— Tak. 


Co było bardzo dobre i cudowne, ale potem, leżąc i pa- 
trząc na sufit, myślałem o tym, co mi powiedziała, i, bardziej 
niepokojąco, o tym, czego nie powiedziała. 

Patrząc wstecz, widzę, że Annette zaniżyła okres, w któ- 
rym Reid z nią „szarmancko flirtował”. Zaczął to robić już 
pierwszego wieczoru, kiedy spotkał nas, gdy zaczęliśmy być 
ze sobą. Myślałem o tym jako o żarcie ze mnie, komple- 
mencie dla Annette, o ile o tym w ogóle myślałem. Krótko 
potem, Reid, ku zaskoczeniu wszystkich, miał krótki i burz- 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 136 


liwy romans z Myrą. Teraz to, myślałem, pokazało błysk zę- 
bów męskiego naczelnego, gest wobec mnie. Jednak dziw- 
nie, był bardziej zamknięty po przewidywalnym rozstaniu, 
niż był kiedykolwiek o końcu relacji z Annette. Może, jak 
ja, bezwiednie zakochał się w Myrze, a ona go nie chciała. 


Współzawodnictwo seksualne było splecione z naszą przy- 
jaźnią od początku, a czy byliśmy blisko, czy daleko, więc 
widocznie pozostało. 

Wytoczyłem się z łóżka i podreptałem przez mieszka- 
nie do kuchni. Siedziałem w kałuży światła i paliłem kolej- 
nego papierosa. Na zewnątrz, w czarnym oknie, moje od- 
bicie patrzyła na mnie ironicznie. Rządowe ostrzeżenie (za- 
wsze okazja na ironiczne odbicie) powiedziało mi rzeczy, 
których nie musiałem wiedzieć, które nie ostrzegały przed 
prawdziwym zabójcą: lekkie, subtelne, narastające i nieod- 
wracalne twardnienie serca. 


Pracowałem na Uczelni trzy dni w tygodniu, a ponie- 
działek nie był jednym z nich. Annette wyszła do pracy, 
sprzątnąłem rzeczy po śniadaniu i odprowadziłem Eleanor 
do bramy szkoły. Odebrałem dokumenty, prawie kupując 
dziesięć Silk Cutów, wróciłem do mieszkania i przeleciałem 
nad pracami domowymi jak student na amfie. Potem usia- 
dłem z kawą, kalendarzem/organizerem i dzikim atakiem po 
odstawieniu nikotyny. 


Normalnie poświęciłbym dni takie jak ten na coś, co na- 
zywam pracą polityczną. (Prawie przekonałem Annette, że 
to był pewien rozbudowany plan gry, za pomocą którego 
zdobędę pozycję, od pisania długich artykułów dla nieja- 
snych organizacji i drobnych rzeczy dla sławnych organi- 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 137 


zacji, do bycia jakimś globalnym inicjatorem/figurą, której 
wdzięczna ludzkość pewnego dnia upamiętni pomnikami na 
księżycach Saturna). 


Dzisiaj miałem poważniejsze plany. Odnalazłem stary 
adres Reida w organizerze Filofax oraz obecny (ze starym 
wykreślonym) w jednym z notatników Annette. Wyszuka- 
łem wszystkie wolnorynkowe, libertariańskie, antyekologiczne 
lub po prostu zwykłe całkowicie organizacje reakcji, z któ- 
rymi miałem jakikolwiek kontakt i zadzwoniłem lub wysła- 
łem adres Reida na ich listy pocztowe. Po około godzinie 
było to zrobione, ale nie byłem usatysfakcjonowany, więc 
zacząłem pracować pod kilkoma innymi kątami. 


Oparłem się o dzwonek biur Freethinkef] na Holloway 
Road. Za mną grzmiał ruch. Jak zawsze poczułem się za- 
smucony widokiem zakurzonej wystawy wypłowiałych i po- 
ciemniałych od wilgoci książek i broszur. Po minucie sekre- 
tarz Towarzystwa mnie wpuścił. Lekko zbudowany, mężczy- 
zna w średnim wieku z głęboko pomarszczonej twarzy, oczy 
wielkie za grubymi szkłami. Miły, bezinteresowny i biedny 
niczym ateistyczna mysz kościelna. Powiedziałem mu, czego 
potrzebowałem, i pozwolił mi się tym zająć, zajmując się 
swoim śniadaniem, podczas gdy ja szukałem po aktach, prze- 
suwałem stosy magazynów, pobrudziłem palce atramentem 
od tacy mozolnie stworzonych szablonów pod naklejki ad- 
resowe. 


8 jedno z najstarszych czasopism, których celem jest sekularyzacja, 
więcej https://en.wikipedia.org/wiki/The_Freethinker_ 


(journal) 







Rozdział 6. Żołnierz Lata 138 


Nie zabrało mi dużo czasu przygotowanie listy czaso- 
pism i organizacji, w większości amerykańskich, które mo- 
głyby zagwarantować pobudzenie odrobiny wolnej myśli. 
W ramach podziękowania przy wyjściu kupiłem za pełną 
cenę poważnie zniszczonej kopię wyboru prac Thomasa Pa- 
ine'a. Przeglądałem je, gdy używałem mojej Travelpass w trak- 
cie ideologicznej podróży po Londynie, od Freedom Book- 
shop w Angel Alley i Market Bookshop w Covent Garden 
do Novosti Press Agency w Kensington, wracając przez Bo- 
okmarks w Finsbury Park na czas, żeby odebrać Eleanor ze 
szkoły. 

To są czasy, gdy dusza męska jest próbowana. .. Żołnierze 
lata i patrioci słonecznie, mogą obumrzeć na służbie kraju | 


Reid nędzny? Nie wydawał się taki, prócz tej chwili, 
kiedy mówił o spotkaniach związkowych. Patrząc wstecz, 
myślałem, że widziałem w jego oczach desperackie wspo- 
mnienie zmarnowanych wieczorów i przeczucie kolejnych. 
Jeżeli próbowałby wyjebać moją żoną i zjebać mi życie, 
przynajmniej mogłem to najebać mu w głowie. Reid był 
przestraszony swoimi ideami. Miał w głowie kółka zębate. 
ldentyfikował się ze swoimi przekonaniami w sposób, w jaki 
ja nigdy nie próbowałem. Nie lubił wystawiać ich na kry- 
tykę, ale kiedy piasek został wsypany w te precyzyjne me- 
chanizmy, bez końca próbował go usunąć, wyczyścić i wy- 
polerować kółka zębate i zastąpić ułamany ząb. Kiedyś trzy- 
mał mnie, nie do końca obudzonego, pół nocy, gdy wyśmie- 
wał zawiłości surrealistycznej debaty, którą Czwarta Mię- 
dzynarodówka odbyła we wczesnych latach osiemdziesią- 


? cytaty z „American Crisis” Thomasa Paine — przyp.tłum. 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 139 


tych: nad tym, czy Demokratyczna Kampucza Pol Pota była 
czy nie była wariantem... kapitalizmu. 

— Uparty, dosłowny i tak cholernie poważny — Annette 
miała jego numer na więcej sposobów niż jeden. I ja też. 
Nie było sposobu, żeby Reid mógł zignorować literaturę po- 
lityczną, która przychodziła do jego skrzynki. Martwiłby się 
odrzucaniem największych absurdów manifestów, sprawdzałby 
wszystkie oporne pseudofakty i pogrubione kłamstwa. Przez 
czas, kiedy walczyłby z tymi wszystkimi sprzecznymi po- 
glądami, dusza Reida byłaby boleśnie próbowana. 


Inne ulice, inne lata... Spotkaliśmy Reida na marszach 
przeciwko podatkowi pogłównemu i apartheidowi. W czar- 
nym czerwcu 1989 roku siedzieliśmy na ulicy Soho z tysią- 
cami Chińczyków i setkami trockistów, śpiewaliśmy „Mię- 
dzynarodówkę”, a on kiwnął głowę, rzucając mi prawie zmar- 
twione spojrzenie, kiedy powiedziałem mu, że będę masze- 
rował z tajwańskimi studentami. 

— Ach tak — wymamrotał. — Kuomintang!”| Do zobacze- 
nia później. 

Ani ja, ani Annette nie powiedzieliśmy więcej na te- 
mat tego, co do niej powiedział, i wydawał się pojawiać 
na każdej demonstracji z nową dziewczyną. Wszystkie one, 
Bernadette, Mairi, Anne, Claire, wydawały się mi wyglądać 
jak odległe kuzynki Annette, ciemnowłose irlandzkie dziew- 
czyny z jasnymi włosami i ironicznymi głosami. 

Nigdy nie skomentował stałego napływu antysocjalistycz- 
nych, dysydencko socjalistycznych lub irytująco upartych 


10 tajwańska partia zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/ 


Rozdział 6. Żołnierz Lata 140 


socjalistycznych materiałów, które mu posyłałem. W końcu 
myślę, że to było nadmiarowe: sposób, w jaki rzeczy szły 
w komunistycznym Świecie, subskrypcja Moscow News obej- 
mowała wiele. 

Jednak to był skutek, a nie był to ten, którego oczekiwa- 
łem. 


Rozdział 7 


Krytyczne Życie 


— Praktycznie — mówi Ax, gdy on i Dee wędrują po 
brzegu kanału ku Placowi Okrągłemu — nie wiem, czy w to 
wierzę. Mam na myśli, większość ludzi by to odrzuciła, jak, 
cóż, latające spodki, stare nowomarsjańskie ruiny, Elvisy 
i tak dalej. Jednak słyszałem historie. 

Jego pauza wskazuje, że jakiekolwiek historie słyszał, 
Dee też je usłyszy. Kiwa głową. 

— Mów dalej. 

— Dobra, niektórzy z nas. ..nie Tamara, nie te typy ak- 
tywistów, ok, zawsze myśleli, lub marzyli, że Wilde wróci. 
Lub, że przeszedł. I przez lata, ludzie go widzieli. Lub mó- 
wili, że widzieli. Na pustyni. Czasem idącego, czasem pro- 
wadzącego ciężarówkę. Zwykle jest z dziewczyną i wygląda, 
jak on wyglądał, kiedy był starcem. 

Kontynuował na temat nieprawości społeczeństwa już 
od kilku minut. Mówił o rzeczach, które mu się przydarzyły, 
i jak sobie poradziliby z Reidem, ale nie z Wildem. Wilde za 
tym by nie stał. Ten Jonathan Wilde wydawał się mityczną 
postacią, kimś, kto znał Reida i przegrał z nim, kto mógłby, 
równie mitycznie, pewnego dnia powrócić i pomścić uci- 
śnionych. Dee słuchała uprzejmie, zapisując to wszystko na 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 142 


późniejsze szczegółowe badania. Radziła sobie z tym tak jak 
zwykła radzić sobie z sytuacjami społecznymi. Jednak to, co 
właśnie powiedział, szybko zwraca jej uwagę. 

— Co masz na myśli, mówiąc starzec? — pyta. 

— Ktoś, kto nie był odmłodzony przed stabilizacją — od- 
powiada Ax lekceważąco. — Niezły widok. 

Dee wzdryga, myśląc, jak ludzie kiedyś rozpadali, jak 
źle utrzymywany biotech, jak w końcu po prostu się zatrzy- 
mywali. Okropne. Wysiedziała klasyczne filmy z Reidem 
i one przedstawiały zupełnie inny obraz Ziemi niż histo- 
ryczne romanse. Nikt nie żyje długo i szczęśliwie. 

— Widziałam ostatnio starca — mówi. — W ciągu ostat- 
nich kilku tygodni. Starego mężczyznę z dziewczyną w cię- 
żarówce. Zadzwonił do recepcji Reida, powiedział, że to zły 
numer. — Patrzy z boku na Axa. — Nie wielu tutaj starych. 
Czy to mógłby być Wilde? 

Ax patrzy na nią bardzo sceptycznie. 

— Jak on wyglądał? 

— Hmmm — mówi Dee. Porusza dolną wargą nad gór- 
nymi zębami, potem wyciera kciukiem zęby i patrzy na smugę 
szminki. 

— Coś Ci przeszkadza? — pyta Ax, rozbawiony. 

Dee zatrzymuje się w półkroku. 

— Tak. — Wspomnienie należy do Sekretarki, ale rezo- 
nuje z innymi jej Jaźniami: wszystkie nowe, które załado- 
wała, mają ten dziwny imperatyw podłączony do pamięci 
i opisany w ich głównych katalogach. 

— Chwileczkę — mówi. 

Kilka metrów dalej jest pachołek. Podchodzi do niego 
i siada, odsuwając tył jej czarnej koronkowej spódnicy, tak, 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 143 


że siada na pachołku, nie na spódnicy. Żelazo jest zimne 
przez delikatną skórę, cienki jedwab i nagą skórę. Ax, ob- 
serwuje, wydaje pochwalny jęk, ale Dee już jest załadowana 
w suchą przejrzystość Sysu. 

Kiedy Dee jest w trybie Sama, myśli o Sys jako Siostrze, 
i w rzeczywistości, to jest taka (jak sobie wyobraża), jaką 
byłaby starsza siostra: wszystkowiedząca, poprawiająca, sprzą- 
tająca po niej, podnosząca i odstawiająca zrzucone kostiumy 
jej szybko zmieniającej się Jaźni. Rzadko zapuszcza się w Sys- 
temę i niedługo pozostaje w tym lekkim, chłodnym powie- 
trzu. 

Teraz jej chłodne wewnętrzne oko przejmuje hierarchię 
jaźni, umysłów i narzędzi, wspólną strukturę i nieustanną 
aktywność Sys, która tworzy z nich jedną osobowość, a nie 
kłócący się legion rywalizujący o kontrolę nad jej ciałem. 
Śledzi wspomnienie rozmowy telefoniczne, jak została prze- 
kazana od Sekretarki przez Samą do Sys, a potem widzi po- 
stępującą kaskadę przez dni, w których na własną rękę łado- 
wała dodatkowy software: Naukowczyni, Żołnierka, Szpie- 
gini, Seneszalka. ..i do Sklepy i Sekrety. Do tych ostatnich 
dwóch nie ma dostępu. Tak czy inaczej, zawsze były w jej 
umyśle: ale teraz cierpliwe, bezmyślne podprogramy Sys 
systematycznie je oblegają, miotając kod za kodem na ich 
umysłowe zamki jak przeciwciała na wirus. 


Wypada z powrotem w Samą. Ax patrzy na nią z góry ze 
zaskoczoną troską. 


— Więc tak to się wydarzyło — mówi, wstając. 

— Jak co się wydarzyło? 

— Jak ja stałam się sobą. To był telefon. Niósł w so- 
bie kod poleceń. Powiedział mi, żebym załadowała, i szu- 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 144 


kała, i...i ja to zrobiłam, a kiedy było wystarczająco da- 
nych i jaźni i tak dalej w moje głowie, to się wydarzyło! 
Przebudziłam się! — Śmieje się lekkomyślnie. — Czy tak to 
jest z wami? Dostajecie wiele jaźni i nagle stajecie się sa- 
moświadomi? 

— Na tyle, o ile wiem — mówi uroczyście Ax — to nie. 
W ten sposób ludzie nie stają się samoświadomi. To wyda- 
rza się we wczesnych latach, zrozum. 

Trzęsie się. 

— Mówisz mi, że przebudziłaś się z powodu telefonu od 
starego człowieka? 


— Tak. 

— Hej, człowieku, nieźle. To jak zen! Może to był Wilde, 
a może to był doskonały mistrz. 

Łapie jej rękę i znowu zaczynają iść. Poddaje się, szu- 
kając w mózgu jakiegoś odniesienia do „doskonałego mi- 
strza”. Naukowczyni ma pogardliwą relację i jej drwina wła- 
Śnie płowieje z jej umysłu, gdy Ax podekscytowany pyta: 

— Wiesz jak rysować? 

— Mogę zrobić obrazy — mówi Dee. — Ale nie sądzę, żeby 
on był doskonałym mistrzem. Dziewczyna z nim na pewno 
nie wyglądała, jakby potrzebowała oświecenia. 


— Zen. — Ax kiwa głową do siebie. — Zdecydowanie. 


Na dolnym piętrze domu jest duży pokój z asortymen- 
tem kuchennym, zlewem, sofami, krzesłami i ciężkim, wy- 
szorowanym drewnianym stołem. Książki, papiery i zestawy 
leżą w stosie w rogu i na stole. Dee siada przy stole, oczysz- 
cza przestrzeń pomiędzy kubkami i narzędziami. Ax wy- 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 145 


grzebuje jakieś kartki papieru i stalowy długopis kulkowy. 
Podaje jej. 

— Zatem narysuj — mówi. 

— Ok — odpowiada Dee. Bierze długopis w prawą rękę 
i stabilizuje papier lewą. Szybki maz w górnym prawym 
rogu papieru pokazuje jej, że atrament jest czarny i działa 
gładko. Zamykając oczy, wywołuje obraz mężczyzny w cię- 
żarówce. Ignoruje w tej chwili dziewczynę (choć jest tam 
coś, coś w jej oczach, że Dee myśli dziwne, i potrzebne dal- 
sze dociekanie, więcej badań jest koniecznych, ok, przeka- 
zanie do Naukowczyni)...teraz. Tak. Przełączenie na Para- 
metry Drukarki: mały program w repertuarze Sekretarki. 

Start. Słyszy dźwięk ślizgania się długopisu po papie- 
rze przez minutę, gdy jej prawa ręka porusza się w lewo 
i prawo, horyzontalnie, bardzo szybko, z małymi pionowymi 
ruchami podnoszącymi i opuszczającymi długopis na papie- 
rze. A jej lewa ręka odsuwa papier od niej, bardzo wolno. 
Skończone. 

Otwiera oczy. 

— Proszę — mówi. Pociera nadgarstek. 

Ax patrzy się na nią, z otwartymi ustami. Zamyka usta 
i potrząsa głową. 

— Ok — mówi. — No to popatrzmy. 

Nawet Dee jest lekko zaskoczona, gdy widzi, jak dobry 
obraz stworzyła z pomijania i przerywania kilkuset prostych 
linii narysowanych w poprzek kartki. Prawie jak czarno-biała 
fotografia, pokazuje twarz mężczyzny i niektóre rzeczy z oto- 
czenia: oparcie siedzenia za nim, kropkowane panele z tyl- 
nej ściany budy, zwisający pozwijany kabel, który wisi z mi- 
krofonu, który trzyma przed sobą, ramię dziewczyny. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 146 


— Nie wierzę w to — mówi Ax. — To on. To jest facet, 
o którym ci mówiłem: Jonathan Wilde. 

— Cóż — mówi Dee — mówiłam Ci, że nie był mistrzem 
doskonałyni!] 

Ax uśmiecha się do niej, jakby nawet jest zaskoczony 
jej poziomem żartu (i och, jakie te małe niespodzianki są 
bystre), i wyciąga starą książkę z zaspy w jednym z ro- 
gów. To skórzana okładka trzymająca wydruk z algocelulo- 
zowego papieru. Dee podnosi ją w dłoni i przegląda. Pierw- 
sza strona, która się otwiera, jest blisko końca i jest to foto- 
grafia tego samego mężczyzny, którego narysowała. Nawet 
poza i wyrażenie są podobne, jest pochylony do przodu, gor- 
liwie mówi do kamery. 

— To jest jedno z ostatnich zdjęć Wilde, które było opu- 
blikowane — wyjaśnia Ax. — Zostało wyciągnięte z wywiadu 
telewizyjnego z nim z lutego 2046. 

Dee czuje ciarki na karku, gdy przygląda się temu ob- 
razowi, z przeszłości prawie nieporównanie oddalonej (ale 
tylko w rzeczywistym czasie, przypomina jej Naukowczyni, 
nie w czasie statku. I znowu zaczyna o Mili Malleya, tej 
prawdziwej, tej, po której pub został nazwany. Wyłącza ją.) 

— Dokładnie to on — mówi. Zerka na obraz, który wyko- 
nała, potem na ten w książce. Uruchamia transformację. — 
Wszystkie linie dokładnie się mapują. 

Patrzy na to znowu. Coś ją męczy. 

— Hm, tak — mówi Ax. 

Dee kontynuuje, przerzucając stron od tyłu w książce. 
Zdjęć jest coraz mniej, gdy zbliża się do początku, Wilde 


I możliwe, że mowa o masonach szkockich, zob. https://pl. 
wikipedia.org/wiki/Ryt_Szkocki _Dawny_i_Uznany|- przyp.tłum. 





Rozdział 7. Krytyczne Życie 147 


staje się młodszy. Większość z nich oczywiście nie była usta- 
wiona, ale uchwycona w locie: przycięte powiększenia z sys- 
temów inwigilacji, spokojna twarz w gniewnym tłumie... 

— Co to właściwie jest? 

— To akta Wilde'a — mówi jej Ax. — Notatki do biografii. 

Zatrzymuje się przy kolejnym zdjęciu, ujęcie z niskiego 
kąta, zamazane. Jest opisane „FOI(PrevGovts)/SB/08—95”. 
Dwóch mężczyzn przy stole, w pubie lub kawiarni. Jeden, 
zidentyfikowany w podpisie jako Wilde, jest odwrócony do 
kamery. Drugi, mówiący mimo trzymanego papierosa, to 
Reid. 

— Mówiłem Ci — mówi Ax. — Znają się od lat. 

Dee wiedziała, na jakimś poziomie, że Reid był jednym 
z oryginałów, że fizycznie przybył z Ziemi, ale to ciągle ja- 
koś jest szokiem ujrzenie tego, co jest — zakładając pocho- 
dzenie i antyczność zdjęcia — dowodem wizualnym. Więcej 
stron przelatuje. Kiedy plik stron jest cienki pod jej kciu- 
kiem, trafia na ostrą, profesjonalną fotografię, która zatrzy- 
muje jej myśli. Ma ostre, od nożyczek, krawędzie, podpis 
poniżej i nabazgrane przypisanie: Dumbarton Gazette 6 kwiet- 
nia 1977, najwidoczniej jakiś lokalny zin. Patrzy się na to, 
wskazuje na to głupio. Zza jej ramienia, oddech Ax syczy 
przez zęby. 

Portret ślubny pary: formalne ubrania, nieformalna po- 
stawa, prawie policzek przy policzku. Mężczyzna — widzi te- 
raz, że ciągłość została ustalona — jest młodszą wersją starca 
z końca książki, to Wilde, to mężczyzna, którego widziała 
wczoraj. Twarz kobiety, ponad żabotowymi ramionami i wy- 
sokim kołnierzem w białym, wykończonym koronką, woalu, 
jest jej własną. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 148 


— Niech zgadnę — mówi ciężko Ax. — To jest ten gość, 
który wszedł do Mili Malleya? 

— Tak — wzdycha. — Nic dziwnego, że wyglądał, jakby 
Cię rozpoznał. Moje ciało jest w końcu klonem, klonem jego 
żony! 

— Przerażające — mówi Ax. Przygląda się bliżej na pod- 
pis. — Annette, to było jej imię. 

Dee nie może dłużej patrzeć na zdjęcie i nie musi: ten 
obraz zostanie w jej głowie na zawsze, chyba że je skasuje. 
To straszne, racja, i niepokojące w głębszym sensie: ta od- 
legła bliźniaczka, ta kobieta, której fizycznych duchem jest 
Dee, wygląda na szczęśliwą w sposób, w który Dee nigdy 
nie była, z osobowością, o której Dee wie, że jest inna od jej 
własnej. Tylko fizyczne ciało i bazowy temperament, który, 
Dee wie, jest podobnie genetyczny, są takie same. Pozwala 
ostatniej partii stron opaść na obraz i patrzy się niewidzącym 
wzrokiem na tytuł na pierwszej stronie: 


Jonathan Wilde 1953-2046: Życie krytyczne 
Eon Talgarth 


Ax krąży po pokoju, niezauważając niepokoju Dee, mó- 
wiąc podekscytowany. Dee musi jeszcze raz powtórzyć pierw- 
sze kilka sekund, zanim nadąża: 

— Więc mamy zagadkę — mówił. — Kilka tygodni temu 
Wilde widzi cię na ekranie Reida. Nie daje znaku poznania, 
ale uruchamia zestaw instrukcji, żebyś zaczęła ładować in- 
formacje, może w intencji przebudzenia, a może nie. Wczo- 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 149 


raj, Wilde wchodzi, najwidoczniej po odmłodzeniu w mię- 
dzyczasie, widzi cię i wariuje. 

Dee potrząsa głową. 

— Gość w pubie nie był odmłodzonym mężczyzną, któ- 
rego widziałem na ekranie. 

Ax marszczy brwi. 

— Brzmisz dość pewnie. 

— Odmłodzenie nie zmienia faktu, że żyłeś dłużej. Za- 
wsze się pokazuje. Nie na zdjęciu, może, ale kiedy widzisz 
kogoś poruszającego się, mówiącego, jest to oczywiste. — 
Uśmiecha się. — Nie sądzisz? 

— Nie widziałem dostatecznie dużo re-młodych — mówi 
Ax. — To nie jest zwykła procedura, większość ludzi stabili- 
zuje się na wieku, który uważają za najlepszy. — Śmieje się. 
— Czasem jest moda na starzenie, ale nigdy nie trwa długo. 

— Powiem Ci tak — mówi Dee. — Wilde, którego widzia- 
łam dwa tygodnie temu żył cholernie dłużej niż Wilde, któ- 
rego widziałam wczoraj. 

— Ok, załóżmy, że jest ich dwóch. To nie większa za- 
gadka niż istnienie tylko jednego z nich, ponieważ w ogóle 
go nie powinno być tutaj. Nie był w załodze ani w ekipach. 
— Rzuca jej dziki uśmiech. — Tak mówi Reid lub przynaj- 
mniej tak mówią listy. Listy płac. Sprawdziłem. Jednak tak 
jak mówiłem, ludzie mówią, że go widzieli. I teraz, masz 
dowód. Wrócił! 

Podnosi znowu zdjęcie, które zrobiła Dee. Widzi, że jego 
ręce drżą. Zapala papierosa po kilku próbach i patrzy w dal 
przez chwilę. Jego wyraz twarzy powoli się zmienia, w spo- 
sób, który sprawia, że Dee myśli, w jaki sposób dostał swoje 
imię: jest twarda, ostra i...ostateczna. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 150 


— Wiesz, co to znaczy? — pyta. 

Dee zaciska usta, potrząsa głową. 

— To znaczy, że wrócił z Nieożywionych — mówi Ax. — 
To znaczy, że wszystko się zmieni. To znaczy, że wszystko 
się może zdarzyć. 

— Nie rozumiem — mówi Dee. 

Ax gasi papierosa i zapala kolejnego. Ciągle się trzęsie. 

— Ludzie zakładają pewne rzeczy — mówi. — Zakładają, 
że sprawy będą się toczyć tak jak się toczyły. Wiedzą, z czym 
może da się uciec. Wiedzą, do czego mogą skłonić ludzi. 
Przykładowo, zgodziłem się, by inni ludzie używali mojego 
ciała, ponieważ potrzebowałem pieniędzy. A oni wiedzieli 
o tym. Jednak ponieważ ja się zgodziłem, to oni myślą, że 
wszystko jest w porządku. Niektórzy z nich nawet wiedzieli, 
że to nienawidziłem. Jednak zgodziłem się na to. 

Dee nagle sama potrzebuje papierosa. Zapala jednego, 
a jej ręce, teraz, drżą. 

— Czy Reid kiedykolwiek pozwolił innym użyć Twojego 
ciała? 

— Och, nie — mówi prędko Dee. — Był bardzo zaborczy. 

— Ale używał cię — nalega Ax. — Czy chciałaś, czy nie. 

— Zawsze chciałam — mówi Dee, ale jej uśmiech Seksu 
ukrywa nowe i gryzące wątpliwości jak bardzo taka zgoda 
była warta, teraz, patrząc wstecz. Ax obserwuje ją, a ona 
widzi, że on widzi narastające wątpliwości. 

Otwiera szufladę w stole i sięga, wyciąga nóż. To nie 
jest nóż kuchenny. Ma czarną drewnianą rączkę, mosiężną 
osłonę i trzydzieści centymetrów ostrza. Prawie od niechce- 
nia, Ax wbija ostrze noża w stół i puszcza rękojeść, więc 
lekko odskakuje i wibruje. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 151 


— Teraz wiesz, kim jesteś — mówi cicho Ax. Dee nie jest 
pewna, czy mówi do niej. Całe drżenie zniknęło z jego ciała, 
z jego głosu, i pojawiło się w drżącym ostrzu. — Jesteś osobą. 
Jesteś wolna. Czy kiedykolwiek myślałaś, co byś zrobiła lu- 
dziom, którzy traktowali Cię jak mięso? 


Tutaj, w wilgotno-opuszczonych mieszkaniach pomię- 
dzy dwoma ramiona miasta, jest cicho nawet o poranku szó- 
stodnia. Jedynymi dźwiękami to brzdąkanie motoru łódki, 
sporadyczny syk transportu odrzutowego nad głowami i krzyki 
zaadaptowanych ptaków: bipy zgubionego satelity rdzocho- 
lewek, kwaczenie błotów i krakanie pustynnych mew. Szó- 
stodzień jest dla większości ludzi dniem, kiedy jakaś praca 
jest robiona, ale nie za dużo. 


(Tamara słyszała opinię, że dzień został tak nazwany 
z powodu liczby osób pracujących, lub nie, na kacu, ale to 
tylko mit. Ponad nowomarsjański wiek temu, Reid wyraził 
opinię, że kontynuowanie nazywania dni po bogach Sys- 
temu Słonecznego byłoby niewłaściwe. Nie udało się wszyst- 
kim zgodzić na inne nazwy, więc tydzień idzie tak: jedno- 
dzień, dwadzień, trzeciodzień, czterodzień, piątodzień, szó- 
stodzień, siódmiodzień. W każdym dniu jest dwadzieścia 
pięć godzin i dziesięć minut. Dla wygody w pierwszych sze- 
Ściu dniach jest dwadzieścia pięć godzin i dwadzieścia sześć 
w siódmiodniu. W roku jest sto dziesięć tygodni. Mniej wię- 
cej. Wszystkie poważne chronologie są wykonywane w wie- 
lokrotnościach sekundy, obliczając od momentu, kiedy ze- 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 152 


gar Statku wyszedł z Mili Malleya, około 6,4 gigasekundy/] 
temu). 

Łódź Tamary uderza o brzeg kanału, gdy dryfuje wzdłuż 
na minimalnej mocy. Jest na kapilarze Kanał Okrężnego. 
Płytki sztuczny strumyk niesie ją od centrum miasta w kie- 
runku pól. Dzielnica ludzka jest po jej prawej, Piąta Dziel- 
nica po jej lewej. Pomiędzy nimi jest obszar odpadów, nie do 
końca błoto, ale już nie pustynia i jeszcze nie pola. W niej, 
wyruszając z dziedziny maszyn Piątej Dzielnicy, mogą być 
znalezione biomechanizmy, zwykły łup Tamary. 

Pustynna mewa opada, krzycząc, około stu pięćdziesię- 
ciu metrów z przodu i trzydziestu na lewym brzegu. Tamara 
zwiększa obroty i zmniejsza swój profil, gdy inne mewy 
nurkują, żeby dołączyć. Skrzeczą i wrzeszczą dookoła czar- 
nej rzeczy. Łódź rusza po przekątnej przez kanał. Tamara 
zbliża obraz w prawym oku. Czarna rzecz ma młócący wy- 
rostek. Uparta mewa przyczepia się, zabierając nieco mo- 
mentu z drżenia w chwilach skakania prawielotu. 

— Zostań — mówi Tamara botowi łodzi, ten posłusznie 
zwalnia silnik i zaczepia się do brzegu, gdy Tamara wy- 
chodzi, ściskając długi hak. Wyciąga pistolet, gdy biegnie 
do przodu. Huk ślepych rozprasza mewy w krążące oburze- 
nie nad głową. Gdy stopy Tamary walą o wilgotny piasek 
i przeskakują kępy trawy, czarny obiekt, brodawkowata, gu- 
mowa kula średnicy około jednej trzeciej metra z przynaj- 


2 gigasekunda to 10 do potęgi 9 sekund czyli miliard sekund, ok. 31,70 
lat ziemskich, zatem Statek wyszedł z Mili Malleya ca. 202,94 lata ziemskie 
temu. W innych powieściach Kena MacLeoda (a także m.in. C. Doctorowa czy 
C. Strossa) pojawiają się również kilosekundy i megasekundy, odp. jedna kilose- 
kunda to tysiąc sekund czyli ca 16 minut, jedna megasekunda czyli milion sekund 
to 11,5 dnia ziemskiego — przyp.tłum. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 153 


mniej metrowym cepem, zaczyna się przesuwać w kierunku 
najbliższej łaty, która wygląda podejrzanie jak ruchome pia- 
ski. Kiedy jest około czterech metrów dalej, Tamara czuje 
łaskotanie za grzbietem nosa. Zatrzymuje się i wącha. Ła- 
skotki są stałe, dobrze. To oznacza, że radioaktywność jest 
ograniczona, nie w powietrzu. Ciągle, ta rzecz jest niewy- 
godnie gorąca. Nie niebezpieczna, ale musi być ostrożna. 

Okrąża ją ostrożnie, wchodząc pomiędzy nią a mokry 
obszar. To zbliża się do niej: smagnięcie, podciągnięcie, od- 
bicie, smagnięcie, podciągnięcie, odbicie. Zatrzymuje się. 
Czubek cepa unosi się i porusza się z boku na bok, potem na- 
ciska na ziemię. Tamara podchodzi, potyka się, gdy jej lewa 
stopa wychodzi z ziemi z nieoczekiwanym ssącym dźwię- 
kiem. Gumowa kończyna się cofa. 


Tamara przykuca i sięga hakiem, prostym mechanizmem 
długości kilku metrów, który ma prymitywną roboczą dłoń 
na końcu i uchwyt dla niej do złapania, na jedną rękę, i roz- 
winięcia chwytaka. Rozluźnia go na ziemi i łapie cep przy 
podstawie. W uczynnym odruchu, mackowata wypustka owija 
się dookoła haka i próbuje zmiażdżyć to na śmierć. 

"Tamara podnosi to z ziemi i wraca do łodzi. Biomech, 
wyewoluowany lub zaprojektowany na granicy pomiędzy 
dziedzinami, nie jest złym łupem. Ma zmysły, odruchy, i praw- 
dopodobnie możliwość koncentrowania radioaktywności w ob- 
rębie twardej skóry. Gdzieś w Dzielnicy Ludzkiej jest tech- 
nik, który szuka właśnie takiego genotypu, lub ona ma taką 
nadzieję. 

Dopiero usiadła w łodzi i jest w trakcie manewrowa- 
nia hakiem i jego ładunkiem, próbując zachować dystans od 
tego (poniżej dwóch metrów łaskotanie w jej zmyśle Ge- 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 154 


igera staje się bólem), jednocześnie otwierając pojemnik, 
kiedy w lewym uchu słyszy dzwonienie. 

— Cholera — mówi głośno. Zaciska mięśnie gardła, żeby 
włączyć mikrofon, mruga na ekran telefonu i ze skierowa- 
nym w prawo spojrzeniem, akceptuje rozmowę. Pierwszy 
ekran, który się pojawia, jest niezdarny, nawet gdy wisi z ha- 
lucynacyjną żywością w przestrzeni pomiędzy nią a końcem 
haka. To jak kamera patrząca na ekran monitora w jakieś 
prymitywnym błysku samoświadomości maszyny. Tekst prze- 
suwa się w dół, głos zza ekranu sprawdza pisownię. 


— Usługi Prawne Niewidzialna Ręka — intonuje. — Przy- 
chodzące wyzwanie od. ..— i tu waha się, jakby nawet ta do- 
stojna implementacja głosu IBM była zdumiona własnym 
zuchwalstwem — ... Davida Reida. Czy akceptujesz? 

— Tak. — Jednym haustem odpowiada Tamara. 

Ekran jest natychmiast zmniejszony do rogu jej oka, a główny 
widok jest zajęty przez solidny obraz, który widziała tyle 
razy wcześniej, ale nigdy wcześniej nie mówił do niej. Okno 
unosi się przed jej oczami, z głową Reida i rękami, w wy- 
godnej odległości do rozmawiania za nią. Za nim, może zo- 
baczyć różne części pokoju, jasne okno (najwidoczniej praw- 
dziwe). Chodzi dookoła, gdy mówi. 

— Tamara Hunter? — pyta. 

— Tak. 

Uśmiecha się, zaglądając za nią. 

— Widzę, dlaczego tak się nazywasz. Dobra, do intere- 
sów moja pani. Obecnie posiadasz jedną z moich maszyn, 
gynoid Model D, i chcę ją z powrotem. Już. 


Tamara bierze głęboki wdech. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 155 


— Nie jestem w posiadaniu tego, jej. Domaga się samo-własności 
i jestem jej obrońcą. Tak jak kilkoro zaprzysiężonych moich 
sojuszników i inni klienci Niewidzialnej Ręki. 

— Gówno — replikuje Reid. — Nawet nie ma rozumu, żeby 
żądać własności. 

— Teraz ma, i to zrobiła, przed świadkami. 

— Przed jebanym IBM, tak. Twój ekspercki system prawny 
sam nie zdałby Turinga, ani tym bardziej by go zastosował. 

— CZUJĘ SIĘ DOTKNIĘTY. 

— Zamknij się — mówi Tamara, ciągle walcząc z hakiem. 
Rzecz na końcu toczy się jak źle nałożone spaghetti na wi- 
delec. — Przepraszam, Reid. To nie było do Ciebie. 

— Doceniam to — mówi sucho Reid. — Mówiłaś? 

— Mogę przedstawić ludzkich świadków przed dowol- 
nym sądem, jaki wybierzesz. Gynoid już nie jest Twoją za- 
bawką zombie. 

Oczy Reida się zwężają. 

— To dlatego, że została zhakowana. To ciągle nie jest 
samoistny rozwój, nawet jeżeli to ma znaczenie, czego nie 
ma. 

— Już czas, żeby to zrobiła. — mówi Tamara spokojnie. — 
Jestem gotowa walczyć z Tobą o to. 

— Zróbmy to po twojemu — mówi Reid. — W sądzie, za- 
tem. 

— To Twoje wyzwanie — wskazuje Tamara. 

— Ok, pierwsza oferta jest Twoja. — Skłania się. 

"Tamara mruga do góry ekran Niewidzialnej Ręki. Wy- 
świetla listę sądów w malejącym porządku preferencji. To 
krótka lista. Wybiera pierwszy, ale jej głos nie jest tak opty- 
mistyczny, gdy mówi: 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 156 


— Eon Talgarth, Sąd Piątej Dzielnicy. 

— Zaakceptowane — mówi od razu Reid. 

"Tamara zmniejsza ekran IBM i patrzy na Reida, który 
odpowiada uprzejmym spojrzeniem. 

— Co? — pyta. Potem: — Proszę o potwierdzenie. 

— Akceptuję. — mówi Reid z przesadną formalnością — że 
decyzja zostanie podjęta przez Sąd Piątej Dzielnicy w spra- 
wie ja przeciwko Tamarze Hunter i sojusznicy reprezento- 
wani przez Usługi Prawne Niewidzialnej Ręki i, kreska, lub, 
samych, w najbliższym terminie wygodnym dla wszystkich 
stron. 

— I ja także — mówi Tamara. 

IBM powtarza to, co powiedzieli. 

— A w międzyczasie, żadnych łapaczy? — pyta podejrzli- 
wie Tamara. 

— Oczywiście, bez łapaczy — mówi Reid. Uśmiecha się 
do niej w taki sposób, że, mimo wszystkiego, mimo jej sa- 
mej, lekko się rumieni. — Do zobaczenia w sądzie, Pani. 

Ekran znika w chwili, by Tamara zobaczyła, jak czarny 
biomech odplątuje się gładko z haka, wpada do kanału i wi- 
jącym się ruchem cepa, odpływa. 


— W porządku — powiedział Jay-Dub. — Zróbmy to po 
Twojemu. Mniemam, że mogę coś z tego wyciągnąć. — Za- 
trzymał się na skrzyżowaniu nabrzeża i ulicy. — Ale zanim 
zaczniemy pędzić, mam kilka sugestii. 

Wilde zatrzymał się i spojrzał do tyłu. 

— Tak? 

— Załatw sobie broń — powiedział Jay-Dub. — I lepsze 
ubrania. Wyglądasz, jakbyś właśnie wrócił z pustyni, czy 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 157 


coś. Również, jeżeli chcesz udać się głównej siedziby abo- 
licjonistów, będzie szybciej łodzią. 

— Masz rację — powiedział Wilde. 

Godzinę później miał na sobie luźną czarną kurtkę, ko- 
szulę i spodnie, wszystko z jakiejś ciepłej tkaniny, która był 
zapewniany była odporna na rozcięcia, oraz oglądał masywny 
metalowy automat, gdy siedział w zatłoczonej vaporettd'| 
Inni pasażerowie, w większości młodzi, w satysfakcjonu- 
jący sposób nie zwracali na niego uwagi. Wilde siedział, 
na uboczu przy burcie łodzi, patrzył na sceny brzegu ka- 
nału i nadstawiał uszu na slangowy, akcentowany angielski 
jego współtowarzyszy. Jay-Dub, kończyny wycofane, leżał 
u jego stóp jak bagaż. Był jedynym robotem na pokładzie, 
oprócz sternika, kawału elektronicznej cybernetyki na dzio- 
bie statku. 

Sieci zbierające po bokach łodzi wyławiały kołyszące 
się kule plastiku z wody i przerzucały je, turkoczące, do ła- 
downi pod pokładem. Łódź opuściła komercyjną wesołość 
Kamiennego Kanału i wpłynęła do serii tuneli i wysokich, 
wąskich kanałów. Tutaj, w ciastowatości zielonych alg na 
ścianach, można było zobaczyć mniejsze kule. Poruszały się 
w dół bardzo wolno, ale ich kurs mógł być wywnioskowany: 
im bliżej wody tonęły, tym większe urastały, póki nie odpa- 
dły i nie odpłynęły. Wilde wstrzymał się od zapytania Ma- 
szyny o ekonomię i ekologię tego bio-przemysłowego pro- 
cesu. 

Dotarli do celu czterdzieści minut od wyjazdu. Łódź za- 
trzymała się, kaszląc z silnika i szarpiąc śrubami wzdłuż 
małego molo ze stopniami prowadzącymi na wąską ulicę 


3 wenecka łódź, wodny autobus — przyp.tłum. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 158 


przy kanale. Jedyny ludzki członek załogi, który nic nie robił 
prócz zebrania opłat, otworzył oczy i machnął rękę. 

— Plac Okrągły, dwieście metrów — obwieścił, i wyłożył 
krótki pomost do schodów. Wilde postarał się być ostatnim 
wychodzącym z łodzi. Uśmiechnął się do przewoźnika. 

— Jesteś kazachskim Grekiem — powiedział. 

Oczy mężczyzny się rozszerzyły. Złapał rękę Wilde'a 
i powiedział coś w innym języku. 

— Wszyscy przebyliśmy długą drogę — powiedział Wilde. 

— Zdobywaj przyjaciół i wpływaj na ludzi — zadrwił Jay-Dub, 
sotto-voce na szczycie schodów. — Zawsze przeklęty agita- 
tor, co? 


Około trzydzieścioro osób szło ulicą, Wilde i Robot kilka 
metrów za resztą. Przed nimi, wyspa rynku Placu Okrągłego 
właśnie nastrajała się do swojej dziennej dysharmonii. Ulica 
była wyłożona z małymi kafejkami na chodniku i straga- 
nami, i przecięta alejkami, w których nawet mniejsze sklepy 
zasypywały jakiegoś rodzaju handlem z okien i drzwi. 

Byli kilka kroków od takiego wejścia w aleję, po prze- 
ciwnej stronie rogu, przy którym kilka niebezpiecznie ma- 
łych stołów było używanych do podawania kawy w propor- 
cjonalnie maleńkich filiżankach, kiedy Jay-Dub powiedział 
nagle: 

— Stop! 

W tej samej chwili Wilde również zauważył dwóch męż- 
czyzn, tych samych dwóch, którzy szukali w pubie. Sie- 
dzieli przy jednym z tych małych stołów, patrząc na niego 
zza ciemnych okularów. Jego ręka zatrzymała się w trakcie 
sięgania po nową broń, gdy tamci sięgnęli po swoje. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 159 


W ten chwilowy impas wjechał dziwny pojazd: platforma 
na kołach, z aparatem przypominającym żurawia po obu koń- 
cach. Wysunęła się z alei bez ostrzeżenia. Wilde odskoczył. 
Mechaniczne ramię rozwinęło się z żurawia i rzuciło się 
koło niego. Odwrócił, żeby zobaczyć, jak pazury tego ramie- 
nia zacisnęły się dookoła dolnych odnóży Jay-Duba. Pod- 
niosły walczącą maszyną ponad jego głową i położyły go 
delikatnie na płaskiej platformie. 

Wilde przykucnął, złapał platformę obiema dłońmi i się 
podciągnął. Jay-Dub w tym momencie szarpał się wobec 
ograniczeń i spadł, gdy rzecz ruszyła. Gdy ludzie reagowali, 
kaskada stołów także się przewróciła. Wilde zanurkował po- 
nad powłoką Jay-Duba, przetoczył się z kopnięciem w nogi 
obu mężczyzn — teraz na nogach z parującymi plamami na 
udach — i chwilę później stał i biegł. Dzikie spojrzenie do 
tyłu ujawniło dwóch mężczyzn kilka kroków za nim, w ślad 
za rozepchniętymi gośćmi i przewróconymi meblami. 

Plac Okrągły był tuż przed nim, tłum gęstszy. 

— Pomocy! — krzyknął Wilde, zanurzając się w tłum. 


— Nie idź dalej — rozkazał donośny głos z przodu i góry. 
Mógł dochodzić z jednego z głośników zawieszonych z ka- 
bli pomiędzy lampami i drzewami. Wilde zatrzymał się i spoj- 
rzał znowu za siebie. Obaj goniący mężczyźni zatrzymali się 
kilka metrów dalej, dygocąc na krawędzi chodnika, dokład- 
nie tam, gdzie koniec wąskiej ulicy napotykał balustradę 
mostu. 


Jeden z nich zrobił ruch do wnętrza jego kurtki. Zanim 
Wilde mógł zareagować, coś innego szybciej zareagowało. 
Coś pająkowatego i lekkiego, kula sztywnych badyli, która 
przeleciała ponad głowami tłumu, wleciała w obu mężczyzn. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 160 


Gdy ich uderzała, jej badyle stały się elastyczne i owinęły się 
wokół nich obu, od ramion do ud. 

Ograniczeni, byli ledwie nawet obiektem ciekawości. Wilde 
stał tam, gdzie był przez minutę, aż tłum jakoś się rozpro- 
szył. Potem poszedł z powrotem drogą, którą przybiegł. Gdy 
omijał łukiem obu mężczyzn, dał im prawie trzy metry prze- 
rwy. Patrzyli się na niego. 

— Kto was przysłał? — spytał. 

— Jeb się — powiedział jeden z nich. 

— Pozdrówcie Reida — powiedział Wilde. 

Na to drugi mężczyzna spróbował rozerwać swoje więzy, 
ale wieloramienna maszyna w odpowiedzi tylko docisnęła. 
Wilde kontynuował wzdłuż alei, a w trakcie minął dwóch 
młodych mężczyzn, kierujących lub pasących teraz pustą 
i zniszczoną platformą w przeciwnym kierunku. 

— Przepraszam — powiedział Wilde. — Co się stało z tym 
drugim robotem? Tym, która ta rzecz złapała? 

— Uciekł — powiedziano mu. 

Podziękował im i sprawdził sam. Większość, która co- 
kolwiek mogła powiedzieć, brzmiała, że maszyna konstruk- 
cyjna uciekła wzdłuż alejki. Wilde spojrzał wzdłuż niej, po- 
kręcił głową, wymamrotał coś do siebie, wrócił do mostu. 
Doszedł w momencie, by zobaczyć dwóch młodych męż- 
czyzn opuszczających platformę, która obecnie bezpiecznie 
trzymała jego napastników pozostałym działającym ramie- 
niem żurawia. Druga maszyna ciągle tam była, znowu w po- 
staci piłki z kolcami. Przetoczyła się ku niemu jak chama- 
echof'] 


4 roślina, których pędy nadziemne lub ich części (kwiatostany, dęte owoce) 
stanowią diaspory przemieszczające się po powierzchni ziemi pod wpływem 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 161 


— Dzień dobry — powiedziało. Brzęczący głos wydawał 
się wygenerowany przez wibrację niektórych łodyg. — We- 
zwałeś pomoc w obrębie dziedziny Usług Prawnych Niewi- 
dzialna Ręka. W odpowiedzi zainterweniowałem. 

— Dziękuję — powiedział Wilde. 

— Choć nie została zawarta wiążąca umowa, jest kwestią 
uprzejmości uregulowanie opłaty dla Niewidzialnej Ręki. 
Jako wzajemna uprzejmość, Niewidzialna Ręka chciałaby 
zaoferować Ci dziesięciotygodniową polisę obronną, od któ- 
rej ta opłata byłaby odpisana, jeżeli zdecydujesz się zapłacić 
z góry. 

Wilde spojrzał zrozbawieniem w dół na chętną maszynę. 

— Ile? 

— Dwadzieścia gramów złota lub równoważnik. 

— Bardzo rozsądne — powiedział Wilde. — Przyjmujecie 
karty? 

— Proszę za mną — powiedziała maszyna. 

Wilde przesunął jego kartę przez slot zardzewiałej skrzyni 
superkomputerf ] Maszyna, która przyszła mu na pomoc, 
przyprowadziła go tutaj i zostawiła. 

— Dziękuję — powiedziała Niewidzialna Ręka. — Przed- 
stawiłeś się jako Jonathan Wilde. Twoje konto zostało ory- 
ginalnie otwarte przez maszynę zwaną Jay-Dub, vel Jona- 
than Wilde, zatwierdzone w Twoim imieniu ostatniej nocy 
w Bank spółdzielczym Stras Cobol. 

— Prawda — powiedział Wilde. 


działania wiatru, więcej https://pl.wikipedia.org/wiki/Biegacze 
— przyp.tłum. 
5 oryg. mainframe tj. klasa komputerów używanych głównie przez duże or- 


ganizacje dla krytycznych aplikacji, więcej https://pl.wikipedia.org/ 
wiki /Wadnfrane|--przyp.łum. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 162 


— Mam w plikach sprawę przeciwko Tobie — powiedziała 
maszyna. — Czy chciałbyś teraz wysłuchać szczegółów ? 


Wilde rozejrzał się dookoła. 
— Proszę bardzo. 


Twarz Reid pojawiła się czerwonawym monochroma- 
tycznym hologramie za ekranem maszyny. 


— Ja, David Reid, oskarżam Jonathan Wilde, bez sta- 
łego miejsca zamieszkania, mianowicie o to: że robot znany 
jako Jay-Dub, własność tegoż Jonathan Wilde, został użyty 
do uszkodzenia systemów gynoida Model D, znanego jako 
Dee Model, mojej własności. Jeżeli Jonathan Wilde pragnie 
bronić się prawnie przeciwko temu oskarżeniu, żadne dal- 
sze próby nie zostaną podjęte przeze mnie, moich agentów 
lub moich sojuszników, żeby go zaaresztować lub skonfi- 
skować jego maszynę. Jeżeli tego nie pragnie lub odmawia 
wzajemnie akceptowalnego sądu, te próby będą kontynu- 
owane. Kończę to oświadczenie rano szóstodnia, pięćdzie- 
siąty siódmy dzień roku stodrugiego czasu Statku. 


Wilde obserwował, jak obraz maleje do rubinowego pa- 
ciorka. 

Westchnął. 

— W jaki sposób Reid wiedział, że będę zarejestrowany 
u Ciebie? 

— Nie wiedział — powiedział superkomputer. — Ta wiado- 
mość została wysłana do wszystkich agencji obrony. Prze- 
kazałem innym, że została dostarczona. Nie są dalej zainte- 
resowani, chyba że oczywiście wybierzesz jedną z nich do 
obrony. 


— Nie — powiedział Wilde. 


Rozdział 7. Krytyczne Życie 163 


— Doskonale — powiedziała Maszyna. — Czy chciałbyś 
bronić się prawnie przed tym zarzutem? 

Wilde pomyślał o tym. 

— Tak — odpowiedział. 

Cienie i Światła poruszyły się za ekranem. 

— Chciałabym coś zasugerować — powiedziała maszyna. 
— W toku jest inna sprawa, pomiędzy Reidem i inną stroną, 
w sprawie Dee Model. Dee Model jest również moim klien- 
tem. Może zechcesz rozważyć połączenie Waszych działań 
prawnych. 

— Mogę w istocie — powiedział Wilde. 

— Poczekaj tutaj — powiedziała maszyna. — ... Możesz 
zapalić. 


Rozdział 8 


Realizm Kapitalistyczny 


Awionetka lub helikopter zbliżają się ze wznoszącym 
dźwiękiem, który się załamuje, a potem cichnie. Jednak kiedy 
słyszysz dźwięk aerosilnika i ten sam płaski ton utrzymuje 
się minutami, patrzysz do góry, zirytowany przez to nienor- 
malnie stałe buczenie i widzisz sterowiec. 


Stałem na Waverley Bridge w chłodnym zmierzchu, spoj- 
rzałem do góry i zobaczyłem sterowiec, nisko na niebie, 
podkradający się zza mnie jak ciarki na plecach, niebieski 
z napisem „MAZDA” białymi kapitalikami na boku. To był 
ten sam sterowiec, który widziałem około dwóch godzin wcze- 
Śniej w Glasgow. Prawie dziwniejsze niż UFO, coś, czego 
tutaj nie powinno być, maszyna z alternatywnej rzeczywi- 
stości, gdzie Hindenburg lub Dow Jones nie rozwaliły się 
lub Niemcy wygrali Wielką Wojnę. Gdy patrzyłem, jak prze- 
suwa się niczym chmura z zewnętrznym motorem, miałem 
chwilowe poczucie oddzielenia, jakby też nie powinienem 
tu być. Co tutaj robiłem, obserwując sterowiec z wietrznego 
mostu, kiedy powinienem być w pociągu do Londynu? 


To musiał być upał. Upał w Londynie, taki, że lato nie 
było niczym podobnym od lata 1976 roku, kiedy spędzi- 
łem tygodnie, przechodząc z wywiadu na wywiadu, prze- 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 165 


sypiając u kumpli lub w domu moich rodziców, martwiąc 
się wysypką nienawistnych naklejek z flagą Wielkiej Bryta- 
nii (Union Jack) wyklejonych wszędzie przez Front Naro- 
dowy. (A w międzyczasie, w innym gorącym mieście, pol- 
scy robotnicy zatrzymali kolej i obalili ceny mięs, i pra- 
wie państwo, prawie...) Wracając do Glasgow i suchszego 
powietrza, wdzięczny, wchodząc do laboratorium Annette, 
gdzie szarańcze po sekcji były przypięte do foliowych tale- 
rzy z czarnego wosku, a zapach parującego etanolu uderzył 
mnie w nos, gdy ją złapałem i powiedziałem: 

— Mam pracę. 

Dziewiętnaście lat później i ciągle ta sama praca. Inni 
pracodawcy, inne uczelnie, studenci nawet młodsi i bardziej 
niepewni na temat ich teraźniejszości, nie mówiąc o przy- 
szłości. Jednak w końcu teraz miałem interes na boku, który 
w dobre miesiące przynosił tyle samo lub więcej niż praca. 
Moje polemiki w niezrozumiałych biuletynach i czasopi- 
smach, a potem w niejasnych grupach dyskusyjnych, miały 
— zgodnie z moim planem, ale ciągle ku mojemu zaskocze- 
niu — zaowocować zainteresowaniem głównego nurtu. Kilka 
komisji think-tanków, jeden lub dwa artykuły w gazetach 
akademickich, rozdział w nadchodzącym podręczniku eko- 
nomii. .. Annette i Eleanor miały, lub przynajmniej pokazy- 
wały, więcej wiary w mój ostateczny sukces niż ja. Czasem 
czułem się winny. 

Byłem online przy biurku w domu, przygotowując strony 
www dla interesu, kiedy Reid zadzwonił w zeszłym tygo- 
dniu. Kiedy wymieniliśmy się uprzejmościami, powiedział: 

— Przyjeżdżasz na konwencję science fiction w Glas- 
gow? 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 166 


— Tak! Zarezerwowałem tam stoisko. Kosmiczny Kupcy. 
Będziesz? 

— Raczej nie — powiedział z żalem. — Nie mam jak się 
wyrwać z pracy. Niemniej, chciałbym się spotkać z Tobą 
potem, w Edynburgu. 

— To miły pomysł, ale... 

— Nie, nie, czekaj. To nie tylko spotkanie towarzyskie. 
Mam dla Ciebie, hm... propozycję biznesową. Coś, czym 
byłbyś naprawdę zainteresowany. 

— Och, dobra, to co innego. Co to jest? 

— Hm, wolałbym nie mówić tego w tej chwili. Przepra- 
szam za ostrożność, ale szczerze, to jest na poważnie i by- 
łoby naprawdę warte Twojego czasu. Po prostu wyjdziemy 
na kilka drinków i to przegadamy. Możesz przespać się u 
mnie lub hotelu, jak wolisz, mogę zapłacić rachunek i prze- 
jazd... 

— Nie, nie ma potrzeby... 

— Naprawdę. Zrozumiesz, kiedy o tym porozmawiamy, 
dobra? 

Zaintrygowany myślą o jego ofercie pracy w ubezpie- 
czeniach, zgodziłem się z nim spotkać. To musiał być upał. 


Reid wszedł powoli z krańca mostu przy Princes Street, 
z jakiegoś powodu z przeciwnego kierunku, z którego się go 
spodziewałem. 

— Cześć, cieszę się, że ci się udało. 

— Miło Cię widzieć. 

Jego włosy znowu urosły długie. Jego ubrania było co- 
dzienne, ale subtelne: miękkie czarne chinosy, niebieska ko- 
szula zapinana na guziki, jedwabny krawat, ciemna lniana 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 167 


kurtka. Poczułem się nieco zarośnięty w dżinsach, tramp- 
kach i obcięty, jak astronauta, na jeża. 

— Wyglądasz elegancko. 

— Dzięki. — Zaczęliśmy iść w tym samym kierunku, w któ- 
rym szedł Reid, ku Rock. — Wyglądasz. .. dobrze. 

Obaj się roześmialiśmy. 

— To iluzja — powiedziałem. — Właściwie czuję się nieco 
rozbity. Zbyt dużo kaców w ciągu ostatnich czterech dniach. 

— Ach, wkrótce to zapijesz — powiedział. — Ale najpierw, 
jadłeś? 

Mój żołądek ostro potwierdził, że nie. 

— Nie przez wieki — powiedziałem. Zatrzymaliśmy się na 
skrzyżowaniu, gdzie ruch nadjeżdżał z czterech stron. Reid 
rozejrzał się dookoła. 

— Ok — powiedział — Viva Mexico! — To okazało się być 
meksykańską restauracją w połowie Cockburn Street i niżej 
po kilku schodkach. Było cicho. Reid skinął głową na kel- 
nera. — Stół dla trzech proszę. 

Kelner poprowadził nas do stolika dobrze oddalonego od 
innych i usiedliśmy. Reid zamówił trzy duże lagery. Rozej- 
rzałem się, gdy przeglądał menu. Twarze mężczyzn w szero- 
kich kapeluszach i z długimi karabinami groźnie spoglądały 
na mnie z brązowo-białych fotografii egzekucji, pogrzebów, 
ślubów, wraków pociągów. .. Przyglądałem się leniwie Ścia- 
nom za zdjęciami ciężko uzbrojonych chrzcin lub ukończe- 
nia szkoły, kiedy lagery się pojawiły i Reid spojrzał. 

— Jak poszedł Worldcorf!? 


! coroczny światowy konwent science-fiction, w Glasgow odbył się w la- 


tach 1995 i 2005, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Worldcon|- 
przyp.tłum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 168 


— Cudownie — odpowiedziałem. — Tak mi powiedziano. 
Byłem w pokoju sprzedawców większość czasów. Kosmiczni 
Kupcy wyszli dobrze, jednak. 

— To Twój biznes? 

— Tak. — Wyjąłem portfel i podałem jedną z ostatnich 
wizytówek z adresem email, stroną www, numerem tele- 
fonu i skrytką pocztową. — Kilka lat temu szukałem pamią- 
tek z kosmosu, video Ziemi z orbity, takich rzeczy, i byłem 
zdziwiony, jak trudno było je znaleźć. Szczególnie w jed- 
nym miejscu. Więc pomyślałem, hej, okazja biznesowa! Za- 
cząłem z zamówieniem reklam w czasopismach SF, potem 
wyszukiwaniem rzeczy na konwencjach. Wydaje się, że po- 
mysł wypalił. 

Reid się uśmiechnął. 

— Wystartował! Dobrze. Cheers. 

— Slainte. 

Popatrzyłem na trzecią szklankę po cichu musującą. 

— Kim jest nieobecny przyjaciel? 

— Wpadnie w każdej chwili. Spokojnie. Ciągle palisz? 

— Znowu, niestety. — Nie dodałem, dzięki Tobie. 

Podał mi papierosa. 

— Jak Annette? 

— Dobrze. Przesyłam wyrazy miłości. — Nie mrugnął. 

— A Eleanor? 

Nie mogłem się uśmiechnąć całą twarzą. 

— Och, ona jest wspaniała. Dąsa się w pokoju, słuchając 
CD, czytając śmieci, przez większość czasu, ale w zasadzie 
jest fajną młodą dziewczyną. 

— Nie chciała przyjechać na konwencję? 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 169 


— Nie jestem pewien — powiedziałem. — Jakby wzruszyła 
ramionami, gdy jej się pytałem. Annette chciała zachować 
urlop na później w roku i myślę, że w końcu Eleanor wolała 
zostać z Mamą. Nie chciałem ryzykować odkrycia, że wła- 
Ściwie nie chciała jechać i odepchnięcia jej na całe życie. 

— Jak te demonstracje, co? — Reid uśmiechnął się, wspo- 
minając. 

Uśmiechnąłem się. 

— Mów mi o tym... Annette i jej „walka o pokój ”'! Kiedy 
Eleanor miała trzynaście lat, chciała dołączyć do cholernych 
Szkoły dla Lotników?] 

— Co ją zatrzymało? 

— Nie my — zapewniłem go. — Cięcia w wojsku. 

Krzesło po naszej lewej nagle zostało zajęte przez chu- 
dego mężczyznę w Średnim wieku, ubranego podobnie do 
Reida, z łysiejącymi czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu. 
Raźno podniósł menu i skinął głową nam obu. Kontakty 
w jego brązowych oczach sprawiały, że często mrugał, jakby 
powietrze było pełne dymu. Zgasiłem papierosa. 

— Dobry wieczór, panowie. — Podniósł piwo i upił. 

— To jest lan Cochrane — powiedział Reid. — Pracuje 
w naszym departamencie prawnym. lan, to jest Jonathan 
Wilde. 

— Miło mi Pana poznać, panie Wilde. — Jego uścisk był 
lepki, może od wilgoci na kuflu, ale nacisk był pewny. 

— Jon. — powiedziałem, kiwając głową i zastanawiając 
się abstrakcyjnie czy uścisk dłoni, jaki właśnie otrzymałem, 
był masoński. 


> brytyjska ochotnicza wojskowa organizacja dla młodych, więcej https: 
//en.wikipedia.org/wiki/Air_Training_ Corps - przyp.tłum. 





Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 170 


— Słyszałem dużo dobrego o Tobie, Jon — powiedział Co- 
chrane. — Pod wrażeniem Twojego artykuł o Brent Spa | — 
Złapał oko kelnera. — Zamawiamy? 

Jego akcent i maniery miały ten szkocki ton wyższej 
średniej klasy, który brzmiał bardziej brytyjsko niż Anglicy. 
Jadł selektywnie i rozmawiał błaho, podczas gdy Reid i ja 
zaspokajaliśmy nasz głód. Jego drugi drink był wodą mine- 
ralną. Wtedy jego rozmowa przestała być błaha. 

— „Już czas, by ktoś wbił ludziom do głowy różnicę po- 
między dnem Morza Północnego a dnem Północnego Atlan- 
tyku” — zaczął, cytując mój artykuł, drobna kolumna w nie- 
dzielnym wydaniu „,Dissenting Voices”, z pamięci. — „Jedno 
to podłoga poważnie skażonej spiżarni, która powinna być 
posprzątana. Drugie to Kufer Davy Jonesq'' Ale nikt nie 
wbija do głowy, to Twoja opinia, co? 

— Tak — powiedział, zbierając guacamole kawałkiem taco. 
— Więc morderstwo uchodzi Greenpeace na sucho. 

— Morderstwo w rzeczy samej — powiedział Cochrane. — 
Ale kto uwierzy kompanii naftowej przeciwko grupce bez- 
interesownych idealistów? 

— Ja — powiedział Reid. 

— Ach, ale nie jesteś typowy, widzisz — przypomniał mu 
Cochrane. Odwrócił się i popatrzył na mnie w zamyśleniu. 
— David, jak prawdopodobnie wiesz, jest naszym kierowni- 
kiem IT. — Skinąłem głową. Nie wiedziałem. — Był na spo- 


3 spór wokół platformy wiertniczej, którą właściciel Shell chciał zato- 
pić na pełnym morzu, a Greenpeace zutylizować bezpiecznie dla środowiska, 


* Kufer Davy Jonesa — w gwarze marynarskiej oznacza dno morza, 
ob. KEEps://pl.wikipedia.org/wiki /Davy_Jones_ (legenda) |- 
przyp.tłum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 171 


tkaniu komitetu, gdzie te kwestie były przedstawiane. Nie 
byliśmy zamieszani w tę katastrofę Shella, dzięki Bogu, ale 
jako firma ubezpieczeniowa jesteśmy raczej wystawieni na 
podobne sytuacje. Jeden z naszych starszych kierowników 
zauważył, mimochodem, że byłoby to bardzo... sprzyjające 
wyrównanej publicznej debacie, jeżeli były tam oddolne or- 
ganizacje prowadzące kampanie za rozwojem przemysłu, za- 
miast przeciw, „Greenpeace dla dobrych facetów ”, zdaje się, 
że to nazwał. I została podniesiona możliwość, hm, material- 
nego wsparcia inicjatywy w tym kierunku. 


Reid pochylił się do przodu. 


— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, Jon, ale po- 
wiedziałem, że znam właściwego człowieka do tej roboty. 
Ciebie. 

— Żeby zacząć organizację antyekologiczną? — Potrzą- 
snąłem głową. — Mają takie w Ameryce. „Rozsądne uży- 
cie” i takie tam. Są tubą dla wielkiego biznesu. Przepraszam, 
chłopaki. Niezainteresowany. 


"Twarz Reida pokazywała tylko uprzejme zainteresowa- 
nie. 

— Dlaczego nie? — spytał. 

— Zniszczę swoją wiarygodność. 

— Nie chcielibyśmy, żebyś mówił cokolwiek innego od 
tego, co już powiedziałeś — włączył się Cochrane. 

— Nie o to chodzi — powiedziałem. — Mógłbyś zatrudnić 
niezależnych naukowców, jakich chcesz, nawet dość rozsąd- 


nych ekologów. Wszystko, co każdy musiałby zrobić, żeby 
ich skompromitować to przypomnieć ludziom, skąd biorą 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 172 


się pieniądze. — Sprawdziłem, że wszyscy skończyli już jeść 
i zapaliłem papierosa. — Spójrz na FOREST] 

Skóra dookoła oczu Cochrane'a zmarszczyła się i skinął 
głową, jakby żeby dotrzymać miejsca. Kiwnął na kelnera 
i zamówił kawę i cygaretki. Próbowałem odmówić cyga- 
retki, ale nalegał, żebym przynajmniej zachował je na póź- 
niej. Zdjął celofan z własnej, zapalił i rozkoszował się pierw- 
szymi zaciągnięciami z najwidoczniej większym uznaniem 
niż ja. 

— FOREST — powiedział — ma znacznie większą wiary- 
godność w mediach niż Tobacco Advisory Council. Spraw- 
dziliśmy. Są całkiem szczerzy na temat tego, skąd mają więk- 
szość pieniędzy. Nie kwestionują zagrożeń dla zdrowia, tylko 
użycia ich do uzasadnienia różnego rodzaju natrętnych re- 
strykcji i napastniczej propagandy. Co wcale nie trafia do 
mnie jako zły przykład. 

Zgasił cygaretkę i powachlował ohydne chmury ręką. 

— Paskudny nawyk — zauważył, mrugając wściekle. — 
Kwestia zasad. 

Wzruszyłem ramionami. 

— Ok, jeżeli w ten sposób to widzicie, proszę bardzo. 
Jednak nie zrobicie dużo, żeby zmienić opinię publiczną, 
przynajmniej nie w obecnym klimacie. 

— Panie Wilde — powiedział Cochrane zawiedzionym to- 
nem — nie mówimy o obecnym klimacie. Mówimy o zmianie 
klimatu. 


5 FOREST — Freedom Organisation for the Right to Enjoy Smoking Tobacco 


— organizacja lobbująca przeciwko ograniczeniom w użyciu tytoniu, zob. https: 
//en.wikipedia.org/wiki/FOREST|- przyp.tłum. 









Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 173 


— Chcecie zostać kozłem ofiarnym globalnego ocieple- 
nia? 
Cochrane roześmiał się pobłażliwie. 


— Touche. .. ale serio, stracimy dobrą umowę, jeżeli fa- 
talne prognozy okażą się prawdziwe, więc nie, nie mamy 
celu w minimalizowaniu tego. Po prostu chcielibyśmy ja- 
śniejszego odbioru społecznego tych spraw. Co do klimatu 
opinii. .. North British Mutual Assurance istnieje w tej lub 
innej formie od przed Rewolucji. — (Od kiedy?) — Jeżeli to 
prawda, wcześniejsze kompanie nie miały niewiele wspól- 
nego z faktem, że Rewolucja była pokojowa i chwalebna, 
i wszystkie te piękne słowa, które historia dodała do Ściśle 
biznesowego przejęcia 1688 — (W tej chwili mój umysł na- 
dążył). — Więc pozwól, że przedstawię propozycję, na pod- 
stawie, której, jeżeli dama przy najbliższym stoliku zdarzy 
się być dziennikarzem Scotsman, ta rozmowa niezaprzeczal- 
nie się nie wydarzyła, i poza tym...raczej nie. 

Zachichotał się mrocznie i pomimo obaw, w które byłem 
wciągany, częścią jego intrygi. 

— Jako ubezpieczyciele — kontynuował, cichszym gło- 
sem — nie mamy żadnych korzyści w popieraniu zanieczysz- 
czających, ponieważ, jak pokazały to firmy azbestowe, są 
złym ryzykiem. Jesteśmy najbardziej zdecydowanie zainte- 
resowani dobrobytem, wzrostem i klientami, którzy płacą 
swoje opłaty w długich i zdrowych życiach. Więc jeżeli ktoś 
chciałby utworzyć organizację, taką jak rozmawialiśmy, na- 
sze zainteresowanie byłoby całkiem jawne, i całkiem do wy- 
bronienia przez obie strony. 


— O ile przedstawione we właściwy sposób — powiedział 
Reid. — Myślę, że jest to w obrębie Twoich możliwości. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 174 


— Dziękuję — powiedziałem. — To nie mogłoby wyglą- 
dać bardziej złowieszczo niż dawanie pieniędzy na Torysów. 
Prawdopodobnie mniej. 

Cochrane kaszlnął. 

— Jak to się zdarza, nasze polityczne darowizny w tym 
roku... 

Nasze cyniczne rechoty przerwały mu. Po chwili się do- 
łączył. 

— Tak, cóż, jesteśmy w biznesie rozprzestrzeniania ry- 
zyka. 

— To jest coś — powiedziałem — widzieć inteligentne pie- 
niądzę |zmieniające strony, prawie przed Twoimi własnymi 
oczami. 

— W rzeczy samej — powiedział Cochrane. — I mógłbyś 
spojrzeć na naszą propozycję jak na coś podobnego, o ile nie 
w dłuższej skali czasowej. 

Pokręciłem głową. — Przepraszam, ale nie rozumiem. — 
Myślałem, że rozumiem, ale ledwie odważyłem się wierzyć. 

Cochrane uniósł brew ku Reidowi, który lekko skinął 
głową. 

— Przeglądałem trochę literatury, którą wysyłałeś do Dave'a 
przez lata — powiedział Cochrane. — Pośród wszystkich tych 
śmieci, zawiera raczej stymulujące idee na temat możliwej 
roli firm ubezpieczeniowych w zapewnianiu bezpieczeństwa 
ich klientom. Co do ideału politycznego. ..— Strzepnięcie 
dłonią w powietrzu. — Jednak, jako strategia rynkowa radze- 
nia sobie z, hm, pewną ucieczką państwa od czegoś, co było 


6. dosł. smart money — doświadczeni, dobrze poinformowani inwestorzy trak- 
towani jako grupa, zob. https://en.wiktionary.org/wiki/smart_ 
[money|- przyp.tłum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 175 


dotychczas jego odpowiedzialnością, ma określone wdzięki. 
Nie mówiąc już o... 

I nic nie powiedział. Jego oczy straciły się w tiku mru- 
gania i spojrzały stabilnie na mnie. 

— Kolejna mała przerwa w gładkim biegu brytyjskiej hi- 
storii? — spytałem. 

Trzeźwo pokiwał. 

— Spekulacyjnie, oczywiście. Ale możemy pewnego dnia 
rozważać naszą pozycję w stosunku do tego, co erudyta pan 
Ascherson zachwyca w nazywaniu reżimem hanowerskim. 
Pomyśl o tym jako... 

— O ubezpieczeniu — powiedział radośnie Reid. 

Spojrzałem od jednego do drugiego i zapaliłem papie- 
rosa, poruszając dłońmi bardzo ostrożnie, żeby utrzymać je 
spokojne. 

Do tej chwili myślałem o sobie jako o odpornym na 
przepych władzy, w dokładnie ten sam sposób, w jaki eu- 
nuch mógłby być odporny na czar kobiet. Nigdy nie sta- 
łem na baczność przy hymnie lub przy fladze, nigdy niczego 
nie wsuwałem niezdarnie do urny wyborczej. Nastawienie, 
dzięki któremu sekta moich rodziców odzyskała drwiący przy- 
domek „imposybilistów ”, zostało, jak mi się zdawało, odzie- 
dziczone w mojej własnej politycznej postawie. Och, chcia- 
łem mieć wpływ, zmienić sposób myślenia ludzi, tak jak moi 
rodzice. Ale, — tak jak oni — nigdy poważnie nie oczekiwa- 
łem na możliwość faktycznie wzięcia władzy w ręce. 

W skrócie, byłem kompletnym palantem, aż do tej chwili, 
kiedy dowiedziałem się, czego mi brakowało. I wiecie, co 
wtedy czułem było prawie seksualne. To coś w okablowaniu 
męskiego mózgu naczelnych. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 176 


Największym dreszczykiem nie było, że oferowali mi 
władzę, proponowali mi tylko nieco więcej wpływu, to wszystko. 
Nie, to, co stawiało mi włosy na karku, było to, że myśleli, 
że mogę, w przyszłych dekadach, mieć władzę, że mógłbym 
przedstawiać coś, co było warte, by stanąć za tym z dużym 
wyprzedzeniem, że gdzieś w tle mógł zaistnieć mój Fiński 
Dworzed”] 

— Tylko jedno pytanie — powiedziałem. — Jest wielu bar- 
dziej znanych i lepiej powiązanych ludzi z poglądami po- 
dobnymi do moich, więc dlaczego ja? 

Reid spojrzał, jakby miał coś powiedzieć, ale Cochrane 
przerwał mu. 

— To dlatego, że nie masz powiązań z żadną częścią obec- 
nego establishmentu, i nie chcielibyśmy, żebyś jakiekolwiek 
utrzymywał. Twoje poglądy na kwestię ziemi i systemu ban- 
kowego są odrzucane jako całkowicie błędne przez każdy 
wolnorynkowy think tank, jaki konsultowałem. Twoje poli- 
tyczne znajomości są takie, że Twoja teczka w MIS i Special 
Branch jest, jak rozumiem, chwalebnie gruba. Twoje inter- 
netowe artykuły o ostatnim skandalu w Oklahomie, o Cze- 
czenii, o Bośni, dodały FBI, CIA i FIS do Twoich uważnych 
czytelników. Więc, jak widzisz... 

— Widzę, w porządku — powiedziałem. — Chcesz kupić 
kogoś, kto wygląda, jakby nie był kupiony. 

— Chryste, człowieku...! — Reid zaczął, ale znowu Co- 
chrane mu przerwał. 


1. Dworzec Fiński — dworzec w Petersburgu znany m.in. z tego, że Lenin, po- 
dróżując ze Szwajcarii, przybył na niego 3 kwietnia 1917. Miejsce to jest również 
wymienione w tytule książki Edmunda Wilsona „To the Finland Station” (1940) — 
przyp.tłum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 177 


— Wybaczcie mi chłopcy — powiedział, strzepując zia- 
renka chili z palcy. — Nigdy nie miałem radykalnego sumie- 
nia, żeby z nim walczyć, i całkiem szczerze byłbym cięża- 
rem dla własnej sprawy w tego rodzaju dyskusjach, które 
potrafię przewidzieć, że się rozwiną. — Uśmiechnął się krzywo, 
prawie przepraszająco do nas. — Więc jeżeli nie macie nic 
przeciwko, zostawię was tutaj. 

Wstał, wyciągnął dłoń, a ja wstałem, żeby potrząsnąć, 
złośliwie odpowiadając jego dziwnym chwytem. 

— Miłego wieczoru, Jon, i mam nadzieję, że się jeszcze 
zobaczymy. 


— Cóż, wzajemnie Ilan. 


Skinął głową Dave owi i odszedł. 


Dave pozostawał w ciszy, póki Cochrane nie był za drzwiami. 
Potem położył łokcie na stole, palce przy policzkach, grzbiety 
dłoni prawie dotykające się przed jego ustami. 

— W co ty do kurwy nędzy pogrywasz? — domagał się. 

— Nic — powiedziałem. — Naprawdę. Nie oczekiwałeś, 
że będę podskakiwał na szansę bycia radykalnym liderem 
dla jakiejś ferajny garniturów zmartwionych tym, co się sta- 
nie, kiedy ich obecny wygodny układ zostanie spuszczony 
z wodą? 

— Co za jebany idiota — powiedział Dave, nie nieżyczli- 
wie. — Jesteś ostatnią osobą, po której się spodziewałem. .. ach, 
do cholery z tym. Chodźmy do pubów. 

W dogodnie bliskim Malt Shovel, pozwolił mi postawić 
mu kufel Caffrey i powiedział mi o swoim planie na resztę 
wieczoru. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 178 


— Chcę Ci pokazać niektóre z moich ulubionych pubów 
— wyjaśnił. — Tylko jeden sposób na to, runda po pubach 
w transporcie zbiorowym. Tutaj, Cafe Royal, szybki kieli- 
szek w barze stacji, potem do Haymarket, następnie pocią- 
giem do Dalmeny, wzdłuż frontu South Queensferry, potem 
ostatni autobus mostem do Dunfermline. 


Dunfermline. Zaadresowałem wiele paczek tam do jego 
mieszkania, ale miałem niejasne poczucie, że to przedmie- 
ścia Edynburga. Źle: ponad Forth, najwidoczniej. Mój men- 
talny obrazek zmienił się wobec zasięgu gór Highland. 

— Jesteś pewien, że mamy czas? 

Odstawił pustą szklankę. 

— Zobaczymy, jak daleko dojedziemy. 


Prawie zbiegliśmy Cockburn Street, przez Waverley Bridge, 
potem znowu dookoła tyłem Waterstone i Burger Kinga do 
wielkiego pubu, który wydawał się posiadać tylko jedno wej- 
Ście z boku. Wysoki sufit, kafelkowe Ściany, murale, skó- 
rzane siedzenia, marmur, wypolerowany mosiądz i drewno. 


— Istny pałac ludowy — zauważyłem, gdy siadaliśmy. — 
'To jakby coś z tego Twojego zdegenerowanego państwa ro- 
botników. 


Reid się uśmiechnął. 
— Piwo byłoby tańsze. 


— Tak — powiedziałem. — Zobacz, co zrobili Budweise- 
rowi? 


— Szokujące — odpowiedział Reid. — Powinno być na to 
prawo. 


Kiwnąłem na murale. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 179 


— Bohaterowie Rewolucji Przemysłowej. ..czy to Watt? 
Stevenson?... powinni mieć taki z Adamem Smithem wi- 
dzącym niewidzialną rękę. 

— Realizm kapitalistyczny — powiedział Reid. 

— Coś, w co jesteś zamieszany, najwyraźniej. 

— Tak, cieszę się, że mogę tak powiedzieć. — Reid oparł 
się, rozciągając się w swoim siedzeniu. — To jedyna gra w mie- 
ście. 

— Ta, cóż, powinieneś wiedzieć. 

— Cholerna racja! — powiedział mocno. — Nie zmieni- 
łem moich poglądów, długoterminowo, ale rozpoznaję klę- 
skę, kiedy ją widzę. Poradzenie sobie z końcem Drugiego 
Światą* zabierze pokolenia, i to nie będą nasze pokolenia. 
Ostatni raz, kiedy spędziłem czas z lewicą, był w trakcie 
Wojny w Zatoce. Dzieciaki gówno wiedzą, a starsi. . . — uśmiech- 
nął się nagle jak Dave, którego znałem —.. . to jest, starsi niż 
my, wyglądają jak ktoś, komu powiedziano, że ma raka. 

— I nie może przestać palić, co? 

— Ha! Ok, Jon, ciągle mamy interes do załatwienia. 

— Wal śmiało. 

— Brutalna uczciwa prawda jest taka, że mało prawdo- 
podobne jest, że dostaniesz lepszą ofertę. Nie oszukuj się, 
człowieku. Masz czterdzieści lat, jesteś nikim i zmierzasz 
donikąd. Szanse są takie, że przez resztę swojego życia bę- 
dziesz szukał śmieci z kosmosu przy konwentach SF i zapo- 
mnianych idei w skrajnych organizacjach. 

Wzruszyłem ramionami. 


8 powstałe w okresie zimnej wojny określenie państw socjalistycznych (i 
ich sojuszników) przeciwstawnych państwom kapitalistycznym Europy i Ameryki 
Północnej (Pierwszy Świat), NA SSPAWJETECZTZTEROE TTW 
Drugi AC545Awiat|- przyp.łum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 180 


— Są gorsze sposoby na życie. 

Dave pochylił się ku mnie, prawie wbijając mi papierosa 
w twarz przy podkreśleniu. 

— Ale są lepsze, do cholery! 

— Wiem, wiem. Jednak dotrę tam na swój sposób. Cała 
ta sprawa z wolnym rynkiem ma długą drogę przed sobą, 
a nawet kosmos staje się znowu modny. Ludzie chcą zoba- 
czyć ten nowy film, jak mu tam? ... Apollo 13, i pomyślą 
„Hej, zrobiliśmy to wtedy! Dlaczego nie możemy teraz?” 
Zachód wróci do kosmosu dostatecznie szybko, kiedy będą 
się ścigać z Chińczykami. Lub ktoś zaszokuje nas w stylu 
Sputnika. I popatrz, nawet Cochrane wydaje się myśleć, że 
na coś wpadłem. 

— Aaach! — Nieartykułowany dźwięk Dave'a niósł wagę 
sceptycyzmu Highland. — To było dziewięćdziesiąt dziewięć 
procent bredni i pochlebstw. Może jeden procent wypatry- 
wania nieprzewidzianych wydatków. 

— Pewnie, ale wolałbym mieć ten jeden procent niż się 
wyprzedać. 

— Przestań kurwa myśleć o tym jako o wyprzedaniu! 
Chryste, wziąłbym pieniądze od Nirex lub Rio Tinto Zinf”] 
gdyby dali mi wolną rękę. To jest droga na Twój własny 
sposób. To wszystko jest legalne. Rzetelnie i uczciwie... 

Zauważył, co mówi, i się roześmiał. 

— Ok, stary Ian jest biznesie, ale to nie ma nic z tym 
wspólnego! 


? NIREX — podmiot zajmujący się przygotowaniem składów odpadów radio- 


aktywnych, zob https://en.wikipedia.org/wiki/NirexRioTinto 


— międzynarodowa firma zajmująca się górnictwem, która m.in. korumpowała lo- 


kalne rządy i naruszała prawa człowieka, więcej https://en.wikipedia. 


org/wiki/Rio_Tinto_(corporation) - przyp.tłum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 181 


— Ta, dobra, jakoś wytrzymam Illuminati. . . Więc to jest 
umowa, tak? Dają pieniądze i robię, co chcę z nimi? 

— Żadnych kłopotów, o ile masz wyniki. 

— Mierzonych jak? 

— Och, odparcia, czas antenowy, expose skąd ekolodzy 
dostają swoje cholerne pieniądze. Rodzice robiący zamie- 
szanie o propagandę Zielonych w szkołach. — Zmienił wy- 
mowę na podobieństwo akcentu angielskiej klasy pracującej 
lub przynajmniej w ciągle pokrzywdzony ton. „Za moich 
czasów nie nazywaliśmy tego niszczeniem lasów deszczo- 
wych, nazywaliśmy to oczyszczaniem dżungli, i myślę, że 
powinno tu być nieco równowagi, wiesz, co mam na myśli?” 

Zaczynało to brzmieć całkiem atrakcyjnie. To i myśl o braku 
wykładów z podstaw ekonomii. Wejść na własną krzywą po- 
pytu zamiast... 

— Lasy deszczowe należą do ich mieszkańców — powie- 
działem. — Wywal prawodawstwo środowiskowe, tak, ale 
tylko jeżeli zanieczyszczający zapłacą za szkody, Ścisła od- 
powiedzialność. To mój program. Myślisz, że to kupią? 

Reid wzruszył ramionami. 

— Mógłbyś spróbować. 

— Ok — powiedziałem, nagle zdecydowany. — Przekaż mi 
szczegóły i jeżeli wszystko będzie tak proste, jak mówisz, 
wejdę w to. 

— Na pewno? 

— Tak. 

— Cóż, dzięki kurwa za to. Myślałem, że wbicie Tobie 
trochę rozsądku do głowy zajmie mi całą noc. 

Na stacji mieliśmy kilka wolnych minut, nawet z łykiem 
whisky w Wayfarer Bar, więc zadzwoniłem do domu. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 182 


— Cześć kochanie. 

— Hej, miłości. Gdzie jesteś? 

— Waverley Station. Reid zabrał mnie na rundę po pu- 
bach pociągami. 

— Hm, trzymaj się. Nie mogę się doczekać jutrzejszego 
wieczoru. 

— Ja też! — Elektryczny cmok. Trochę gadania o World- 
conie i egzaminach szkolnych Eleanor, potem spytała: 

— Dużo sprzedałeś? 

— Tak — powiedziałem. — Bardzo dużo. 


Zabrałem torbę z przechowalni bagażu (pozostałe za- 
soby z mojego kramu były w tym momencie w drodze au- 
tostradą w vanie należącym do zaprzyjaźnionej księgarni SF 
w Londynie). Wsiedliśmy do pociągu na jeden przystanek, 
wypiliśmy kilka piw w Caledonian Ale House w Haymarket 
i złapaliśmy kolejny pociąg dalej. 

Dalmyn było parą opuszczonych peronów z zaskaku- 
jącym widokiem na Forth Bridge, światła wysyłające wid- 
mowe słupy w ciemniejące niebo. Road Bridge stało okra- 
kiem na cirrusach podświetlonych zachodem słońca. Dave 
poprowadził mnie wąską, ciernistą ścieżką pomiędzy polami 
i nasypem kolei, przez wzniesienie i drewniany brzeg, potem 
w dół długim zejściem po drewnianych schodach na brzeg 
Firth. Ostry skręt w lewo na dole poprowadziło nas do Ha- 
wes Inn, pubu, którego uroki były tylko lekko pomniejszone 
przez kilka maszyn do grania i wiele nieodpowiednich cyta- 
tów z Roberta Louisa Stevensona na ścianach. 

Znaleźliśmy siedzenie przy oknie, w rogu przy maszy- 
nach do grania. Gwiezdne bitwy ryczały koło nas. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 183 


— Tutaj zatrzymał się Rzym — zauważył Reid tonem dziw- 
nie osobistej satysfakcji, gdy patrzył nad Firth. 

— Nie może być — powiedziałem. — Czy to nie katolicy 
z Highland... 

— Imperium Rzymskie — wyjaśnił Reid. — Tu było najda- 
lej na północ, gdzie dotarli: limes. Zzmasakrowali widocznie 
tubylców w Cramond. Poza Firth nie zrobili nic prócz trace- 
nia legionów na całej mapie, o to chodzi. 

— He! — Podniosłem pintę Arrola. — Za koniec imperiów. 

— Zdrowie. — Skinął głową Reid. — Jednak, to w pewien 
sposób robi wrażenie. Cała ziemia stąd do drugiego końca 
Śródziemnomorskiego pod jednym rządem. 

— Hmm. .. ktoś powinien ostrzec eurosceptyków: robiono 
tak i trwało to przez tysiące lat! — To w komicznym niemiec- 
kim skrzeku rozproszyło uwagę jednego z wojowników ko- 
smosu na tyle, żeby spojrzał na mnie i stracił kilka statków 
atakującego imperium zła na ekranie. Myślę, że w tym mo- 
mencie byłem nieco pijany. 

Nasz postęp trwał przez Two Bridges, Anchor, Ferry Tap. 
Na zewnątrz Queensferry Arms Reid się zawahał i powie- 
dział: 

— Miniemy ten. Mam lepszy pomysł. — Zaprowadził mnie 
kilka kroków wzdłuż wąskiej High Street do chińskiej re- 
stauracji na wynos, gdzie obiecał mi najlepszy przysmak 
w menu. 

— Dwie porcje frytek w curry, proszę. 

— Frytki w curry? — spytałem z niedowierzaniem. 

— Właśnie tego potrzebujesz po kilku piwach. 

Dziewczyna za ladą podała nam je z czymś, o czym 
myślałem mętnie jako o protekcjonalnym uśmiechu. Jedząc 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 184 


je parujące, lepkie, tłuste małymi plastikowymi widelcami, 
przeszliśmy koło komendy policji i tego, co Reid opisał jako 
kościół jakobitów, do ostatniego pubu, zatrzymując się, tylko 
żeby wyrzucić w zamyśleniu nasze Śmieci za głównym wej- 
Ściem. 

Wpadliśmy do Mooring z oddechem jak smoki. Dziew- 
czyna za barem właściwie odwróciła twarz, gdy podawała 
nam piwo. Podążyłem za Reidem od baru do tylnej części, 
gdzie szerokie okna przedstawiały piękny widok na Bridge. 

Pub był nowy, imitacja starego, sprzęt nurkowy i opra- 
wione rysunki okrętów wojennych na ścianach. W trakcie 
naszych podróży, otwierająca myśl Reida o Imperium Rzym- 
skim zamieniła się w długą i zaangażowaną dyskusję o im- 
periach w ogólności, z Reidem stanowczo po ich stronie. 
Nienawidził domyślnej opcji rozczarowanych socjalistów, 
nacjonalizmu. 

— Popatrz na nie — powiedział, otwierając trzecią paczkę 
papierosów i wskazując na grafiki okrętów. — Widzisz je. 
One, one nas uratowały, racja? Od niemieckich faszystow- 
skich barbarzyńców. I od starego dobrego Wujka Joe, jeżeli 
być uczciwym. 

— To — powiedziałem, próbując ustabilizować go w moim 
polu — jest nieco uproszczony glond. Pogląd. Jestem zdzi- 
wiony. 

— Tak jak i ja — powiedział. — Kilka lat temu, była tutaj 
ekspozycja, Harriery lecące do tyłu, Sea King robiące pętle 
i takie tam, i uświadomiłem sobie, że jestem dumny z tych 
facetów. Tak jak byłem dumny z heroicznej Armii Czerwo- 
nej i Wietkongu. 


— Jezus. — Byłem zszokowany w przemijającym przy- 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 185 


pływie trzeźwości. — Chcesz mi powiedzieć, że siły zbrojne 
państwa brytyjskiego są bojownikami o wolność? Jestem pe- 
wien, że, na przykład, Irlandczycy mogą mieć odmienną opi- 
nię. 

— Och, jebać Irlandczyków — powiedział Reid, szczęśli- 
wie nie za głośno. — Muszę przyznać, że przez lata miałem 
obawę o śmiałą IRA. A potem przyszli, odwrócili się na pal- 
cach, po prostu rzucili to wszystko jak pierdoleni staliniści. 

— Ale zawsze chciałeś czegoś lepszego niż to... 

Spojrzał w swoje Caledonian Eighty. 

— Nawet jeśli, trzymałem stronę państw robotniczych. 
A wtedy one wszystkie upadły jak... jak domino! To nie ja 
jestem dezerterem. Mam na myśli, moja strona się poddała, 
racja? Więc mogę robić, cokolwiek kurwa chcę. 

Dzwonek zadzwonił na ostatnie zamówienia. Reid roze- 
śmiał się i wysuszył szklankę. 

— To samo jeszcze raz? 

— Tak, poproszę. 

Wrócił z dwoma piwami i dwoma kieliszkami whisky. 
Whisky może ponosić pewną odpowiedzialności za to, co 
zdarzyło się potem. 

— Więc co masz do powiedzenia na to? — spytał. 

— Śchlanzhe...ok, ok. Mówisz, że kiedyś podziwiałeś 
armie drugiej strony, racja? Więc o co chodzi z tą całą walką 
o pokój, co? Co z Kampanią na rzecz rozbrojenia jądro- 
wego? 

Walka o pokój, rozbrojenie. .. coś mnie męczyło. 

— Taktyka. Komuniści byli prawdopodobnie szczerzy, do- 
statecznie zabawni, ale o ile byliśmy zaangażowani, postrze- 
galiśmy rozbrojenie jako zakłócenia dla Ruskich. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 186 


— Bez jaj? 

— Bez jaj. 

— Dobra — powiedziałem, zaskoczony tym bezczelnym 
przyznaniem — muszę powiedzieć, że Twój dopiero co od- 
kryty patriotyzm ma podejrzaną krzywą, jak przejście z jed- 
nego błędnego poglądu na coś, co wydaje się całkowitym 
przeciwieństwem, ale faktycznie jest w tym samym miej- 
SCU... 

— Bzdura. Nie jestem patriotą. To, co mówię to, żyjemy 
w niebezpiecznym Świecie i nie mam zamiaru udawać, że 
nie wiem, czyje karabiny mnie chronią. 

— Co z ludźmi po drugiej stronie karabinów? 

— Mocne. Mam szczęście, że jestem po tej stronie. W po- 
równaniu do wszystkiego innego, to strona postępu. My je- 
steśmy obozem rewolucji. 

— Wyjaśnij, proszę. 

— Ponieważ Twoje libertariańskie jankeskie głupki mają 
rację, demokracje Zachodu są socjalistyczne! Wielkie sek- 
tory publiczne, wielkie firmy, które planują produkcję, pod- 
czas gdy oficjalnie wszystko jest na rynku... swego rodzaju 
czarne planowanie, tak jak Wschód miał czarny rynek. Marks 
powiedział, że powszechne prawa wyborcze są rządem klasy 
pracującej i miał rację. Zachód jest czerwony! 

Musiałem się roześmiać, nie tylko z zuchwałości racjo- 
nalizacji Reida, ale z odrobiny dziwnej prawdy. Rozważali- 
śmy tę teorię, gdy wyszliśmy z pubu i szliśmy w kierunku 
Road Bridge. 

— Gówno — powiedział Reid, studiując rozkład jazdy — 
nie zdążyliśmy. Pierdolone prywatne firmy ciągle zmieniają 
usługi. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 187 


— Pieprzeni towarzysze na drodze do kapitalizmy 0) Za- 
mówmy taksówkę. 

— Stąd? Nie. Po drugiej stronie jest hotel. Zadzwońmy 
stamtąd. 

Spojrzałem wzdłuż jasnego kilometra mostu. 

— Kawałek drogi. 

— Może mają otwarty bar — powiedział przebiegle Reid. 

— Jestem za. 

Ruszyliśmy, koło znaków obwieszczających, że kamery 
ochrony cały czas obserwują most. Na północy i zachodzie 
na niebie ciągle było światło. Samochody i ciężarówki brzę- 
czały obok, co minutę. Część mostu, zanim sięgnęła rzeki, 
wznosiła się powoli nad ulicami, podwórkami, śmietnika 
i długimi ramionami przystani. Po naszej lewej, pomiędzy 
chodnikiem a rzeką, była wysoka barierka, niższa, ale szer- 
sza pomiędzy chodnikiem na drogą. Reid utrzymywał szyb- 
kie tempo, niedużo mówiąc. Gdzieś w połowie zatrzymałem 
się, żeby zapalić czarne hinduskie cygaro, które (niewytłu- 
maczalnie w tamtej chwili) znalazło się w mojej kieszeni. 

Coś na myśli. Walka o pokój, coś z ...ach! 

Zły czas, ale też, nigdy nie byłby dobry czas. 

Pośpieszyłem, żeby go dogonić. 

— Reid, stary przyjacielu — powiedziałem zza jego ramie- 
nia — mam z Tobą do pogadania. 

Jego ramiona drgnęły Nie odwrócił się. 

— Ok, człowieku. Cokolwiek. 


10 dosł. capitalist roaders, termin maoistowski opisujące osoby, lub grupy 
osób, sprowadzające rewolucję w kierunku kapitalizmu, por. https://en. 
wikipedia.org/wiki/Capitalist_roader|- przyp.tłum. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 188 


— Cóż, prawda jest taka, że Annette powiedziała mi o, 
wiesz, Tobie. I jej. 

— Och! — Zatrzymał się i odwrócił się do mnie. 

Zatrzymałem się, opierając o balustradę. Dziesiątki me- 
trów poniżej, woda błyszczała jak młotkowany ołów. Reid 
wygrzebał papierosa, upuścił, podniósł i zapalił. 

— Co mogę powiedzieć? — powiedział. Rozłożył ręce, za- 
kołysał i położył prawą rękę na balustradzie. — Zdarzyło się, 
jaki jest sens zaprzeczania, i to była moja wina, i jest mi 
przykro. 

— W porządku — powiedziałem. — To wszystko, co powi- 
nieneś powiedzieć. 

— Ty...— Zaciągnął się mocno papierosem, schował go 
żarzącego w lewej ręce. — Jesteś dobrym facetem, Jon. Za- 
sługuje na Ciebie. A Ty zasługujesz na kogoś lepszego niż 
ja. Nadużyłem Twojej. .. gościnności, chłopie. Nie ma uspra- 
wiedliwienia, prócz tego, że to było tylko ruchanie... 

Jego głos zamilkł i odwrócił wzrok, w dal. 

— Tylko ruchanie? 

—...obsesja, chłopie, to jest to słowo. — Roześmiał się 
cierpko. — Chciałbym móc powiedzieć, że to było tylko ru- 
chanie. 

Spojrzał z powrotem na mnie. Dym w moich ustach na- 
gle był cuchnący. Posłałem czerwony żar, kręcąc nad bo- 
kiem i obserwowałem długi wolny upadek. 

— Ale nie mogę — kontynuował. — Nie mówię, że to nie 
było złe, ale w tym było więcej niż to. Raz nawet próbowa- 
łem ją zachęcić do zostawienia Ciebie, jeżeli możesz w to 
uwierzyć. Jednak nie chciała i miała rację, to był koniec 
tego. Zero. I pogodziłem się z tym tak jak i ona. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 189 


Od tej chwili wiedziałem, że jestem zdolny do morder- 
stwa. Miał jedną rękę na balustradzie, jedną z boku ciągle 
trzymając papierosa. Znowu wpatrywał się w dal. Chwyt za 
kołnierzyk i pasek, jedno dobre poderwanie i byłby po dru- 
giej stronie. To byłoby proste, a ja mógłby to zrobić. 

Odwrócił się do mnie. 

— To wtedy ci powiedziała, racja? — W jego oczach był 
jakiś podziw i spryt. — Wiem, ponieważ to wtedy całe to pra- 
wicowe gówno zaczęło się pojawiać, od Contras, Renamo, 
emigrantów wschodnioeuropejskich, KMT i NTS. Miesza- 
nie tego ze starym komunistami i libertarianami było zgrabną 
sztuczkę, ale wiadomość do mnie dotarła. Znasz pewnych 
twardzieli, a oni wiedzą, gdzie mieszkam. — Roześmiał się 
cierpko. — Muszę Ci to przyznać Jon, przestraszyłeś mnie. 


Zrobiłem krok w jego kierunku i uderzyłem go prosto 
w usta. To był dobry cios, moje dziecięce lekcje boksu nie 
zostały zmarnowane, a on zareagował beznadziejnie wol- 
nym, wiejskim, hakiem. 

Niemniej jego dotarł, a mój nie. Uderzyłem o balustradę. 
Górna krawędź uderzyła w dolną klatkę piersiową i nagle 
przechylałem się ponad nią, patrząc w dół. Prosto w górę, 
przez nierealną chwilę, gdy moje kanały półkuliste przekrę- 
ciły się i kosmos podążył za nimi. 

A potem poczułem się chory. Danie meksykańskie, kil- 
kanaście piw, dwie whisky, porcja frytek w curry, i smoła 
z kilku SilkCutów i meksykańskiej cygaretki wylała się przez 
moje usta i nos w kaskadzie, która spryskała chodnik, balu- 
stradę i zaniepokoiła grzędujące ptaki, zanim spadła, z do- 
słownie chorobliwym spowolnieniem, widoczna cały czas, 
do wody. 


Rozdział 8. Realizm Kapitalistyczny 190 


— Wszystko w porządku. 

Odepchnąłem się od balustrady. 

— W porządku — powiedziałem. Wydmuchałem fragment 
taco i kawałek pikantnego szlamu z lewego nosa na palce, 
potem zwinąłem pięść do kolejnego uderzenia. 

Jego oczy się rozszerzyły, ale patrzył koło mnie. Zapisz- 
czały hamulce. Van zatrzymał się koło nas, na chodniku, nie 
na drodze. 

Drzwi się otworzyły i mężczyzna w kombinezonie się 
wychylił. 

— Chodźcie, chłopaki — powiedział. — Trzymaliśmy was 
dwóch na oku. Wyglądacie, jakbyście potrzebowali podwózki. 


Część II 


PODBÓJ PRZEMOCY 


Rozdział 9 


Ocena Okręgu 


Jest wczesne popołudnie i zegary pikają co kwadrans. 
Dee podąża za Ax przez wysoki, wąski most. Chodnik jest 
ledwie metr szeroki, balustrady nieco powyżej metra wy- 
sokości. Poniżej jest stumetrowy spadek na dachy niższego 
poziomy. Powyżej, wznoszą się wyższe wieże. Most deli- 
katnie się wznosi, zakrzywia się gładko na prawo. Dee idzie 
po nim bez strachu. To jest dla niej znajome terytorium, wy- 
soka lokalizacja w życiu na wysokim poziomie tych, którzy 
w Mieście Statku uchodzą za bogatych. Szczęśliwie, jednak, 
nigdy nie poznała Andersona Parrisa, mężczyzny, do któ- 
rego rezydencji się zbliżają. 


Dee nie wątpi, że zanim skończy się następna godzina, 
zabije ludzką istotę. Nigdy tego nie zrobiła i perspektywa 
wzbudza w niej pewną ciekawość. Umiejętności są, oczywi- 
ście, w Szpiegini i Żołnierce. Jednak pamięta plotki, z po- 
przedniego życia (z jej życia sprzed obudzenia), które spra- 
wiają, że się zastanawia, czy ma dostęp do tych szczegól- 
nych umiejętności. Jeżeli Sys zmieniła uprawnienia... Nie 
ma jak tego sprawdzić, ponieważ samo to jest częścią Sys, 
do której nie ma dostępu. Przypomina sobie ludzi mówią- 
cych, mówiących jakby jej tam nie było, o potencjalnych 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 193 


niebezpieczeństwach AI wędrujących w przebraniu ludzi, 
i wie, że ludzie przykładają wielką wagę do uprawnień. 

W ogóle nie wątpi, że Ax będzie w stanie to zrobić. Ax 
jest człowiekiem i ludzie nie potrzebują żadnych uprawnień. 
Dee drży, ale nie ze strachu lub podniecenia. Wiatr na tej 
wysokości jest chłodny, a jej nowe ubranie, nawet w zielo- 
nym aksamitnym płaszczu, nie daje dużo ciepła. 


Drzwi są jasne, lekko wypukła stal, cofnięte w synte- 
tycznej skale budynku. Dee podziwia jej zniekształcone od- 
bicie, ćwiczy przekształcenia na nim, podczas gdy Ax wy- 
mienia kilka słów z siatką głośnika. Drzwi otwierają się gładko 
na boki, a Ax i Dee wchodzą. Hol wejściowy ma ściany na- 
chylone do wnętrza, a krzywizna w prawo schodów konty- 
nuuje tę z mostu, dalej w budynek. Hol jest oświetlony przez 
wysoki Świetlik i wysokie okna w zewnętrznych ścianach. 
Światła elektryczne wiszą na różnych poziomach z sufitu 
wysokości dziesięciu metrów i z podobnie zawieszonych 
mis wylewają się liście, łodygi, kwiaty i zapachy. 

Drzwi za nimi się zatrzaskują. Dee patrzy do tyłu przez 
chwilę, sprawdzając, czy mogą być otwarte ręcznie od środka. 
Wygląda na to, że mogą, ale subtelniejsze zmysły Szpiegini 
już pracują, śledząc wzorce drgań w przewodach w ścia- 
nach, na wszelki wypadek. Stopy Ax uderzają, obcasy Dee 
stukają na łuku korytarza. Drewniane drzwi wyjściowe z ko- 
rytarza są zamknięte. Kiedy Dee i Ax dochodzą do punktu, 
kiedy nie widzą już drzwi wejściowych, korytarz rozszerza 
się w klatkę schodową. Kilka kroków wyżej na spiralnych 
schodach stoi mężczyzna czekając. Jest ubrany w czarne 
kimono wyszywane widokami nocnego nieba. Jego jasne 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 194 


włosy są zaczesane do tyłu znad wysokiego czoła. Twarz jest 
wąska, usta cienkie, brwi jasne, mina pogodna. Dla Dee jego 
gładkie i zdrowe cechy wyglądają na starość, jest znacznie 
starszy niż ona lub Ax, prawie tak stary jak Reid. A jednak 
wskazują one na jakąś głęboką niedojrzałość, jak również na 
okrucieństwo, które Dee natychmiast dostrzega jako różne 
od zimnej bezwzględności, która była najgorsza, jaką kiedy- 
kolwiek zdradzał — nawet teraz w odtwarzanych wspomnie- 
niach — Reid w najbardziej niebacznych momentach. Ten 
człowiek nie jest jak Reid ani żaden z jego przyjaciół, czy 
codziennych znajomych. Żaden krzepki biznesmen, który 
oglądał ją na spotkaniach, lub macał na imprezach, nigdy 
nie sprawił, że poczuła się w ten sposób jak teraz, gdy jego 
wzrok ją bada. 

Anderson Parris schodzi po schodach i uśmiecha się do 
Axa. 

— Cóż, witaj — mówi, łapiąc dłoń Axa. — Cieszę się, że 
cię widzę, i Twoją bardzo interesującą i piękną przyjaciółkę. 

Dee otwiera zapięcie przy gardle i zdejmuje płaszcz. Prze- 
rzuca płaszcz przez lewe ramię, ukrywając torbę w lewej 
dłoni i leniwie wystawia prawą dłoń. 

— Jestem oczarowana tym spotkaniem, Andersonie Par- 
ris. 

Po zmieszanej chwili, mężczyzna zdaje sobie sprawę, że 
oczekuje się po nim całusa w rękę, i tak robi. Jego palce są 
chłodne, jego usta wilgotne. Gdy jego głowa unosi się od 
pocałowanej dłoni, jego wzrok przebiega od butów na wy- 
sokim obcasie, przez czarne skórzane legginsy pod czarną 
koronkową spódnicą, aż do szeregu srebrnych zapięć i ma- 
łych łuków na jej czarnym satynowym gorsecie, do szyi, 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 195 


gdzie wybijana ćwiekami skórzana obroża pasuje do zapię- 
tych pasków na przedramionach, aż do mroczno, zacienio- 
nych oczu. Kiedy ich wzrok się spotyka, odpowiada na niego, 
z lekkim uśmiechem wspólnej tajemnicy. 

Seks jest teraz u władzy, a Seks nie ma problemu z wy- 
czuciem, że ma go na smyczy. On macha grzecznie przed 
sobą i wchodzą po schodach. Ona wchodzi wolno, pozwala- 
jąc mu mieć dobry widok na jej ciasno zasznurowany tył. 
Jego mamrotana rozmowa z Axem niesie się dziwnie po 
schodach. 


Wchodzą do okrągłego pokoju wybudowanego dookoła 
klatki schodowej. Sufit to szklana kopuła ponad dwumetro- 
wymi ścianami. Dee widzi słońce i rzucające się kształty 
przelatujących samolotów. Nic więcej nie wychodzi na po- 
kój, który wydaje się łączyć funkcje studia, galerii i sypialni. 
Widać konsolę do rysowania i matrycę aparatów. Dookoła 
ścian stoją krzesła, niskie stoliki i długie sofy, które mogą 
być użyte jako łóżka, choć ich pomysłowo zwyczajne uło- 
żenie kap i poduszek ukrywa ich funkcje. Ściany są obwie- 
szone ozdobnymi broniami — miecze z wytłaczanej stali, la- 
sery z mosiądzu i rubinu — oraz obrazami dzieci, na których 
wyglądały na wrażliwe, i kobiet, które wyglądały na nie- 
wrażliwe. 

— Czy masz ochotę na drinka, moja pani? 

— Mam — mówi daleko. — Dark Star. 


Szybki, prawie uniżony uśmiech Parrisa nie do końca 
ukrywa jego chwilowy grymas na jej wybór alkoholu, ale 
idzie do barku z drinkami i przygotowuje miksturę. Przynosi 
go, stukając lodem, i dotyka jej szklanki własnym kielisz- 
kiem schłodzonego wina. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 196 


Parris uśmiecha się, gdy wychyla szklankę. Zdejmuje 
swoje kimono. Pod nim nosi bardzo nieoryginalny sprzęt do 
krępowania, kostium z pasków i spinaczy. Jego penis pręży 
się w czymś, co wygląda jak boleśnie ciasny pas elastyczny, 
„pas” jest kluczowym słowem. 

AX, ku jej zaskoczeniu, opada na cztery i pędzi przez po- 
kój do wielkiej garderoby. Popycha dół drzwi własną głową 
i drzwi otwierają się, żeby pokazać aparatury łańcuchów 
i pasów. Dee uderza (szczęśliwie solidną) szklanką o bar- 
dzo drogi i delikatny stół w zasięgu, odwraca się na pięcie 
i patrzy na Parrisa. 

— Rozumiem — mówi zimno — że byłeś bardzo niegodzi- 
wym człowiekiem. 

Parris kiwa głową. Jego oczy się błyszczą, na twarzy, 
która staje się zarumienioną maską pokory. 

Dee pozwala programowi Seks rozegrać scenę. Uderza 
go w twarz, nieco mocniej niż pewnie on oczekuje. 

— Przyszłam Cię osądzić — mówi. Udaje zastanawianie 
się, badanie. Rozgląda się po pokoju, póki jej spojrzenie nie 
pada na otwartą szafę. Ax kuca koło niej, jego język wysta- 
wiony. Oczy Dee rozszerzają się w udawanej niespodziance. 
Wskazuje na szafę. 

— Tam — rozkazuje. Parris podchodzi do niej. Uśmiecha 
się służalczo, umownie. 

— Oczy w dół! — krzyczy Dee. 

Parris posłusznie pochyla głowę i podchodzi do drzwi. 

Dee ma cały protokół nakreślony w głowie, ale naprawdę 
nie jest zainteresowana takimi rzeczami (będąc, jeżeli chce 
być szczera, bardziej „uległą” niż „dominującą”) i poświęca 
mniej uwagi na drobiazgową sprawę nakładania kajdanów 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 197 


i wiązania go, niż to wymaga. Kończy Ściśnięciem jego po- 
liczków, aż on otwiera usta. Wpycha gumową piłkę w jego 
usta, zamyka jego szczęki palcem na nosie i kciukiem na 
podbródki i przykleja kawałek taśmy (odpowiednio błysz- 
czącej czarnej) na jego ustach. 

Wypada na chwilę z postaci. 

— Ok? 

Parris kiwa głową. Dee sprawdza więzy. Są zabezpie- 
czone. 

Ax, który cały czas wolno wypracowywał drogę od pal- 
ców mężczyzny do jego kolan swawolnym szczypaniem zę- 
bami, nagle wstaje i robi krok do tyłu. Dee również się cofa 
i oboje patrzą na mężczyznę wiszącego z szafki. 

Ax uśmiecha się na nagle zmartwione, zdziwione spoj- 
rzenie Parrisa. Sięga za kark i długi nóż jest w jego ręku. 
Przerzuca go do drugiej ręki, potem z powrotem. Sprawdza 
ostrze. Bok czarnego ostrza łapie odblaski słońca. Ostrze od- 
bija tylko najsłabsze błyski, jak gdyby fotony się z niego 
zsuwały. 

Patrzy znowu na Parrisa. 

— Hau — mówi. 


Wilde miał więcej niż jeden niedopałek u stóp, kiedy 
zobaczył dziewczynę zmierzającą ku niemu przez tłum na 
rynku. Wyprostował się z oparcia o superkomputer. 

— Tamara Hunter — powiedziała maszyna nad jego ra- 
mieniem, gdy dziewczyna zatrzymała się i wyciągnęła dłoń. 
— Jonathan Wilde. 

Przechyliła głowę na bok i przyjrzała się mu, gdy po- 
trząsał jej dłoń. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 198 


— Mój Boże — powiedziała. — Ty naprawdę jesteś nim. 

Wilde wyszczerzył zęby. 

— Sama wyglądasz jakoś znajomo. 

— Pub ostatniego wieczoru — przypomniała mu Tamara. 
— Ale jeżeli ktokolwiek patrzył tylko na jedną kobietę, to Ty. 

— Ach, oczywiście — powiedział Wilde. — Byłaś z... Dee. 

— Tak — powiedziała Tamara. Rozejrzała się. — Gdzie 
Twój robot? 

— Ha! — parsknął Wilde. — Ty i ja powinniśmy być po 
tej samej stronie, zgodnie z tym tutaj elektrycznym praw- 
nikiem, więc nawet nie próbuj z tym „„Twój robot”. Niech 
mnie szlag, jeżeli się przyznam, że to mój robot. Prawda jest 
taka, że spierdolił gdzieś na własną rękę. 

— Och — powiedziała Tamara. Spojrzała na superkompu- 
ter Niewidzialnej Ręki. — Idziemy na prywatną rozmowę — 
powiedziała temu. 

— Bardzo dobrze — powiedziała maszyna. — Będę konty- 
nuować prace nad technicznymi aspektami sprawy. 

Tamara odwróciła się do Wilde a. 

— Gadamy o tym nad piwem? 

— Boże, tak. 

Przeszli koło straganów i pod drzewa. Rynek grzmiał 
dookoła nich. Kiedy byli — o ile to było możliwe przez lu- 
dzi do stwierdzenia — poza zasięgiem słuchu Niewidzialnej 
Ręki, Wilde spytał: 

— Kwestia ciekawości, czy ta maszyna prawnicza jest sa- 
moświadoma? 

Tamara się roześmiała. 

— Nie, to tylko system ekspercki. Ma własne dziwactwa, 
kapujesz. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 199 


— Ta, mogłabyś tak to ująć. — Spojrzał na grupę stolików 
dookoła szyku blatu, lodówki i grillu, wszystkich małych 
i wszystkich przypalonych. Wysoki Turek stał w środku, 
jego ręce zajmowały się napojami i kanapkami za tłuste zwitki 
pieniędzy. — Tutaj? 

Tamara kiwnęła głową z doceniającym uśmiechem za 
jego dobrą ocenę. Wilde zamówił dwa litry piwa. Sączyli 
przez minutę ze zroszonych brązowych butelek, w spragnio- 
nej ciszy, i się sobie przyglądali. 

— Papieros? — spytał Wilde, wyciągając teraz sponiewie- 
raną paczkę. 

— Dzięki, ale nie — powiedziała Tamara. — Ale proszę 
bardzo. 

Wilde uśmiechnął się do niej. 

— To moja pierwsza paczka od wieków — powiedział, 
gdy zapalił. — Nie, żeby to było wytłumaczeniem. Z jed- 
nej strony, dla mnie wszystko to się zdarzyło przedwczoraj, 
a z drugiej, to palenie mnie zabiło. 

"Tamara zmarszczyła brwi. 

— Książki mówią odmienną historię, ale myślałam, że 
zmarłeś w jakiejś strzelaninie. 

— Tak było. — Wilde skinął głową. — Próbowałem biec 
szybciej niż kula, ale... — Spojrzał smutno na papierosa i za- 
ciągnął się, gdy Tamara się roześmiała. 

— To jest dziwne — powiedziała. — Rozmawiałam z ludźmi, 
którzy byli na Statku, i którzy rzeczywiście przybyli z Ziemi, 
cholera, moi dziadkowie tak zrobili, ale nigdy nie mówili 
o byciu martwym. Mówili o byciu „w okresie przejścio- 


2) 


wym”. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 200 


— Ta — powiedział sardonicznie Wilde. — „Zaprzeczenie” 
jest terminem technicznym na ten stan umysłu. 

— Ale Ty. ..i bycie, jakby, postacią historyczną. O! Kurwa! 
— Przyglądała się rozważnie jego twarzy. — Wyglądasz ina- 
czej niż na zdjęciach. Starzej. 

— Na jakich zdjęciach? — upomniał się Wilde. 

"Tamara sięgnęła do wewnętrznej kieszeni i podała Wilde owi 
plastikowy portfel zawierający talię kart. 

— Ja, hm, zbieram je — wyjaśniła, gdy Wilde zaczął je 
rozkładać. — Są darmo w, hm, płatkach, które są produko- 
wane w tej okolicy. 

— Płatki Harmonia! — krzyknął Wilde ze śmiechem. Roz- 
łożył drzeworytowe portrety. — Spójrzmy... Owen, Stirner, 
Warren, Bakunin, Tucker, Labadie, Wilson, Wilde. Przod- 
ków mają poprawnie, ale wątpię, czy zasługuję na tak pod- 
niosłą kompanię. Nie jestem pewien, czy jestem zaszczy- 
cony, czy zbulwersowany. 

Spojrzał na przerywane linie ikonicznych twarzy i prze- 
sunął dłonią po własnych świeżych cechach. Pokręcił głową. 

— Kiedy pierwszy raz wyglądałem tak jak teraz, daleko 
mi było do sławy — powiedział Wilde. Jego głos brzmiał 
smutno przez chwilę, weselej, gdy dodawał: — Może tak jest 
dobrze. 

— Święta racja! — Tamara rozejrzała się dookoła. — Bę- 
dziesz sławny od nowa, kiedy to się wyda. Co się zdarzy, 
kiedy zacznie się sprawa w sądzie, jeżeli nie wcześniej. 

Wilde wzruszył ramionami. 

— Chciałbym opóźnić to tak długo, jak to możliwe. Moje 
poczucie polityki tego miejsca nie jest dostatecznie silne, 
żeby zająć się opinią publiczną na moją korzyść. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 201 


— Ok — powiedziała Tamara. — Mamy bliższy problem. 
Zanim dowiedziałam się, że jesteś wplątany, dostałam wia- 
domość od Davida Reida. Znałeś... go? 

— Jasne, że tak. Kiedyś. 

— Racja, cóż, będzie mnie pozywał, żeby odebrać gynoid 
Dee. W porządku, oczekiwałam tego. Chciałam z tego zro- 
bić sprawę. Niewidzialna Ręka właśnie powiedziała mi, że 
też jesteś pozwany, i że chcesz połączyć siły. Właściwie nie 
masz dużego wyboru, gdy to wszystko w rzeczywistości jest 
częścią tej samej sprawy, więc żaden inny sąd nie zamierza 
dotknąć Twojej, podczas gdy nasza jest wyróżniająca, i mu- 
simy i tak cię w nią wciągnąć, więc równie dobrze możesz 
pojawić się na własnych zasadach. 

Wilde rozłożył ręce. 

— Więc gdzie jest problem? 

— Pierwsza osoba na naszej liście preferowanych sędziów 
to facet nazwiskiem Eon Talgarth. — Zatrzymała się, czeka- 
jąc na jakąś reakcję. Wilde tylko uniósł brwi. — Kiedyś był 
abolicjonistą — kontynuowała Tamara — a teraz prowadzi sąd 
dla Piątej Dzielnicy. To okręg Maszyn. Większość sporów, 
jakie sądzi, są pomiędzy złomiarzami. 

— Złomiarzami? 

— Ludźmi jak ja, którzy wchodzą do Dzielnicy Maszyn 
i polują na użyteczne kawałki maszyn i automatów. Znany 
był z uwalniania samodzielnych maszyn i nakładania zaka- 
zów na polowanie na nie, ale żaden inny sędzia nie zaakcep- 
tował tego jako precedensu. 


— Mimo wszystko — powiedział Wilde — brzmi dobrze 
dla naszej sprawy. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 202 


— Pewnie, dlatego nie oczekiwałam, że Reid się zgodzi. 
Niemniej jednak się zgodził. Wspaniale. Problem jest, nie 
wiedziałam, że będziesz włączony. Gówno. 


— Dlaczego jest to problem? 
— Ponieważ Eon Talgarth nie za bardzo cię lubi. 
Wilde odstawił piwo i spojrzał na nią. 


— Co? Nigdy o nim nie słyszałem. Co ma przeciwko 
mnie? 

— Och, nic osobistego na tyle, o ile wiem. — Wzruszyła 
ramionami. — Jest z Ziemi, był w brygadach pracy, był na 
Statku. Więc może jakoś go skrzywdziłeś, nigdy nic nie po- 
wiedział. Jednak kiedy był abolicjonistą, zwykł się wykłó- 
cać z ideą, którą tutaj wielu ludzi utrzymuje, że byłeś swego 
rodzaju bohaterem i wielkim anarchistycznym myślicielem, 
że reprezentowałeś alternatywę do pomysłów, które Reid za- 
stosował, kiedy organizował to miejsce. Powiedział, że za- 
wsze byłeś oportunistą, że miałeś wszelkiego rodzaju brudne 
sprawki z rządami, i z Reidem, i że jakikolwiek konflikt po- 
między wami dwoma to była tylko osobista rywalizacja. 

Powiedziała to tak beztrosko, tonem „powiedz, że tak nie 
jest”. Wilde niebezpiecznie przechylił krzesło do tyłu i za- 
bujał się ze śmiechu. 

— To wszystko prawda, każde słowo! — powiedział. — Je- 
stem zdumiony, że są tutaj ludzie, którzy mówią, że byłem 
bohaterem i wielkim anarchistycznym myślicielem. Haha! 
Ten Eon Talgarth załatwił mnie na cacy. 

Usta Tamary lekko opadły. 

— To nie jest naprawdę prawda, co? Że zawsze byłeś 
oportunistą? 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 203 


— Całkowicie — powiedział Wilde. — Tylko któregoś dnia, 
oczywiście według mojej pamięci, kobieta, którą kiedyś ko- 
chałem, powiedziała mi, że byłem odpowiedzialny za eska- 
lację ostatniej wojny światowej do nuklearnej. W tym czasie 
mojego życia, pamiętając, że miałem dziewięćdziesiąt trzy 
lata i zebrałem już dużo krytyki za różne... kontrowersyjne 
decyzje, nawet się nie obraziłem. 

— Ale jeżeli. . . — Tamara rozważyła następstwa. — To zna- 
czyłoby, że byłeś obwiniany za... 

— Cały jebany burdel! — powiedział Wilde. Spojrzał na 
siebie i pomachał dłonią. — Wszystko, co zdarzyło się od 
Trzeciej Wojny Światowej, jest moją winą! 

— Tak — powiedziała Talgarth — właśnie myśli Eon Tal- 
garth. 

— Może mieć rację — powiedział Wilde ze wzruszeniem 
ramion. — Ja sam tak nie myślę. 

— Och, ja też nie. — Tamara pośpieszyła dodać. — I też 
większość ludzi, abolicjonista, czy nie. W istocie, niektórzy 
ludzie myślą, że, cóż... 

Zawahała się, zażenowana. 

— Co? — Wilde pochylił się do przodu, papieros w dłoni, 
prowokując ją. — Coś więcej niż wielki myśliciel anarchi- 
styczny? 

— Tak — powiedziała Tamara. — Oni myślą, że Ty, cóż, 
ciągle żyjesz gdzieś tam. Ludzie mówią, że cię widzieli, na 
pustyni. 

— Naprawdę tak mówią? — Wilde pociągnął i wydmu- 
chał dym nad jej głową, w długim westchnieniu. — To jest 
naprawdę interesujące, ponieważ robot Jay-Dub twierdzi, że 
jest inną... realizacją mnie, że był tutaj od czasu pierwszego 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 204 


lądowania. Nie założyłbym, że nie ma możliwości stworze- 
nia sobowtóra lub ukazania się jako ja na ekranie. 


— Aha! — powiedziała Tamara. — Zgodnie z wiadomo- 
ścią, którą dostałam od Niewidzialnej Ręki, Reid twierdzi, 
że ma dowody na to, że Jay-Dub zhakował Dee i obarcza cię 
odpowiedzialnością. 

— Mnie? — spytał Wilde. — Hm, Jay-Dub nic nie mówił 
mi o czymkolwiek takim. Co za niespodzianka. 

— Tak — powiedziała Tamara. — AI są przebiegłymi bę- 
kartami, prawda? 

— Przebiegłymi i niebezpiecznymi — powiedział Wilde. — 
Nie zaufałbym ani trochę żadnemu z nich. 

Tamara się roześmiała. 


— Ok — powiedział — rozumiem, że musimy sobie trochę 
wyjaśnić. My, ludzie, powinniśmy trzymać się razem. 

"Tamara podsumowała, co zdarzyło się poprzedniego wie- 
czora, i tego poranka, i nieco tła. Wilde uśmiechał się cią- 
gle, gdy mówiła o abolicjonizmie. Potem Wilde opowie- 
dział, co mu się przydarzyło, i co robot mu powiedział. Ta- 
mara słuchała, czasem z szeroko otwartymi oczami, cza- 
sem marszcząc brwi. Kiedy skończył, siedziała w milczeniu 
przez chwilę. 

— Co za bękart — powiedziała w końcu. — Wyhodowanie 
klona ciała Twojej żony i użycie go jako gynoida. A niech 
mnie. Zdaje się, że nie liczył się ze spotkaniem Ciebie. 

— Może — powiedział z powątpiewaniem Wilde. — Musiał 
jednak znać robota, pewnie? Może robot widział wcześniej 
Dee? 


— Jasne — powiedziała Tamara. — Tego typu sprzęt ma 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 205 


łączność, jeżeli nic innego. A Reid twierdzi, że Jay-Dub zha- 
kował Dee. Jednak Robot nic nie mówił o tym? 

— Na pewno nie mi — powiedział Wilde. — Zdecydowanie 
czułem, że ta maszyna wiedziała coś o Dee, w istocie na- 
legała, że Dee nie była człowiekiem, nawet w takim sensie 
jak on, ale nigdy nie dał mi żadnej wskazówki, że Dee jest 
częścią planu, jakikolwiek by nie był. 

— Ateraz zniknęła — westchnęła Tamara. Rozejrzała się, 
jakby mając nadzieję, że się pojawi. — Przypuszczalnie nie 
wie o sprawie sądowej i doszła do wniosku, że najlepiej jest 
się ukryć. 

— To by dobrze pasowało do jej osobowości. — Wilde się 
uśmiechnął. — I mojej! 

— Miejmy nadzieję, że odnajdzie się przed procesem — 
powiedziała Tamara. — W przeciwnym przypadku jest jesz- 
cze w głębszym gównie... Ciągle chcesz stawić się Talgar- 
them? 

— Z tego, co mi powiedziałaś — powiedział Wilde — nie 
mam zbyt dużego wyboru w tej kwestii. 

— To prawda — powiedziała Tamara. 

Wilde odpowiedział ironiczną miną. Wstał, nic nie mó- 
wiąc, i powędrował do najbliższych kramów. Co jakiś czas 
uśmiechał się do siebie, a potem odwrócił się i uśmiechnął 
się do Tamary, która, milcząc, podążała za nim. 

— Jest coś w tym miejscu — wyjaśnił. — Zawsze wiedzia- 
łem, że takie miejsca jak to powstałyby, rynki Śmieci na in- 
nych światach. To sprawia, że czuję się tak nostalgicznie, że 
wiem, że jestem tym samym człowiekiem, którym byłem na 
Ziemi. 

"Tamara popatrzyła na ziemię i kopnęła kamyk. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 206 


— Przepraszam — powiedziała. — Słyszałam tak dużo o Wil- 
dzie, ale moje wyobrażenie było zawsze jak. . . wiesz, te karty, 
plakaty, które widziałam. Wiedziałam, że jestem trochę za- 
rozumiała, rozmawiając z Tobą, jakbyś był tak młody, jak 
wyglądasz. 

Wilde parsknął i klepnął ją w ramię. 

— Przestań — powiedział. — Tylko dosłownie wróciłem 
z martwych. 

Poszli do Niewidzialnej Ręki i zarejestrowali Wilde jako 
współpozwanego, a Wilde przedstawił kontroskarżenie Re- 
ida, jako odpowiedzialnego za śmierć Jonathana Wilde a, 
z Londynu, Ziemia. Maszyna przyjęła to bez sprzeciwu, ale 
jej wewnętrzne światła poruszały się w sposób podniecony. 

— Co teraz? — spytał Wilde Tamarę. 

— Hm, może to czas, żebyś poznał Dee. Przebywa w moim 
mieszkaniu, a to tylko pięć minut stąd. Ax, to jest. . . dzieciak, 
który mieszka ze mną, powiedział, że rano weźmie ją na za- 
kupy. — Spojrzała na zegarek. — Piętnasta trzydzieści. Po- 
winni już być z powrotem. 

— Ok — powiedział Wilde. Wstał. Po raz pierwszy od 
czasu, gdy się poznali, jego twarz pokazywała coś innego 
niż spokój. 

— Chodźmy. 


>k kk 


Ax wyciąga nóż z zamkniętych drzwi szafy, odchodzi 
kilka metrów i znowu rzuca nożem. Nóż uderza w drzwi 
i tam zostaje, dodając przybliżony zarys człowieka z nacięć, 
które powtarzające się rzuty zostawiły na drewnie. Cichy jęk 
i dźwięk walenia dochodzi z wewnątrz szafy. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 207 


Dee odrywa się od grzebania po kolekcji zdjęć Parrisa. 
Czuje mdłości. Jest niemożliwe, żeby określić, czy zdjęcia 
są prawdziwe, ustawiane, czy po prostu wygenerowane na 
komputerze. Nieszczególnie jej na tym zależy. Chce wyma- 
zać je z pamięci, a autora z tego Świata. 

Ciągle nie wie, czy może to zrobić, lub nawet stać i po- 
zwolić Ax zrobić to. Nie wie, czy uprawnienia dla jej umie- 
jętności zabójczych zostały skasowane. Podejrzewa, że je- 
żeli nie zostały, nie zdarzy się nic dramatycznego. Żadnego 
wstrzymania ręki, żadnego wrośnięcia w ziemię, tylko pewne 
całkiem rozsądne i wyglądające naturalnie zanamowanie, nie- 
smak lub niepokój, które nie pozwoli jej tego zrobić. 

— Nie masz już tego dosyć? — pyta Axa. 

Ax wyciąga jeszcze raz nóż z drewna. 

— Chyba tak — przyznaje. Szczerzy do niej zęby. — Dałaś 
się ponieść emocjom. 

Dee wyjmuje pistolet z torby, wkłada go za pas i pod- 
chodzi. 

— Dobra, kończmy to — mówi. 

— Dobra — mówi Ax. 

Otwiera rozszczepione drzwi. Wewnątrz, Parris ciągle 
wisi w więzach. Oczy ma ciasno zamknięte. Łzy płyną po 
twarzy, a knebel z taśmy jest wysmarowany smarkami, które 
przyniosły łzy i który wydmuchał z nozdrzy w szalonych 
parsknięciach. 

Ax śledzi linię czubkiem noża, wzdłuż nagiego brzu- 
cha mężczyzny. Parris otwiera oczy i buja się z boku na 
boku, patrząc na Axa, a potem, jak gdyby odwołując, na 
Dee. Krew płynie wzdłuż cięcia. Dee na jej widok zatrzy- 
muje się i łapie ramię Axa. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 208 


— Nie! — mówi. Widoki z kolekcji Parrisa są wypchnięte 
przez zdjęcia Żołnierki, encyklopedii ran i krwi: tryskanie, 
rozpryskiwanie, sączenie, kapanie. Wyobraża sobie krew bry- 
zgającą na jej ubrania i wzdryga. 

— Nie — mówi. — Wystarczy. 

Ax patrzy na nią, ale wytrzymuje spojrzenie. Wycofuje 
się. Dee zabiera się do pracy, rozluźniając, uwalniając z pęt, 
rozwiązując. Podtrzymuje Parrisa, gdy wypada, i pozwala 
mu opaść na podłogę. Wydaje odgłosy przez nos. 

— Och — mówi Dee. Zapomniała o tym. Pochyla się, żeby 
zerwać taśmę z ust, i gdy ona schodzi, Dee zauważa, że Par- 
ris doszedł, i to więcej niż raz, nawet z jego kutasem przy- 
wiązanym do tyłu. Nasienie wysycha na jego udach. 

Upada do przodu w pozycji klęczącej i patrzy na nią, 
dysząc i się uśmiechając. 

— Dziękuję, Pani — mówi niskim głosem. — Zasłużyłem 
na to, na to wszystko, naprawdę! — Patrzy na nią chytrze 
z nadzieją. — Kiedy możesz mnie znowu odwiedzić? 

Dee patrzy się na niego. Cofa się kilka kroków, ciągle 
myśląc o utrzymaniu w czystości jej ładnych nowych ubrań. 
Odwraca się i idzie dalej, koło Axa, do szczytu schodów. 

— Pani, proszę. .. — Parris woła za nią. 

— Och, jebać to — mówi. 

Wyciąga pistolet ze spódnicy, przymierza i rozwala głowę 
Parrisa. 

Strzał odbija się echem dookoła okrągłych ścian pokoju 
i klatki schodowej i dzwoni jej w uszach. Uśmiecha się do 
Axa, który pomimo swojego namawiania do całej rzeczy pa- 
trzy na pozostałości Parrisa, a potem na nią, wstrząśnięty 
i blady. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 209 


— Teraz wiem — mówi. — Mam wolną wolę. 

— To musi być bardzo pożyteczne — mówi Ax. — Ja je- 
stem raczej deterministą. 

Dee uśmiecha się do niego uspokajająco, gdy raźnie zbiera 
jej rzeczy. 

— Czas na nas — mówi. 

Ax bezcelowo wyciera czubek noża o firankę. 

— Nie powinniśmy, wiesz, posprzątać? — pyta. — Nie wi- 
dzisz odcisków palców i tym podobne? 

— Och, pewnie — mówi Dee, zapinając płaszcz. — Są w ca- 
łym mieszkaniu. I nasze komórki skóry. Nie wspominając 
o obrazach w kamerach domu. 

Patrzy w górę, uśmiecha się i macha do małej, ukrytej 
soczewki. 

— Gówno — mówi Ax. — Nie możesz nic z tym zrobić? 

Dee rzuca mu zdziwione spojrzenie i zaczyna schodzić 
po schodach. 

— Oczywiście, że mogę — mówi. — Ale to bardzo ważne, 
że tego nie robię, wiesz o tym. Chodź, zanim ktoś przyjdzie. 

Ax idzie za nią, ciągle niechętnie. 

— Nikt nie przyjdzie — mówi. — Nie sądzę, żeby Parris 
miał swoje gniazdko podpięte video do najbliższej firmy 
ochroniarskiej. 

— Chyba nie. 

Odblokowanie drzwi nie wymaga żadnych głębszych umie- 
jętności Dee. Zamykają się za nimi, gdy tylko są na ze- 
wnątrz. Idą w ciszy długim podjazdem. Tuż przy końcu, 
boczny podjazd prowadzi do pobliskich drzwi rezydencji. 
Dee skanuje jego elektronikę. 

— To wystarczy — mówi. — Ktoś jest w domu. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 210 


Ax przestaje iść. Przez chwilę wygląda jak uparte dziecko. 

— Nie o to mi chodziło — mówi. 

Dee próbuje się nie mizdrzyć. 

— To jest ważne — mówi. — Pomoże Twoim powodom, 
jak również Twojej rozprawie. 

— Mam w dupie rozprawę — mówi Ax. — To gówno jest 
skończone. 

Dee patrzy na niego spokojnie, gdy przypomina sobie 
rzeczy, które powiedział wcześniej. 

— Nieożywieni mogą wstać — mówi — i możesz mieć ra- 
cję, ale w ten czy inny sposób, to wszystko trafi pod sąd. 

Ax patrzy się na nią przez chwilę, potem kiwa głową. 

Razem, idą po małym podjeździe do drzwi. Dee dzwoni. 
Czekają. Mały ekran powyżej dzwonka rozświetla się, poja- 
wia się twarz kobiety. 

— Tak? — mówi. 

Dee staje nieco prościej i wyżej. 

— Tutaj Dee Model i Ax Terminal — oznajmia stanow- 
czo. — Właśnie zabiliśmy Twojego sąsiada po tamtej stronie, 
Andersona Parrisa. Wzywam Cię na świadka. 

Kobieta przesadnie mruga. 

— Z-zaświadczone — mówi drżącym głosem. 

— Dziękuję — mówi Ax. 

— Do widzenia — mówi Dee. 

Potem Dee i Ax śpieszą się do głównego podjazdu, po 
schodach i stokach do poziomu chodnika, potem do windy 
na wysokie piętro, gdzie dołączają do małej kolejki dobrze 
ubranych ludzi czekających na przystanku, żeby złapać śmi- 
gacz. Ax zajmuje się dostrajaniem do serwisów informa- 
cyjnych przystanku. Co jakiś czas potrząsa głową i uśmie- 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 211 


cha się do Dee: jeszcze zadowolony, i używa tych przerw 
w swoim szklanym transie do przeglądania listy. 

Dee widzi, że już wykreślił jedno nazwisko, i że jest 
znacznie więcej do zrobienia. 


Tamara patrzy na mały stos materiałów obciążających 
na stole: pliki Talgartha o Wilde, zdjęcie, które zrobiła Dee 
i nabazgrana apokaliptyczna tyrada od Axa. Wilde właśnie 
skończył je czytać. 

— Boże — powiedział. — Słyszałem o listach samobójców, 
ale to jest pierwszy raz, kiedy trafiłem na list mordercy. 

Tamara podtrzymywał rękami głowę. 

— Ja zamorduję tego małego zboczeńca, jeżeli kiedykol- 
wiek dostanę go w ręce — powiedziała. — Szczerze, towarzy- 
szu Wilde, gdybym w ogóle podejrzewała, że jest zdolny do 
wystartowania i czegoś takiego, nigdy bym nie spuściła Dee 
Z Oczu. 

Wilde sięgnął ponad i złapał jej rękę. 

— Spokojnie — powiedział — spokojnie. Co ja ci kiedykol- 
wiek zrobiłem, że nazywasz mnie „„Towarzyszem Wildem”? 
Na imię mam Jon, ok? I jesteś nie bardziej odpowiedzialna 
za stratę Dee niż ja za stratę Jay-Duba. Oboje są wolnymi 
osobami, czy nie o to tutaj chodzi? 

— Chyba tak — powiedziała Tamara. — A Ax twierdzi, że 
nie był, kiedy robił pewne... poniżające rzeczy. Mogę zro- 
zumieć dlaczego, też, w pewien sposób, ale potem. .. Aaaach! 
To jest tak skomplikowane! Co robimy? 

— Tamara — powiedział Wilde delikatnie, puszczając jej 
dłoń i siadając — jak długo żyłaś? 

— Dwadzieścia lat. 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 212 


Wilde zapalił papierosa. 

— Lat Nowego Marsa? 

— Tak. 

— Cóż zatem — powiedział Wilde. — Żyłaś w anarchii dwa 
razy dłużej, niż kiedykolwiek mi się udało, i na pewno znasz 
na to odpowiedź, lub sposób znalezienia odpowiedzi. 

Tamara siada przy stole i patrzy na niego, zdumiona i wy- 
zywająca. 

— Nie rozumiem ciebie — powiedziała. 

— Spójrz — powiedział Wilde — kiedy chcemy wiedzieć, 
czy coś jest warte wykonania, szukamy odpowiedzi w ma- 
szynie badawczej zwanej rynkiem. Kiedy chcemy wiedzieć, 
jak coś działa, mamy kolejną maszynę badawczą zwaną na- 
uką. Kiedy chcemy odkryć, czy ktoś ma prawo zabić kogoś 
innego, mamy maszynę badawczą zwaną prawem. 

— Tak — powiedziała Tamara. — Wiem to. To nie będzie 
za duża pomoc dla Ax i Dee, kiedy ich złapią. Lub nas, je- 
żeli będziemy czekać, zanim zaczniemy próbować ich za- 


trzymać. 

— Ale jest warte próby, ok? A jeżeli prawo cię zawodzi, 
i nie możesz z tym żyć, wtedy...— Rozkłada ręce, uśmie- 
chając się. 

— Co? 


— Znowu jesteś w stanie natury. Walczysz. Ok, możesz 
umrzeć, ale co z tego? Tak samo, gdy rynek cię zawodzi. To 
się zdarza. Głodujesz. Kradniesz. 

Tamara patrzy zaskoczona. 

— Ale to byłaby... 

— Anarchia? — Wilde uśmiecha się do niej. 

— Mówisz, że ludzie mogą zrobić wszystko? 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 213 


— Dosłownie, tak. W każdym na wpół przyzwoitym spo- 
łeczeństwie jest ci o wiele lepiej, gdy szanujesz prawo, wła- 
sność i tak dalej, ale w gruncie rzeczy, to Twój wybór. Za- 
wsze masz możliwość wojny, przeciwko całemu światu, je- 
żeli do tego dojdzie. 

— Ale przegrasz! — powiedziała Tamara. 

Wilde spojrzał na nią, niewzruszony. 


— Może nie. Locke powiedział, że zawsze możesz „„od- 
wołać się do nieba”, a Bóg lub Natura mogą zadziałać na 
Twoją korzyść. To, co mówię, to, Ax dokonał swojego wy- 
boru, a Dee swojego. Może mogą usprawiedliwić ten wybór 
przed sądem, może nie. Tak czy inaczej, to nie my decy- 
dujemy, i byłbym bardziej niż szczęśliwy, żeby uzasadnić 
nieostrzeganie ich potencjalnych ofiar. Jednak jeżeli chcesz, 
jak najbardziej działaj. 

Tamara potarła brodę i znowu spojrzała na elaborat Axa. 
Spojrzała na zdjęcie Dee i dokumenty Talgartha. Potem -spojrzała 
na Wilde i spytała, jakby chcąc rozstrzygnąć jedno osta- 
teczne pytanie: 


— A co robisz, jeżeli nauka Cię zawiedzie? 

Wilde się roześmiał. 

— Ufasz szczęściu. 

Zgasił papierosa i zerwał się. 

— [m wcześniej dotrzemy do sądu Eona Talgartha, tym 
lepiej — powiedział. — Mam rację? 

— Tak — powiedziała Tamara. Wstała i zaczęła szukać 
map, aprowizacji i broni. 

— Więc jak się tam dostaniemy? — spytał Wilde. — Samo- 
lot? 


Rozdział 9. Ocena Okręgu 214 


Tamara pakowała magazynki amunicji. Odwróciła się do 
niego i roześmiała. 

— Talgarth nie jest uprzejmy dla lądujących samolotów 
— powiedziała. — Nie ufa im, z jakiegoś dziwnego powodu. 
Nie, po prostu bierzemy dostatecznie dużo sprzętu i broni, 
żeby przedostać się przez dzikie maszyny, i idziemy pieszo. 
Wszyscy tak robią. — Uśmiechnęła się. — To prawo. Zmniej- 
sza szanse na walki wybuchające w sądzie. 

— Jest jeszcze dużo rzeczy, których nie wiem o tym miej- 
scu — przyznał krzywo Wilde. 

"Tamara chrząknęła, sprawdzając ciężar plecaka. Wyjęła 
ciężki pistolet i podała go Wilde'owi. Pchnęła dokumenty 
'Talgarth o Wilde przez stół. 

— Zabierz to i czasem poczytaj — powiedziała. — Jest dużo 
rzeczy, których to miejsce nie wie o Tobie. 


Rozdział 10 


Testowane na Zwierzętach 


Pewnie już zauważyłaś, że to, co opowiadam tutaj, nie 
występuje w książkach. Jak zgadłaś, o to chodzi. Dlaczego 
miałbym duplikować moich hagiografów? 


Więc wybaczysz mi, mam nadzieję, jeżeli przyjmę, że 
historia jak wykorzystałem Ludzi Dla Postępu (kampanię 
edukacyjną North British Mutual) jako wyrzutnię dla Ru- 
chu Kosmicznego, jak wykorzystałem Kosmicznych Kup- 
ców, żeby założyć WolnyKosmos, radykalną libertariańską 
grupę, która nauczyła się jedynej prawdziwej lekcji lewicy, 
leninizmu, jak wykorzystaliśmy Ruch Kosmiczny jako lu- 
dowy front dla naszego anarchizmu wolnorynkowego, i Ruch 
Kosmiczny rozrósł się nawet poza moje oczekiwania, jed- 
nym słowem, jeżeli przyjmę, że mein kampf została prze- 
czytana. 


A moje polityczne komentarze i analizy, efemeryczne 
jak się wtedy wydawało, blakły z ekranów jak pamięć krót- 
koterminowa, były posłusznie archiwizowane przez agencje 
wywiadowcze, a w odpowiednim czasie (przykładowo póź- 
niejsze wojny i rewolucje) zostały przekazane do domeny 
publicznej i niewątpliwie gdzieś wiszą tam, „zawsze jest kie- 
dyś, gdzieś w sieci”, więc jeżeli naprawdę chcesz poznać, to 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 216 


tylko jedno wyszukiwanie (uwaga: ograniczenie prędkości 
światła mogą obowiązywać). Zatem o tym także nie będę 
się powtarzał. 

W moich późniejszych latach, sporadycznie byłem znany 
z marudzenia o młodych dnia dzisiejszego itd., jak nie do- 
ceniali, że była rewolucja przed Rewolucją, jak nie byłoby 
Nowej Republiki, gdyby nie było na pierwszym miejscu Re- 
publiki, jak byłoby to wszystko dla nas cięższe i przy okazji, 
czy kiedykolwiek mówiłem Wam o wojnie? 


Zatem to też opuszczę. 


Jednak warto powiedzieć, że Zjednoczona Republika sama 
się nie zdarzyła. Ludzie nie obudzili się w poranek wyborów 
w 2015 i pomyśleli „Tym razem musimy wyrzucić gnoj- 
ków”. Prawdę powiedziawszy, tak się stało, ale zabrało to 
mnóstwo pracy, żeby stworzyć ten brawurowy impuls: de- 
kady agitacji, marudzenia, opracowywania konstytucji, rzadko 
uczęszczanych spotkań w biednie wyposażonych salach, li- 
stów do redakcji, głośnych demonstracji i całej reszty. A 
była to cholernie ciężka praca. Wiem, ponieważ tam byłem 
i w ogóle jej nie robiłem. 


WolnyKosmos (nazwa, która kiedyś wydawał się trendy, 
a teraz datowała nas boleśnie, „bardzo dwudziestowiecznie”, 
jak usłyszałem kiedyś kogoś) miała swoje skromne biura 
nad sklepami Kosmicznych Kupców tuż po drugiej stronie 
drogi z Rynku Camden Lock. (Zrezygnowałem z prowa- 
dzenia Kosmicznych Kupców, zachowałem wystarczająco 
udziałów i opcji, żeby zachować stały, o ile mały, dochód, 
i zostawiłem to sobie. Firma przeniosła się do sprzedaży 
realnych produktów kosmicznych, większość tylko nowo- 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 217 


Ści, biżuteria ze skały księżycowej, kryształy z zerowej gra- 
witacji i tak dalej, ale także niektórych praktycznych. Pro- 
dukcja w mikrograwitacji była wykorzystywana w nieocze- 
kiwanych zastosowaniach, jak podejrzewałem, że będzie). 
Mieliśmy biura od dziesięciu lat i ciągle pachniały świeżą 
farbą, drewnem i cementem. Betonowe ściany były udeko- 
rowane plakatami ruchu kosmicznego i hologramami NASA 
s.Af] ale pierwsza rzecz, którą każdy widział, gdy wchodził 
przez drzwi, było moje biurko z wielkim napisem za nim 
mówiącym „PALENIE MILE WIDZIANE”. Sam już nie pa- 
liłem, choć medycyna już pobiła to, co my (dziś myląco) 
nazywaliśmy „Duże N”, nie było prostej naprawy dla kon- 
sekwencji nawyku dla oskrzeli, a w wieku sześćdziesięciu 
dwóch lat potrzebowałem całego oddechu, jaki miałem. Na- 
pis był kwestią zasady, jak podajniki mydła w toalety były 
obklejone złośliwymi naklejkami informującymi, że ich za- 
wartość była Testowana na Zwierzętach. 

Rankiem po wyborach byłem jedyną osobą w biurze, 
która się nie spóźniła i nie miała kaca. Każde przybycie ko- 
goś z czerwonymi oczami było witane przeze mnie podno- 
szącego wzrok znad wiadomości online (panika w White- 
hall, spadek funta, zamieszki w Kensington, tłumy na lotni- 
skach) i mówiącego: 

— Och, zostałeś na wyniki? Kto wygrał? 

W ten sposób zabezpieczając moją anarchistyczną wia- 
rygodność, mogłem potajemnie napawać się wynikami. Skład 
nowego rządu nie był jeszcze oficjalny, ciągle się kłócili, 
ale wyglądało, że to będą Republikanie, New Labour, True 


I w oryg. ine t.j. pewna forma korporacji nie występująca w Polsce, najbliższe 


wydaje się S.A. czyli spółka akcyjna — przyp.tłum. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 218 


Labour, oraz kilku Radykałów po stronie rządu z Unioni- 
stami jako oficjalną opozycją i małymi partiami na skrzy- 
dłach. Wiele tych ostatnich — nawet Socjaliści Świata (nowa 
nazwa na SPWB) — uciułali dostatecznie dużo razem pierw- 
szych wyborów, żeby otrzymać wybranego jednego posła. 
Niestety, moi rodzice tego nie dożyli. Zabrało to partii sto 
jedenaście lat, żeby dostać się do Parlamentu, ale ciągle kie- 
rowali się na globalną większość w dwudziestym piątym 
wieku. 

Potem wróciłem do organizowania nadzwyczajnego spo- 
tkania komitetu wykonawczego o 11 tego ranka. Bez od- 
powiedzi, nawet automatycznej sekretarki, od dwóch człon- 
ków: Aaronson (badania) i Rutherford (międzynarodowa łącz- 
ność). Hmmm. Natychmiast skontaktowałem się kilkoma po- 
tencjalnymi rywalami na każdą pozycję — zamiast naszej 
wewnętrznej grupy bezpieczeństwa, która składała się prima 
facid?|prawdopodobnie i tak z policyjnych szpiegów — i po- 
prosiłem o śledztwo. 

Jednak pozostałe siedem osób punktualnie pojawiło się 
na moim ekranie, a każdy z nas u pozostałych osób. Zdecy- 
dowałem się nic nie mówić o Aaronsonie i Rutherfordzie, 
i po prostu wzruszyłem ramionami, kiedy ich nieobecność 
została zauważona na pogawędce przed spotkaniem, gdy lu- 
dzie przekładali papiery, uruchamiali notatniki, siadali na 
miejscach i patrzyli na mnie wyczekująco. 

— Ok, towarzysze — zacząłem — stąd to wygląda, że obu- 
dziliśmy się nie tylko w nowym rządzie, ale w nowym re- 
żimie. Nazwijcie mnie romantycznym starym głupcem, ale 
myślę, że to początek rewolucji. Bardzo brytyjskiej rewolu- 


2. łac. na pierwszy rzut oka — przyp.tłum. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 219 


cji, przyznam to Wam, ale zbliżało się to już przez dłuższy 
czas, a rewolucje są prawem dla siebie mniej więcej z defi- 
nicji. Nie stawiałbym, że ta pozostanie na właściwej drodze. 
To mogłyby być dla nas dobre wiadomości lub złe, zależnie 
od tego, jak się ułożą rzeczy. Pytanie brzmi, czy możemy 
coś zmienić? 

Wszystkie oczy na ekranach wykonały śmiesznie jedno- 
czesny obrót, gdy wszyscy sprawdzali reakcję wszystkich 
innych. Ewan Chambers, reprezentant Szkocji, pierwszy za- 
brał głos. 

— Zgadzam się z Jonem. Rzeczy wyglądały całkiem dziko 
w Glasgow ostatniej nocy, nieco bardziej niż impreza na uli- 
cach, i nie do końca zamieszki. A z tego, co widzę, w Edyn- 
burgu jest niespokojny spokój. Partia Władzy Robotniczej] 
utrzymuje, że wygrała wybory zamiast tylko kilku miejsc. 

— Jest tak samo tutaj — powiedziała Julie O'Brien, nasz 
organizator z Południowego Londynu — ale nie sądzę, że po- 
winniśmy się już martwić o trockistów przejmujących wła- 
dzę i zagładzających wszystkich na śmierć. Jeżeli spojrzysz, 
jak nowy rząd jest tworzony, racja, w ogóle jest bez wątpie- 
nia, że będziemy mieć Republikę, ale poza tym ten rodzaj 
programu, o którym mówią, jest prawdziwym misz-maszem 
libertarian i etatystów. Z, drugiej strony łagodzenie kontroli 
imigracji, koniec prohibicji, ściągnięcie żołnierzy z Grecji 
i tak dalej, ale z drugiej strony partie Pracy przepychają tę 
zasadę przemysłową, połączenia kabli w jeden wielki sys- 
tem i inne rodzaje gówna z XX wieku. 


3 oryg. Workers Power — grupa trockistowska, która stworzyła brytyjską 


sekcję Ligi Piątej Międzynarodówki, więcejhttps://en.wikipedia.org/ 


wiki/Workers$%27/_Power_ (UK) - przyp.tłum. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 220 


— Włączając w to program kosmiczny, dość zabawnie — 
powiedziałem. — Jakieś opinie o tym? 

Nastąpiła awanturą, którą przerwałem, jak tylko ktoś wspo- 
mniał Ayn Rand. 

— Oto, co sugeruję — powiedziałem. — Nie popieramy 
tego, nie sprzeciwiamy się, a jeżeli kiedykolwiek wystartuje, 
żądamy prywatyzacji. 

Nie ma to jak chwila współdzielonego cynizmu pocią- 
gnięta razem z komitetem. 


— Racja — powiedziałem, kiedy przestaliśmy się chicho- 
tać — poważne sprawy. Cholernie dobra zagadka dla reżimu 
hanowerskiego, ale jak Julie mówi, pytanie jest co się sta- 
nie potem. Struktura polityczna przez chwilę będzie całkiem 
elastyczna. Może uda nam się położyć ręce na jakimś opusz- 
czonym obszarze i zrobić strefę przedsiębiorczości albo wolny 
port albo coś, i poprzemy nasze słowa czynami? 


Adrian Moss zmarszczył brwi. Kierował działalnością 
lobbystyczną ruchu taką, jaka była. 

— Moglibyśmy prawdopodobnie pchnąć to — powiedział 
— ale dlaczego? Wolne strefy lepiej zostawić prawdziwemu 
biznesowi, a nie organizacjom politycznym. — Jego uśmiech 
śmignął po ekranie. — Wiesz, to przypomina mi pewną skrajną 
ideologię, o której słyszałem! 


— Powiem Ci dlaczego — powiedziałem. — Jeżeli sprawy 
się ułożą, dobrze, kilka naszych idei zostanie przetestowa- 
nych. Jednak ten kraj może zmierzać do rozpadu. Wszyscy 
widzieliśmy, co to znaczy, raz za razem. Każdy łapie to, co 
może. Posiadanie kawałka ziemi, żeby go nazwać swoim, 
może dać nam przewagę na starcie. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 221 


To spowodowało pewne zamieszanie. Tylko Julie i Ewan 
byli za. Udałem sprzeciw i zasugerowałem, żebyśmy dali to 
do głosowania członkom. Ci przeciwko mojej sugestii się 
zgodzili, pewni, że zostanie odrzucone. 


W tym czasie nieobecność Aaronsona i Rutherfora sama 
wyszła w rozmowie. Przywdziałem mój umiarkowany ka- 
pelusz i udało mi się przekonać komitet, że jeżeli okazało 
się, że cały czas byli szpiegami i teraz uciekli z kraju, dość 
zdecydowanie nie dokonalibyśmy na nich zamachu. 

Później tego popołudnia Śledztwa, które rozpocząłem, 
pokazały, że obaj otrzymali dyskretną ofertę pracy dla obie- 
canego Organu ds. Przestrzeni Kosmicznej, i byli zbyt za- 
żenowani, żeby nam powiedzieć. W tamtej chwili, kusiło 
mnie, żeby ich załatwić, ale po namyśle, zdecydowałem się 
po prostu wyrzucić ich z komitetu. 


W referendum członków w sprawie oferty dla rejonu 
lokalnej przedsiębiorczości, moja pozycja przemożnie wy- 
grała, tak jak wiedziałem,że wygra. Przy całym politycznym 
podnieceniu, nawet hołota libertarian nie mogłaby chcieć 
zrobić czegoś konstruktywnego dla odmiany. 


Rok później WolnyKosmos kontrolował opuszczone nie- 
ruchomości przemysłowe North London, z kilkoma blokami 
mieszkań dorzuconymi przez lokalną radę w desperacji, żeby 
się ich pozbyć. Sześć miesięcy później, to miejsce roiło się 
od entuzjastycznych ochotników, a Adrian szybko ściągał 
zewnętrzne inwestycje. Po kolejnych sześciu miesiącach de- 
legacja przedstawicieli robotników i pracowników powie- 
działa komitetowi, że byli bardzo zadowoleni z ochrony, jaką 
nasze bojówki zapewniały, ale chcieli jeszcze jednego ma- 
łego zapewnienia. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 222 


Tylko dla spokoju ich umysłu. 

Julie powiedziała, że to niemoralne, Ewan powiedział, 
że to nielegalne, Adrian powiedział, że to zbyt drogie, a ja 
powiedziałem, że znam kogoś, kto mógłby nam to tanio za- 
łatwić. 


Transkrypcja rozmowy telefonicznej, opublikowanej 10 
stycznia 2050 roku na podstawie Ustawy o dostępie do in- 
formacji (poprzednie rządy). 

[koniec głosu programu recepcji]. 

JW: Cześć, Dave. 

DR: Och, witaj stary gnojku. Co mogę dla Ciebie zro- 
bić? 

JW: Hm, czy to szyfrowane? 

DR: Nie, ale jestem pewien, że wiesz co mówić. 

JW: Kurwa [przerwa] Myślimy, żeby zostać prywatnymi, 
hm, wielkim wiesz. [przerwa| 

DR: Czy was już kurwa powaliło? 

JW: Raczej nie. Ja, zdaje się niektórzy Twoi przyjaciele 
w komunistanie... 

DR: ...deformowane państewka robotnicze. . . [Śmiech] 

JW: ... mogą mieć najlepsze umowy. Możesz to pchnąć? 

DR: Och, pewnie. Mamy polisy. 

JW: Lepsze niż polityki, [Śmiech ] 

DR: Po prostu nie rozumiem, kiedy będziesz potrzebo- 
wał. 

JW: Niewiele w Tobie sprzedawcy, co? [przerwa] 

DR: Och, dobra, to Twoje życie. Sprawdzę. Cholera, ok, 
bądź w przyszłym tygodniu. .. wtorek, dziewiąta trzydzieści, 
Stanstead. Biuro czarterów. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 223 


JW: Do zobaczenia chłopie. 

DR: Wspaniale. Pozdrowienia dla żony i dzieciaków [Śmiech |] 
JW: Wzajemnie, dla kochanki i bękartów. 

DR: Hm, dziękuję, chłopie. Cheers. 

JW: Slandge. [koniec nagrania głosowego] 


Trafiliśmy na turbulencję nad południowym Uralem. Sta- 
łem w wąskim korytarzu w kierunku ogona, oparty o boki 
i patrzyłem prosto przez ostatnie okno. Gdy samolot zanur- 
kował, miałem ładny widok na góry. W długich cieniach 
świtu, wyglądały wybitnie jak model gór z papier-mache. 
Niedaleko poniżej, regularna seria małych chmur jednocze- 
Śnie się rozpraszała. Ciekawe. 

Kolejny zwrot na skrzydło, kolejna chwila opadania, po- 
tem nagłe wznoszenie. Krzyk dobiegł z małej toalety. 

— Wszystko w porządku? 

— W porządku — krzyknął Reid. — Tylko się zaciąłem. 

— Co Ty tam robisz? 

— Golę się. 

Dziesięć, nie piętnaście minut wcześniej widziałem, gdy 
pocierał policzki i brodę elektryczną maszynką, tuż przed 
tym, gdy lekkomyślnie oddałem mu pierwszeństwo do toa- 
lety. Mój pęcherz moczowy wysłał mi ostry protest. Możesz 
mieć chirurgiczne mikroboty pełzające po hydraulice, po- 
wiedział mi, ale są granice... To był najwyższa czas, pomy- 
ślałem, dla mnie, żeby zacząć praktykować egoizm, który 
głosiłem. 

— Golisz co? Nogi? 

—Tyły. ..moich.. . dłoni — powiedział Reid. Mogłem usły- 
szeć zaciśnięte zęby. — Zapomniałem pierdolonych gumo- 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 224 


wych rękawiczek, za pierwszym razem, gdy użyłem kuracji 
na włosy na głowie. 


Wyszedł z zakłopotanym uśmiechem na twarzy i pianką 
do golenia na nadgarstkach. Nie przestawałem się napawać. 
Powódź ulgi zamieniła aluminiową miskę toalety wielkości 
spluwaczki w ring. Potem ochlapałem twarz zimną wodą, 
rozpiąłem kilka więcej guzików na mojej koszuli, rozsma- 
rowałem niezręcznie dezodorant pod pachami, wysuszyłem 
brodę, przeczesałem krótkie włosy z boku i tyłu, wytarłem 
ręcznikiem łysinę i założyłem krawat. Ponieważ musiałem 
pochylać się lub kucać w trakcie, a lustro byłoby odpowied- 
nie do kobiecej torebki, trudno było ocenić ostateczny efekt. 
Ciągle chichotałem nad powodem, dlaczego włosy Reid, choć 
szare jak moje, były tak długie i gęste. 

W rzeczy samej, szampon korygujący geny! Co za próż- 
ność, myślałem, gdy trzymałem płyn do płukania ust przez 
minutę, żeby zrobił swoje, potem wyplułem go i sprawdzi- 
łem blask moich zębów. 


North British Mutual zrodziło agencję ochrony, a Reid 
był mocno zaangażowany w wykupie zarządu kilka lat wcze- 
śniej. Jeżeli ten lot był jakąkolwiek wskazówką, przedsię- 
biorstwo „Wzajemnie Gwarantowana Ochrona” miało się 
dobrze. Odrzutowiec biznesowy, jaki wynajęli na ten etap 
podróży, może był trochę sztuczny, trochę spartański, ale 
miał własną stewardessę, uzbecką dziewczynę ze stałym uśmie- 
chem i bez znajomości angielskiego. Śniadania były podane 
do czasu, gdy wróciłem na siedzenie: mikrofalowany crois- 
sant i kawa, która, jak zgadłem po pierwszym łyku, też była 
z mikrofali. Żadne nie było dość gorące. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 225 


— Mikrofala, co — burknął Reid. — Pomachano chwilę 
przed radarem, raczej. 

— Może to kwestia turbulencji — powiedziałem. 

— Turbulencji? — parsknął Reid. — Człowieku, to był ogień 
przeciwlotniczy. 

— Co! — Odwróciłem się zaalarmowany do okna. 

— Nie martw się — powiedział Reid. — Tylko bandyci. Nie 
mogliby trafić w 777 na tej wysokości. 

Nasz ochroniarz Predestination Ndebele powoli skinął 
głową. Smukły, żylasty Zimbabwejczyk, jeden z pracowni- 
ków Reida. 

— Ty myślisz to złe — powiedział — spróbuj wylądować 
w Adnarf'] 

— Wierzę Ci na słowo, Dez. 

Reid spojrzał znad papierów. 

— Ostatnio słyszałem — powiedział z niejasnym zmarsz- 
czeniem — to było nazywane Grivas. 


Lecieliśmy godzinami nad przerażająco bezkształtną rów- 
niną, a potem, w środku tego niczego, wylądowaliśmy na 
pełnowymiarowym międzynarodowym lotnisku brzęczącym 
od samolotów wojskowych i cywilnych. W oddali, nieład 
silosów startowych i suwnic. Bliżej, miasto niskich bloków 
z wielkiej płyty: Kapicq | stołeczne (i jedyne) miasto Mię- 
dzynarodowej Republiki Robotników Naukowo-Technicznych 
vel Obszar Testów numer trzy, na nieużytkach gdzieś pomię- 


* lotnisko w Turcji https://en.wikipedia.org/wiki/%C4% 
BO0zmir_Adnan_Menderes_Airport|- przyp.tłum. 


"_ od Piotr Kapica — fizyk radziecki, odkrywca zjawiska nadciekłości helu, za 
co otrzymał Nagrodę Nobla w 1978, więcejhttps://pl.wikipedia.org/ 






Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 226 


dzy Karagandą a Semipałatyńskiem. Część byłego Kazach- 
stanu. 

— Mam dla Ciebie niespodziankę — powiedział Reid, gdy 
czekaliśmy na autobus tranzytowy. 


— Jaką? 
— Zobaczysz. 


Spojrzałem na niego i wzruszyłem ramionami, skulony 
w suchym, kurzowym wietrze i próbując niezbyt dużo od- 
dychać. Poziomy miały być już bezpieczne, ale już interpre- 
towałem skutki jetlaga jako chorobę popromienną w począt- 
kowym stadium. 


Główny budynek lotniska był, jak każdy, neonową oświe- 
tloną przestrzenią siedzeń, ekranów i głośników, ale różnice 
były uderzające. Sklep wolnocłowy nie był w oddzielnej 
strefie, ponieważ nie było strefy cła. Żadnej kontroli pasz- 
portowej, tylko pobieżna rejestracja broni i przejście przez 
skaner. Jedyną rzeczą, którą ktokolwiek mógłby tutaj prze- 
szmuglować, która mogłaby cokolwiek zmienić, była rze- 
czywista bomba jądrowa, a te nie były łatwe do ukrycia. 
Żadnych turystów: wszystkie przyloty i odloty to byli po- 
ważnie wyglądający klienci, mężczyźni w garniturach lub 
mundurach. Bardzo mało kobiet, oprócz tych wśród pra- 
cowników lotniska, którzy wszyscy, nawet sprzątacze, jak 
zauważyłem, wykonywali swoją pracę z prawie zuchwałym 
brakiem pośpiechu, pod wielkimi plakatami Trockiego, Ko- 
rolewa i Kapicyf'] Ludzie, którzy dali Sowietom Armię Czer- 


6 odp. https://pl.wikipedia.org/wiki/Lew_Trocki 
https://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Kapica - przyp.tłum. 





Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 227 


woną, Rakietę i Bombę, i którzy wszyscy dostali za to różne 
dawki terroru Stalina. 

Z, każdej części zbiegowiska dobiegały irytująco częste 
strzelania żarówek fleszy. Fotografowie błądzili po tłumie, 
przyglądali się głodnie twarzom, pstrykali oficerów, urzęd- 
nikom i przedstawicielom korporacji równie chętnie jak gwiaz- 
dom video. Ich obiekty odpowiadały w podobnej manierze. 
W całej sali, pozy były przybierane przez brzydkich, na- 
chmurzonych mężczyzn: potrząsanie rękami, przytulanie na 
misia, stanie ramię przy ramieniu i patrzenie jak szalony. 

— Dokąd teraz? — spytałem, gdy Ndebele i ja zawahali- 
śmy się na chwilę na skraju zbiegowiska. Reid spojrzał na 
mnie z błyskiem zniecierpliwienia. 

— To jest to — powiedział. — Umowy są zawierane tutaj. 
Muszą być publiczne, o to chodzi. 

Ruszył celowo w kierunku otwartej kawiarni na franszy- 
zie. Pośpieszyłem za nim. 

— Stąd paparazzi? 

— Oczywiście. Spokojnie. — dodał do Deza, który patrzył 
ponuro na każdego, kto patrzył na nas. 

Wypiliśmy naszą pierwszą rozsądną kawę tego dnia do- 
okoła stołu zbyt niskiego, żeby był komfortowy, jak gdyby 
zaprojektowany, żeby przyśpieszać przepływ klientów. W te- 
lewizji cztery ładne osoby pochodzenia azjatyckiego w ró- 
żowych satynowych sukniach śpiewały ochryple po angiel- 
sku, niszczyły instrumenty i skakały po scenie. Ciągły pod- 
pis podał ich nazwę: Chłopcy Katof”] 


1 Katoi — tożsamość płciowa w Tajlandii, która w niektórych przypadkach 
może być określona jako transkobieca , w innych przypadkach — jako gejowska, 


więcejhttps://en.wikipedia.org/wiki/Kathoey - przyp.tłum. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 228 


— Chłopcy ? — Dez uniósł brew. 

— Uchodźcy tajscy — powiedziałem. — Moja najmłodsza 
prawnuczka mówiła mi, że są ostatnim idolem dla młodych 
nastolatków. 

— Perwersyjne, człowieku — powiedział Dez z ciężką kal- 
wińską dezaprobatą. — Dekadenckie. 

— Tak, to właśnie Republika Islamska im powiedziała — 
powiedział spokojnie Reid, przepatrując tłum. Wstał. 

Odwróciłem się. Wysoka, szczupła kobieta w futrze do 
kostek szła do nas, powitalnie szeroko się uśmiechając. Fo- 
tografowie truchtali za nią, w pełnym szacunku dystansie. 
Prawie usiadłem na krześle, gdy ją rozpoznałem: Myra, moja 
dawno temu eks z Instytutu Studiów Sowieckich w Glasgow. 

— Cóż, cześć chłopaki — powiedziała. Złapała moją rękę, 
przyłożyła swój policzek do mojego i wyszeptała: 

— Uśmiech cholera! — A ja pokazałem idiotyczny uśmiech 
przed fleszami. 


Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień, dość dziwne, 
tyczyło Związku Radzieckiego, kosmosu i Bomby. (Nie pa- 
miętam narodzin, ale byłem zapewniany, że wydarzenie to 
miało miejsce 5 marca 1953 roku, w dniu, w którym umarł 
Stalin. Zróbcie z tym, co chcecie.) Bawiłem się na dywanie 
naszego domu w Streatham, przedmieścia miasta Londynu. 
Bawiłem się zabawkową rakietą. Jeżeli przyłożyłeś oko do 
otworu na końcu, mogłeś zobaczyć kawałek obrazu drzew 
na wewnętrznej powierzchni, ponieważ zabawka była wy- 
produkowana w Hongkongu z odzyskanej puszki. Nie wy- 
nikało to z ekologii, która w tamtym czasie nie została wy- 
naleziona. Było tak, ponieważ było to tanie. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 229 


Mój ojciec, siedząc przy stole, spoglądał na mnie nad 
kopią Manchester Guardian. 

— Rosjanie wysłali rakietę w kosmos — powiedział mi. — 
"Tam w górę w niebo, lata dookoła Świata. — Palcem nakreślił 
koło w powietrzu. 

Poczułem się tym zaniepokojony. Rosjanie byli w mo- 
jej głowie niejasnym, olbrzymim zagrożeniem. Zrobili coś 
nieprzyjemnego i niesprawiedliwego przyjacielowi mojego 
ojca, staremu panu, którego fotografia była w ramkach nad 
kominkiem: Karolowi Marksowi. Rosjanie go znieksztatcili. 
Cokolwiek to było, brzmiało boleśnie. 

Z, warkotem uniosłem rakietę do góry, a kiedy sięgnęła 
granicy mojego zasięgu, obróciłem ją i opuściłem, nosem 
do przodu. Jej kształt, zauważyłem po raz pierwszy, wyglą- 
dał jak bomba. Raz widziałem bombę wyciąganą ostrożnie 
żurawiem z ogrodu na końcu drogi, przed dwoma policjan- 
tami, tuzinem żołnierzy i zafascynowanym tłumem. Była 
pogrzebana w ziemi przez dziesięć lat po wojnie pomiędzy 
brytyjskimi i niemieckimi kapitalistami. 

— Czy to znaczy, że mogą wysłać bombę przez kosmos? 

Ojciec wrócił do gazety, może rozczarowany moją zajętą 
odpowiedzią na jego ekscytujące wiadomości, i teraz znowu 
ją opuścił i popatrzył na mnie bystrym wzrokiem. 

— Tak! — powiedział wesoło. — Dokładnie to oznacza. 
Bardzo mądrze, Jonathan. A teraz Amerykanie i wszyscy 
inni zbudują rakiety i włożą w nie bomby. 

Moja matka zmarszczyła brwi na niego. 

— Ale to wszystko dobrze — pośpieszył dodać ojciec, gdy 
wstał, strząsnął serwetkę i złożył gazetę. — Robotnicy nie 
pozwolą im użyć bomb. Zatrzymamy ich, prawda? 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 230 


— Tak — powiedziałem. — Zatrzymamy ich. 

Wiedziałem z zabaw z innymi chłopcami na ulicy, że po- 
glądy moich rodziców nie były podzielane w Streatham, ale 
wiedziałem także, że wszędzie na Świecie, nawet w tak od- 
ległych krajach, jak Austria i Nowa Zelandia, byli ludzie, 
którzy się z nimi zgadzali. Razem ich było setki i setki. 

Ta potężna siła powstrzymałaby bombę. Wróciłem do 
bawienia się szczęśliwie rakietą, a mój ojciec poszedł, gwiż- 
dżąc, złapać pociąg, który wiózł niewolników pensji do pracy. 


— Reid mówił mi, że ma niespodziankę — bełkotałem — 
ale muszę powiedzieć, że jest powalony. Jak na ziemię tutaj 
skończyłaś? 

Myra uśmiechnęła się złośliwie. Wyglądała do dobrze 
i prawie mogłem uwierzyć, że nie postarzała się przez czter- 
dzieści lat, ale to była część tej samej iluzji, która chroniła 
mnie przed czuciem się staro. Można było dostrzec papie- 
rową teksturę skóry, zmarszczki przy jej ciągle imponują- 
cym napięciu. 

— Trafiłam tutaj w latach dziewięćdziesiątych — wyja- 
śniła — do badań i wtedy właśnie zrozumiałam, że ci ludzie 
potrzebowali pomocy i że lubiłam pomagać. Ciągle mieli 
mnóstwo gówna z testów i jak również dotykał ich drenaż 
mózgów. Potrzebowali każdej wykształconej osoby, jaką mo- 
gliby dostać, a ja byłam w stanie załatwić dużo pomocy 
z amerykańskich organizacji charytatywnych. Potem zako- 
chałam się w oficerze armii, pobraliśmy się i, szczęśliwie dla 
nas, on był po zwycięskiej stronie kilku wojen domowych, 
przewrotów wojskowych i re-rewolucji. Więc oto jestem, 
Ludowy Komisarz do spraw Polityki Społecznej. — Poma- 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 231 


chała dłonią. — Pozwalają mi podpisywać traktaty, kiedykol- 
wiek chcę, więc nie czuję się, jakbym utknęła w sprawach 
domowych. — Roześmiała się. — Wiecie, praca kobiet! 

Pokręciłem głową. 

— Zatem Reid stał się kapitalistą, a ty stałaś się biuro- 
kratą, cholera, jestem jedynym, który ciągle jest rewolucjo- 
nistą! 

— Nie jestem biurokratą — powiedziała Myra z pewną 
butą. — Zostałam wybrana, w prawdziwych wyborach. Mamy 
demokrację, wiesz. 

Reid wyjmował dokumenty z teczki i rozkładał je na 
stole. 

— Tak, Myra, na pewno wygrałaś z dziarskim młodym 
podporucznikiem. Jego fakcja nadała nowe znaczenie wyra- 
żeniu „zdeformowane państwo robotników”. 

— Stary żart — powiedziała Myra, ale widziałem, że nie 
była zirytowana. — Powiem Ci taki starszy. Sowiecki. Skąd 
wiemy, że marksizm jest filozofią? Ponieważ gdyby był na- 
uką, najpierw przeprowadziliby próby na psach. 

W jej głosie brzmiało taka miażdżąca pogarda, że wszy- 
scy musieliśmy się roześmiać, a wtedy Myra rzuciła: 

— Dobra, towarzysze, ci ludzie byli psami, i coś im się 
udało osiągnąć. Szkoda, że nie możecie zostać na kilka dni 
i to zobaczyć. Lub nawet przyjechać w październiku. 

— Dlaczego październik? 

— Obchody stulecia — powiedziała Myra. — Planujemy 
naprawdę imponujący pokaz sztucznych ogni. 

— Nie wątpię — powiedział Reid sucho. — Największy na 
Świecie, bez wątpienia. Niestety, mamy własną rewolucję, 
do której musimy wrócić. 


Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 232 


Myra westchnęła. 

— Interesy. .. gotowy z tymi dokumentami? 

— Gotów, kiedy będziesz gotowa. 

Podpisaliśmy, lampy strzeliły i to było to. Świat będzie 
wiedział, że mam Bombę. 


Kiedy upadł Związek Radziecki, Kazachstan przez ja- 
kiś czas znalazł się w nieznanej sytuacji mocarstwa, ponie- 
waż miał na swoim terytorium pewną liczbę broni nukle- 
arnej. Kiedy Kazachstan upadł, jeden z jego fragmentów 
zachował pewne (inne, i lepsze) bronie jądrowe, z dodat- 
kową różnicą, że Międzynarodowa Republika Robotników 
Naukowo-Technicznych — początkowo nic innego jak od- 
dział posowieckich Wojsk Rakietowych, kilka tysięcy Ka- 
zachów i pas stepu — wiedziała co z nimi robić. 

Eksportowali odstraszanie jądrowe. Nie samą broń, — co, 
zapomnij o tym, byłoby to nielegalne — ale zbawienny wpływ 
jej posiadania. Nasza umowa była całkiem standardowa, po 
prostu dawała nam opcję wezwania uderzenia nuklearnego 
na każdego, kto użył broni nuklearnej przeciwko nam i kto 
nie zapewnił pełnego odszkodowania. Ktokolwiek, kto nas 
zbombardował, nawet przypadkowo lub mimochodem, mu- 
siał zapłacić lub sam był bombardowany. 

Piękno tego układu polegało na tym, że dowolna liczba 
klientów, im więcej tym lepiej, mogła mieć roszczenie na 
relatywnie małej liczbie bomb jądrowych, efekt raczej jak 
w systemie rezerw cząstkowych] Oznaczało to także, że 


8 system monetarny, w którym występują dwa rodzaje pieniądza: pierwszy 
rodzaj to pieniądz emitowany przez bank centralny, drugi rodzaj to kreowany przez 
banki komercyjne w postaci kredytu, więcej 
- przypłum. 






Rozdział 10. Testowane na Zwierzętach 233 


ktokolwiek, kto chciałby skusić MRRNT umową pierwszego 
wykorzystania, musiałby zaoferować więcej niż dochód od 
wszystkich klientów odstraszania, a to kosztowałoby znacz- 
nie więcej niż po prostu zbudowanie lub kradzież bomb ją- 
drowych. Zatem szanse, że system zostanie wykorzystany 
do agresji nuklearnej były małe. Ponadto po raz pierwszy, 
odstraszanie nuklearne było dostępne dla każdego, kto chciał 
zapłacić, a koszt był wystarczająco rozsądny dla każdej oj- 
czyzny. 

Szczególnie gdy pojawiła się konkurencja: zbuntowani 
dowódcy łodzi podwodnych, załogi rakiet na Syberii i Ala- 
sce, którzy chcieli dla odmiany wypłaty w prawdziwych pie- 
niądzach, grupy ambitnych młodych oficerów w Afryce, któ- 
rzy zaczęli sprzedawać udziały w rodzimym plutonie. 

Kolejny triumf wolnego rynku. 


Nie wszyscy się zgadzali. 

— Kiedy zobaczyłam zdjęcia — wściekała się Annette — 
Ciebie z tą anorektyczną dziwką, myślałam, że z nią ucie- 
kłeś! To jest gorsze! 

Och, nie, nie jest, pomyślałem, i miałem rację. Kłócili- 
śmy się, dyskutowaliśmy, żyliśmy dalej. To były tylko idee, 
nie ciała. Mogłem być faktycznym, zamiast możliwego, ma- 
sowym mordercą, a to zraniłoby ją mniej niż ja pieprzący 
kogoś innego. 

Nie, żebym kiedykolwiek to powiedział. Niektóre bronie 
najlepiej trzymać w rezerwie. 


Rozdział 11 


Czas Niedostępności 


Wilde stał, patrząc z powątpiewaniem na paczkę i dwa 
zestawy broni, które Tamara wyłożyła na stole. Podniósł 
paczkę i znowu ją odłożył. 


— Co tutaj masz? — spytał. — Bomby jądrowe? 


"Tamara spojrzała znad skanera, którego używała do Ścią- 
gnięcia najnowszych map Piątej Dzielnicy do jej kontaktów, 
i potrząsnęła głową. 

— Żadnych jądrówek — powiedziała stanowczo. — Prze- 
wożenie materiałów nuklearnych w granicach miasta jest 
poważnym przestępstwem. 

— Cieszę się, że to słyszę — powiedział Wilde. — Więc 
jesteśmy gotowi, tak. 

— Mniej więcej. — Tamara odłożyła skaner. — Musimy 
być gotowi wyruszyć w dowolnym momencie, ale to nie 
oznacza, że musimy iść teraz. Reid zarezerwuje wysłucha- 
nie, a my dostaniemy przynajmniej zawiadomienie trzyna- 
Ście godzin wcześniej. 

— A coz przygotowaniem naszej sprawy? — spytał Wilde. 
— Nie wiem nic o waszym prawie tutaj, nie mówiąc o kon- 
kretnym kodeksie, na którym pracuje Talgarth. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 235 


— Och, wszystko w porządku — powiedziała Tamara. — 
Niewidzialna Ręka się tym zajmie. Możesz mieć kogoś, żeby 
stawał w obronie, jeżeli chcesz, ale jeżeli mnie zapytasz, 
równie dobrze wystarczy, by Niewidzialna Ręka dostarczyła 
ci agenta Mackenziego. 

— Co? 

— Program komputerowy, który doradzi punkty prawa, 
kiedy sam się reprezentujesz. 

— Ach — powiedział Wilde. — Postęp. 

"Tamara poszła do kuchni i zaczęła parzyć dużą manierkę 
kawy. 

— Oczekujesz towarzystwa? 

— Sojusznicy — powiedziała Tamara. — Niewidzialna Ręka 
wzywała niektórych dla mnie — Uśmiechnęła się złośliwie 
do niego. — Nikogo dla Ciebie. 

— Uważaj mnie za jednego ze swoich — powiedział Wilde. 
Rozejrzał się po pokoju, szukając. — Macie jakiś sposób na- 
dążania za wiadomościami? 

Tamara spojrzała na niego dziwnie. 

— Ta, pewnie. 

Podeszła do półki, wzięła ekran telewizora, rozwinęła go 
i przyczepiła go do Ściany za stołem. Wysoki czajnik zaczął 
się gotować. Odwróciła się, by go obsłużyć. Wilde spojrzał 
na ekran, spojrzał na Tamarę. Pomachał na pustą cynową 
powierzchnię ekranu. 

— Och! — Tamara uderzyła się w głowę. — Przepraszam. 
Nie masz kontaktów? 

— Coś, co robot zdecydowanie zaniedbał mi powiedzieć 
— powiedział Wilde. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 236 


"Tamara powiedziała mu o dobrym lokalnym straganie, 
gdzie mógł kupić kontakty i jak się tam dostać. Spisał in- 
strukcję, narysował szkic mapy, sprawdził z nią i wyszedł. 
Wrócił pół godziny później, mrugając i z szeroko otwartymi 
oczami. 

— Oj — powtarzał. — O, kurwa! 


W ciągu kolejnej godziny sojusznicy Tamara pojawiali 
się pojedynkę i parami. Ostatecznie tuzin wypełniał pokój, 
siedząc przy stole, sprawdzając broń i pijąc kawę Tamary. 
Większość z nich paliła i wszyscy mieli stanowcze opinie 
o aspektach sprawy, jak również zażenowane, i żenujące, za- 
interesowanie Wilde'em. Człowiek z Nieożywionych! Wilde 
szybko stracił rejestr ich imion lub zainteresowanie w ich 
obsesjach, gdy znalazł się kącie w tłumie w większości chu- 
dych, większości młodych, ciężko uzbrojonych obcych mó- 
wiących mu rzeczy, których nie wiedział o sobie. 

— Zawsze myślałem, że Twoja późniejsza praca potępia- 
jąca teorię konspiracji była sfabrykowana przez konspira- 
cję... 

— Nie. 

—...i Norlonto, racja, to była idealna społeczność... 

— Nie. 

—...podstawowa idea abolicjonizmu, że inteligencja ma- 
szyn ma sztuczne prawa, była oparta na tych samych zało- 
żeniach jak Twoje manifesty ruchu kosmicznego... 

— Nie. 

— Mówią, że to wszystko dlatego, że Reid pieprzył Twoją 
kobietę... 

— Nie. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 237 


I tak dalej. 

A potem wszyscy rozpoczęli i ucichli w tej samej chwili, 
nawet Wilde, który do tego czasu złapał sposób strojenia 
swoich kontaktów do ekranu telewizyjnego. Wiadomości, 
jak większość wiadomości na kanałach Miasta Statku, były 
przedstawiane przez podniecone dziecko. (Wilde już wyra- 
ził opinię, że to było jedno z najbardziej oświeconych i wła- 
ściwych sposobów wykorzystania pracy dzieci, na jakie kie- 
dykolwiek trafił). 

— Właśnie pojawiły się wiadomości! — powiedziała lalu- 
nia z blond lokami na Kanale spraw prawnych. — Trzy sen- 
sacyjne postępy! David Reid pozywa abolicjonistów o zwrot 
jego gynoida, Dee Model! I, pozywa dawno-martwego anar- 
chistę i terrorystę nuklearnego, Jonathana Wilde'a, w po- 
dobnym zakresie. W końcu, Dee Model i inny abolicjonista 
wzywają świadków, że zabili słynnego artystę, Andersona 
Parrisa! List gończy wystawiony, wkrótce zostaną opubli- 
kowane nagrody! 


Obrazy tych wymienionych zbliżały się trzpiotowato na 
ekranie, gdy mówiła, a kanał potem podzielił się na wątki, 
rozwijając następstwa każdego aspektu, biografie domnie- 
manych uczestników i eschatologiczne znaczenie powrotu 
Jonathana Wilde a. 

— Terrorysta jądrowy? — Mężczyzna, który przemówił, 
nazywał się Ethan Miller. Jego wygląd był starszy niż więk- 
szość obecnych, z czarnymi prostymi włosami, skórą koloru 
podłego tytoniu, który palił, i twarzą jak dobrze zużyty to- 
pór. Nie nosił nic, prócz skórzanych spodni i obdartej podko- 
szulki, o której twierdził, że jest oryginalna, choć równania 
Malleya miały teraz jeszcze więcej dziur w ich tkaninie niż 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 238 


kiedykolwiek miały w rzeczywistości. — Powinieneś ich za 
to pozwać, chłopie! 

— Nie. 

Bardziej trzeźwe deklaracje Niewidzialnej Ręki zastą- 
piły kanał wiadomości, instruujące wszystkie strony w spra- 
wie do pojawienia się w Sądzie Piątej Dzielnicy do dziesią- 
tej następnego dnia. 

— Dobra! — krzyknęła Tamara nad gwarem. — Słyszeli- 
ście! Raz raz raz! 

Wyjście, które nastąpiło, było mniej szalone niż próby 
jego zorganizowania przez Tamarę. Najwidoczniej termin 
ich pojawienia nie był trudny do spełnienia. Ludzie uzbra- 
jali się i wychodzili, z Tamarą, Wilde'm i Ethanem Mil- 
lerem zamykającym pochód. Tamara zamknęła i uzbroiła 
dom, tylko żeby zapobiec przeszukaniom bez nakazu, jak 
wyjaśniła, i wszyscy ruszyli w kierunku nabrzeża. 

Słońce było nisko na niebie, zamieniając wieże w cen- 
trum miasta w wysoki diadem złota i klejnotów. Na Placu 
Okrągłym głównej wyspy, straganiarze się pakowali, pod- 
czas gdy pierwsi technicy wieczornych band przygotowy- 
wali systemy nagłośnienia. Powietrze wczesnego wieczoru 
było gęste od zapachu smażonego oleju, silnikowego oleju 
i słodkiego fetoru konopi. Dookoła stołów i barów na ze- 
wnątrz, ostatni wychodzący lub wcześnie przybyli obserwo- 
wali cicho rozmawiającą, maszerującą grupę z niejasnym lę- 
kiem i ukrytymi komentarzami, pośród których okazjonalny 
zachęcający uśmiech błyszczał niczym wyjęta broń. 

— Co się stanie z Dee i Ax — spytał Wilde — jeżeli zostaną 
złapani? 

"Tamara chrząknęła. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 239 


— Zależy, jak wściekli będą ci, co ich złapią — odpo- 
wiedziała. — Prawdopodobnie będą zatrzymani i oskarżeni, 
przez kogokolwiek kto będzie żądał odszkodowania. Zdaje 
się, że ten Anderson Parris miałby fajną cenę za swoją głowę. 

— Ta, hm...— powiedział Wilde. — Mogę się do tego od- 
nieść. Jednak co im się przydarzy, jako kara? 

— Kara? — Tamara brzmiała zaskoczona. — Och, masz na 
myśli grzywna. Zależy, znowu. Zabicie kogoś może być cał- 
kiem poważne, wiesz. 

— Tak — powiedział Wilde sucho. — Więc od czego zależy 
grzywna? 

— Nie martw się — powiedziała Tamara. — Kurde, przy- 
najmniej wezwali do tego świadków. To się bardzo liczy, 
brak próby ukrycia... prócz tego, ot, zależy od strat ofiary, 
racja? Emocjonalne straty, utrata doświadczeń życia, docho- 
dów, strata społeczeństwa dla tych blisko dla niego, dodaj to 
wszystko i pomnóż przez czas niedostępności. 

— Ach — powiedział Wilde. — Czas niedostępności. My- 
ślę, że mogę zrozumieć, co mówisz znacznie lepiej, jeżeli 
wyjaśnisz mi dokładnie co to czas niedostępności. 

Dotarli do nabrzeża, gdzie bujała się łódka Tamary. Inni 
wsiedli do swoich łodzi, flotyla łódek, pontonów i szalup. 
Tamara zeszła do swojej łodzi, Ethan Miller podał jej sprzęt, 
a ona pomogła Wilde'owi wejść. Usiadł, gdzie mu kazała, 
z boku. 

— Czas niedostępności — wyjaśniła Tamara, gdy odbili 
i łagodnie zapuściła silnik — to czas pomiędzy byciem zabi- 
tym a powrotem. Backupy kosztują, wiesz, a hodowanie klo- 
nów może zabrać jebane miesiące, szczególnie jeżeli chcesz 
dobrego, bez raka i innego gówna. Więc jeżeli jesteś zwykłą 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 240 


osobą, powiedzmy jak ja, to robisz kopie backup co roku 
lub coś koło, i masz polisę szybkich klonów. Jeżeli jesteś na- 
prawdę bogaty, jak ten facet Parris, robisz je co tydzień. Jed- 
nak wtedy, masz wolnego klona, i Twoje straty zwiększają 
się szybciej, ponieważ Twoje zarobki były wyższe. Więc to 
się jakoś równoważy, ale ciągle jest taniej zabić biedaka. 

Uśmiechnęła się do niego i uruchomiła silnik. 

— Społeczeństwo klasowe to kurwa. 

— Aha — powiedział Wilde wymijająco. — A co jeżeli ktoś 
nie ma backupu? Co jeżeli zostają martwi? 

— Wszyscy mają backupy — powiedziała Tamara, zdu- 
miona jego niewiedzą. — Nikt nie zostaje martwy. Jezu. 

Skoncentrowała się na sterowaniu łodzią w niespokojo- 
nym kilwaterze ich towarzyszy i nie zauważyła miny na- 
głego bólu Wilde'a. Tylko bot łodzi to zobaczył, ale mógł 
tylko zarejestrować, ale nie zrozumieć. 


Niskie słońce, czerwone od pyłu pustyni, Świeci w oczy 
Dee. Ocienia je kapturem, pociąga płaszcz bliżej siebie. Gdy 
jej wzrok się wyregulowuje, milimetr za bezpośredni blask, 
widzi poszarpane czarne krawędzie Gór Madreporowyci!] 
daleko na zachodzie, na końcu błyszczącego cięcia Kamien- 
nego Kanału. Siedzi, obejmując kolana, zebrana koronka spód- 
nicy kłuje w skórę ramion. Ax również siedzi, opierając się 
o jej plecy. Są w rodzaju orlego gniazda, dziury bez funk- 
cji z boku wieży dziobatej od wielu takich. Dziury są połą- 
czone przez podobnie niewytłumaczalne tunele, które przy- 
najmniej zapewniają wentylację dla dłuższych i znacznie 


I od płytka madreporowa, zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/ 
P$C5%82ytka_madreporowa — przyp.tłum. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 


szerszych korytarzy w środku. Wielkie gąbczaste kolce zo- 
stały przez dekady skolonizowane przez biznesy i osadnic- 
two. Co, jeżeli w ogóle, było oryginalnie zaprojektowane dla 
zdecydowanie nieludzkiego siedliska, ale ludzie są pomy- 
słowymi i przystosowującymi się zwierzętami. Dee wie o tej 
rysie. Uważa ją za wspaniałą, choć — teraz do niej dociera — 
nie do końca może być z niej dumna. Nie są jej gatunkiem. 

Że ludzie nie są jej gatunkiem, jest wnioskiem, do któ- 
rego doszła tego popołudnia. To trochę rozczarowujące, po- 
nieważ czuła się jak ludzki byt tylko kilka dni, i zamierza za- 
chować to dla siebie, szczególnie jeżeli pytanie o jej ludzki 
status stanie się przedmiotem sporu naukowego. Jednak to 
jedyny sposób, w jaki może wyjaśnić sobie, jak mało jej 
przeszkadza zabijanie ludzi. 

Nawet zakładając, że wrócą — umysły z wolnopracującej 
pamięci, ciała z kadzi — bycie zabitym musi powodować dla 
nich wiele zmartwienia i kłopotu. (To jest różne od nieoży- 
wionych, martwych] pedantycznie przypomina jej Naukow- 
czyni, różne magazyny, różne odzyskanie, różne problemy. 
Ta, tak, odpowiada, i gdy ta Jaźń jest znowu wyłączona, Dee 
myśli przelotnie o Annette, kobiecie, o której wie, że dzieli 
z nią genotyp. Myśli o niej pośród Nieożywionych, myśli 
o kodach i pamięciach, i przez kolejną chwilę Sys błyska ja- 
kimś cienkim powiązaniem, ale znika... Po prostu teraz ma 
za dużo na głowie). 

Powodowanie zmartwienia i kłopotów jest, dla Axa, ce- 
lem. Bardzo się zachwyca rozwalaniem każdego, kto kie- 
dykolwiek oszukał go, wykorzystał go finansowo, duchowo 


2 


241 


autor używa słowa dead w dwóch znaczeniach — martwi i nieożywieni tj. 
ci, którzy nie mogą być ucieleśnieni — przyp.tłum. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 242 


lub seksualnie. Rechocze, gdy padają, od kul jego lub Dee. 
Trzech na razie, jeszcze wielu na liście. Dee w zasadzie ma 
to w dupie. Wie, że jest zdolna do emocji, empatii, nawet 
etyki, są tam, wypalone w obwodach większości jej jaźni, 
ale wydaje się, że nie mają zastosowania do ludzi jak Par- 
ris, lub tej kobiety, którą Ax przybił w piwnic dwie godziny 
temu, lub mężczyzny, którego zastrzeliła w drzwiach. Może 
obwody zaprojektowane są do stosowania do jej własnego 
gatunku, w tym przypadku ofiary nie należą do jej gatunku. 


Teraz dociera do niej, gdy mruży oczy w słońcu i wy- 
patruje łowców nagród, oznak listów gończych, że istnieje 
inne wytłumaczenie. Może jest człowiekiem, prawda, ale jej 
ofiary nie są. Może to, co mają wspólnego, jest pasożytnicza 
mimikra ludzkości, którą może przejrzeć. Jeden z wątków 
jej Historii, które odgrywa w nocy, kiedy chce dać sobie sil- 
niejszy wikt niż zwykłe romanse historyczne, jest o wam- 
pirach. Zastanawia się, czy pozornie gatunek ludzki — lub 
rząd człowiekowatych — jest podzielony na prawdziwych lu- 
dzi i pustą kpinę z ludzi, byty jak wampiry, które żywią się 
życiami innych. Zabijanie ich może być całkiem odmienne 
od zabijania prawdziwych ludzi, którzy żywią się roślinami, 
zwierzętami i maszynami. 

Interesująca myśl. 

Słyszy długie, opróżniające płuca westchnienie Axa. Na- 
pina kręgosłup w oczekiwaniu na łomot pistoletu i uderzenie 
odrzutu. Wstrząsają jej ciałem sekundę później. 


— Mam go! — mówi Ax. 

Dee nie musi się rozglądać. Wyjściowa rampa, nad któ- 
rym jest ich gniazdo, jest pięć metrów w dół i około dwu- 
dziestu metrów dalej, i może wyobrazić sobie leżąca tam 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 243 


ciało bankiera. Może także wyobrazić sobie twarze i so- 
czewki obracające się w ich kierunku w ciągu następnych 
sekund... 


Jednak już się zsunęli, Ax i Dee, po stoku dziury i z bez- 
pośredniego widoku. Dziura szerokości metra w syntetycz- 
nej skale prowadzi do zakrzywionego koryta, którym cier- 
pliwie się wspinali jakieś pół godziny temu. Szklana gład- 
kość, która sprawiał trudności przy wchodzeniu, pomaga przy 
schodzeniu. Dee idzie pierwsza, stopy najpierw, otulona płasz- 
czem. Spadek na końcu jest dziwny. Jej więzadła lędźwiowe 
napinają się, obcasy zgrzytają, kolejne zadanie dla procedur 
Chirurżki. Odwraca się, wystawia ręce i łapie Axa, gdy wy- 
pada. 


Korytarz, w którym stoją, ma zwykły nibyorganiczne 
zaokrąglone rogi w przy prostokątnym przekroju poprzecz- 
nym i zakrzywia się gładko na lewo i prawo. Błyszczące po- 
wierzchnie masy perłowej są podziobane dziurami, usiane 
chitynowymi soczewkami i membranami, i brutalnie wła- 
manymi mikrofonami, kamerami, oknami biur i drzwiami. 
Alarmy już odbijają się echem wzdłuż korytarza i falują 
po drutach. Żołnierka i Szpiegini, dzielący czas zmysłów 
i przekaźników Dee, hakują i pingują. Niektóre sygnały alar- 
mowe są zakłócone. 


Jednak nie wszystkie. Po cichej wymianie spojrzeń, Dee 
i Ax odwracają się i biegną na lewo. Kierują się na windę, 
której użyli, żeby zjechać z poziomu ulicy. Drzwi otwierają 
się w korytarzu przed nimi, alarm znowu jazgocze. Strażnik 
ochrony w czarnym mundurze wychodzi i unosi dłoń. Jest 
na widoku za krzywą korytarza. Dee hamuje ślizgiem i łapie 
ramię Axa. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 244 


— Do tyłu! — sapie. 

Odwracają się i biegną z powrotem. Kroki strażnika od- 
bijają się echem za nimi. Dee zauważa, kątem oka, ruch za 
cienką powierzchnią Ściany, nie okno, ale wewnętrzne dla 
budynku. Biegnie jeszcze kilka metrów, potem zatrzymuje 
się i odwraca. Strażnik właśnie pojawia się na widoku. Ce- 
luje ostrożnie w cienką łatę i strzela. Rozbija się jak szkło 
i niebieski, bulgoczący płyn się wylewa, smarując podłogę. 
Strażnik ślizga się na nim i przewraca, potem zrywa się na 
nogi i zaczyna zdzierać mundur i wołać o pomoc. Dee może 
wyczuć blokadę przed nimi, grubą i elastyczną, może kor- 
don straży. Nie jest pewna przy tej odległości. 

Tuż obok jest eliptyczna dziura w ścianie. Ktoś naba- 
zgrał na nią „WYJŚCIE EWAKUACYJNE?!”, Dee patrzy 
nato, patrzy na Axa i podnosi pytająco brew. Ax kiwa głową. 


Dee zagląda. To ciemna zjeżdżalnia, opadająca ostro w dół 
i znikająca z widoku. Wchodzi, kładzie się na płaszczu i pusz- 
cza się górnych krawędzie dziury. 

Natychmiast pogrąża się w dół i wiruje dookoła czegoś, 
co wydaje się prawie jak pionowy spiralny zjazd. 

— AAAAAAAAAAA"! — zauważa. 


Jej krzyk jest całkiem mimowolny, ale wychodzi zbyt 
późno, żeby zniechęcić Axa, który podąża za nią skromną 
sekundę później. Jego obcasy są niebezpiecznie blisko jej 
zakapturzonej głowy. Garbi się do przodu, tylko żeby zoba- 
czyć, że spadek jest jeszcze bardziej przerażający. Jej kostki 
są skrzyżowane, jej ręce ściskają płaszcz przed udami. To 
wszystko, co może zrobić, żeby nie skulić się w kulę. Ściany 
rury są miejscami przezroczyste, w niektórych chwilach wi- 
dzi, lub myśli, że widzi, widok nad dachami miasta, w in- 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 245 


nych zauważa wnętrza pokoju z zaskoczonymi twarzami ich 
mieszkańców patrzących prosto na nią przez ułamek sekundy. 
Zaczyna czuć przypalenie tkaniny płaszcza. 

Jej inne zmysły są całkowicie pogmatwane. Wycofuje 
się od oderwanej perspektywy Sys, która już uruchamia pierw- 
sze kroki procedury katapultowania się, przygotowując się 
na uszkodzenie systemów somatycznych. Dee widzi krótki, 
chłodny obraz jej komputera odłączającego się od pozosta- 
łości jej zwierzęcego mózgu i wyczołgującego się z krwa- 
wego wraku jej czaszki. 

Wtedy zaczyna Ślizgać się znacznie wolniej, na otwartej 
przestrzeni. Światło świeci na jej zamknięte oczy. Otwiera 
oczy i ciągle ślizga się, Świszcząc, ale zwalniając. .. napina 
ramiona i dokładnie zgodnie z Newtonem, uderzają w nie 
obcasy Axa. Światło słoneczne, otwarte powietrze, krzyczący 
ludzie. 

Dee babra się i zatrzymuje. Wszystko ciągle wiruje. Siada 
i się rozgląda. Ax jest kilka metrów dalej, oczy ciągle za- 
mknięte, usta otwarte. Są na dnie łagodnego nasypu czar- 
nego, zeszklonego materiału przy podstawie wieży, na placu. 
Pomiędzy ławkami, fontannami i wejściami do innych bu- 
dynków, ludzie się gapią na nią. 

"Tuż koło jej prawej dłoni pojawia się centymetrowa dziura 
w czarnym szkle. Od niej rozchodzą się pęknięcia. W tym 
samym czasie, słyszy miękkie puk. 

Kolejna dziura, bliżej. 

— Ona. ..to! 

Dee skacze na nogi, chwieje się, łapie Axa za kostkę 
i wyciąga go przez brzeg spadku. Upada z wysokości pół 
metra z uderzeniem. Krzyczy i otwiera oczy. Dee patrzy na 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 246 


twarze w wieży, widzi czarne postacie rzucające się na bal- 
konach wysoko nad nimi. Strzela kilka razy w górę, według 
ogólnej zasady, potem dźwiga Axa na stopy. 

— Biegnij! 

Oboje są ciągle tak oszołomieni, że unikanie, skręca- 
nie, upadanie i toczenie przychodzi im całkiem naturalnie. 
W ciągu sekundy lub dwóch są pomiędzy teraz krzyczącymi 
pieszymi na placu, choć jeszcze nie poza stożkiem ognia ze 
szczytu wieży. 

Rzeczy ciągle krążą wkoło i dookoła. Ax uderza w lu- 
dzi, ale kontynuuje postęp kuli bilardowej przez plac. Dee 
zmusza wirujące zmysły do stabilności i biegnie prosto do 
wejścia, które ma daszek. Dociera do jego powitalnego cie- 
nia i patrzy do tyłu. Ax, ku jej zupełnego horrorowi, wdał się 
w bójkę. Trzy dziewczyny w stroju sekretarki zamierzają się 
na jego głowę i kopią go w kostki, podczas gdy on uderza je 
głową w przeponę i naciska na ich stopy, okłada pięściami 
uda. 

Dee wyskakuje z osłony z krzykiem banshee i łapie garść 
długich blond włosów. Szarpie głową dziewczyny do tyłu, 
sięga w bójkę drugą ręką i wyciąga Axa za kołnierz, póki 
nie jest za nią. Potem z zamachem obu ramion pcha dziew- 
czyny razem na kupę i dobiega do Axa, który bardzo mądrze 
wybrał bieg ku tej samej osłonie. 

Patrzy na zarumienioną ciemną twarz Axa. 

— Uciekaj! — krzyczy. 

— Gdzie? 

— Za mną! 

Mapy tańczą przed jej oczami. Żołnierka przerzuca je 
pomiędzy wizją i zaznacza drogę, halucynując znaki dro- 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 247 


gowe przed nią. Biegnie po schodach budynku, za róg, przez 
parking i nad balustradą w obrzydliwą alejkę. Kałuże bry- 
zgają pod stopami. Ax dyszy koło niej. 


Wirtualna strzałka wskazuje na drzwi w Ścianie. Dee po- 
trząsa klamką. Zamknięte. Wygrzebuje pistolet, ale Ax za- 
trzymuje jej dłoń. Uśmiecha się do niej i obraca się na pięcie 
stopy, kopiąc mocno w drzwi drugą. Otwierają sią z hukiem, 
pokazując klatkę schodową. Strzałka mapy Świeci na scho- 
dach jak ślady stóp pozostawione przez gigantycznego ra- 
dioaktywnego ptaka idącego w tę stronę. Dee patrzy na lewo 
i prawo. Na końcu parkingu, głowa gładko się cofa. 


Dee strzela w róg, za którym zniknęła głowa, mając na- 
dzieję, że latające odłamki mogą zniechęcić do dalszego pod- 
glądania, i wchodzi po schodach. Ax kilka razy następuje na 
końce jej płaszcza. Z oburzeniem szarpie je. 


Po dwudziestu pięcioma betonowymi stopniami poja- 
wiają się w wielkiej przestrzeni piwnicznej z minimalnym 
luzem nad głową Dee. Słabo oświetlone przez organiczne 
światło, sala przypomina podziemny parking, choć nie ma 
wystarczająco dużo pojazdów w tym rejonie, by usprawie- 
dliwić takie wykorzystanie. Zamiast tego jest zawalone starą 
maszynerią, zwojami rur i — ku zdumieniu Dee — najwidocz- 
niej modułowymi komponentami statku kosmicznego. Wie, 
że wieże miasta częściowo wyrosły z części oryginalnego 
Statku, ale to potwierdzenie jest prawie szokujące. To jakby 
przybyła do samego dna jej Świata. Stąd, nie ma drogi w dół. 


Słyszy ruch na górze stopni, odwraca się i posyła kolejną 
kulę. Uderza i rykoszetuje po klatce, bardzo zadowalająco. 
Potem biegnie. Jej instynkty, oraz kierujące strzałki, prowa- 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 248 


dzą ją w tym samym kierunku, przez piwnicę w kierunku 
zapachu wody. 

Nie mogą biec w prostej linii. Ich bieg kluczy pomiędzy 
skrzyniami i kawałami sprzętu, którego boki kosmicznych 
śmieci są oznakowane ostrzeżeniami, instrukcjami i znakami, 
Dee zauważa ,„„Kosmiczni Kupcy, Karaganda” i „Projekt Jo- 
wisz”, a część jej umysłu ma czas, żeby podziwiać te staro- 
cie. Za nią i Axem, pośród echa dźwięków i pisków inter- 
ferencji elektomagnetycznej, Dee wykrywa pościg. Więcej 
niż jedna osoba, poruszająca się z szybką rozwagą. 

Przed nimi na poziomie podłogi jest linia światła. Strzałki, 
które jej oprogramowanie kierujące wkleja w jej wizję, koń- 
czą się tam, błyskając. (Jakby nie zauważyła). Gdy pod- 
biega, pinguje system sterowania szerokich zwijanych meta- 
lowych drzwi. Z, głośnym piszczeniem i tarciem, zaczynają 
się unosić. Po podniesieniu na trzydzieści centymetrów, za- 
trzymują się. Dee odbija radarem od nich, bez zmiany. 

Kropka światła laserowego pojawia się na nich. Dee pada, 
przewracając Axa tak, że toczy się do lądowania dla niego 
miękkiego, choć nie dla niej. Wytacza się spod niego, wpół- 
siedząc, i strzela wzdłuż pustej drogi, w kierunku wykry- 
tego ruchu. Prędko wbija kolejny magazynek do pistoletu 
i znowu strzela. Błyski odpowiadają i kula śwista koło jej 
nosa. Opróżnia magazynek w losowych kierunkach. Ściga- 
jący czmychają za skrzynie, a Dee znowu się toczy i czołga 
się do przerwy pod drzwiami. Jest dla niej zbyt nisko. 

— Idź przodem! — szepcze do Axa. Nie potrzebuje popę- 
dzania. Toczy się pod drzwiami i skacze na bok. 


Słyszy jego krzyk: 
— Nie! — a potem zapada cisza. Para mechanicznych stóp 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 249 


pojawia się w przerwie, krocząc do Środka drzwi. Meta- 
lowe pazury sięgają pod drzwi i podnoszą. Drzwi zwijają się 
i plączą się w górę jak listwowe żaluzje. Cokolwiek podnosi 
drzwi, w tym samym czasie obniża swoje ciało, pomiędzy 
nogami. Linia cząstek pyłu rozświetla się nad jej głową, gdy 
laser o przemysłowej mocy uderza w ciemność piwnicy. 


'Teraz zdesperowana, Dee wyjmuje pusty magazynek i wsa- 
dza kolejny, który wygrzebała z torby. Zdecydowanie jest 
na wyczerpaniu. Odwraca twarz ku jej nowemu przeciwni- 
kowi. To przysadzisty, kucający robot. Jego laser, wystając 
pomiędzy górnym a dolnym kadłubem, porusza się, mierzy 
i znowu strzela. Za nią jest wrzask, znacznie za blisko. 

— Myślę, że oślepiłem łowców nagród — mówi robot. — 
Ale myślę, że powinnaś uciekać. 

Dee patrzy się na to przez chwilę, a potem rozpoznaje 
robota, który towarzyszył Wilde owi poprzedniego wieczoru. 

— Och, to Ty — mówi niewdzięcznie i się wydostaje. Ro- 
bot pozwala drzwiom opaść z grzechotem i, dla pewności, 
pali mechanizm zamykający ładunkiem z bliska. Stoją na 
nabrzeżu z tyłu i u dołu budynku, z widokiem na kanał sze- 
roki na pięćdziesiąt metrów pomiędzy tyłami innych bu- 
dynków. Kanał jest pusty, prócz kilku długich automatycz- 
nych barek zmierzających w ich nieświadomych sprawach 
w Świecie nieco bardziej wymagającym niż rzeczywistość 
zabawkowa pierwszych eksperymentów z AI. Pod drzwiami 
mogą się palić światła, ale to tylko kontrast. Jest tutaj mrocz- 
nie, prawdopodobnie tak jest także w jaśniejszych czasach 
niż zmierzch. Ax stoi niepewnie nieco dalej, patrząc po- 
dejrzliwie na robota. Jego ubrania są podarte. Tam, gdzie 
Robot go złapał, domyśla się Dee. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 250 


— Jesteśmy ok — mówi mu. — Myślę. 

— Z pewnością nie chcę cię skrzywdzić — mówi Robot. — 
Nie mam zamiaru donieść na Ciebie, jak sądzę, moje działa- 
nia to pokazały. — Macha kończynami, wskazując opływową 
łódź z potężnym silnikiem zaburtowym i, najbardziej mile 
widziane, małą, ale ukrywającą kabiną. 

— Chodź ze mną — mówi Robot. — Mamy dużo do zro- 
bienia. 

— Ta — mówi Ax. Chowa broń do już poszarpanej koszuli. 
— Po prostu spójrz na stan jej ubrania. 


Gdy łodzie sojuszników w sporze wyszły z głównego 
systemu kanałów i z ludzkiej dzielnicy pomiędzy łachy i ba- 
gna, łódź Tamary przesunęła się na przód. Do czasu kiedy 
nie byli już w rozpoznawalnych kanałach, ale pokrytych trzci- 
nami strumieniach i ledwie nawigowalnymi rowami, prze- 
jęła prowadzenie. Gdzieś daleko w kierunku centrum mia- 
sta, poduszkowiec ryczał przez równinę, posyłając ptaki ucie- 
kające w powietrze na kilometry wokoło. Klucz gęsi przele- 
ciał nad głowami, złote kropki na ciemnoniebieskim niebie. 

— Rzeczy, które widzę, kiedy nie mam strzelby — wes- 
tchnęła Tamara. 

Wilde uderzył w owada. 

— Dlaczego kurwa — zażądał — musieliśmy przenieść pier- 
dolone muszki przez międzygwiezdną przestrzeń? 

— Ekologia — powiedziała Tamara z odrobiną zadowo- 
lenia z siebie. Podała mu tubkę środka przeciw owadom. 
Wilde wtarł go i spędził kolejne kilka minut, triumfując, 
gdy małe czarne diabły lądowały na jego skórze i odpa- 
dały martwe, prosto do jakiegokolwiek piekła czekającego 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 251 


na ich złe, dwubajtowe dusze. W pewnym zakresie przed- 
stawił to nieortodoksyjnie teologicznie stanowisko Tamarze, 
rozśmieszając ją i uspokajając. 

Opowiedziała mu o jej zawodzie łowcy biomechanizmów 
i jej aktywności politycznej w ruchu abolicjonistów. Prócz 
naciskania na szczegóły systemu bankowego, rzeczywistą 
formę organizacji abolicjonistów i ich społeczne cele, nie 
był złym słuchaczem. Potem położył się na dziobie łodzi 
i przeglądał przez notatki Eona Talgartha o Jonathan Wilde. 
Czasem się skrzywił, znacznie częściej głośno się Śmiał. Ethan 
i Tamara nalegali, żeby powiedział, co było Śmiesznego, i co 
jakiś czas im mówił. Po jakimś czasie ucichł, usiadł i patrzył 
na wczesne strony dokumentu, potem na koniec, a potem 
znowu na początek. W końcu schował je w plecaku Tamary 
i siadł, odwracając wzrok od innych, ponad wilgotną pusty- 
nią, gdzie zachód słońca kładł kolor rudy jak pole krwi. 

Miasto Statku było w tropikach Nowego Marsa. Ciem- 
ność nadeszła w ciągu minut po zniknięciu słońca za hory- 
zontem. Wilde uśmiechnął się do Tamary i Ethana i zapalił 
papierosa. 

— Dziwne — powiedział — móc widzieć w ciemnościach. 
— Znowu się rozejrzał. — Cholera! Nie mogę! 

— Osłoń papierosa — powiedział mu Ethan. — Oślepia Cię. 

— Cholernie blisko oślepienia mnie — powiedziała Ta- 
mara. — Nie, nie, po prostu ukryj w dłoniach, to wystarczy. 

Wilde zrobił, jak proszono i krótko potem wyrzucił nie- 
dopałek w wodę i spojrzał w gwiazdy. Ze światłami ludzkiej 
dzielnicy za nimi i mniej uporządkowanymi oświetleniem 
oraz nieprzewidywalnymi losowymi filarami Piątej Dzielnicy 
niedaleko przed nimi, gwiazdy były mniej przytłaczające 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 252 


niż ich pierwszy widok poprzedniej nocy, ale niemniej jed- 
nak imponujące. Sapnął na szepczący lot bolidu, mrugnął na 
błysk, który zrobił za zachodnim horyzontem. 


— Robot nazywał coś jak to „wodospadem” — powiedział 
do Ethana. — Co to znaczy? 


— Lód z komet — wyjaśnił lakonicznie Ethan. — Zasila 
kanały. 


— To raczej wolne terra-formowanie — dodała Tamara. — 
Planeta nadaje się do zamieszkania, jasne, ale chcemy wię- 
cej wody i grubszą atmosferę. Zabierze nam to kilka więcej 
wieków, ale wtedy będzie tak zielona jak Ziemia kiedykol- 
wiek była. — Przerwała, jak gdyby trochę się uniosła. — Przy- 
najmniej, tak mówi Reid. 


— Zastanawiam się — wymamrotał Wilde — jak zielona 
jest teraz Ziemia. Cokolwiek „teraz” oznacza. 


— Ach — powiedział szybko Ethan. — Mogę Ci to powie- 
dzieć. — Zrobił pokaz patrzenia na zegarek. Tamara i Wilde 
się roześmiali, tak głośno, że głowy odwróciły się w poje- 
dynczej linii łodzi wyciągniętych za nimi w wąskiej arterii 
wodnej. 


— Nie, nie — kontynuował Ethan. — Poważnie. „„Teraz” 
to dwa czasy. Absolutny, jeżeli taka rzeczy istnieje: chuj 
go zna. Ten sposób: jeżeli masz sygnał z Układu Słonecz- 
nego, to byłby bardzo długo w drodze. Tysiące lat, miliony, 
chuj wie. Jednak jeżeli wróciłbyś przez Milę Malleya, to jest 
bramę córki-tunelu czasoprzestrzennego, prawda, wróciłbyś 
prosto do 2094 anno domini plus czas Statku. Sześć przeci- 
nek cztery gigasekundy, pomyślmy. . . och, dwa tysiące trzy- 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 253 


sta dziewięćdziesiąty, wczesny dwa tysiące czterechsetnyj | 
może. Więc jest tam teraz dwudziesty piąty wiek. 

— Dwudziesty piąty wiek! — Wilde się roześmiał. — Tak, 
Ziemia mogłaby być Zielona! Lub nawet Czerwona! 

Nie złapali tego, a on nie wyjaśniał. Zmarszczył brwi na 
Ethana Millera. 

— Dlaczego „córka-tunel””? — spytał 

Ethan wzruszył ramionami. 

— Tak nazywał to mój ojczulek. Przeszedł i nie jako pier- 
dolony robotowy upload. Był załogą, nie kryminalistą. — Ude- 
rzył się w pierś. — Ludzie przez całą drogę, to ja. 

— Węglowy szowinista — fuknęła Tamara. 

Wilde pochylił się do przodu, bez namysłu zapalając ko- 
lejnego papierosa. 

— Mów dalej. 

— Cóż — powiedział Ethan, machając dłonią w powietrzu 
— tunel czasoprzestrzenny, którym przeszliśmy, był odpry- 
skiem. — Ustawił dłoń bokiem. — Główna sonda, ta, którą 
zbudował szybki ludek, zanim ich umysły się wypaliły, po- 
szła dalej. Ciągnąc swój koniec tunelu do... gdziekolwiek. 
Musi tam już być do tego czasu. — Roześmiał się cierpko. — 
Cokolwiek „teraz” znaczy, jak mówiłeś. 

Wilde oparł się do tyłu, zaciągając się papierosem tak 
mocno, że jego złożone dłonie nie mogły ukryć blasku. 

— Koniec czasu — powiedział. 

Myślał o tym przez kilka chwil. 

— Och, cholera — powiedział. 


3 obliczenia wydają się błędne, 6,4 gigasekundy to ca 202 lata, zatem 2094 
+ 202 to 2296-2300, zamiast podanego zakresu 2390—2400. Pozostawiam bez 
zmiany na potrzeby wewnętrznej chronologii tetralogii — przyp.tłum. 


Rozdział 11. Czas Niedostępności 254 


— W czym problem? — spytała Tamara. Zmniejszyła ob- 
roty silnika i łódź zaczęła dryfować ku cyplowi. 

— Czas — powiedział Wilde. — Jak w, nie mamy go dużo. 

— Cóż, — powiedziała Tamara, gdy łódź uderzyła w brzeg 
— jesteśmy w Piątej Dzielnicy. Zbierajmy się. 


Rozdział 12 


Doświadczenie Śmierci 


Annette miała rurki w prawym ramieniu, ja w lewym. 
Jej lewa dłoń sięgnęła i złapała moją prawą. 

— Boisz się? — spytałem. 

— Trochę. 

— Ja też. — Ścisnąłem w odpowiedzi. 

Sala miasta była pełna dojrzałych ludzi, starszych ludzi, 
ludzi jak my. Na plecach na łóżkach patrzących na panele 
dachowe. Zielono zabarwione światło, technicy w zielonych 
fartuchach, wszystko powolne: poczucie zanurzenia. Wiel- 
kie maszyny podłączone do rurek przesączały małe maszyny 
do naszej krwi. Nie nanotechnologia, nie pełna odnowa ko- 
mórek, jeszcze nie, ale dało nam to szansę życia, aż to na- 
dejdzie. Przy siedmiu dekadach dotychczasowego życia, na- 
sza oczekiwana długość życia już przedłużyła się do przy- 
najmniej kolejnych czterech. Czuliśmy się lepiej niż kiedy 
mieliśmy pięćdziesiąt lat. Patrzyliśmy, cóż, wczesne lecze- 
nie przeciw starzeniu sprawiało, że skóra była twardsza jak 
również napięta, więc wyglądaliśmy na nieco wysuszonych 
na słońcu, nieco uwędzonych. 

To leczenie było inne. Nie mieliśmy go wcześniej, choć 
miałem iniekcję mikrobotów, żeby poradzić sobie z niepo- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 256 


kojącym przerostem prostaty kilka lat wcześniej. Teraz, mi- 
kroboty rozszerzyły swoje możliwości, i w ramach tych kom- 
promisów charakterystycznych dla Republiki, państwowa służba 
zdrowia oferowała te możliwości obywatelom w zamian za 
ich prawa do państwowej emerytury. Umowa była bardziej 
polityczna niż ekonomiczna, ale miał pewną elegancką sy- 
metrię: wymień emeryturę na długość i stopień odmłodzenia 
i możesz pracować, aż padniesz. 

To by nigdy nie przeszło pod starymi prawami. Było 
ryzykowne. Jedna lub dwie osoby na tysiąc umierały przy 
tym, choć czy umarli od tego, było inną kwestią. To był pro- 
blem z sercem, trudny do przewidzenia. Jeżeli takie miałeś, 
wkrótce mogłoby cię dopaść. Tak mówiły firmy medyczne 
i państwowa służba zdrowia. 

'Techniczka przeszła pomiędzy naszymi łóżkami, deli- 
katnie rozłączyła dłonie. 


— Gotowi? — spytała. 

— Tak — powiedziała Annette. 

— Gotów jak zawsze — powiedziałem. Spróbowałem się 
uśmiechnąć. — Kto chce żyć wiecznie? 

— Cóż, wiem, że Ty, obywatelu Wilde. Powodzenia. 

Oto nicość, pomyślałem. 

Nacisnęła przycisk, wysyłają sygnał radiowy niskiej mocy 
do mikrobotów w krwi mojej i Annette. 


Poczułem, jak moje serce staje. Musiało. Mikroboty po- 
trzebowały stabilnej platformy do szybkiej pracy nad ner- 
wem błędnym, żeby dać im szansę przepchnięcia czynni- 
ków wzrostu nerwów i sklonowanych macierzystych komó- 
rek nerwowych przez barierę mózg-krew. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 257 


Kolory zblakły, potem światło. Świadomość kompletnie 
się wyłączyła, jak we Śnie. Moje serce ponownie się urucho- 
miło z bolesnym wzrostem mocy i świadomość powróciła, 
wyłączyła się, przywróciła się z pamięci i ponownie wró- 
ciła. Podniosłem słabo głowę i spojrzałem na Annette, która 
otworzyła oczy, popatrzyła na mnie i się uśmiechnęła. 

— Udało nam się — powiedziała. 

— Uda nam się — powiedziałem. — Uda nam się dotrzeć 
na statki. 

Spróbowałem usiąść. 

— Jeżeli nie zostaniesz tam, gdzie jesteś, przez następne 
pół godziny — upomniała techniczka — nie uda ci się dotrzeć 
do drzwi. 


Na zewnątrz, na ulicy Greenbelt, pod niebem szklarni. 
Przeszliśmy przez zwyczajową pikietę Pro-Life, która cią- 
gle krzyczała na nas „Mordercy!” zza linii uzbrojonej Straży 
Republikańskiej. Chodziło o tkanki płodowe — sklonowane 
z naszych własnych komórek — które rzekomo mordowali- 
śmy, zgodnie z ulotką Społeczeństwa dla Ochrony Niena- 
rodzonych Dziecf!] którą jakaś biedna, zepsuta dusza we- 
pchnęła mi w twarz. 

— SPONDujcie się P]- zawołałem. — Ty trafisz do piekła! 
My nawet nie zamierzamy umrzeć! 

— Czy chcesz złożyć skargę, obywatelu? — spytał mnie 
najbliższy Strażnik, bez odwracania. 


! w oryg. Society for the Protection of the Unborn Child, w skrócie 


SPUC, rzeczywiście istniała, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/ 
Society_for_the_Protection_of_Unborn_Children- przyp-tłum. 


w oryg. SPUC off, gra wulgaryzmem i nazwą stowarzyszenia — przyp.tłum. 






Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 258 


— W porządku, oficerze — powiedziała Annette, łapiąc 
mnie za łokieć i ciągnąc mnie dalej. — Wolność słowa. ..a Ty 
się zamknij! — dodała do mnie. 


— Ok, ok. — Szedłem szybko, wewnętrznie drżąc. Nic 
— ani komuniści, ani faszyści, ani autorytarianie dowolnej 
maści — nigdy nie wzbudzało we mnie takiej morderczej 
wściekłości jak prolajferzy. Kiedykolwiek trafiałem na nich 
korzystających ze swoich praw, byłem cholernie pewny, że 
skorzystam ze swoich. 


Przyzwyczaiłem się żyć tutaj, co było oficjalnie nazy- 
wane „nieoficjalnym” sektorem: obrzeża slumsów Londynu, 
gdzie eksperymenty Republiki w lokalnych rządach nakła- 
dały się na eksperyment anarchokapitalizmu, który sprawiał, 
że strefy przedsiębiorcze Ruchu Kosmicznego wyglądały na 
przeregulowane. Drugie, trzecie i następne kondygnacje więk- 
szości budynków były refleksją. Organiczne farmy sprawiły, 
że brak rur kanalizacyjnych był czymś mniej niż katastrofą, 
ale nie sprawiły, że zbiorniki fekaliów mniej śmierdziały. 
Opary wydechu śmierdziały. Populacja była mieszanką lo- 
kalnego marginesu i uchodźców z wojen Europy i Azji. Nie- 
wielu żebraków, ale byli dostatecznie niepokojący: ludzie, 
których obrońcy poskąpili na ich polisy ubezpieczenia ją- 
drowego. 

'Tak jak mówiłem, przyzwyczaiłem się do tego, ale w tej 


chwili — efekt uboczny kliniki lub pikiety — to wszystko było 
za dużo. 


— Czuję się strasznie — powiedziałem. — Głowa mnie 
boli, czuję jakby ktoś napompował mi żołądek. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 259 


— Och, przestań jęczeć — powiedziała Annette. — To nie 
jest gorsze niż kac. 

— Co za radosna myśl — powiedziałem. Przed nami był 
pub na chodniku. — Pół litra Amstela byłoby strzałem w dzie- 
siątkę. 

Annette pomachała broszurą Ministerstwa Zdrowia przede 
mną. 

— Tu jest napisane... 

— Tak, wiem, co tam jest. Czy wyglądam, jakbym miał 
zamiar używać broni lub ciężkiego sprzętu? 

— Mniemam, że nie. — Umiechnęła się i opadła na pla- 
stikowe krzesło, niebezpiecznie blisko rynsztoka. — Pils dla 
mnie. I te kebaby wyglądają dobrze. 

Wykrzyczałem zamówienie do garsona, który zniknął 
w klapie i pojawił się minutę później. Nad klapą był zwy- 
czajowy plakat Abdullaha Ocalanf'] Nigdy nie mogłem zro- 
zumieć, dlaczego nawet uchodźcy z Demokratycznego Kur- 
dystanu — przedsiębiorcy do kości — ciągle szanowali Wiel- 
kiego Przywódcę. Prawdopodobnie w miasteczkach odby- 
wały się wymuszenia. Zrobiłem notatkę w głowie, żeby to 
sprawdzić. Mogły być w tym pieniądze dla firmy obrony, 
która mogłaby zaoferować im lepszą umowę niż wymusze- 
nie haraczu przez Partię. Lub mogłem całkowicie źle rozu- 
mieć sytuację, nacjonalizm jak zawsze był mi obcy. 

Tłum, w większości Turcy i Kurdowie, opływali dookoła 
pubu na chodniku. Za nami bestie i pojazdy podążały zgod- 
nie z jakimś niepisanym kodeksem autostrady, w którym 


3 Abdullah Ocalan, ps. „Apo” (ur. 4 kwietnia 1948 w Halfeti) — lider 
Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), zob. https://pl.wikipedia.org/ 
wiki/Abdullah_%C3%96calan - przyp.tłum. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 260 


pierwszeństwo zależało od współczynnika pędu i hałasu. Te- 
lewizor przy klapie pokazywał program z Istambułu. Nad 
nimi, sterowce dryfowały do odległych masztów Portu Ale- 
xandra. Oparłem się, rozgrzany przez słońce i rozprzestrze- 
niające się ciepło jedzenia i picia. 


— Śniłeś? — spytała Annette. 
Pokręciłem głową. 
-ATy? 


— Myślałam, że tak — powiedziała Annette, uśmiechając 
się tajemniczo. — Usłyszałam ciepły, przyjazny głos, zoba- 
czyłam białe światło i pamiętam myśl: „Wspaniale! W końcu 
mam doświadczenie śmierci!”, i wtedy światło było tylko 
słońcem, a głos był techniczki, odliczającej. 


— To prawda — powiedziałem. — Światło słoneczne jest 
białym światłem. — Ten materialistyczny wgląd był wszyst- 
kim, co przetrwało haj na magicznych grzybkach, które wzią- 
łem, będąc studentem. To i wizja trzech bogini: Matki Na- 
tury, Pani Szczęście i Panny Wolności, które były — zrozu- 
miałem to po wyjściu z tripa — koniecznością, szansą i wol- 
nością, i w istocie władczyniami wszystkiego. 


— Wyobraź sobie — powiedziała Annette — że byliśmy 
najbliżej kiedykolwiek umierania! 


— Odstukaj w plastik! — Zapukałem w stół. Roześmiali- 
śmy się, zaciśnięte dłonie ponad stołem. Spojrzałem na jej 
twarz, postarzałą, ale nie pogorszone, jej linie mapą jej ży- 
ciowego śmiechu i smutku, i poczułem, że mógłbym kochać 


Ją na zawsze. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 261 


— „Aż wyschną wody mórz, Najdroższa, I aż się w słońcu 
stopi głaz... ju 

— Och przestań, zanim cię zgłoszę za starość. 

Ruch i hałas zamarły. Spojrzałem ponad zwalniającymi 
samochodami i pomyślałem, że wszyscy patrzą nas. Patrząc 
w drugą stronę, ujrzałem, że patrzą na telewizor. Komen- 
tarz i głośne konwersacje, które nagle zastąpiły ciszę, były 
wszystkie po turecku i kurdyjsku. Jednak obraz telewizyjny 
nie wymagał tłumaczenia: niemiecki czołg, polski znak dro- 


gowy. 


Berlin — dwudziestopierwszowieczny Berlin, przedwo- 
jenny stary Berlin — był najbardziej ekscytującym miastem 
w Europie. Boom budowlany po zjednoczeniu skończył się 
już, ale intensywność interesu i przyjemności nie straciły 
tempa. Każdy, kto był kimkolwiek, był tam lub w Londy- 
nie. W pewnym sensie dwie stolice poruszały się w przeciw- 
nych kierunkach, jedna odzyskująca swoją narodową pew- 
ność siebie, druga rezygnująca z imperialnych aspiracji. Jedna, 
jak się okazało, dozbrajająca, druga rozbrajająca... 

Właśnie teraz w Berlinie była jedyna osoba, na której mi 
zależało: Eleanor, była tam z partnerem na długim weeken- 
dzie. 

— Co się robi w czasie wojny, Jonathanie? 

Dziewiętnastoletnia córka Eleanor, Tanya, brzmiała bar- 
dziej na zainteresowaną niż przestraszoną. To było jedno 
z tych nadzwyczajnych rodzinnych zebrań dookoła telefo- 
nów i telewizorów, które odbywały się w całej kraju przez 


4 pieśń Roberta Burnsa napisana w 1794 roku, zob. wikipedia.org, tłumacze- 
nie na podstawie — przyp.tłum. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 262 


kilka pierwszych godzin konfliktu. Nasze było we fronto- 
wym pokoju Eleanor w Finsbury Park. Jej nieobecność była 
wszechobecna. Wielu z naszych przyjaciół, i innych krew- 
nych, również było w Berlinie. Ludzie dzwonili do nich na 
wszystkich możliwych kanałach. Miałem program wywołu- 
jący, który śledził Eleanor, i próbowałem w tym samym cza- 
sie prowadzić spotkanie wykonawcze, częściowo, by prze- 
stać o niej myśleć. Łączność, nie ku mojemu zaskoczeniu, 
była wolna. 

Co się robi w czasie wojny? Z czterema pokoleniami an- 
tymilitarystów za nią, myślałbyś, że dzieciak by wiedział. 

— Sprzeciwiasz się — powiedziałem. To nie wydawała się 
bardzo oświecająca odpowiedź. Ustawiłem kody do kolejnej 
próby na łączu konferencyjnym. 

Angela, najstarsza Eleanor, roześmiała się. 

— Jesteś niepoprawny. — Rozdawała kubki kawy i her- 
baty. Dobra dziewczyna. Ona wiedziała, co robić w czasie 
wojny. 

— Moi dziadkowie byli kontestatorami wojennymi |w Pierw- 
szej Wojnie Światowej, moi rodzice w Drugiej, i będę prze- 
klęty, jeżeli stracę szansę zrobić to samo w Trzeciej. — Ser- 
wer nie odpowiadał. Westchnąłem i wprowadziłem komendę 
przełączenia. 

— Ta — powiedziała Annette, opierając plecy o moje pisz- 
czele. — Kontestator wojny z możliwością nuklearną. 


5 w oryg. „conscientious objectors” czyli osoby odmawiające służby woj- 
skowej ze względu na przekonania, w słowniku języka polskiego przyjęto 
kalkę z języka angielskiego w postaci obdżektora, zob. 
proponuję „kontestator wojny” 
czyli osoba sprzeciwiająca się wojnie zob. 









Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 263 


— Osłoną nuklearną — skorygowałem. — Tak czy inaczej, 
do tego nie dojdzie. Niemcy nie mają broni jądrowej. 


— Tak mówią. 


Annette przełączała kanały, oglądając relację CNN z pol- 
skiego frontu, wywiady na żywo WDR z Berlina, Wiadomo- 
ści Channel 4 z regionalnych zgromadzeń i Państwowego 
Zgromadzenie Federalnego Brytanii. Przy ich transportow- 
cach czołgów w poduszkowcach, postępy Niemców były 
najszybsze, jakie kiedykolwiek były widziane. Używali dro- 
nów bojowych jak Chomeini i Mao używali ludzi. Nie by- 
liśmy na wojnie, jeszcze. Było wielu w partiach opozycji, 
którzy chcieli, żebyśmy byli. Twarz Lorda Ashdowna poja- 
wiała się zbyt często jak na moje gusta. 


— Nie, tak mówi FIS, i powinni cholernie dobrze wie- 
dzieć, to ich skóra będzie przypalona, gdy...ach! 


Miałem połączenie. Obrazy w skali 0,1 stołu z innymi 
dookoła niego zabłysły przed ekranem na moich kolanach. 
Z, komitetu w okresie wyborów, zostaliśmy tylko Julie O'Brien 
i ja. Reszta była nowymi twarzami. Prawie dekada społecz- 
nych i politycznych przewrotów — Rewolucja, jak wszyscy 
ją teraz nazywali — przesiała libertariańską kadrę Ruchu Ko- 
smicznego, większość z których była zorganizowana w Wol- 
nymkKosmosie. Niektórzy z najlepszych poszli za Aaronso- 
nem i Rutherfordem do Woomera, gdzie republiki brytyj- 
skie i australijskie prowadziły swój połączony program ko- 
smiczny. Inni uciekli do konwencjonalnej polityki, zwykle 
republikańskiej, ale okazjonalnie na dziksze brzegi, nawet 
do wskrzeszonej trockistowskiej Partii Władzy Robotniczej 
lub rozpowszechniających się kampanii dla jednej sprawy. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 264 


Zostałem z twardogłowymi, młodymi Turkami (ha!), którzy 
postrzegali mnie jako niebezpieczne umiarkowanego. 


— Ok, towarzysze — powiedziałem. — Ktokolwiek teraz 
poświęca całą uwagę na to spotkanie, lepiej natychmiast włą- 
czy telewizor, ponieważ musimy tego pilnować jednym okiem. 
Bez wątpienia szerszy ruch kosmiczny będzie w każdym 
miejscu na wojnie, i tak to powinno wyglądać, ale my w Wol- 
nymkKosmosie jesteśmy odpowiedzialni za zajęcie stanowi- 
ska, w imię wolności, jeżeli nie kosmosu. Sympatyzuję z Niem- 
cami, nie można oczekiwać, że będą ciągle przyjmować uchodź- 
ców, opad i terroryzm. To raczej satysfakcjonujące, obser- 
wować porażki Polaków, szczególnie po tym, w jaki spo- 
sób traktowali swoje mniejszości. Wszelako. Twierdzę, że 
to wojna imperialistyczna, sprzeciwiamy się każdej stronie 
i robimy wszystko, co się da, żeby trzymać Brytanię z dala. 


Powaga mojego oświadczenia była nieco osłabiona przez 
obserwację przewracającej oczami Tanyi. Chodziłem na mar- 
sze pokojowe dla podobnych Tobie, czułem, jakbym mówił 
do niej. (I z Eleanor, krzyk z wnętrza dodał.) Chwyt Annette 
na mojej dłoni był ciasny, jak gdyby mogła się wymsknąć. 
Pogłaskałem jej ramiona, poniżej obrazu wirtualnego i spoj- 
rzałem na towarzyszy. 


— Obawiam się, że nie zgadzam się z towarzyszem Wilde 
— powiedział Mike Davis, czarny dwudziestolatek z Liver- 
pool, którego opinie sporadycznie szanowałem. — To, co wła- 
śnie powiedział, jest dokładnie tym, co rząd mówi, tak, i je- 
żeli mnie zapytacie, to jest ten rodzaj liberalnego pacyfi- 
zmu z dwudziestego wieku, który nas wpędził w ten bała- 
gan na pierwszym miejscu. Jeżeli Brytania nie porzuciłaby 
odpowiedzialności na Kontynencie, Niemcy nie musieliby 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 265 


jej brać na siebie. Jak to jest, najlepsze na co możemy mieć 
nadzieję to, że Amerykanie znowu nas uratują. 


— Co £o za gówno? — powiedziała Julie. — Odpowiedzial- 
ności? Hm, dziękuję ci towarzyszu, ale nie biorę odpowie- 
dzialności za cholerne państwo brytyjskie. Pacyfizm libe- 
ralny, kiedy to stało się brzydkim słowem? Jestem liber- 
tariańską internacjonalistką i jestem z tego dumna. Wojna 
jest wynalazkiem Państwa. Każdego dnia wybrałabym li- 
beralny pacyfizm przed libertariańskim militaryzmem. Neu- 
tralność, nieinterweniowanie i przygotowanie samoobrony, 
to właśnie powinniśmy proponować, a nie próbować kalku- 
lować czy powinniśmy poprzeć Niemców lub wezwać cho- 
lernych Jankesów do szarży. Czego ty ...— dodała, odwra- 
cając się, żeby pchnąć palcem awatara Daviesa — najwidocz- 
niej nie próbowałeś przemyśleć! 

W innym rogu ekranu światło błyskało nagląco. Eleanor 
się przedostała! 


— Jeżeli to wniosek — powiedziałem sucho — to ja po- 
pieram. W międzyczasie, towarzysze, błagam o przerwę na 
kilka minut. — Skinąłem głową uroczyście, wyłączyłem dźwięk 
i przełączyłem się na kanał telefoniczny. 

Pojawiła się twarz Eleanor i przerzuciłem ją na główny 
telewizor. Radosne paplanie wypełniło pokój i umilkło, gdy 
Eleanor przemówiła. 

— Cześć ludzie — powiedziała. — Przepraszam, że was 
wszystkich zmartwiłam. Nie mogłam się połączyć na moim 
ręcznym zestawie, a do telefonu hotelowego jest kolejka około 
pięćdziesięciu osób za mną. Nie mogę być długo. Wszyscy 
ok? 


— Wszyscy jesteśmy w porządku — powiedziała Annette. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 266 


Partner Eleanor pochylił się krótko na obrazie, uśmiechnął 
się i pomachał. — Och, witaj Colin — kontynuowała Annette. 
— Kiedy wracacie? 

Eleanor zmarszczyła brwi. Colin, za nią, uspokajał nie- 
cierpliwą następną w linii. 

— Nie wiem — powiedziała. — Lotnisko jest teraz zamknięte. 
Powiedzieli, że loty wznowią jutro, ale będzie tam chaos. 
Równie dobrze możemy to przesiedzieć, póki operacja się 
nie skończy. 

— Operacja? — zaskrzeczałem. — Nie wiem, co wam tam 
mówią, ale stąd to wygląda jak początek wielkiej rzeczy. 
Jankesi są bardzo przeciwni, Rosjanie brzmią nerwowo, a nie- 
które małe republiki, na które napiera Europawekhr, trzymają 
palce na bombach jądrowych. Wynoście się stamtąd tak szybko, 
jak możecie. Jedźcie na lotnisko teraz. Jeżeli ludzi wokół 
was są beztroscy, to ich problem i wasza możliwość. 

Eleanor właśnie miała odpowiedzieć, gdy obraz się roz- 
mył i został zastąpiony przez przepraszająco wyglądającego 
mężczyznę w garniturze, który mówił „Kierownik Hotelu” 
tak jasno jak odznaka. 

— Przepraszam Pana, nie możemy pozwolić na konty- 
nuowanie tej rozmowy. — Połączenie zostało przerwane ku 
krzykom oburzenia z naszej strony. 

'Tanya odwróciła się do mnie. 

— Dlaczego kłapałeś jęzorem? Nawet nie udało nam się 
z nią porozmawiać! 

— Przykro mi — powiedziałem. — Naprawdę. Jednak nie 
sądzę, żeby ktokolwiek tam zdawał sobie sprawę, jak to jest 
poważne. Może odkrycie, że ich rozmowy telefoniczne są 
monitorowane, sprawi... 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 267 


— Nie sprawi — powiedziała Annette. — Powinieneś to 
wiedzieć. Wszystko, co zobaczy Eleanor, to zamazany ekran. 

Po kolejnych wzajemnych oskarżeniach, w końcu uspo- 
kojonych przez Annette, wyszedłem z moim sprzętem i usia- 
dłem na łóżku. Przez otwarte okno słyszałem żałosne śpiewy 
z jednego z wielu fundamentalistycznych i charyzmatycz- 
nych kościołów, które w ostatnich czasach zgromadziły się 
w okolicy. Zastanawiałem się, czy moje własne działania 
były mniej daremne. Potem siła mojego sceptycyzmu do 
mnie wróciła. Przebiłem się. 

Na spotkaniu trwała debata pomiędzy tymi, którzy chcieli 
naciskać na: zaangażowanie Wielkiej Brytanii, zaangażowa- 
nie Amerykanów, neutralność i — zupełnie znikąd — wyko- 
rzystanie wojny jako dogodnej chwili do rozpoczęcia po- 
wstania libertariańskiego. 

Mogłem sobie z tym poradzić. 


Telefon dzwonił. Obudziłem się i machnięciem włączy- 
łem Światła. Zegar pokazywał 3:38 i małe czerwone Świa- 
tełko na telefonie mrugało, szyfrowane połączenie. Odebra- 
łem je i włączyłem przełącznik. Twarz Myry pojawiła się 
na ekranie, czarno biała w wojskowej czapce w mundurze. 
Wyglądała, jakby nie spała całą noc. 

— Och — powiedziałem, nieuprzejmie, głupio i irytująco 
ze snu i rozczarowania. — To Ty. — Miałem nadzieję, że to 
była Eleanor. 

— Witaj Jon — powiedziała Myra. — Przepraszam, że Ci 
przeszkadzam, ale jest to... 

— Kto to? — Annette zmagała się z obudzeniem. 

— To Myra — odpowiedziałem. — Interesy. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 268 


Annette spojrzała na ekran, chrząknęła i zakryła kołdrą 
głowę. Na wpół usłyszałem coś jak „nuklearna dziwka” i mia- 
łem nadzieję, że Myra nie dosłyszała. 

— Co jest? 

— To Niemcy — powiedziała Myra. — Szukają osłony nu- 
klearnej i przedstawili nam bardzo dobrą ofertę. 

— Lepiej ją przyjmijcie — powiedziałem — zanim przy- 
jadą. 

— Tak właśnie myślę — powiedziała Myra. — Problem: 
mamy komplet, jak możesz sobie wyobrazić. Niemcy ofe- 
rują wykup wystarczający dla naszych obecnych klientów, 
żeby się wycofali. Czy sprzedasz? 

— Za ile? 

— Pięć milion Deutschmarks, w złocie, po przedwojen- 
nym, to jest przedwczorajszym, kursie, bez żadnych pytań. 
Mam na linii niemieckiego negocjatora, a konto szwajcar- 
skiego banku zostało zweryfikowane. 

— Chryste! Daj mi się zastanowić, dobra? 

Uderzyłem przycisk wyciszenia/czystego ekranu, aby ukryć 
swoje zmieszanie i próbowałem szybko pomyśleć. Wyda- 
wało się dziwne, że Niemcy nie załatwili takiej umowy, za- 
nim rzeczywiście rozpoczęli operację „PRZYWRÓCIĆ PO- 
RZĄDEK”, ale może ryzyko ujawnienia ich planów temu 
zapobiegło. Teraz improwizowali polisę ochrony jądrowej 
w tempie blitzkriegu. 

Oferta była kusząca, nawet oprócz pieniędzy. Z, Eleanor 
w Berlinie... 

Jednak my byliśmy tutaj. Odstraszanie jądrowe Brytyj- 
czyków było obecnie związane w sporze z USA, więc nasza, 
i umowy innych prywatnych sektorów, było wszystkim, na 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 269 


czym mogliśmy się opierać. Kto wiedział, czy nie potrzebo- 
walibyśmy tej opcji, może gdyby Eleanor wróciła bezpiecz- 
nie do domu? 

I istniała jeszcze jedna kwestia. Jeżeli sprzedalibyśmy 
nasz udział w jądrówkach Kazachów Niemcom, firma Wol- 
nyKosmos byłaby niezaprzeczalnie zamieszana w wojnę, po 
stronie Niemców. Następstwa tego były nieobliczalne i praw- 
dopodobnie niemiłe. 

Przełączyłem włącznik wyjścia. Brwi Myry błysnęły. 

— Więc? 

— Przepraszam Myra, nie ma umowy. Nie nasza wojna 
i tak dalej. 

Nawet na małym podręcznym ekranie jej twarz pokazy- 
wała narastanie zmęczenia, ale jej głos nie pokazywał wy- 
rzutu, gdy mówiła: 

— Rozumiem. Ok, Jon, spróbuję gdzieś indziej. Wyłą- 
czam się. 

— Dobranoc. Do zobaczenia. 

Uśmiechnęła się, jakby to była beznadziejne urojenie. 
Jej widok zmniejszył się do kropki. 

Choć doniosła, w retrospekcji, mogła się wydawać moja 
decyzja, faktem jest, że resztę nocy spałem dobrze. 


Następnego dnia rząd przegrał głosowanie nad wotum 
zaufania (z powodu wstrzymania się od głosu tylko pięciu 
posłów, trzech z Władzy Robotniczej i dwóch z Socjalistów 
Świata) i upadł, zastąpiony przez bardziej radykalną koalicję 
czerpiącą poparcie z mniejszych partii. Neutralność została 
potwierdzona. Wyższa Izba — wybrana teraz, ale przejściowa 
mieszanka starych Lordów i Nowych Senatorów — debato- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 270 


wała oddzielnie nad kwestią wojny i doszła do odmiennego 
wniosku. Pierwsza demonstracja prowojenna, w Midlands, 
została brutalnie rozbita przez Straż Republikańską i bo- 
jówki Partii Władzy Robotniczej. 


Była to cholerna hańba i tak powiedzieliśmy. W tym sa- 
mym czasie, po wygraniu dyskusji w komitecie, zaczęliśmy 
organizować kampanię za neutralnością i wycofaniem się 
z wojny. ONZ nałożył sankcje na Niemcy i Austrię. Bry- 
tyjski ambasador wyszedł z ONZ, gest, który nawet ja po- 
strzegałem jako nieszczery. Drogo to miało kosztować Re- 
publikę. 

Niemcy ostrzelali artylerią Warszawę, na żywo w CNN. 


Nie słyszeliśmy nic od Eleanor przez cały następny ty- 
dzień. Nie pamiętam spania w tamtym tygodniu. Wojny do- 
mowe rozszerzały się jak wtórny ogień po rozszerzającym 
się obwodzie postępów Niemców. Brytania zbliżyła się do 
wojny, gdy problem dołączenia do mobilizacji USA/ONZ 
przeciwko Niemcom stał się nie do rozdzielenia od problemu 
Republiki. Rząd narastająco opierał się na poparciu ulic, gdy 
demonstracje przeciwko uczestnictwu w wojnie zwielokrot- 
niły się, rozlały i starły z demonstracjami prowojennymi, 
które żądały powrotu starej Brytanii. Siły prowojenne nazy- 
wały nas Hunami. My nazywaliśmy ich Hanowerczykami. 
Żadna ze stron nie myślała już więcej o drugiej jako brytyj- 
skiej. 

Niemcy dotarli do granicy ukraińskiej i się zatrzymali. 
Polacy, w rzucie na oślep, pogrążyli się w toczącej się woj- 
nie domowej na Ukrainie. Brytyjski Szef Sztabu przedsta- 
wił rządowi ultimatum. Generałowie, liderzy partii zwolen- 
ników unii, członkowie emerytowanej, na wpół sprywatyzo- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 271 


wanej Rodziny Królewskiego stworzyli stały strumień gości 
w ambasadzie USA. Niechętna Straż Republikańska, wy- 
konując tylko swoją pracę, odparła zdeterminowanych de- 
monstrantów na Grosvenor Square. Była mowa o przewro- 
cie wojskowym. 

Myra znowu zadzwoniła. Oferta Niemców wzrosła do 
dwudziestu milionów. Powiedziałem nie. Nie trzeba doda- 
wać, że nigdy nie wspomniałem o tym reszcie komitetu. 

Mój program wyszukujący prawie dosięgnął Eleanor, przy- 
najmniej dwa razy. 


Nie było przewrotu. Zamiast tego, zamorskie oddziały 
brytyjskich sił zbrojnych rozpoczęły wojnę bez zgody rządu. 
Kolejny rząd — cywilny, zaciemniając prawnie uzasadnie- 
nia konstytucyjne — został sformowany z opozycji, Lordów 
i Króla. Otrzymał natychmiastową akceptację w USA i puste 
miejsce Brytanii w ONZ. Wypowiedział wojnę Niemcom. 


Polacy przegrupowali się, sprzymierzeni z kilkoma ukra- 
ińskimi fakcjami i zaatakowali niemieckie zgrupowania. Użyli 
broni chemicznej. Jednocześnie, jacyś bośniaccy uchodźcy 
— nigdy nie udało się ustalić, jakiej byli narodowości — za- 
truli ujęcia wody Hamburga. Niemcy potoczyli się do przodu 
na wszystkich frontach. Francuzi i Rosjanie w końcu prze- 
stali siedzieć na barykadzie w Radzie Bezpieczeństwa. 


Republikański rząd ciągle kontrolował siły wewnętrzne 
w kraju, podczas gdy królewska junta kontrolowała zewnętrzną 
władzę państwa. W dziwaczny sposób musieli współpraco- 
wać lub przynajmniej utrzymywać podział pracy: gdy jedni 
uczestniczyli w amerykańskich zrzutach nad Bałkanami i ma- 
newrach morskich na Morzu Śródziemnym, inni gorączkowo 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 272 


mobilizowali populację kraju do obrony cywilnej. W rezul- 
tacie Korona wyjęła spod prawa ostatnie dziesięć lat historii 
Brytanii, podczas gdy Republika zalegalizowała Rewolucję. 

To byłaby taka interesująca rewolucja. Z których z kon- 
kurujących ekstremizmów — w tym naszego — wyłoniłby 
się zwycięski, ciągle jest przedmiotem debaty. Jak to bywa, 
miałem interesujący tydzień. Ruch Kosmiczny naprawdę był 
tak wielki jak stary ruch pokojowy, a rakiety na naszych 
sztandarach były nasze własne. Zostawiłem demonstracje 
tym członkom komitetu, którzy byli dobrzy w tego rodzaju 
sprawach, i spędziłem czas obsesyjnie organizujący bojówki 
i patrole firm ochrony w strefach wolnego handlu i Green- 
belt, negocjując z naszymi kontaktami w aparacie państwo- 
wym i, w międzyczasie, pisząc więcej, szybciej niż kiedy- 
kolwiek. Gdybym nie martwił się o Eleanor i nie bał się cią- 
gle niemieckich nalotów, byłbym jeszcze szczęśliwszy, niż 
byłem. Dotarłem do swojego Dworca Fińskiego. 


Ktoś potrząsał moim ramieniem. Podniosłem głowę znad 
przedramion i się rozejrzałem. Była 10:15 rano i byłem przy 
biurku w biurze WolnegoKosmosu. Musiałem zamknąć oczy 
na chwilę około sześciu godzin wcześniej. Biuro było za- 
tłoczone, ale ciche. Ludzie patrzyli na ekrany, nie na mnie, 
oprócz Annette, która mnie obejmowała, spoglądając. 

— Co się stało? 

— W Kijowie wysadzono jądrówkę. 

— O mój Boże. 

Wstałem. Ukryła swoją twarz w moim ramieniu. Trzy- 
małem ją, gdy łkania nią wstrząsały, i patrzyłem się, póki 
ktoś cicho nie wrzucił ekranu na widok. Cała armia nie- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 273 


miecka została wymazana przez detonację w powietrzu nad 
pustą stolicą Ukrainy. W ciągu minut, gdy patrzyłem, ta sama 
rzecz wydarzyła się na południowym froncie, w Baku. Ro- 
syjskie i tureckie armie były już w ruchu, a wiadomości do- 
cierały za pośrednictwem desantów amerykańskich i brytyj- 
skich na wybrzeżu egejskim. 

A Izrael wypowiedział wojnę Niemcom. To było śmieszne. 
Co mogliby zrobić? Myślałem, a potem nagle zrozumiałem, 
że prawdopodobnie właśnie to zrobili. 

Przełączyłem na N-TV po reakcję Niemiec. Reportem 
mówił do kamery, przed Bundestagiem. Mówił coś o Frank- 
furcie przerażonym tonem. 

Uderzył dłonią w ucho, przechylając głowę. 

Jego twarz zbladła, a ekran stał się biały. 

Jego głos, jeżeli moglibyśmy to tak nazwać, trwał jesz- 
cze jakiś czas. 


Wojna się skończyła. Zaczął się proces pokojowy. Dla 
Wielkiej Brytanii zaczął się od bombowców stealth, poci- 
sków manewrujących i kontynuował ze spadochroniarzami, 
teleżołnierzami i linczami. Junta rojalistów, jej amerykań- 
scy sojusznicy i brytyjskie kontrrewolucyjne motłochy po- 
między sobą zabiły około stu tysięcy ludzi w ciągu sześciu 
dni. Po tym mieli kraj, który znał swoje miejsce w Nowym 
Porządku Świata. 

Kraj ciągle był nieposkromiony. Przez reformy Repu- 
bliki, uwolnienie rynków mieszkalnictwa, edukacji i pracy, 
rozwinęły się tendencje ku zróżnicowaniu, samogettoizacji, 
jak to postrzegałem, szczególnie kiedy nie były spontaniczne, 
ale promowane przez niefortunne poparcie Republiki dla po- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 274 


lityk tożsamościowych. Bombardowania, inwazja i wojna 
domowa wzmocniła tę tendencję ku nieodpartej sile, gdy 
każda mniejszość uciekała w wątpliwe bezpieczeństwo swo- 
jego własnego plemienia. Regionalne zgromadzenia zrozu- 
miały aluzję i wytyczyły stare granice świeżą krwią: Pół- 
nocna Walia, Południowa Walia, Cumbria, Zachodnia Szko- 
cja, Wschodnia Szkocja. .. nawet nasz własny Greenbelt i strefy 
wolnego handlu stały się bezpiecznymi rajami, uchodźcy 
piętrzący się na uchodźcach. Milicje broniły obszaru, tak 
dobrze, jak umiały. 


Ostatnia sesja Zgromadzenia Federalnego Republiki prze- 
kazały swoją władzę Radzie Armii, organowi stworzonego 
z kilku starszych oficerów, którzy pozostali lojalni. Rada 
wezwała populację cywilną, by unikała niepotrzebnych po- 
święceń i wznowiła zbrojny opór „w takim czasie lub cza- 
sach, gdy Rada Armii Nowej Republiki zdecyduje”. Dali 
w ten sposób ochronę prawną dla nieskończenie przedłu- 
żanych kampanii bezlitosnego terroryzmu, jak dobrze wie- 
dzieli. Potem wszyscy wymaszerowali z byłej głównej fa- 
bryki Ford Motor Company w Dagenham w miażdżący ogień 
otaczających czołgów. 


Była to prawdopodobnie najdumniejsza chwila w histo- 
rii brytyjskiej demokracji. Oglądałem to w piwnicy bezpiecz- 
nego domu na nielegalnym irackim kanale satelitarnym i chciało 
mi się rzygać. 


Wiedziałem, że powinienem pracować, zawsze był ko- 
lejny artykuł do wysłania w sieć, kolejny przyjaciel lub wróg 
do skontaktowania, los kolejnej jednostki milicji do spraw- 
dzenia, ale hakowałem niemieckie listy ofiar, szukając imie- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 275 


nia, którego miałem nadzieję nie znaleźć. Izraelczycy uzbro- 
ili ich rakiety dalekiego zasięgu głowicami taktycznymi, nie 
strategicznymi. Nawet w Berlinie było więcej ocalałych, niż 
ktokolwiek oczekiwał. Zawsze była szansa... 

Zadzwonił telefon. 

— Tato? 

— Eleanor! 

— Tak. Wszystko w porządku? 

Czy byłem w porządku. Czułem się, jakbym to ja wrócił 
z martwych. 

— Oczywiście, o mój Boże, a Ty? 

— W porządku, widziałam straszne rzeczy, ale jest ok. 
Tak jak Colin. Jesteśmy na lotnisku. — Roześmiała się. — Jak 
mówiłeś. Przepraszam, że trochę późno. Mój lot odlatuje za 
dziesięć minut, przylot o 15:45. 

Była 14:15. Powiedziałem, że będę tam ją spotkać. Po 
rozłączeniu natychmiast zadzwoniłem do Annette z wiado- 
mościami. 

— Czy wyjście jest dla Ciebie bezpieczne? — spytała An- 
nette, gdy skończyliśmy wypowiadać sobie kilka razy naszą 
ulgę, radość i zapewnienia, że żadne z nas nigdy nie straciło 
nadziei. 

Wzruszyłem ramionami. 

— Nie jestem na żadnej liście „„poszukiwanych”. Motłoch 
został przywołany do porządku. Wygląda to bezpiecznie. 

— Tam gdzie jesteś, na pewno tak wygląda — powiedziała 
Annette krzywo. — Niektórzy ludzie z ruchu... 

— Ta, wiem — powiedziałem. Byli zamieszani w ruch 
oporu. Niektórzy zostali internowani lub rozstrzelani. Inni, 
jak firmy ochrony lub bojówki, na które miałem wpływ, pró- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 276 


bowały unikać zaangażowania, ale okazywało się, że walczą 
z Jankesami, czy tego chcą, czy nie. Czułem się niekom- 
fortowo, rozmawiając o tym nawet na bezpiecznej linii. — 
Ciągle — kontynuowałem — mam listę długą jak moje ramię 
wiadomości i artykułów namawiających ich, żeby tego nie 
robili, więc... 

— Tak czy inaczej — powiedział Annette nagle zdecydo- 
wana — nie możesz się wiecznie ukrywać. Ok, odbiorę cię za 
piętnaście minut. Broadway przy światłach. Normalnie. 

Była w Acton, nie w domu, ale też nie ukrywając się. 

— Dobra, do zobaczenia tam kochanie. 

Zebrałem sprzęt, usunąłem ślady mojej obecności, i kiedy 
piwnica znowu wyglądała jak wyłącznie jako schowek hob- 
bysty komputerowego, wspiąłem się po opuszczanej alumi- 
niowej drabiny i wyszedłem z kredensu pod schodami w holu 
mojego gospodarza. Dom miał ten martwy aromat, gdzie nic 
cały dzień się nie poruszało, tylko klapka skrzynki poczto- 
wej, termostat i maszyny czyszczące. Zostawiłem kopertę 
zawierającą kilka złotych monet pod stojakiem na parasole 
i się wypuściłem. 

Dom był na ulicy za Ealing Broadway. Kasztany leżały 
jak zielone miny morskie na Haven Green. Padała lekka mżawka. 
Pamiętałem grafitti na murach z roku Czernobyla: fo nie 
deszcz, to opad. Podniosłem kołnierz i przyśpieszyłem. Na 
zewnątrz stacji metra stali gliniarze, ku mojemu zdziwieniu 
Straż Republikańska. Nie przyglądałem się im. 

Przeszedłem Broadway i odszedłem od, a potem ku, świa- 
tłom drogowym. Odeon naprzeciw mnie pokazywał Niebie- 
ski Beret, reklamowany przez wielki podświetlany plakat 
jakiegoś siwowłosego weterana granego przez Reevesa lub 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 271 


Deppa (zapomniałem) trzymającego ostrze bagnetu przy gar- 
dle peruwiańskiego chłopa. 

Odwróciłem się, zobaczyłem czarne Volvo Annette sto 
metrów dalej w rzadkim ruchu, odwróciłem się znowu i spa- 
cerowałem, żeby dopasować prędkości, gdy zwalniała aż do 
zatrzymania. Pochyliłem się, otworzyłem drzwi i wsiadłem. 
Zawsze był ten moment sprawdzania, czy nie zaszokowałeś 
kogoś na śmierć. 

Roześmialiśmy się i przyśpieszyła od świateł. 

— Wszyscy w porządku? — spytałem. 

— Wszyscy, których znamy — powiedziała napiętym gło- 
sem. 

— Powiesz mi potem o towarzyszach — powiedziałem. — 
Zrobimy, co możemy. 

Skinęła głową, koncentrując się na drodze i aktualiza- 
cjach ekranu ruchu drogowego. Nasza droga była wykre- 
ślona przez Uxbridge Road aż koło Southall, potem ostro 
w lewo wzdłuż Parkway do Heathrow. 

— Co jest złego z Great West Road? 

Chrząknęła. 

— Transport wojska. 

Hanwell, willowe przedmieścia Średniej klasy, były ci- 
che. Southall, rejon imigracji azjatyckiej, solidnie republi- 
kańskie, miało tuziny wypatroszonych wystaw sklepowych. 

— Co tutaj się zdarzyło? 

— Tłum z Hayes — powiedziała Annette. Przejechaliśmy, 
potem przez most do Grand Union Canal. Fabryki Hayes, 
po naszej prawej, zostały zbombardowane do zwęglonych 
szczątków przez Jankesów. Przyznaję się do uczucia pewnej 
ponurej satysfakcji: latami ten rejon był rasistowskim, impe- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 278 


rialistycznym bastionem. Nawet trockiści zrezygnowali ze 
sprzedawania ich czerwonych tygodniówek białym śmieciom. 


— Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. 
— Raczej trudna lekcja — powiedziała Annette. 


Każdy mijany park miał własne koczowisko czarnych, 
plastikowych kopuł, przyczajonych przykrytych samolotów, 
czarnych helikopterów. Gdy zbliżaliśmy się do lotniska, liczba 
żołnierz USA/ONZ, w czarnym mundurach wzrastała. Nie 
było potrzeby blokad, fala czytników tożsamości wykony- 
wała schludniejszą pracę. Lasery wymuszały mrugnięcia, za- 
wsze zbyt późno: skan siatkówki już się odbył. 

Heathrow wyglądało jak scena z dwudziestego wieku. 
Nikt nie latał, prócz tych, którzy musieli: uchodźcy ze strefy 
wojny, ranni żołnierze i cywile, zdesperowanie emigranci. 
Na lotnisku był Trzeci Świat ludzi czekających na loty, cze- 
kających na przejście przez ponownie ustawione granice imi- 
gracyjne, czekających na śmierć. I Drugi Świat urzędników 
i oficerów rozkazujących tamtym. W tym szaleństwie, Pierw- 
szy Świat składał się z wolontariuszy próbujących pomóc 
i przedsiębiorców próbujących pomóc sobie. Każdy hol pa- 
sażerski miał swoje własne szpitale polowe i straganiarzy. 
Każda brama darmowych doradców, rekiny prawne i ze- 
społy pierwszej pomocy. 

Dotarliśmy do terminala międzynarodowego, ale lot zo- 
stał przerzucony na krajowy. Ruchome chodniki były prze- 
ciążone wychodzącymi żołnierzami i ich sprzętem. Przecho- 
dzenie pomiędzy terminala było ruchem Browna przez tłum 
Hobbesa. Czas ciągnął się, zatrzymywał, mijał bez zauwa- 
żenia. Annette i ja lgnęliśmy do siebie i przebijaliśmy się do 
przodu. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 279 


Godziny później, gdy Eleanor i Colin w końcu pojawili 
się w strumieniu przychodzących, byliśmy tak wymizero- 
wani i obszarpani jak oni. Po przytulaniu, płakaniu i rozma- 
wianiu, odwróciliśmy się na pięcie i znowu wywalczyliśmy 
naszą drogę. Dotarliśmy do samochodu, zapłaciliśmy do- 
płatę za parking, zapłaciliśmy skandaliczne pieniądze stra- 
ganiarzowi za ciepłą kawę i ruszyliśmy do domu. Było około 
godziny 22. 


Prowadziłem, Annette była wyczerpana, ja szalałem z ulgi. 


Gdy kierowałem samochodem dookoła skrzyżowania, błysk 
rubinowego lasera z M4 uraził mi oczy. Mrugając powidok, 
zostałem znowu oślepiony przez latarkę, kierującą nas na 
pobocze. Na chodniku była grupa pięciu żołnierzy w czar- 
nych mundurach i M-16. Wcisnąłem włącznik telefonu sa- 
mochodowego i wyciągnąłem go, odwróciłem się z ufnie 
uspokajającym uśmiechem do innych i wyszedłem. Inne sa- 
mochody omijały mnie na centymetry. Wszyscy w nich mocno 
się starali nie patrzeć. Trzymałem swoje ręce nad samocho- 
dem i poruszałem się bokiem dookoła do najbliższej strony. 


Ręce obmacały kołnierzy, tors, w dole nogi i pomię- 
dzy nimi. Potem moje ramiona zostały złapane i zostałem 
odwrócony i rzucony na samochód. Zamarłem w świetle 
i trzymałem ręce w górze. Za mną, przez okno otwarte na 
dwa centymetry, myślę, że słyszałem cichy, naglący głos 
Annette. 


Żołnierz mnie pilnujący opuścił wiązkę, podniósł kara- 
bin i zbliżył się blisko. Jego wizjer był w górze, odkrywając 
bierną, andyjską twarz. Przypomniał mi się chłop na plaka- 
cie. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz... 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 280 


— Jonathan Wilde — powiedział. To nie było pytanie. Nie 
odpowiedziałem. Miałem sucho w ustach. 

— Chodź z nami — powiedział. 

Poczułem opuszczającą się szybę na moich plecach. 

— Nie! — krzyknęła Annette. 

— Tak — powiedziałem. — IŚĆ. IŚĆ teraz. 

— Tak — powiedział żołnierz. — IŚĆ. 

Odepchnął mnie od samochodu. Zrobiłem dwa wolne 
kroki do przodu. 

— W samochodzie nie ma broni — powiedziałem. 

— Wiemy. — Machnął karabinem ode mnie w kierunku 
samochodu. Po raz pierwszy jego twarz pokazała emocję, 
coś tak pierwotnego, że było trudno określić, czy to strach, 
czy wściekłość. 

— Idź! — krzyknął. 

Mogłem usłyszeć suchy szloch Annette, płacz Eleanor, 
kłócącego się Colina. Nie śmiałem się odwrócić lub nawet 
ruszyć ręką. 

Silnik się uruchomił i wolno samochód odjechał. 

Światła ulic i mgła. Światła lądowania samolotu i mgła. 
Noc i mgła. Nigdy nie wyglądały tak pięknie. Podniosłem 
oczy, żeby spojrzeć na gwiazdy, o których myślałem, że ni- 
gdy nie dosięgnę, nie teraz. Nie mogłem ich zobaczyć. Och, 
dobra. 

Prowadzili mnie kilkaset metrów do pasa nieużytków. 
Właściwie poczułem ulgę, gdy zobaczyłem czarny helikop- 
ter, matowe kanciaste powierzchnie błyszczące z kondensa- 
cji w cieniach. Wprowadzili mnie pokład i usadzili twarzą 
do otwartych drzwi, gdy pojazd się wzniósł. Helikopter czy- 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 281 


nił zadziwiająco mało hałasu. Żołnierze obserwowali mnie 
z cichą złośliwością i uśmiechami brudnych sekretów. 


Zastanawiałem się, dlaczego szedłem, kiedy mógłbym 
uciec. Wyglądało to, jakbym był na jednej z egzekucji klien- 
tów USA, klasyczny styl, sajgońskie nurkowanie. Powinie- 
nem uciec, pomyślałem, i nie dawać im tej satysfakcji. Było 
przysłowie arabskie, coś w rodzaju nadzieja jest wrogiem 
wolności czy rozpacz jest wyzwoleniem niewolników. Tłu- 
maczy to dużo, włączając, dlaczego wspiąłem się do tego 
helikoptera. 

Mam nadzieję, że to nie wyjaśnia tego, co zrobiłem, kiedy 
wysiadłem. 


— Proszę wejść, panie Wilde. 

Uprzejmemu zaproszeniu od jednego z tuzina ludzi w gar- 
niturach dookoła stołu towarzyszyło pchnięcie w plecy przez 
żołnierza ONZ, które posłało mnie potykającego w pokój 
i nie zostawiło żadnej wątpliwości, kto naprawdę był tutaj 
u władzy. Drzwi za mną były zbyt ciężkie, żeby nimi trza- 
snąć, ale zamknęły się z przytłumionym uderzeniem, jakby 
żołnierz przynajmniej spróbował. 

Wyprostowałem się, mobilizując moją godność, i rozej- 
rzałem się po pokoju. Gdzieś w Westminster — helikopter 
wylądował w St James Park i zostałem zapakowany do tyłu 
transportera opancerzonego i przewieziony na krótkim dy- 
stansie — ale było to niemożliwe, by określić, czy to był 
prywatny czy publiczny budynek. Wielki mahoniowy stół 
ze światłami nad nim, ściany wyłożone dębem, portrety wy- 
bitnych przodków lub poprzedników w mroku. Mężczyźni, 
którzy patrzyli na mnie zza stołu, mieli coś z tego samego 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 282 


wyglądu odziedziczonej lub zdobytej pewności, pomimo by- 
cia bardziej zaniedbanymi niż ja, ich marynarki zmięte lub 
wiszące na oparciach foteli, poluźnione krawaty, czerwone 
oczy, nieogolone policzki. 

Stół był zastawiony laminowanymi mapami, na których 
linie były narysowane, zmazane i ponownie narysowane flu- 
orescencyjnym atramentem z markerów, które leżały roz- 
rzucone pomiędzy filiżankami kawy i przepełnionymi szkla- 
nymi popielniczkami wielkości dużych talerzy. Wznoszący 
się dym zwijał się w stożkach światła, żeby zostać wyssa- 
nym przez potężną klimatyzację, która nadawała atmosferze 
czerstwy chłód. 


Mężczyzna, który przemówił, wstał i gestem skierował 
mnie do pustego miejsca przy najbliższym rogu stołu. Świeżo 
napełniona filiżanka kawy parowała przed krzesłem. 

— Dobry wieczór, panie Wilde — powiedział. — Muszę 
przeprosić za raczej szorstki sposób, w jaki został Pan tu- 
taj sprowadzony. — Uśmiechnął się przepraszająco, lekkie 
wzruszenie ramion jak gdyby wypierał się odpowiedzialno- 
Ści. Był stary, starszy niż ja — choć miał lepsze leczenie — 
a jego falujące żółto-szare włosy, do ramion, sprawiały, że 
wyglądał jak sędzia, lub jeden z tych osiemnastowiecznych 
dygnitarzy na portretach. — Ufam, że nie był Pan poza tym 
źle traktowany. 


Stałem tam, gdzie byłem i powiedziałem: 


— Nazywam porwanie złym traktowaniem, sir. Żądam 
wyjaśnień i natychmiastowego kontaktu z moją rodzinę i moim 
prawnikiem. 

Kolejny mężczyzna przemówił, pochylając się na łok- 
ciach ku światłu. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 283 


— Nic z tego nie ma zastosowania. Ten kraj jest w stanie 
wojennym, a zresztą nie jesteście aresztowani. 

— Dobrze — powiedziałem. — Zatem już pójdę. 

Odwróciłem się i ruszyłem do drzwi. 

— Stój! — Głos pierwszego mężczyzny brzmiał bardziej 
jak pilne ostrzeżenie niż rozkaz. — Chwilę, proszę. 

To brzmiało lepiej. Odwróciłem się. 

— Oczywiście wolno ci wyjść — kontynuował mężczyzna 
— ale jeżeli wyjdziesz, tylko my możemy ci zagwarantować 
bezpieczeństwo. Wszystko, o co prosimy, to żebyś nas wy- 
słuchał. 

Wątpiłem w to, ale zdecydowałem, że byłoby nieroz- 
tropne próbować czegoś innego. Poza tym potrzebowałem 
tej kawy. 


Byli komitetem tego, co było już nazywane Rządem Re- 
stauracji. Posłowie Parlamentu, urzędnicy. .. nie podawali swo- 
ich imion, a ja nigdy potem nie próbowałem się dowiedzieć. 
Powiedzieli mi, że próbują przywrócić porządek i cywilną 
administrację. 

— Republika nie żyje, panie Wilde. Nasze jedyne wybory 
to przedłużony i daremny opór z przedłużoną i bolesną oku- 
pacją albo siłowanie się z urabialnym traktatem. 

— Nie widzę, by USA nadążała z przedłużoną okupacją — 
powiedziałem. — Biorąc ich osławioną wrażliwość na worki 
na zwłoki. 

— Jak wielu żołnierzy widziałeś? — warknął drugi męż- 
czyzna. — Wszyscy są w bunkrach, operując teleżołnierzami. 
Uwierz mi, trzecioświatowi klienci Ameryki mają żołnierzy 
do stracenia dla ONZ. Bezpieczeństwo wewnętrzne jest tym, 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 284 


na czym się wychowali i za co im płacą. Wyśmieją nasze ża- 
łosne próby naszych domowych Guevarów. Nie pomyl się, 
Stany Zjednoczone, Narody Zjednoczone, tym razem trak- 
tują to poważnie. Żaden naród nigdy nie będzie miał pozwo- 
lenia rozpoczęcia wojny. Rozbrojenie jądrowe będzie wyeg- 
zekwowane. 

Krople śliny z jego mowy znaczyły mapy. Na wpół ocze- 
kiwałem, że jego prawe ramię drgnie. Musiałem lekko się 
cofnąć. Długowłosy mężczyzna uniósł dłoń, dobry glina do 
złego gliny. 

— Wiemy tak dobrze jak Ty, że mocarstwo takie, jakim 
USA chce się stać, nie może prawdopodobnie zarządzać Świa- 
tem. Pilnować go, na bardzo wysokim poziomie, tak. Jed- 
nak jak pewne uprawnienia przesuwają się z narodu, inne są 
przekazywane lokalnym społecznościom. Mamy możliwość 
poprzeć autonomię i różnorodność. Weźmy to i oszczędźmy 
naszemu krajowi lat agonii. 

— „My ”? — rozejrzałem się. — Nie mam z wami nic wspól- 
nego. Czego chcecie ode mnie? 

— Możliwości umowy, panie Wilde. Porozumienia. Ścią- 
gamy wszystkich regionalnych, fakcyjnych i lokalnych przy- 
wódców, do których mamy dostęp. Pan zdarzył się być pierw- 
SZy. 

— I co zamierzacie im zaoferować? 

— Zaakceptować Koronę, w praktyce, jako narodową wła- 
dzę, i możesz mieć autonomię w rejonach, które kontrolują 
'Twoi zwolennicy. 

— Nie mam upoważnienia do negocjacji... 

— Och, ale Pan ma. Ma Pan wpływ. Wiemy, że bez tego, 
pewne młodsze i gorętsze głowy pociągałby za sznurki. I wiemy, 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 285 


że ma Pan ochotę na więcej, niż wskazują na to publiczne 
oświadczenia... 

— Skąd takie podejrzenie? 

Uśmiechnął się. 

— Wielkość zaszyfrowanego ruchu z pańskich bezpiecz- 
nych domów. 

Cholera. Próbowałem zachować pokerową twarz. 

— To, co widzisz, jest tym, co dostajesz. Nie zrobiłem 
niczego potajemnie, co byłoby sprzeczne z tym, co powie- 
działem otwarcie. 

— Oczywiście. Zatem nie wyrażasz sprzeciwu. Proszę 
spojrzeć na te... 

Umowy, gotowe do podpisu. Mapy. Londyn, na począ- 
tek, miał być pocięty. Część przyznana Ruchowi Kosmicz- 
nemu obejmowała Greenbelt i łuk przedmieść, w których 
mieliśmy strefy wolnego handlu. Nawet dali temu nazwę: 
North London Town, które na mapie jakaś wojskowa ręka 
skróciła do NORLONTO. 

To było dużo. Szczerze, zgodziłbym się za mniej. 

— A w zamian? 

— Żadnych zbrojnych akcji rozpoczynających się z tery- 
torium. I jeszcze jedna sprawa... 

— Tak? 

— Ach... . umowa odstraszania nuklearnego, panie Wilde. 

— Chcecie, żebym ją zakończył? 

— Dobry Boże, nie! — Wyglądał na zszokowanego. — Chcemy, 
żeby pan ją przeniósł na nas. 


— Na Rząd? Ale macie. ..— Przerwałem i spojrzałem na 
ich lekko zażenowane twarze. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 286 


— Och — powiedziałem. — Rozumiem. — Odwróciłem się 
do mapy i podniosłem pióro. Pod koniec nocy mieliśmy coś, 
co mogłem zabrać do mojego komitetu. 


Dwa dni później siedziałem w pokoju na tyłach meliny 
w Greenbelt z grupą mężczyzn i kobiet, którzy, dzięki moim 
negocjacjom, wyłonili się, mrugając, z kryjówek, obozów 
i więzień. Wyjaśniłem im, że mają szansę przetestować ich 
idee na kilku milionach mniej więcej entuzjastycznych lu- 
dzi, z minimalną interwencją Państwa, zbyt zadowolonego, 
że nie ma na głowie wybuchowych i podupadłych mas. Po- 
wiedziałem im, że jedyną ceną za było de facto uznanie au- 
torytetu tego Państwa i wyrzeczenie się niewypróbowanego 
odstraszania nuklearnego, co do którego większość z nich 
miała mieszane uczucia i które teraz było zdezaktualizo- 
wane. 


Nie oczekiwałem wdzięczności lub zgody, takich nie otrzy- 
małem. Co otrzymałem, to towarzysze śpieszący z potępie- 
niem. Oczekiwałem tego. Bycie wydalonym z organizacji 
było niespodzianką. Głosowanie było jednogłośne. Et tu, Ju- 
lie. 


— Dobrego dnia, towarzysze — powiedziałem. — I powo- 
dzenia. 


Wstałem, odsunąłem krzesło, schyliłem się w drzwiach 
i odszedłem. Dwa dni po moim wydaleniu, wyborowe od- 
działy USA/ONZ przejęły i rozbroiły każdego naziemnego 
eksportera odstraszania nuklearnego. Buntownicze łodzie pod- 
wodne zajęły więcej czasy, ale też w końcu zostały rozbro- 
jone. Pośród konsekwencji, moi ekstowarzysze nie mieli na- 
szej polisy nuklearnej do targowania, więc musieli się pogo- 
dzić z mniejszym Norlonto niż oferowano mnie. 


Rozdział 12. Doświadczenie Śmierci 287 


Dobrze im to posłużyło, ale wolałbym, żeby mogli za- 
trzymać Islington. Dostali je chrześcijańscy fundamentali- 
Ści i rozpoczęli etyczne oczyszczanie miejsca. Eleanor i jej 
rodzina musieli opuścić Finsbury Park. Wprowadzili się do 
nas i minęły miesiące, zanim znaleźli nowy dom. 

Stawałem się zbyt stary na tego rodzaju sprawy. 


Rozdział 13 


Sąd Piątej Dzielnicy 


— Dlaczego nie mogliśmy pojechać kanałami? — burczał 
Wilde, gdy kopał kolejną, zaciekawioną jego kostkami, ma- 
szynę. Kilka godzin trudnego poruszania się tylnymi ale- 
jami, razem z ekspedycją trzeszczącą, tupiącą i strzelającą 
całą drogę przez i obok mieszanych mechanicznych szkod- 
ników, kładło się napięciem w jego głosie i sile kopnięcia. 

— Ha! — parsknęła Tamara. — Widziałeś kanały tutaj? 

— Zdarzyło się, — powiedział Wilde — że nie, nie widzia- 
łem. 

— I nie chcesz. — Tamara rozpłaszczyła się przy Ścianie 
i zasygnalizowała zatrzymanie innym z tyłu. — Ale zoba- 
cZySz. 

Wystawiła urządzenie jak długą elektryczną pochodnię 
za róg i pomachała tam i z powrotem przyglądając się od- 
czytom na ręcznym mierniku i widokowi na ekranie na nad- 
garstku. 

— Ok - obwieściła. — Żadnych rozumnych. Wygląda dość 
bezpiecznie. Jeden na raz. Wyjdźcie na środek ulicy, roz- 
proszcie się, potem pojedynczą kolumną na prawo. Już. 

Wybiegła na środek drogi, która miała około pięćdzie- 
sięciu metrów szerokości i była obsesyjnie dobrze utwar- 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 289 


dzona. Na środku stały puste cokoły betonu jak azyle dla 
pieszych. Tamara dobiegła do jednej skierowanej w aleję, 
rozejrzała się dookoła i skinęła na Wilde'a. Rzucił się za nią 
i wpadł koło niej. 

— Osłaniaj mnie — powiedziała. Wilde stanął za nią i za- 
czął skanować w jedną i drugą stronę ulicy, pistolet trzy- 
many w obu dłoniach, blisko bioder. Ulica miała swoich 
własnych dziwnych przechodniów: roboty różnych kształ- 
tów i wielkości wspinały się na Ściany, krążyły wzdłuż kra- 
wędzi chodników. Jeden lub drugi ciągle rzucał się w dół, 
na lekkie pojazdy kołowe. Ethan, gdy biegł, musiał jednego 
z nich sprytnie ominąć. Tamten zabrzmiał jak syrena infra- 
dźwiękowa, co każdy poczuł w zębach. 

— Wygląda, że wiesz, co robisz — powiedział do Wilde a, 
gdy zatrzymał się kilka metrów dalej wzdłuż cokołu. 

— Trening w bojówkach — uśmiechnął się Wilde. — Ale, 
to było... uwazaj! 

Czarna rakieta ze skrzydłami pędziła w ich kierunku. 
Wilde podniósł pistolet na wysokość głowy i ją zestrzelił. 
Spadła i uderzyła w drogę w powodzi piór. 

— Gołąb — powiedział Ethan. — Spokojnie człowieku. One 
są nieszkodliwe. 


Kiedy alarm podniesiony przez ten incydent został zała- 
godzony, ich podróż trwała. Po minucie lub dwóch podążali 
za Tamarą wzdłuż kanionu budynków biurowych. Gdzieś 
kilka ulic dalej, zautomatyzowany proces wysyłał płomienie 
ognia wysoko w powietrze w irytująco nieregularnych inter- 
wałach. Pomiędzy płomieniami, sama iluminacja budynków 
była prawie nieprzewidywalna: pewne okna ciemne, pełne 
odbić ekspedycji, gdy je mijali, inne, na poziomie ulicy lub 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 290 


wysoko ścianach, podświetlone od środka. Cienie i sylwetki 
się poruszały, ale nie te ludzkie. W tym samym czasie, było 
niemożliwe do uwierzenia, że życie handlowe oparte na ro- 
botach trwało. Było zbyt losowe, zbyt sztuczne. 

Przy kolejnym dużym skrzyżowaniu ulic, ta, na której 
byli, przecinała taką węższą, ale znacznie bardziej zatło- 
czoną: wolno poruszająca się rzeka metalowych maszyn, po- 
nad którymi szybsze byty się ślizgały i kicały. 

— Sprawia, że jesteś chory — wymamrotał Ethan. — Nie- 
które z tych dużych byłyby cholernie dobrymi samocho- 
dami. 

— Zapłać mi dobrze, to ci jednego złapię — powiedziała 
mu Tamara. Gestem ustawiła ich w luźny szyk, znowu za- 
trzymując Wilde'a koło siebie. 

— Dobra — powiedział, kładąc swój plecak na ziemi. — 
Czas włamać się do dżungli. 

Rozpięła plecak i pociągnęła za klapy, odsłaniając ekwi- 
punek z małą klawiaturą, rozsuwalnymi antenami, rzędami 
mierników i ekranów. 

— Niesamowite — powiedział Wilde. — Młody mechanik! 
Radio amatorskie! 

— Kupa śmieci — powiedziała Tamara. — Żaden gnojek 
nie chce tego zminiaturyzować. Niewystarczający popyt. 

— Złożyłaś to wszystko sama? 

Spojrzała na niego. 

— Nie zaufałabym nikomu innemu. 

Jej palce latały nad klawiaturą. Ekrany migotały, małe 
głośniki zawyły i ustabilizowały. 

— Mam to! Kanał ruchu drogowego. 


Rozdziat 13. Sąd Piątej Dzielnicy 291 


Pokręciła gałką, popatrzyła na maszyny przechodzące 
jak bydło. Zrobiła pewnie zmiany, znowu pokręciła. Czoł- 
gająca się maszyna długości dziesięciu metrów nagle skrę- 
ciła w prawo przez drogę. Maszyna poza nią stłoczyły się 
nieubłaganie w niej i w ciągu sekund stworzyły rosnący stos 
robotów na kółkach lub gąsienicach. Gdy te z przodu ciągle 
się poruszały, wkrótce zrobiło się miejsce. 

Tamara ciągle patrzyła na informacje zwrotne. 

— Kurwa naprzód! Już! Już! — wrzasnęła. 

Inni biegli w poprzek sprintem. 

Tamara podniosła plecak zostawiając odsłonięty panel 
sterowania. 

— Ciągle tutaj? — powiedziała do Wilde'a. — Gówno, ok, 
idziemy. 

Przebiegła pędem przez ulicę, Wilde z jej tyłu obserwu- 
jąc. Maszyna na czterech długich, majestatycznych nogach, 
jej ciało wielkości melona, z wiązką soczewek na przodzie, 
nagle wycofała się ze stosu i przeskanowała ich. 

— Co to znaczy? 

Tamara spojrzała się i zatrzymała. 

— Nie ruszaj się — powiedziała. 

Wilde wstrzymał oddech i zamarł w trakcie patrzenia 
nad ramieniem na maszynę. Soczewki się wycofały i kolejne 
rurkowate przedłużenie wsunęło się na pozycję. Tamara go- 
rączkowo uderzała w klawiaturę. 

— Strzelaj! — wrzasnęła. 

Wilde podskoczył, odwrócił się, ale ona nie krzyczała do 
niego. Salwa przyszła z odległej strony ulicy, przewracając 
maszynę. Tamara i Wilde pobiegli dołączyć do innych. 

— Kurde — powiedział Ethan. — Ten był rozumny. 


Rozdziat 13. Sąd Piątej Dzielnicy 292 


— Nigdy nie poluję na rozumne — powiedziała Tamara, 
dysząc i pocierając kark. — Choć nie mam problemu z zabi- 
janiem tych fiutków. 

Ruszyli dalej. Nad mostem, który dał Tamarze możli- 
wość wykazania Wilde'owi dokładnie, dlaczego używanie 
kanałów do transportu w dziedzinach maszyn nie było do- 
brym pomysłem. I dalej, póki nie ujrzeli, w wielkim parku 
na końcu długiej alei palisady ze złomu. 

— Sąd Talgartha — powiedziała Tamara. 

Gdy szli, zostali obmieceni skanami sonicznymi, które 
wprawiły ich zęby w drżenie, skanami laserowymi, od któ- 
rych mrugali i przeklinali. 

— Zignoruj to — powiedziała Tamara. — Muszą sprawdzić. 

Park był dziwnie schludny i utrzymywany w ten sposób 
przez małe urządzenia, które włóczyły się w trawie i pośród 
gałęzi drzew. Po raz pierwszy od czasu lądowania, Tamara 
nakazała troskę o nastąpienie na dowolną maszynę. 

— Talgarth tego nie lubi — nalegała. — Nakłada grzywny. 

Wybrali drogą przez trawę, ich bronie w kaburach lub 
wisząca, uzbrojenie najeżone na palisadzie było więcej niż 
wystarczające do ochrony ich przed dowolnym dzikim ga- 
dżetem. Karabiny maszynowe, działa laserowe, radary i wi- 
rujące, gotowe bolas... 

Brama palisady wysokiej na trzy metry gładko się dla 
nich otworzyły i szybko zamknęły się za nimi. Kwadrat około 
stu metrów długości, pokryty trawą jak park, z podestem 
w centrum, siedzeniami i sprzętem media rozrzuconym do- 
okoła, a po obwodzie drewniane budki różnych wielkości. 
Nikt inny nie był obecny. 

— Co teraz robimy ? — spytał Wilde. 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 293 


'Tamara spojrzała na zegarek. 

— Jest pierwsza w nocy — powiedziała. — Wybieramy 
chatę dla siebie i śpimy. — Wyszczerzyła zęby. — To stary 
zwyczaj kręgowców. 

— Warty podtrzymania — powiedział Wilde. Rozejrzał się 
niezdecydowanie, gdy większość z pozostałych pewnie ru- 
szyła. 

Tamara złapała jego rękę. 

— Chodź ze mną — powiedziała. — Przypilnuję, żebyś 
wszystko było w porządku. 

Zgodził się, zażenowana mina na twarzy. 

— Uważaj — krzyknął za nim Ethan. — Ona naśladuje stare 
zwyczaje naczelnych. 

— Idź się jebać! — odkrzyknęła Tamara. — Do zobaczenia 
w sądzie! 


— Więc tak to nie-propertarianid!] to robią. 

— Ta. Wolna miłość. 

— Ha. Byłem wierny mojej żonie przez siedemdziesiąt 
lat... 

Głos Wilde'a zamilkł, potem kontynuował, szczęśliw- 
SZy: 

—...a teraz byłem z dwiema innymi kobietami w ciągu 
trzech dni. 

— Co! Kto jeszcze? 

— To nie Twoja sprawa. Wolna miłość, prawda? 

— Och, no weź. 


! propertarianizm — filozofia polityczna redukująca zagadnienia etyki do 
prawa do posiadania własności, więcej https://en.wikipedia.org/ 
wiki/Propertarianism- przyp.tłum. 


Rozdziat 13. Sąd Piątej Dzielnicy 294 


— Ona jest już prawdopodobnie martwa. 

Nastąpiła cisza. Potem Tamara, jej twarz oświetlona sła- 
bym nocnym światłem i żarem papierosa Wilde 'a, przemó- 
wiła ostrożnie radosnym głosem. 

— Mam nadzieję, że to nie zaraźliwe. 

Wilde posłał jej krzywy uśmiech i zgasił papierosa. Ich 
oczy gładko się dopasowały i spędzili kilka chwil, patrząc 
na siebie. 

— Może być — powiedział Wilde. — W końcu sam jestem 
martwy. 

Tamara zbadała. 

— Cóż, ten kawałek jest zdecydowanie żywy. 

— Och nie. 

— Och tak. 

— W jaki sposób oczekujesz, że stanę jutro przed sądem? 

— Już dzisiaj stoisz w porządku. 

— Mmm. 

— Tak czy inaczej, ah ha ha, ha ha, dostaniesz pomoc od 
ah ha ha ! 

— Dam Ci Niewidzialną Rękę. 

— Nie — powiedziała Tamara. — To na znacznie później... 


— Jest ósma. — poinformowała go uprzejmie Tamara. — 
Wyglądasz strasznie. 

— Dzięki. — Wilde oparł się na jednym łokciu i sięgnął 
po kubek kawy, który mu podawała. — Och, Boże. Jak długo 
spałem? 

— Cztery godziny. 

— Dzięki Tobie, ty rozwiązła anarchistyczna suko. 

Tamara się uśmiechnęła. 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 295 


— Nie martw się — powiedziała. — Dodałam narkotyku do 
kawy. Będziesz bardziej trzeźwy, niż możesz sobie wyobra- 
zić. 

— Czy to dlatego widzę rzeczy? 

— Nie. Zostawiłeś założony kontakty. 

— Raz jeszcze dzięki. — Wilde sięgnął po papierosy i po- 
skrobał twarz. — Czy ten anarchokapitalistyczny sąd przy- 
padkiem dysponuje jakimiś stowarzyszonymi monopolistycz- 
nymi zdzierającymi przedsiębiorstwami? 

— Śmieszne, że pytasz. — Tamara wskazała na paczki pa- 
pierosów i paczkę zawierającą golarkę i przybory toaletowe. 
— Potrąciłam z Twojego rachunku. 

Zajęła się robieniem śniadania, podczas gdy Wilde krę- 
cił się, myjąc, ubierając się i pijąc kawę zaprawioną narko- 
tykiem. Chata miała trzy przyległe pomieszczenia: małą sy- 
pialnię z podstawową umywalką i małą toaletą, małą kuch- 
nię i duży pokój zawierający sprzęt łącznościowy i interfejsy 
komputerowe, wszystkie na stole konferencyjnym z kilkoma 
krzesłami dookoła niego. 

— Jak długo mamy tutaj przebywać? — spytał Wilde, go- 
ląc się. 

— Tyle ile to zajmie. 

— Czy Reid już się pojawił? 

— Tak. I jego sojusznicy. Szanse są prawie równe, gdyby 
doszło do walki. 

— To szczęśliwy zbieg okoliczności. 

— Nie, to zostało przygotowane przez... 

— Nie mów mi, Niewidzialna Ręka. Ok. Jezu. — Wytarł 
ręcznikiem twarz. — Nie czułem się tak nieprzygotowany na 
nic od czasu moich końcowych egzaminów. 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 296 


— Co to są egzaminy? 

— Stary zwyczaj naczelnych. — Wilde chrupał płatki owsiane. 
— Rozumiem, że wyewoluowaliście poza to. Sprawdźmy wia- 
domości. 

"Tamara ustawiła sprzęt komunikacyjny w głównym po- 
koju, podczas gdy Wilde patrzył. Ciągle była w dżinsach, 
podkoszulce i kamizelce kuloodpornej, ale nałożyła makijaż 
i perfumy jako pewien gest ku formalności lub kobiecości. 

— Czy ciągle źle wyglądam? — spytał Wilde. 

Przyjrzała mu się od stóp do głowy. 

— Ujdzie — powiedziała. — Jednak użyj płynu po goleniu. 

Sprawdzili wiadomości. Sprawa była głównym tematem 
na wszystkich kanałach. W ciągu nocy, dookoła jej aspek- 
tów wyrosła cała subkultura grup dyskusyjnych i dyskusji. 
Trzy zabójstwa, które przypisywali sobie Dee i Ax, ich znik- 
nięcie i pojawienie się Jonathana Wilde'a dodało całej spra- 
wie elementu społecznej paniki. Przynajmniej dwa heretyc- 
kie kościoły już ogłosiły, że Wilde jest znakiem Końca. 

— Mam nadzieję, że Twoi towarzysze abolicjoniści są 
przygotowani na kłopoty — powiedział Wilde. 

— Jakiego rodzaju kłopoty? 

— Powinnaś wiedzieć. Czy nie masz zawsze kłopotów, 
sprzedając swoją gazetę? Czy Ax nie pokazał, co się zdarzy, 
jeżeli ludzie nagle zaczną myśleć, że świat ma się zmienić 
na zawsze? Wyobraź sobie to pomnożone przez dziesiątki, 
setki! 

Tamara potrząsnęła głową. 

— Nie wiem. Czytałam o zamieszkach i rewolucjach, ale 
nigdy nie mieliśmy czegoś takiego tutaj. 

— Uważaj siebie za szczęściarę. 


Rozdziat 13. Sąd Piątej Dzielnicy 297 


Policzki Tamary poczerwieniały. 

— Och, uważam, nie zrozum mnie źle. Miasto Statku 
w zasadzie nie jest złym miejscem, to po prostu, jest to całe 
zło wyrządzone umysłom maszyn i... jest tak daleko od ide- 
ałów anarchizmu. A ludzie naprawdę myślą, że Twoje nagłe 
pojawienie oznacza, że wszystko zostanie naprawione. 

— „Ideały anarchizmu” — powtórzył ciężko Wilde. Pa- 
trzył się na twarz Tamary przez kilka sekund. Nikt, patrząc, 
nie mógłby mieć najmniejszej wątpliwości, która z tych mło- 
dych twarzy w chacie była starszym umysłem. 


Wilde spędził kolejną godzinę na rozmowach z podzbio- 
rem prawniczych baz danych Niewidzialnej Ręki, oprogra- 
mowaniem „Przyjaciel MacKenzie”. Było to system przyja- 
zny, oraz przyjazny użytkownikowi. Jego składnik hardware 
był telefonem ucho-broda, który odbierał, co powiedział i usły- 
szał i podawał niskomocowym radiem do lokalnego węzła. 
Jego odpowiedzi mogły być wyszeptane w ucho lub wy- 
Świetlane na kontaktach. 

Krótko po dziewiątej, Tamara przerwała jego badania 
precedensów i argumentów. 

— Reid wyszedł ze swojej chaty — powiedziała mu. 

Wilde odmrugał wyświetlacz. 

— Co robi? 

— Tylko włóczy się dookoła z przyjaciółmi, popijając 
kawę i dyskutując z ludźmi, oraz z pyłkami z wiadomości. 

— Myślę, że zrobię to samo — powiedział Wilde. — Po- 
nadto, nie miałbym nic przeciwko rozmowie. 

"Tamara uśmiechnęła się krzywo. 

— Trochę późno na ugodę. 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 298 


Wilde wstał. 

— Nigdy nie jest za późno — powiedział. — Ale nie, nie 
mam na to zbyt wielkich nadziei! Faktem jest, nie mogę do- 
czekać się zobaczenia go. 

Tamara była cicha przez chwilę. Wilde zapalił papierosa. 

— Powinnam Cię ostrzec — powiedziała Tamara. — Roz- 
mawiałam z nim wczoraj, kiedy zadzwonił do mnie, racja, 
i... chociaż widziałam go w wiadomościach i tak dalej, kiedy 
z nim rzeczywiście rozmawiałam, że jest bardzo. . . mam na 
myśli ma rodzaj, wiesz, reprezentacyjny. Może się wydawać 
trochę onieśmielający. 

Wilde wstał z chrapliwym śmiechem. 

— Patrzyłem na niego, jak patrzył, jak umieram — powie- 
dział. — Nie ma sposobu, żeby mnie onieśmielił. 


Wyszli razem z chaty. Tamara pyszniła się, jej wielki 
pistolet raził w kaburze. Wilde spacerował, kawa w jednej 
dłoni, papieros w drugiej. Rosa skrzyła się w trawie. Chłodne, 
wilgotne powietrze podtrzymywało wolne, małe kolumny 
dymu i pary ponad grupami ludzi, którzy stali wokoło, w po- 
ważnych lub społecznych dyskusjach. Niektóre chaty otwarły 
się jako stragany, choć tylko dla drobnych potrzeb. Żadne 
kramy z jedzeniem i piciem nie kaleczyły godności sądu 
Talgartha. 

Metal palisady — wielkie kawały postrzępionego żelaza, 
które mogło być płytami statków, ale które było rozdarte jak 
paski kory i zatopione w glebie — IŚnił czerwono i zardze- 
wiale w słońcu. Uzbrojenie palisady ciągle się poruszało, 
wahadłowo lub obrotowo. Na zewnątrz, dziedzina maszyn 
dawał odczuć swoją obecność gejzerami płomieni, rykami 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 299 


i piskami zderzających się silników w pogoni za ich niezro- 
zumiałymi i niezgodnymi celami. 

Wilde szedł przez grupę ludzi, machał tym niewielu, któ- 
rych rozpoznawał jako zwolenników, a potem poszedł do 
centrum sądu. Pracownicy i roboty ustawiali dach z czer- 
wonego prostego płótna nad podium. Pod nim, w centrum 
podium, było składane krzesło z jasnego drewna i postrzę- 
pionego szarego płótna i mały stół po prawej stronie krzesła. 
Na stole leżała szklanka, butelka, młotek i popielniczka. 


Wilde badał ten układ przez moment, uśmiechnął się 
i odwrócił. Znalazł się twarzą przed kamerą pyłku wiado- 
mości. Pyłek przypominał rozumnego robota, którego spo- 
tkali na skrzyżowaniu, ale układ mikrofonów i soczewek nie 
zostawiał żadnego miejsca na nic bardziej złowieszczego. 


Soczewki nie były tylko dla kamer. Gdy maszyna zrobiła 
delikatny krok do tyłu na swoich owadzich nogach, zasko- 
czyła Wilde'a przez ukazanie sobowtóra blond dziewczyny, 
którą widzieli przedstawiającą wiadomości. Stała na trawie 
na prawo od maszyny. 


— Wygląda solidnie — wyszeptał Wilde do Tamary — nie 
holo... 


— To jest w Twoich kontaktach — odsyknęła Tamara, po- 
kazując dzielnie zęby kamerze. 


— Program Prawny! — powiedziała jasno dziewczyna. Jej 
głos dobiegał, w dziwnym brzuchomówstwie, z głośników 
maszyny. — Dzień dobry, Szacowny Starszy Wilde! 

— Dzień dobry — powiedział Wilde, uśmiechając się do 
niej. Jego papieros zgasł w trawie. 


— Patrz w kamerę — wyszeptała Tamara. Wirtualny ob- 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 300 


raz dziewczyny natychmiast przeleciał przed kamerę i stanął 
w powietrzu. 


— Czy zechcesz skomentować, Szacowny Starszy Wilde? 
— NIC SZCZEGÓŁOWEGO — doradził MacKenzie. 


— Tak — powiedział Wilde. — Nie ma powodu nazywać 
mnie „Szacownym Starszym ”...droga pani. Nazywam się 
Jonathan Wilde, moi przyjaciele mówią mi „„Jon”. — Posłał 
jej uśmiech, który sugerował, że byłby zaszczycony móc 
zaliczyć ją do nich. Potem kaszlnął i powiedział, bardziej 
formalnie: — Nie skomentuję sprawy, ale jestem zaniepo- 
kojony interpretacjami, które pewne, hm, mniej odpowie- 
dzialne kanały informacyjne niż wasz, przedstawiają. Bła- 
gam każdego, kto może słuchać, by nie robić nic pośpiesz- 
nie, by pozwolić prawu działać, ponieważ jest to jedyna droga, 
by zachować i udoskonalić cywilizowane wartości anarchii. 
— Znów się uśmiechnął. — To wszystko. 


— Dziękuję, Jonie Wilde! A czy chcesz coś powiedzieć 
na temat znanych poglądów Sędziego Eona Talgartha na Twój 
temat? 


— NIE — doradził MacKenzie, nagłym błyskiem. 


— Nic w ogóle — powiedział wesoło Wilde. — Mam pełne 
zaufanie, że człowiek jego reputacji nigdy by nie pozwolił 
takim kwestiom wpłynąć na osąd. Jestem pewien, że mój 
wybór jego sądu jest dowodem wystarczającym, że traktuję 
poważnie swoje wypowiedzi. 


Zrobił ruch cięcia dłonią przed sobą i kiwnął głową. Dziew- 
czyna się zawahała, dosłownie unosząc się, czekając na wię- 
cej, ale Wilde przyjął minę bez wyrazu i raźno odszedł z pola 
widzenia kamer. Tamara pośpieszyła za nim. 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 301 


— To było bardzo dobre — powiedziała. Nie brzmiała cał- 
kowicie entuzjastycznie. Wilde ścisnął ją za ramiona. 

— Nie bądź kolejnym — powiedział. 

Spojrzała na niego. Patrzył prosto przed siebie. 

— Kolejnym kim? 

— Kolejnym towarzyszem, który był zawiedziony moim 
umiarem i rozsądkiem. Miałem tego dość w moim pierw- 
szym życiu. 

I z tym puścił jej ramiona, trącając ją, gdy to robił. Spoj- 
rzała znowu do przodu i okazało się, że idą prosto w grupę 
ludzi dookoła Reida. 

Reid miał na sobie luźny wełniany garnitur i niebieską 
bawełnianą koszulę bez krawata. Był pochylony z lewą dło- 
nią opartą o oparcie krzesła, na którym zostawił kubek kawy. 
Jego prawa ręka trzymała papierosa, którym wykonywał za- 
maszyste, podkreślone dymem, gesty. Mówił do trzech męż- 
czyzn i kobiety, wszystkich ubranych z podobną codzienną 
troską. Jego długie włosy były wilgotne od kąpieli i poran- 
nego powietrza. 

Kiedy zobaczył Wilde a, od razu wstał, przełożył papie- 
rosa do lewej dłoni i wyciągnął prawą. Obaj mężczyźni wy- 
mienili uścisk dłoni, obaj uśmiechając się, obserwując wła- 
sne twarze i odkrywając w nich rozpoznanie i, prawie, nie- 
dowierzanie. 


— Minęło dużo czasu — powiedział Reid. 

— Nie dla mnie — odparł Wilde. 

Reid przyjął to krótkim skinieniem. 

— Doceniam to — powiedział. — Może z czasem popa- 
trzysz na te sprawy inaczej. 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 302 


— Całkiem dobrze widzę drogę w Karagandzie — powie- 
dział Wilde. — I Twoją twarz. Kiedy zamykam oczy. Miałem 
czas, żeby przemyśleć spojrzenie, które mi rzucałeś, mój 
przyjacielu. 

— To nie było osobiste — powiedział Reid. — I to też nie 
jest. 

— Wiem, że to nie było osobiste — powiedział Wilde. — 
Wiem, że jesteś lepszy niż to, Dave. Prawie marzę, żeby 
było. 

— Obaj byliśmy zwierzętami politycznymi — powiedział 
lekko Reid. — Też podejmowałeś takie decyzja jak ta. W swoim 
czasie. 

Wilde wzruszył ramionami. Grzebał za papierosem. Reid 
uprzedził go, oferując paczkę i zapalniczkę. Wilde zaakcep- 
tował obie, zaciskając usta. 

— Tytoń — zamyślił się, jakby zauważając nieprawidłową 
obecność po raz pierwszy. — Bawełna. Wełna. Gdzie są plan- 
tacje, stada? 

— Synteza organiczna jest naszą najbardziej rozwiniętą 
technologią — powiedział Reid. — Jak powinieneś wiedzieć. 

Wilde się roześmiał. 

— Sprawa zaczyna się za dwadzieścia pięć minut — po- 
wiedział. — Tyle masz, żeby mnie przekonać, że nie pozwo- 
liłeś mi umrzeć, żeby mi zamknąć usta na dobre. 

Reid dotknął ramienia Wilde, jakby przypominając mu. 

— Nie na dobre — wskazał. — Jesteś tutaj i byłeś... 

Przerwał. Wilde natychmiast powiedział, mogło się wy- 
dawać, że przerwał. 

— Wystarczająco długo! — powiedział. — Prawie to przy- 
znałeś, człowieku! Chcę, żebyś przyznał i to wyjaśnił. I wy- 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 303 


cofał Twoje śmieszne oskarżenie, że działania robota Jay-Dub 
są jakąkolwiek moją odpowiedzialnością, i uwolnił autono- 
miczną maszynę, która chodziła koło Ciebie w ciele An- 
nette. Przeprosiny za żę zniewagę mojej żony i mnie też nie 
byłyby złe. Potem możemy pogadać o innych sprawach. 

Drżał lekko, gdy skończył mówić. 

Reid wstał, wydmuchując dym powoli z ust. 

— Jakie inne sprawy? 

Wilde pochylił się do przodu, mówiąc tak delikatnie, że 
tylko Reid, Tamara i MacKenzie go usłyszeli. 

— Szybki ludek — powiedział — po drugiej stronie Mili 
Malleya. 

Reid lekko się cofnął. 

— Czy to właśnie Jay-Dub Ci powiedział? 

— Sam do tego doszedłem — powiedział Wilde. — To oczy- 
wiste, kiedy o tym pomyślisz. 

Reid pokręcił głową. Przez chwilę, jego twarz pokazy- 
wał prawdziwy smutek. Potem, jego mina oziębła i się od- 
sunął. 

— Jay-Dub Cię stworzył — powiedział. — Zrobił z Ciebie 
broń przeciwko mnie. I coś jeszcze, ostrzegam cię, stwo- 
rzyło Jay-Dub takim, jakim jest. 

— Hę? — odparł Wilde, postępując za jego wskazówką. — 
To niezłe przyznanie się. 

— On był Tobą — powiedział Reid. — Symulacją Ciebie, 
powinienem powiedzieć. I przez jakiś czas, był moim przy- 
jacielem. Miał mnóstwo czasu, żeby mnie oskarżyć o jego, 
Twoje, morderstwo lub zaniechanie, i nigdy tego nie zrobił. 
Ponieważ on rozumiał. Miał większy umysł niż Twój czy 
mój, Jon, i rozumiał. Niemniej jednak był, koniec końców, 


Rozdział 13. Sąd Piątej Dzielnicy 304 


maszyną. Maszyną z własnym przeznaczeniem, z nieskoń- 
czoną cierpliwością i bezdenną przebiegłością. Miałem na- 
dzieję, że element ludzki w niej przezwyciężyłby program. .. maszyny. 
Byłem w błędzie i naprawię ten błąd. Legalnie, Ty jesteś jej 
właścicielem i na to cię złapię. Jednak w rzeczywistości, je- 
steś... 

— Czym? — wyzwał Wilde. — Powiedz mi, jak myślisz, 
czym jestem. 

— Instrumentum vocale — powiedział gorzko Reid. — Na- 
rzędziem, które mówi. Jon Wilde nie żyje. 

Odwrócił się na pięcie, zbierając towarzyszy szorstkim 
gestem i odszedł. 


Rozdział 14 


Kontrakt Terminowy na Walkę 


Po wojnie światowej był rząd światowy. Oficjalnie był 
znany jako Narody Zjednoczone, nieoficjalnie jako USA/ONZ, 
kolokwialnie jako Jankesi. Utrzymywał pokój, z kosmosu, 
lub tak twierdził. To, co rzeczywiście robił, to zapobiegał 
niezliczonym małym wojnom stać się wielkimi. Jednak w 
celu utrzymania własnej władzy, potrzebował małych wo- 
jen, i te nigdy nie znikły. Mieliśmy wojnę bez końca, by 
zapobiec wojnie do końca. USA/ONZ zatrzymywała najbar- 
dziej zaawansowaną technologię we własnych rękach, żeby 
zachować ją od „złych rąk”, to jest każdych rąk, które mo- 
głyby podnieść się na dominację USA/ONZ. Nie było to tak 
straszne, jak obawiały się pokolenia amerykańskich dysy- 
dentów. Nie było, w długim czasie, tak straszne jak poko- 
lenia globalnych idealistów miały nadzieję. Zostawiało to 
sporo swobody złym rządom. 


Traktat o Restytucji, podzielony system „społeczności 
pod Królem”, był wkładem Brytanii do historii hańby. W szcze- 
linach Korony rozkwitły wszystkie rodzaje Wolnych Państw: 
regionalistyczne, rasistowskie, kreacjonistyczne, socjalistyczne, 
nawet — w przypadku naszego własnego Norlonto — anarcho- 
kapitalistyczne. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 306 


Korona była karykaturą minimalnego państwa, który niósł 
tę samą relację do mojej utopii jak „kiedyś naprawdę ist- 
niejący socjalizm” dla mojego ojca. Ludzie, którzy radzili 
sobie najlepiej w układzie byli marginesem, którzy osiedlał 
się na wsi i nazywał siebie Nowymi Osadnikami, a których 
my ludzie z miasta nazywaliśmy nowymi barbarzyńcami. 

Po dwudziestu latach tlącej się wojny wszystkich prze- 
ciwko wszystkim Armia Nowej Republiki ogłosiła Ostateczną 
Ofensywę po raz czwarty. 


— Musisz z nimi pogadać — powiedziała Julie. 


— Dlaczego kurwa powinienem? — odpowiedziałem, nie 
odwracając się od okna. Piękny poranny widok obrzeży Gre- 
enbelt w North London był poznaczony kłębami białego dymu 
z dalszej części Trent Park. Doliczyłem do kilkunastu se- 
kund, zanim usłyszałem tępe uderzenia artylerii, nie usły- 
szałem wybuchów pocisków. Prawdopodobnie poza hory- 
zontem. Krążyły plotki, że Armia Nowej Republiki weszła 
do Luton. Niezależnie od prawdy, Luton lub gdzieś nieda- 
leko dostawało ciężki łomot od Królewskiej Artylerii. 


— To Twój problem — kontynuowałem, odwracając się 
do niej. W sposób, który stał się znajomy przez lata, ale 
którego nigdy nie przestałem zazdrościć w innym w śred- 
nim wieku, wydawała się zmienić niewiele pomiędzy dwu- 
dziestką a pięćdziesiątką. Najbardziej widoczna różnica po- 
między moim byłym Organizatorem Młodych a kobietą, która 
teraz stała w moim biurze, była taka, że wymieniła swój 
dawniej niezmienny kombinezon kosmonauty na bardziej 
dystyngowaną suknię z krynoliny. 

Ja, teraz w dziewiątej dekadzie, ciągle byłem twardy i ener- 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 307 


giczny, dumny w mojej własnej skórze, a mój mózg ciągle 
pracował słodko i czysto, napędzany liniami komórek pło- 
dowych. Jednak przedłużenie życia i perspektywa nieskoń- 
czonego przedłużania, pozbawiła mnie stoickiej dojrzałości 
i oderwania, które czasem dotykało tych naprawdę zesta- 
rzałych w przeszłości. Zauważyłem w sobie usztywnienie 
poglądów, rozrzedzenie ducha. Pokojową rewolucję, która 
ustanowiła oryginalną Republikę, powitałem i próbowałem 
wykorzystać. Pogrążyłem się w chaotycznych możliwościach, 
które towarzyszyły gwałtownemu końcowi Republiki. Ale 
nagła możliwość jej brutalnej odnowie, nowa rewolucja lub 
kontr-restauracja, teraz zdeterminowała mnie do zrobienia 
tylko tego, co zapewni mi przetrwanie ostatnich obrotów 
koła, bez oczekiwania, że gdziekolwiek mnie by to zaniosło. 

Za mną okno zatrzęsło się od eksplozji, a następnie ryk 
przejścia niektórych rakiet, doganiających zbyt późno. Mu- 
siałem się wzdrygnąć, ponieważ uśmiech Julii był chytry, 
kiedy powiedziała: 

— To także Twój problem. Zamierzasz czekać, aż rakiety 
wpadną przez okno? 

— Nie — odpowiedziałem. — Ale dlaczego chcesz, żeby 
to zrobił? — Mój głos brzmiał zrzędnie ku mojej irytacji. — 
Dlaczego nie Twoi rzecznicy? 

Julii roześmiała się. 

— Nazwij ich. Jesteś jedynym, o którym wszyscy sły- 
szeli. Nasz wielki starzec. 

— Och, dzięki. 

— Oraz — kontynuowała — oni nalegają na rozmowy z Tobą, 
ponieważ nie byłeś zamieszany w to, co republikanie nazy- 
wają Zdradą. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 308 


Nagle stwierdziłem, że palę papierosa. (Pierwszego tego 
dnia. Jednej z tych dekad powinienem rzucić je na dobre, 
ryzyka zdrowotne, lub nie... ). 


— Ale byłem — powiedziałem. — Cholera, pomagałem ha- 
nowerskim bękartom narysować mapy. 

— Ta — powiedziała Julie. — A potem cię wyrzuciliśmy, 
pamiętasz? 

— Więc? 

— Cóż, wszyscy zakładają, że to było dlatego, że byłeś 
przeciwko Traktatowi. 


— Co! — Usiadłem na krawędzi biurka i się roześmiałem. 
— Organizacja tak to przedstawiła? 


— Nie do końca — powiedziała Julie. — Po prostu... nie 
zaprzeczyliśmy temu. Z trudem moglibyśmy potępić cię za 
oportunizm po tym, gdy sami tak samo zrobiliśmy. 

— Oczywiście, że moglibyście — powiedział nieobecny. — 
Czyż niczego was nie nauczyłem? 

Właśnie zrozumiałem dlaczego, od czasu Traktatu, moja 
reputacja niosła tajemnicę nienaganności, której przy mojej 
aktualnej politycznej aktywności zrobiłem tak mało, żeby 
zasłużyć. Pomogło mi to w mojej drugiej karierze, niezbyt 
wymagających wykładach z historii na Uniwersytecie North 
London uzupełnionych przez istotniejsze pisanie, niż kiedy- 
kolwiek wcześniej. Pisanie przyniosło mi nieszukaną pozy- 
cję guru ruchu kosmicznego, więcej czytania o niż czyta- 
nia. Leniwa ciekawość, która prowadziła mnie do badania 
i odrzucania konspiracyjnej teorii historii została okrzyk- 
nięta jako dawno spóźniona korekta wiedzy rewizjonistów, 
moja narastająca cyniczna publicystyka jako głos radykal- 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 309 


nego sumienia Ruchu, kwestionującego nieuniknione kom- 
promisy jego wolnej hegemonii nad Norlonto. 

Julie patrzyła na zegarek, ściskała telefon, szarpała włosy. 
Kolejna rakieta przeleciała, tym razem bliżej. Bateria dział 
ucichła. 

— Ok — powiedziałem. — Zabierz mnie do ich przywódcy. 

— Tylko w sensie wirtualnym — powiedziała Julie. — Za- 
bierz mnie do MediaLabu, czy jakkolwiek to jest nazywane 
w tych dniach, i ja cię dołączę. 

Zabrałem kurtkę, komputer i zgasiłem papierosa. 

— Co ze studentami? 

— To załatwione — powiedziała Julie. — Są na strajku. 

— Och — powiedziałem, trzymając drzwi otwarte, gdy 
kierowała suknię przez nie. — A gdzie oni pracują? 


>k kk 


Jakikolwiek wkład do walki studenci myśleli, że doko- 
nują przez niewłączanie się, zrobili by lepiej, przychodząc, 
przynajmniej do pokoju Kabla. W cichej chłodnej piwnicy 
Perry Anderson Building z jego cienkimi warstwami na- 
turalnego Światła z listwowych okien przy suficie, kame- 
rami, ekranami, sprzętem immersji VR leżał pomiędzy sto- 
sami notatek, przygryzionych długopisów i brudnych kub- 
ków styropianowych. Julie włączyła coraz więcej kabli i po- 
łączeń sieciowych, wyświetlając bitwę mediów prawie tak 
ważną jak jakakolwiek na powierzchni ziemi. 

Brytania, „była Brytania” jak nazywali ją Jankesi, była 
dla odmiany światowym newsem, z ANR rzekomo goto- 
wym do uderzenia i USA/ONZ ośmielającym się do kolejnej 
krwawej interwencji. W międzyczasie lokalne rady i kanały 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 310 


brzęczały plotkami i debatami. ANR, ze swojej strony, nic 
nie mówiło, oprócz manifestu i harmonogramu pokazują- 
cego dokładnie gdzie i kiedy zamierzają uderzyć. Jutro wy- 
glądało pracowicie. 

— Chcesz głęboką czy płaską? — spytała Julie, wyrywa- 
jąc mnie z fascynującego, rozwijającego się wątku dyskusji 
w jednym w mini państw Yorkshire. 

— Płaską. — Nigdy nie mogłem znieść kłopotów rękawi- 
czek, gogli i sprzętu, tak jak to widziałem, jeżeli zamierzałeś 
wyposażyć się w ten sposób, równie dobrze mogłeś próbo- 
wać jakiejś zdrowej perwersji, zamiast wnętrza komputera. 

— Ok, łączę cię teraz. 

Dyskusji na grupie (i jej prawie równo intrygujące akom- 
paniujące postacie z kreskówek, nazywane buźkami, które 
pokazywały miny, obsceniczne gesty lub toczyły się ze śmie- 
chu na marginesach, w połysku graficznym głównej debaty) 
zniknęła i pojawiło się łącze wideo. 

Nierówny odbiór, rysy jak w starym filmie (kryptogra- 
fia była ustawiona w tej chwili z kampusowego freeware 
w North Carolina, zgodnie z ich oburzonym, podskakują- 
cym demonem copyleft w rogu) i jakość głosu jak źle zdub- 
bingowany irański pornos, ale nie było wątpliwości, kto jest 
po drugiej stronie. 

— Cóż, witam Jon. 

— Cześć Dave. Nie spodziewałem się, że będę z Tobą 
rozmawiał. 


(- Znasz tego gościa? — syknęła Julie). 
Dave kaszlnął. 
— Wynająłem kilka drużyn do, hm, technicznej pracy 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 311 


w obecnej operacji i przez jakiś czas miałem dobre relacje 
biznesowe z naszymi przyjaciółmi na Północy. 

Rozumiałem, co ma na myśli, ale wydawało się niepo- 
trzebnie pośrednie. Rzuciłem mu, coś, co miałem nadzieję, 
przeszło jako krzywe spojrzenie. 

— Martwisz się o szyfrowanie, czy coś? Mam na myśli, 
to Twoja grupa to podjęła. 

— Nie, nie. — Dave skinął głową jakby za moim ramie- 
niem. — Tylko, co to za dziewczyna na ławce za Tobą? 

— Och? — Spojrzałem do tyłu. Julie opierała się na pa- 
górkach sukni, jej ładne buty dyndały poniżej, jak lalka na 
półce. 

— Uważaj na słowa, człowieku, to Julie O'Brien. 

— Przepraszam panią — powiedział Reid. — Nie rozpozna- 
łem. 

— W porządku — powiedziała Julie. — I możesz mówić 
swobodnie. — Prawdopodobnie pochlebiło jej bycie nazwaną 
dziewczyną, pomyślałem ponuro. 

— Ok — powiedział Reid. Rozluźnił się. — Faktem jest, 
Jon, że pracowałem z ANR przez lata i spędziłem ostatnie 
kilka tygodni, pośrednicząc w umowach z firmami obrony 
w Twoim sektorze. 

— Tak, cóż, zauważyłem, że kontrakty terminowe na walkg!] 
idą w górę. 

Reid się uśmiechnął. 

— Tak i możesz ich użyć jako dźwigni w ubezpiecze- 
niach. ..— Potarł dłonie. — Wspaniała zabawa, oczywiście, 


l oryg. combat futures — transakcja pochodna zawierana na rynku giełdowym, 


w której strona zobowiązuje się dokonać transakcji za ustaloną ilość instrumentu 
bazowego za Ściśle określoną cenę w Ściśle określonym terminie, więcej https: 
//pl.wikipedia.org/wiki/Futures- przyp.tłum. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 312 


ale teraz, gdy wszystko ustaliliśmy z właścicielami dróg i fir- 
mami policyjnymi, musimy ułożyć się z milicją Ruchu. Po- 
lityka, nie biznes. Pomyśleli, że jestem właściwą osobą do 
rozmowy z Tobą. 

— Zakładając nasze głębokie osobiste zaufanie. 

— Coś w tym rodzaju. 

— Naprawdę jutro uruchamiacie ofensywę? 

Reid się uśmiechnął. 

— Nie mogę powiedzieć. Zamierzamy, ale nie usunęli- 
śmy wszystkich błędów z naszych systemów. 

Domniemywano, że ANR odziedziczyło jakiś diabolicz- 
nie mądry program wojskowy ze starej Republiki, choć je- 
żeli ich wcześniejsze nieudane ofensywy były jakąś wska- 
zówką, nie było to wszystko, na co było to stać. 

— Dlaczego ogłaszacie harmonogram, gdzie zamierzacie 
uderzyć? Większość strategów ciągle ceni przewagę zasko- 
czenia, z tego, co słyszałem. 

— Powiedziano mi, że to środki humanitarne — zachicho- 
tał Reid. — Pozwala cywilom opuścić tereny. 

— I blokuje drogi z uchodźcami i daje milicjom mini- 
państw każdą wymówkę do chorobowego jutro rano? 

— Tak jak mówiłem... 

— ...humanitarne. Ok. Interesy. Jaka jest umowa z Nor- 
lonto? 

— Wiemy, że wasza milicja nie będzie walczyć za Ko- 
ronę — powiedział wolno Reid — i nie oczekujemy, że bę- 
dziecie walczyć za Republikę. Wszystkie darowizny przy- 
jęte z wdzięcznością, oczywiście, ale to przy okazji. Główna 
sprawa jest taka, że nie chcemy, żeby ktokolwiek myślał, że 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 313 


was najeżdżamy, jeżeli zdarzy się nam przejechać tranzytem 
w wielkich pojazdach na gąsienicach. 

— Widzę, jak może to być zrozumiane błędnie — powie- 
działem. (Julie, za mną, prychnęła) — Jaką mamy gwarancję, 
że po prostu nas nie zadepczecie? 

— Prócz mojego uroczystego słowa? 

— Tak — powiedziałem. — Prócz tego. 

— To nie jest naszym celem. Nie mamy nic przeciwko 
Norlonto. Niektóre z tych małych Wolnych Państw będą mu- 
siały być sprzątnięte, ale nie jesteście na liście. 

Kurwa, wspaniale. 

— Ok, a co z tym. Ostrzał artyleryjski i rakietowy Nor- 
lonto przez ANR jest wstrzymany od zaraz. Wasi żołnie- 
rze mogą przejechać, ale nie mogą zostać i w szczególności 
nie mogą wyprowadzać żadnych ataków na Hanowerczy- 
ków z pozycji w Norlonto, nawet przy pozwoleniu właści- 
ciela posesji. 

— To wystarczy — powiedział Reid. 

— To łamie Traktat — powiedziała Julie, jakby ta sprawa 
właśnie do niej dotarła. 

— W istocie tak — powiedział Reid sucho. — Więc na 
wszelki wypadek, gdybyśmy przegrali tę rundę, sugeruję, 
żeby Jon ujawnił tę umowę ponad waszymi głowami. Wszy- 
scy ci, którzy zaakceptowali Traktat, zrezygnują ze stano- 
wisk z niesmakiem, a Jon przejmie władzę na kolejny dzień 
lub dwa. 

— (Co! — Julie i ja powiedzieliśmy w tej samej chwili. 

— Pewnie — kontynuował Reid niewzruszenie. — Zróbcie 
z niego dyktatora, czy coś. W ten sposób, będzie mógł wy- 
dawać rozkazy bojówkom i przyjąć baty, jeżeli przegramy. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 314 


Zawsze możecie go potem zastrzelić, jeżeli wygramy, a on 
okaże zbyt dużo przywiązania do pracy, ale jestem pewien, 
że to nie będzie konieczne. 

— Żądasz bardzo wiele — powiedziałem. — Jeżeli prze- 
grasz, będę za to wisiał. 

— Och, nie martwiłbym się o to — powiedział Reid beztro- 
sko. — Jeżeli przegramy, to dlatego, że wejdą Jankesi, a wtedy 
i tak będziesz martwy. 


— Czy to nie dotyczy reszty z nas? — spytała Julie. — Mam 
na myśli, po co się męczyć z... ? — Pomachała dłonią. 


— Droga obywatelko — powiedział Reid z udawaną cier- 
pliwością — Jankesi mają liszę. On na niej jest, a Ty nie. 

— Cóż — powiedziałem po tym, gdy to zapewnienie do- 
tarło — jak mogę odmówić? 

— Dobry człowiek — powiedział Reid. — Mam nadzieję, 
że jeszcze cię zobaczę. 


— Tak jak i ja, chłopie — powiedziałem. — Tak jak i ja. 


Następnego dnia ofensywa ANR się rozpoczęła (Bum 
według Rozkładu!, jak wydanie południowe Sun-Times to 
podsumowało), ale utknęło w martwym punkcie i wycofało 
się przed końcem dnia. Pojawiła się historia, że była to wina 
jakiegoś problemu softwarowego, ale ciężko to sprawdzić. 
Myślę, że strajki powszechne i lokalne insurekcje, które wy- 
buchły w tym samym czasie miały więcej z tym wspólnego. 
Szczęśliwie, przez kolejne kilka dni, te cywilne powstania 
pociągnęły rewolucję ku zwycięstwu. Kiedy stało się jasne, 
że Ameryka też strajkowała i żołnierze nie przybywali, Przy- 
wrócony Rząd Hanowerski haniebnie odleciał helikopterami, 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 315 


żeby „kontynuować walkę z terroryzmem z wygnania”, jak 
to ujęli. 

Upadek USA/ONZ był podobnie przypisany, w swego 
rodzaju teoriach konspiracji, które kiedyś obaliłem na za- 
wsze, jakiemuś wirusowemu natarciu na globalne sieci in- 
formacyjne. Jednak chwila obiektywnego myślenia wykaże, 
że insurekcje w Brytanii i na Syberii, równoległe z eskalu- 
jącym sporem z Japonią nad kontrolą broni, były tym, co 
ostatecznie przekonało Amerykanów, że światowa domina- 
cja nie jest warta kolejnej podwyżki podatków czy poboru 
do wojska. Insurekcje naśladowcze, jak były nazywane, roz- 
lały się po całym Świecie z prędkością plotki internetowej. 
Zakłócenie związane z tym, co doprowadziło do Światowej 
rewolucji, jest, w mojej opinii, bardziej niż wystarczającym 
wyjaśnieniem dla stanów chaotycznych na wszystkich kom- 
puterach przez następne kilka miesięcy. 


W tym czasie miałem znacznie ważniejsze sprawy na 
głowie jak próbowanie wymyślenia sposobu na utratę mojej 
nowej pracy bez przekazywania jej komuś gorszemu. Po- 
winienem był wiedzieć lepiej na początku, zamiast stać się 
dyktatorem, ale to jest anarchizm dla was. To po prostu nie 
jest żadne przygotowanie na obowiązki rządu. 


Luty, 2046. Najzimniejsza zima od lat. Ludzie mówili, 
że to była dziura w szklarni, gdy palili ogniska wczorajszą 
gotówką. 

Mieliśmy naszą własną szklarnię, naszą geodezyjną ko- 
pułę w Trent Park, niedaleko uniwersytetu. Studenci byli za- 
jęci robieniem błędów o demokracji i elitaryzmie, które były 
traktowane passe, kiedy byłem w Glasgow. Zostawiłem ich 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 316 


w tym. Annette powoli poruszała się przy jej eksperymen- 
tach ogrodowych, w kitlu laboratoryjnym zrobionym z futra. 
Wytrząsłem trochę propagandy sieci, przemawiałem ochry- 
pły na Kablu, zbierałem wirtualne spotkania fakcji Norlonto 
i wykułem stanowisko do przedstawienia narodowemu rzą- 
dowi. 


Dla relaksu rozmawiałem z ludźmi w kosmosie. Poza 
osadami Lagrange i Księżycem łatwiej było emailem, natu- 
ralniejszym medium biorąc pod uwagę opóźnienia prędko- 
Ści światła. Górnicy asteroid uroczyście pytali o moją radę 
w sprawie banków spółdzielczych, marsjańscy koloniści na- 
rzekali na porzucenie, teraz gdy Obrona Kosmiczna była 
redukowana. Rady żołnierskie na byłych stacjach orbital- 
nych Obrony Kosmicznej testowali na mnie idee bardziej 
zyskownych sposobów użycia dział laserowych. (Byli do- 
brymi dzieciakami, naprawdę, lub pomyśleliby o oczywi- 
stym sposobie). 


W międzyczasie wojna domowa trwała. Skromny cel Re- 
publiki połączenia narodowej unii z lokalną autonomią wie- 
lokrotnie zderzał się z tubylcami, których idea autonomii 
była znacznie bardziej ekspansywna. Jako państwo, Repu- 
blika była na wiele sposobów słabsza niż Korona — z jej za- 
wsze obecnym, tuż nad horyzontem wsparciem — kiedykol- 
wiek była. Bardziej fundamentalnie, rewolucja wystawiła 
wszystko na grabież, stworzyła bodźce do zdrady, jak przed- 
stawiali to teoretycy gry. 


Uchodźcy wlewali się w Norlonto ze wsi i kontynuowali 
walki w slumsach i obozach. Wysiłek organizacji charyta- 
tywnych oraz tak samo firm ochrony zwiększał się co ty- 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 317 


dzień i co tydzień krzyczałem na organizatorów, by rekruto- 
wali nowych pracowników spośród samych uchodźców. 

To działało, póki stało się problemem, kto kogo rekru- 
tował. Konkurencyjne firmy policyjne znalazły się dosłow- 
nie w rywalizujących uzbrojonych obozach, gdzie kwater- 
mistrzostwo, prawdopodobnie, było autoryzowanymi dys- 
trybutorami fundacji charytatywnych. Nazywaliśmy to Syn- 
dromem Tajlandzkim. 


Cotygodniowe spotkania Komitetu Koordynacji Obrony 
stały się dzienne, lub raczej, nocne. Zwykle zaczynały się 
o 21:00 i toczyły się aż do późnej nocy. Nie miałem z tym 
problemu. Moje potrzeby snu zmniejszały się z wiekiem. 
Nie lubiłem wchodzenia do VR, ale takie jest życie. Każ- 
dego wieczoru zdejmowałem rękawiczki do zmywania, za- 
kładałem VR-rękawice, uśmiechałem się do Annette ponad 
czystym stołem, zakładałem szkła i... 

Byłem tam. Niektórzy z nas wyobrażali sobie siebie jako 
Bohaterów w Piekle] i otoczenie było właściwe: czarna nie- 
skończoność wokół nas, a pomiędzy nami okrągły stół z rzu- 
tem Norlonto, Londynu lub czegokolwiek, czemu chcieli- 
śmy się przyjrzeć, widok camera obscura, złożony ze zdjęć 
satelitarnych i rozszerzonymi wszystkimi danymi, jakie mo- 
gliśmy dodać. Na tym poziomie było nas trzynaścioro, za- 
wsze szczęśliwa liczba dla komitetu. Nasze sobowtóry — na- 
sze obrazy ciał w świecie wirtualnym — były takie same jak 
rzeczywiste formy, głównie, żebyśmy mogli rozpoznać się 
w Świecie realnym lub w telewizji. 


2 oryg. Heroes in Hell, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/ 
przypłum. 





Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 318 


W noc wielkiego kryzysu nie było jednej osoby. Rozej- 
rzałem się, zmartwiony. Julie była tutaj, Mike Davis, Juan 
Altimara, wszyscy z różnych kierunków Ruchu Kosmicz- 
nego, para identycznych młodych, który mentalnie opisa- 
łem jako „misjonarze mormonów”, choć rzeczywiście byli 
z organizacji charytatywnej chroniącej kościoły w Norlonto, 
Związek Obrony świętego Maurycego. I przechodząc od sek- 
tora ochotniczego do komercyjnego, grupa delegatów przed- 
siębiorstw obrony, którzy zmieniali się z tygodnia na tydzień 
i zawsze wyglądali alarmująco młodo i żałośnie zmęczona, 
i zawsze spierali się z lewicowcami... 


— Gdzie jest Catherin Duvalier? — Była młoda, szybka, 
bystra: koordynator komunistycznej bojówki, której sieci wy- 
wiadowcze rozszerzały się przez obozy Zielonych do odle- 
głych bitw na wzgórzach. 

Julie uśmiechnęła się do mnie przez jasną otchłań stołu. 

— Cat wychodzi dzisiaj za mąż. Przesyła przeprosiny. 

— Nie ma usprawiedliwienia — chrząknąłem, ale poczu- 
łem ulgę, że nie mieliśmy dezercji, lub faktycznie ofiary. — 
Ok, towarzysze. Najpierw interesy. 

Wbiłem dzienne dane handlowe dla udziałów obronnych 
i kontraktów terminowych walki. Rosły szybko. 

— Dobra, chłopcy — powiedziałem do chłopaków z agen- 
cji obrony — czy wiecie coś, czego nie wiemy? 

Błyśnięcie wymiany danych wprawiło sobowtór w drże- 
nie jak miraż. Potem, szybka wymiana zdań skończona, je- 
den z nich przemówił. 

— Właśnie mieliśmy powiedzieć, panie Wilde... 


Och, pewnie. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 319 


—... wszystkie nasze przedsiębiorstwa zostały oddziel- 
nie odpytane na temat, hm, potencjalnych sytuacji konfliktu. 
Wydaje się, że raz jeszcze duża liczba właścicieli ulic umó- 
wiła się, żeby pozwolić na przejście, hm, kolumn pancer- 
nych... 

— Masz na myśli, że Armia wchodzi? 

Wirtualne oczy heliografowały | szok dookoła stołu. 

— Tak — powiedział nieraźno. — Zostaliśmy poinstruowani 
do przekazania informacji Tobie, że rząd zdecydował się za- 
kończyć anormalny stan Norlonto, ich słowami. Jest to wy- 
nikiem wniosku znaczącej większości społeczności bizne- 
sowej i pewnej liczb bardziej, hę, osiadłych towarzystw są- 
siedzkich... 

— Bękarty! — krzyknęła Julie. Skierowała się do „mor- 
mońskich misjonarzy”. — Wiedzieliście cokolwiek o tym? 

— Nie patrz na mnie w ten sposób — powiedział jeden 
z nich. Przekazywaliśmy tygodniami skargi od naszych klien- 
tów. Sytuacja naprawdę staje się całkiem nie do zniesie- 
nia, szczególnie dla mniej pomyślnych. Zapewniam was, że 
Związek o tym nic nie wiedział, ale nie mogę powiedzieć, 
że jestem zaskoczony albo że mi przykro. 

— Więc — powiedziałem — kiedy czołgi wjeżdżają? 

— Pojutrze — powiedział jeden z delegatów agencji. — Po- 
kaz siły i takie tam. Porządek na ulicach. 

— Dobrze — powiedziałem. — To daje nam czas na orga- 
nizację. 

— Ruch oporu? — Kilka głosów powiedziała to w tej sa- 
mej chwili, z przerażeniem lub z nadzieją. 


3 system semaforowy, który przesyła błyski słońca, więcej https: //en. 
wikipedia.org/wiki/Heliograph -— przyp.tłum. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 320 


— Nie — powiedziałem ponuro. — Odwrót. Powiedzcie 
swoim przełożonym i rządowi, że nie będzie kłopotu ze strony 
milicji. 

Rozejrzałem się dookoła stołu, moja ręka na klawiaturze 
prawdziwego stołu wystukująca pilną wiadomość do ludzi 
z Ruchu Kosmicznego, żeby jeszcze zostali. 

— Spotkanie odłożone. Do zobaczenia jutro. 


— W co ty kurwa pogrywasz, Wilde? — spytała Julie, kiedy 
fundacje i biznesy opuściły scenę. — Nie możemy tego przy- 
jąć, leżąc. To będzie koniec Norlonto! 

Mike Davis i Juan Altimara pokiwali w oburzonej zgo- 
dzie. 

— Och wy małej wiary — powiedziałem. — Oczywiście, 
że to będzie koniec Norlonto. Zdaje się sobie przypominać, 
że większość z was nie była zbyt zapalona na początku Nor- 
lonto. 

Juan, który przybył do Norlonto jako dziecko, uciekinier 
z krótkiej biowojny w Brazylii podczas Secesji Amazonii, 
spojrzał na Mike'a i Julie. Grzybicza blizna na policzku wy- 
kręciła się, gdy zmarszczył brwi. 

— Tego nie wiedziałem — powiedział. 

Julie zarumieniła się, Mike bawił się swoim przełączni- 
kiem: 

— Teraz po jabłkach. — powiedział niewygodnie. — Cho- 
dzi o to, że Norlonto było bastionem wolności przez lata, 
udanym eksperymentem, a Ty chcesz pozwolić etatystom 
wmaszerować bez oddania strzału! 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 321 


— Przepraszam, towarzysze — powiedziałem — ale kto tu- 
taj kapituluje przed etatyzmem? — Grzebałem w wirtualnych 
głębokościach stołu, podświetlając możliwe drogi najazdu 
i sprawdzając je wobec ruchów ocen ubezpieczenia, dys- 
lokacji agencji obrony, bunkrów milicji. — Tak jak to wi- 
dzę, jeżeli klienci różnych agencji obrony, jeżeli społeczno- 
Ści i właściciele nieruchomości tego miasta chcą robić inte- 
resy z upaństwowionym przemysłem obronnym, jaki mamy 
w tym interes? Czy to nie jest anarchokapitalizm w działa- 
niu? 

— Bardziej kapitaliści wyprzedający anarchię! — powie- 
działa Julie. 

— Ponieważ mają prawo tak zrobić — powiedział Mike. — 
Ta, muszę się tutaj zgodzić z Jonem. Jednak, to znaczy, że 
zawiedliśmy. 

Julie i Juan oboje przyglądali się rozszerzonej mapie przy- 
bierającej kształt. Spojrzeli w górę, spojrzeli na siebie. 

— Nie musimy zawodzić — powiedział Juan. — Bojówki 
są dostatecznie silne, żeby wstrzymać siły Republiki. Mamy 
czas, żeby wyprowadzić populację. Armii nie ujdzie na su- 
cho masakra we własnej stolicy, nawet Hanowerczycy po- 
wstrzymywali się od tego. 


— Uchodzi na sucho mordowanie na wsi — powiedziałem. 
— Czy kiedykolwiek słuchałaś jakichkolwiek uchodźców? 


Julie odrzuciła ten komentarz ruchem dłoni. 
— Jeżeli wierzysz jęczeniu tych ludzi o potwornej tyranii 
Republiki, która najwidoczniej nie jest, to... 


— Więc dlaczego jesteś zmartwiona tymi żołnierzami na 
ulicach? 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 322 


— Ponieważ. ..— Julie spojrzała na mnie, jakbym nie ro- 
zumiał czegoś tak oczywistego, że nie wierzyła, że musi to 
powiedzieć. — Ponieważ to jest nasze miasto, cholera! Na- 
sze wolne miasto! Nie możemy pozwolić państwu wjechać 
po tylu latach. Powinniśmy sami złamać te obozy, zrobić to 
teraz, wygonić te mafie i buntownicze bojówki, pozbyć się 
nawet żej wymówki do wejścia Armii. Jeżeli ruszymy teraz, 
moglibyśmy to zrobić dzisiaj! 

Widziałem Mike'a biorącego do serca tę sugestię, pod- 
czas gdy moje serce zamarło. Wolałbym, żeby Catherin Du- 
valier wybrała inny dzień na związek. Kłótnia trwała. 


Motyl wleciał z nieskończonej ciemności dookoła nas 
i usiadł na stole, skrzydła drżące. 


— Och, gówno — powiedział głosem Annette. — Mam na- 
dzieję, że ta cholerna rzecz działa... 


— Widzimy Cię, Annette — powiedziałem. — Co robisz? 
Jak się tutaj dostałaś? 


Poczułem jej dłoń, niesamowicie niewidoczną, muska- 
jącą moją. 

— Wybaczcie mi — powiedziała. — Wiem, że nie powin- 
nam tu być, i nic nie zhakowałam, czy coś. W rzeczywistości 
siedziałam po drugiej stronie Jona i mogłam zobaczyć, co 
mówi, i podeszłam za nim i podszyłam się pod jego linkiem, 
i krążyłam dookoła tej rozmowy... 

— To jest zagrożenie bezpieczeństwa! — powiedział Juan. 

— To nie jest zagrożenie, to moja żona — powiedziałem. 
— Jest jedną z tych, która zabezpiecza moją fizyczną loka- 
lizację, kiedy jestem tutaj, i zawsze to robiła. Więc się za- 
mknij towarzyszu i posłuchajmy, co ma do powiedzenia. 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 323 


Jeżeli wszyscy się zgadzają. — Rozejrzałem się nad stołem 
i wszyscy, w końcu, pokiwali głową. 


— Ok - powiedziała Annette. W rzeczywistości fizycznej 
wsunęła mi się na kolana i objęła mnie ramieniem. W VR 
podleciała, podniecona, potem zaczęła opadać i trzepotać 
dookoła mapy, jakby przyciągana do światła. — Mówicie, że 
pozwolenie Republice na przejęcie Norlonto byłoby straszną 
porażką i hańbą. Dobra. Jestem pewna, że nawet Jon tak my- 
Śli. Jednak czy pomyśleliście, jaka byłaby to porażka i hańba, 
gdyby upaść we krwi? Lub wygrać i samemu stać się pań- 
stwem? Musielibyście walczyć nie tylko z armią, ale z fir- 
mami ochrony, i to byłby koniec anarchii wolnego rynku, 
z której jesteście tak dumni. Co do wyrzucenia uchodźców, 
właśnie o tym naprawdę mówisz Julie, nie byłoby to po pro- 
stu złe, byłoby przez lata używane jako dowód, że to, co 
mamy tutaj nie różni się od tego, co oni mają tam. 


Usadowiła mi się na kolanach i na mapie. 


— Ale jeżeli wpuścicie Armię, jak myślicie, co się sta- 
nie? Armia zostanie wciągnięta w nasz sposób robienia rze- 
czy, ekonomiczny, a nie polityczny. Będę musieli zawierać 
umowy, handlować kontraktami terminowymi, przedstawiać 
spory przed przedsiębiorstwami sądowymi, wymieniać się 
prawami i całą resztą tego. 


— Skąd wiesz, że po prostu nie będą robić rzeczy na swój 
sposób? — spytał Mike. 


— Ponieważ Julie ma rację — powiedziała Annette. — Nie 
chcą mieć walki w rękach. Nie chcą nas podbijać, chcą nas 
wykupić. Faktycznie wygląda, że już wykupili przedsiębior- 
stwa obrony. A co kupione może być sprzedane. Zanim będą 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 324 


wiedzieć, będą praktykować anarchokapitalizm, nie wierząc 
w słowo z niego. 


— Tak jak każda inna grupa, która tutaj się pojawiła — 
powiedziała kwaśno Julie. — I spójrz, gdzie nas to doprowa- 
dziło. 


— Tak, spójrz — powiedziałem. — Dało nam to dwadzie- 
ścia lat pokoju i wolności, i tolerancji pomiędzy ludźmi, któ- 
rzy razem i oddzielnie Śmiertelnie się nienawidzili! 


Juan, Mike i Julie musieli się roześmiać. Był to osła- 
wiony fakt, że libertarianie w Norlonto byli rzadsi niż komu- 
niści w tym, co Reid zwykł nazywać państwami robotników. 


— Myślę, że Annette ma rację — powiedziałem ostrożnie, 
jakby to nie było to, o czym od początku myślałem i nie mo- 
głem się zebrać, żeby wypowiedzieć (Nigdy nie udałoby mi 
się uzyskać efektu jej namiętnego pacyfizmu). — Jest jesz- 
cze jedna sprawa, o której staramy się zapomnieć, i ostatnio 
mnie męczyła. Przez lata byliśmy tak zajęci prowadzeniem 
Norlonto, w miarę jak się samo nie prowadziło, że byliśmy 
skłonni ignorować co się dzieje w kosmosie. Wiem, wiem, 
to była sprawa „socjalizm w jednym kraju” przeciwko spra- 
wie światowej rewolucji i Obrona Kosmiczna trzymała wy- 
sokie orbity, i oprócz Alexandra Port nie było zbyt wiele, co 
moglibyśmy praktycznie zrobić. Pamiętam lata temu, nie- 
którzy z nas próbowali zbudować eksperymentalne wyrzut- 
nie laserowe i zostali rozdeptani z wielkiej wysokości. Jed- 
nak teraz Obrona Kosmiczna jest w opałach, a my mamy 
przyjaciół, towarzyszy, w Lagrange i na Księżycu próbu- 
jących zbudować ekosystemu ze szmaty, kości i zbiornika 
powietrza. Nadszedł czas, żebyśmy coś z tym zrobili. Więc 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę 325 


powiem, jeżeli etatyści chcą Norlonto, niech wezmą. Mamy 
lepsze rzeczy do zrobienia. 

Usiadłem, czując przesunięcie się ciężaru Annette, wi- 
dząc drżenie obrazu motyla. Troje liderów Ruchu Kosmicz- 
nego patrzyło na mnie i rozmawiało pod stołem, do pewnego 
stopnia, ze sobą. Miałem nadzieję, że przynajmniej skrycie 
poczuliby ulgę od idei ratowania honoru Ruchu przez brak 
walki. 

Sobowtór Juana rozjarzył się od przychodzącej informa- 
cji, zadrżał z powrotem do swojego obrazu. 

— Ok, Wilde — powiedział. — Myślimy, że możemy to 
pchnąć dalej. Przygotuj się wczesną pobudkę. Julie zamierza 
ustawić wywiady z Tobą na tak wielu kanałach, jak to tylko 
możliwe. Teraz, mniemam, że jest czas na... 

— Powrotu do swoich okręgów i przygotowania się na 
rząd — powiedziałem. 

Nikt się nie roześmiał. 


>k kk 


Kiedy reszta zblakła z widoku, poruszyłem się, żeby zdjąć 
szkła, i poczułem ręce Annette chwytające moje nadgarstki. 

— Nie — powiedziała. Zanurkowała w moją twarz, prze- 
szła na tył i wróciła dookoła. — To jest zabawne. Dlaczego 
nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? 

Wstała, ściągnęła mnie z krzesła, położyła mnie na praw- 
dziwym stole, wirtualne obrazy naszych bezstanowych sta- 
nów poruszające się przed moimi oczami. Po omacku szuka- 
liśmy, grzebaliśmy i pieprzyliśmy się na kuchennym stole, 
na mapie miasta, podczas gdy nad nami dwa motyle upra- 
wiały miłość w nieskończonym mroku. 


Rozdział 15 


Kolejne Pęknięcie 
w Immanentyzacji Eschatonu 


Dee doświadcza swojej pierwszej, grzesznej przyjemno- 
ści. Przyjemność wynika z siedzenia na trawiastym, pozna- 
czonym głazami stoku doliny pod słońcem Ziemi. Niebo jest 
innym błękitem, chmury jest innym białym, niepodobnym 
do niczego, co kiedykolwiek widziała, nawet w jej snach 
Opowiadań. Na dnie doliny, daleko poniżej jej, brązowa rzeka 
toczy się nad czarnymi kamieniami. Jeszcze dalej w dolinie, 
spokój sceny jest zakłócony przez łomot budowy rozległego 
pylonu. Jednak z miejsca, gdzie siedzi Dee, odległy hałas 
tylko podkreśla otaczającą ciszę. Pęd pracy półtuzina ma- 
łych, poruszających się postaci tylko przypomina jej, że nie 
ma nic innego do roboty, prócz relaksu i głębokiego oddy- 
chania czystym, gęstym powietrzem Ziemi. 


Wina wynika z tego, że wszystko jest iluzją: pełna im- 
mersyjna rzeczywistość wirtualna, którą ją tak oczarowała, 
że rozumie precyzyjnie, dlaczego ta uwodzicielska przewrot- 
ność zmysłów jest tak niemile widziana. Najbardziej de- 
kadencki sybaryta z górnych pięter Miasta Statku poinfor- 
muje cię surowo, że tego rodzaju rzeczy są nienaturalne, 
zepsuły moralną tkankę wielkich cywilizacji i sprawią, że 
oślepniesz. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 327 


Czuje się nieco winna, że Ax nie może tego dzielić. Jest 
zablokowany w rzeczywistym świecie, kręci się z tyłu cię- 
żarówki. Pojazd półgąsienicowy jest jak gigantyczna, wy- 
dłużona wersja górnego kadłuba Jay-Duba. Jego skóra ze 
szczotkowanego aluminium ukrywa kilka centymetrów pan- 
cerza. Nuklearne turbiny mogą nadać temu prędkość mak- 
symalną stu kilometrów na godzinę na płaskiej powierzchni 
i bez przeszkód. W jego magazynach jest wiele groźnych 
i fascynujących rzeczy, ale sprzęt do immersji VR nie jest 
pośród nich. 


Dee jest włączona przez bezpośrednie wejście do kory, 
gniazdo za jej uchem. Ax mógłby też to zrobić, ale jest tylko 
jedna wtyczka, a ona tego potrzebuje, lub raczej, to jest po- 
trzebne jej. Ax ciągle (tak zakłada) siedzi pod podniesionym 
wizjerem klapy tylnej, z nogami bujającymi się na końcu 
ciężarówki i stosuje swoją wersję telepatii wobec kiepskiego 
odbioru starego telewizora. Strzeże (taką ona ma nadzieję) 
ich przed drapieżnikami, łowcami nagród i burzami piasko- 
wymi. Systemy pojazdu, oraz Jay-Dub, są dobrze przygo- 
towane na nie wszystkie, ale gdy Dee patrzy na wirtualną 
dolinę, podejrzewa, że mogą być nieco zajęte. Wie niejedną 
rzecz o czasie CPU, a stąd widzi, jak wiele jest zużywane. 


I nie tylko przez Jay-Duba i pojazd. Jednym z powo- 
dów, dlaczego została wysłana na wzgórze i poinstruowana, 
by robiła tak mało, jak to możliwe, jest to, że jej własne 
systemy są prawie w całości zaangażowane. Jej ciało, tam 
w realnym Świecie, leży z tyłu pojazdu, zwiotczała jak lalka. 
Wszystkie prócz dwóch postaci pracujących nad szkieletową 
wieżą, tuż poniżej długiego, długiego domu, którego wdzięczne 
kształty wystają ze stołu jakby nawis, są jej aspektami. Żoł- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 328 


nierka jest tam, Naukowczyni, Szpiegini i Sys, pomagając 
dwóm innym bytom w ich dziwnej pracy. Sklep i Sekrety nie 
manifestują się w VR jak cokolwiek podobnego ludziom: 
zamiast tego, są splątanym, prawie niepenetrowalnymi wiąz- 
kami kabli pod napięciem, ostrymi rogami i podobnie od- 
straszającymi obiektami. Ciemne postaci tańczą i szturchają 
dookoła nich i co jakiś czas wyrywają coś z zarośli i z trium- 
fem niosą to, żeby dodać do najeżonej wieży. 

Dwa inne byty są tymi, które zamieszkuje cały czas Jay-Duba. 
Poznała je ostatniej nocy po tym, jak Jay-Dub zabrał ich 
w swojej łodzi w górę Kamiennego Kanału, daleko w pu- 
stynię. Są to stary mężczyzna i młoda dziewczyna, którzy 
przemówili do niej z ciężarówki. (Ciężarówka w istocie jest 
wersją tego pojazdu i potrafi zrozumieć powab jej iluzyj- 
nej, zagraconej kabiny). Poza kabiną, w dolinie i w domu, 
Meg jest wdzięczną, elegancko ubraną kobietą, ale w ka- 
binie jest brudasem. Jej twarz i oczy są takie same w obu 
wirtualnych środowiskach. Ale jej oczy zawsze wydają się 
większe i ciemniejsze, kiedy jej uśmiech prześladują Twoją 
pamięć, niż są, kiedy je znowu widzisz. 

Ax otrzymał zadanie obserwowania wiadomości i pilno- 
wania sprawy sądowej, kiedy się zacznie. W międzyczasie, 
Wilde, starzec w umyśle robota, zaprzągł wszystkie zasoby 
swojego i jej umysłu, żeby rozwiązać problem — jak to po- 
wiedział — niezależnie od wyniku. On i Meg, i widmowe 
kształty oddzielnych Jaźni Dee biegają jak mrówki w ogniu. 


A Dee jest tutaj, na wzgórzu, tylko jako Sama. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 329 


Tamara złapała łokieć Wilde'a. Jego pięści były zaci- 
Śnięte, jego obcasy były w ziemi. Pochylał się do przodu, 
patrząc za Reidem i jego towarzyszami. 

— Zawsze możesz go zabić po wszystkim — powiedziała. 
— Jeżeli dojdzie do walki. 

Wilde trochę się uspokoił. Powoli rozwinął dłonie. Uśmiech- 
nął się do Tamary, żeby ją uspokoić i spojrzał w dół na pa- 
pierosa, który dał mu Reid. Ciągle się tlił, końcówka z fil- 
trem ściśnięta pomiędzy palcami. Zaciągnął się po raz ostatni 
i wyrzucił. 

— Powiedział, że jestem lalką, a Wilde nie żyje. — Po- 
kręcił głową, potem wzdrygnął. — Jeżeli Jonathan Wilde nie 
żyje, kto go zabił, co? 

— NIEDOPUSZCZALNE — powiedział mu doradca Mac- 
Kenzie. 


Wilde prychnął, odmrugał unoszący się przypis na temat 
zasad postępowania dowodowego i usiadł na jednym z krze- 
seł. Zmiażdżył papierowy kubek i wcisnął go do kubka, który 
zostawił Reid. Sięgnął po rękę Tamary i pociągnął ją na 
krzesło. Usiadła obok, twarzą do niego. 

— Co to było to...— jej głos się Ściszył — ...o szybkim 
ludku? 

Wilde rozejrzał się dookoła. Krzesła dookoła niego wy- 
pełniały się, gdy ludzie usadawiali się, czekając na począ- 
tek sprawy: zwolennicy Reida i ich, jak również wzrasta- 
jąca liczba osób, która nie pasowała do żadnego z obozów 
i która wpływała przez główną bramę. Ci goście, tak różni 
od sojuszy stron sądowych, tworzyli kolorowy pokaz z ich 
zhakowanymi genami, dowolnymi implantami lub biome- 
chanicznymi symbiontami. Zdalne urządzenia wiadomości 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 330 


grasowały, niektóre na ziemi, niektóre, obsługiwane przez 
balony lub małe aureole wirników, dryfowały lub unosiły się 
nad głowami. Z, przodu ktoś testował mikrofony, generując 
wycia sprzężenia zwrotnego. 

— Nie ma czasu — powiedział Wilde. Westchnął i powtó- 
rzył, jakby do samego siebie: — Nie ma czasu. Potem klepnął 
dłoń Tamara i szybko powiedział: 

— Popatrz, zobaczyłaś kawałek tego, co Reid naprawdę 
myśli. Nie wiem, czy spróbuje tego w sądzie, nie może twier- 
dzić, że jestem człowiekiem i właścicielem Jay-Duba, a po- 
tem odwrócić strony i mówić, to co właśnie powiedział. Jed- 
nak jest więcej w tej sprawie niż kwestie przed sądem. Jeżeli 
wynik będzie na jego niekorzyść, nie ma szans, że Reid się 
na niego zgodził. A jeżeli wypadnie na naszą niekorzyść, nie 
ma szans, że my się na to zgodzimy! 

— Moglibyśmy wyzwać go na pojedynek — powiedziała 
Tamara, jakby to była dobra idea. Wilde się roześmiał. 

— Czy naprawdę mam duże szanse? 

Tamara pomyślała o tym, spojrzała na niego krytycznie. 

— Nie. Niezupełnie. Jesteś większy, ale on jest szybszy. — 
Ożywiła się. — Ale ja mogłabym mieć szansę lub mogłabym 
wezwać sojusznika. Gówno. Szkoda, że nie ma z nami Axa. 

— Zapomnij o tym — powiedział Wilde. — Nie walczysz 
już więcej w bitwach za mnie. 

— Bitwach. ..— Tamara wyprostowała się. — Mówiłeś, że 
mogą być duże problemy. Mogę powiedzieć towarzyszom, 
żeby się przygotowali. Na Placu Okrągłym mamy naprawdę 
dobrych wojowników i ludzi, którzy studiowali wielkie bi- 
twy anarchistów: Paryż, Kronsztadt, Ukraina, Barcelona, Seul, 
Norlonto... 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 331 


— Ta, racja — powiedział Wilde. — Cóż, nie chcę ci tego 
mówić tak późno i tak dalej, ale jest jedna istotna rzecz, 
którą te wszystkie wielkie anarchistyczne bitwy miały wspól- 
nego. 

— Tak? 

Wilde wstał i przygotował się, żeby ruszyć do przed- 
niego rzędu. Uśmiechnął się na gorliwe zainteresowanie Ta- 
mary. 

— Wszystkie były przegrane — powiedział. 


Wilde zajął miejsce, z Tamara po prawej stronie i Etha- 
nem Millerem po lewej. Inni, którzy przyszli z nim wypełnili 
kolejne miejsca po obu stronach. Dalej na lewo, za przej- 
ściem pomiędzy rzędami krzeseł, Reid i jego najbliżsi zwo- 
lennicy zajęli pozycję. Reszta około stu miejsc była zajęta, 
a dwa razy tyle więcej osób — ludzi lub innych — przesunęło 
się, żeby stać lub siedzieć na trawie. Przed nimi wszystkim 
stało drewniane podium z jego prostymi meblami i układem 
mikrofonów i kamer. Z naklejek przylepionych do nich wy- 
nikało, że są z agencji informacyjnych niż z układu sądu, 
ale niektóre z nich były podłączone przewodem do głośni- 
ków z tyłu siedzeń, pajęczyna nici kabli błyszczące w mo- 
krej i teraz zdeptanej trawie. Ethan ostentacyjnie sprawdził 
mechanizm swojego karabinu. 

Minutę przed dziesiątą, głosy ucichły, a inne dźwięki 
— oddychania, poruszania, nagrywania — wydawały się gło- 
Śniejsze, gdy Eon Talgarth szedł środkowym przejściem. Głowy 
i kamery się odwracały. Talgarth patrzył prosto przed siebie. 

Był mężczyzną niewielkiej budowy, średniego wzrostu, 
z delikatnymi brązowymi włosami przygładzonymi pod wy- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 332 


sokim kapeluszem. Na sobie miał prosty czarny garnitur i białą 
koszulę z niebieskim krawatem. Jego rysy wskazywały na 
większą dojrzałość niż zwykłe Świeże twarze w Mieście Statku. 
Kiedy dotarł do podium, wspiął się na nie i usiadł ostrożnie 

w płóciennym krześle. Napełnił szklankę żółtym płynem, 
upił i zapalił papierosa. Jego zmrużone oczy omiotły tłum. 

— Dobra — powiedział, londyńskim akcentem, którzy brzmiał 
archaicznie i przeciągle w porównaniu do przyciętej lokal- 
nej wymowy. — Zaczynaj. 

Reid wstał od razu i podszedł do najbliższego mikro- 
fonu. 

— Sprzeciw — powiedział Wilde, wstając. — Mój zarzut 
jest poważniejszy i winien być usłyszany pierwszy. 

— Oddalony — powiedział Eon Talgarth. — Jego pozew był 
pierwszy. 

Wilde zmienił rozpoczęty wzruszenie ramionami w uprzejmy 
ukłon i usiadł. 

— WARTE PRÓBY — powiedział mu doradca. 

Reid skierował się ku sędziemu. 

— Szacowny Starszy — powiedział. — Dziękuję za wysłu- 
chanie nas. 

— Dziękuję za honorowanie Sądu swoim zwyczajem — 
powiedział Talgarth. — Teraz, jaki jest Twój zarzut? 

Reid przerwał, a potem przemówił, jakby czytał z kartki: 

— Moje zarzuty przeciwko Jonathanowi Wilde owi i Ta- 
marze Hunter. Mój zarzut przeciwko Jonathanowi Wilde owi 
jest taki, że robot znany jako Jay-Dub, własność wymienio- 
nego Jonathana Wilde 'a, został wykorzystany do uszkodze- 
nia systemów sterowania gynoida Model D, znanego jako 
Dee Model, mojej własności. Mój zarzut przeciwko Tama- 


Rozdziat 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 333 


rze Hunter jest taki, że nielegalnie wzięła w posiadanie gy- 
noida, następnie twierdziła, że Dee Model jest porzuconą 
własnością, wiedząc, że gynoid nie jest porzucony i podnio- 
sła niestosowną obronę fałszywego twierdzenia autonomii 
gynoida przeciwko agentom odzyskującym na rzecz prawo- 
witego właściciela. 

Talgarth spojrzał na Wilde'a i Tamarę. 

— Czy akceptujecie te zarzuty, czy kwestionujecie? 

Oboje wstali. 

— Kwestionujemy. 

— Doskonale — powiedział Talgarth. Jednym machnię- 
ciem w powietrzu kazał im usiąść, a Reidowi kontynuować. 

— Materiał dowodowy tych zarzutów — powiedział Reid 
— został przedstawiony Waszej uwadze przez Firmę First 
City Law i chciałbym przedstawić je formalnie. Jeden: trans- 
krypcja interakcji pomiędzy moim gynoidem, znanym jako 
Dee Model i inną sztuczną inteligencją. Dwa: osobiste za- 
pisy interakcji, jakie miałem w przeszłości, ze sztuczną in- 
teligencją wcieloną w robota znanego jako Jay-Dub. Auten- 
tyczność tych zapisów może być, i została, niezależnie zwe- 
ryfikowana. 

Talgarth skinął głową. 

— Sąd akceptuje ich pochodzenie. 

— Kwestionować? — wymamrotał Wilde do mikrofonu 
Mackenzie. 

— ZERO SZANS. 

— Trzy — Reid kontynuował — publiczny zapis własności 
Jay-Duba, obwieszczony wiele lat temu w Banku Spółdziel- 
czym Stras Cobol. Jego właściciel został zidentyfikowany 
jako Jonathan Wilde, mój przeciwnik w tej sprawie. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 334 


— Czy osoba identyfikująca się jako Jonathan Wilde po- 
wstanie?. 

Wilde spełnił, odwracając się dookoła tak, że każde oko 
i soczewka na miejscu mogła go zobaczyć. 

— Dziękuję — powiedział Talgarth z uprzejmym skinię- 
ciem do Wilde'a. — Możesz usiąść. — Odwrócił się znowu do 
Reida. — Kontynuuj. 

— Czwarty i ostatni — powiedział Reid. — Twierdzenie 
o autonomii wysłane przez Usługi Prawne Niewidzialna Ręka, 
przez Tamarę Hunter, również w tym sądzie... 

Rytuał identyfikacji został powtórzony. 

—...i rzekomo na rzecz Dee Modelu, rzekomo porzuco- 
nego automatonu. 

Talgarth łyknął swojego napoju i spojrzał na Tamarę. 

— Akceptujemy, że takie żądanie zostało wysłane — po- 
wiedziała. 

— Dobrze — powiedział Talgarth. Wytrząsnął papierosa 
z paczki i go zapalił. 

— Więc to są dowody — powiedział. — Nie musisz przed- 
stawiać dowodu obrony Dee Modelu przez Tamarę Hun- 
ter, jako że incydent jest kwestią zapisów publicznych. Sąd 
przyznaje, że jest sprawa do rozwiązania, na pierwszy rzut 
oka. 

Wilde wstał, mrugając spazmatycznie, gdy MacKenzie 
ściągał nagłą tyradę przed oczami. 

— Jesteśmy gotowi do odpowiedzi na nie i do przedsta- 
wienia kontrzarzutów — powiedział. — Jednakże, potrzebuję 
kilku minut, by wchłonąć pewne nowe informacje. Błagam 
o pobłażanie Sądu na. ..dziesięć minut? 

Fala zniecierpliwienia i drwiny zaniepokoiła tłum. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 335 


— Masz siedem — powiedział Talgarth. 


Co doradca MacKenzie mówił Wilde owi, i co on stresz- 
czał Tamarze i grupie zwolenników brzmiało tak: 

Agenci softwarowi, podwykonawcy Niewidzialnej Ręki, 
na (koniecznie wolnym) przeczesywaniu ogromnych, nie- 
szyfrowanych publicznych rekordów Miasta Statku, które 
z braku czegokolwiek podobnego do urzędu cierpiały z nie- 
właściwego utrzymania, niskiej kompatybilności i tandet- 
nego indeksowania, odkryły pojedyncze, intrygujące odnie- 
sienie do Jay-Duba i Eona Talgartha. Nie istniał żaden za- 
pisany kontakt od czasu lądowania, ale byli w tych samych 
drużynach pracy po tamtej stronie Mili Malleya. 

— Czy to zmienia cokolwiek? — spytała Tamara. 

— Nie wiem — powiedział Wilde. — Ale Reid musiał wie- 
dzieć o tym, tak jak musiał wiedzieć, że Talgarth dość słabo 
oceniał moją działalność na Ziemi. 

Ethan Miller się wcisnął. 

— Powinniśmy odwołać rozprawę, człowieku! Sędzia jest 
uprzedzony do Ciebie i może przeciwko Jay-Dubowi. 

— Nie możemy — powiedział Wilde. — Zgodziliśmy się na 
niego, powiedziałem publicznie, że ufam jego osądowi, i nie 
możemy teraz się odwrócić i powiedzieć, że nie wiedzieli- 
śmy. 

— Ale możemy apelować do innego sądu — wskazała Ta- 
mara. 

— Ach — powiedział Wilde. — Zatem może Reid. .. to działa 
w obie strony! Nie wiemy jak Talgarth i Jay-Dub żyli, kiedy 
obaj byli robotami, może byli najlepszymi kumplami, z tego, 
co wiemy. — Wyprostował się, dochodząc do decyzji. — Reid 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 336 


może nie wiedzieć, że Jay-Dub nigdy nie wspomniał o tym, 
lub z tego powodu jest obecnie wyłączony z łączności z nami. 
Więc może trzymać to w ukryciu jako podstawa do natych- 
miastowej apelacji, jeżeli decyzja będzie przeciwko niemu. 
Jebać to. Będę musiał mieć to na uwadze. Gramy dalej. 


>k kk 


Dee słyszy odległy krzyk. Postaci dookoła wieży krzy- 
czą, machają do niej oraz uciekają. Sama wieża się zmieniła, 
jej kolczaste gałęzie tworzą wzór, który jakoś wygląda na 
nieunikniony i poprawnie, choć brzydko. 

Wzdycha i wstaje. Teraz będzie musiała rąbać i ślizgać 
się całą drogą na dół wzgórza i po ciężkiej drodze. Wiedząc, 
że to jest rzeczywistość wirtualna, nie rozumie, dlaczego 
nie może po prostu kurwa polecieć. Wilde powiedział jej 
o czymś nazywanym „regułami spójności”, ale nie jest pod 
wrażeniem. Nie potrzebuje fałszywej spójności, żeby prze- 
stać się wściekać. 

Niemniej całe to rzucanie przekleństw i oszczerstw jest 
redundantne, ponieważ bez chwili ostrzeżenia jest znowu 
w swoim zmęczonym i bolącym ciele. Jej głowa boli tak 
bardzo, że wolałaby tarabanić się po tym wzgórzu pod wiel- 
kim, gorącym słońcem Ziemi. Nad nią, narzędzia i latarki 
kołyszą się z haków, a dookoła głęboki elektryczny szum 
turbin pojazdu mówi jej, że są w drodze. 

Siada ostrożnie i zestawia nogi na podłogę. Ax stoi przy 
zamykającej się tylnej klapie. Wewnętrzne ekrany rozświe- 
tlają się na wszystkich czterech ścianach przedziału pojazdu, 
gdy tylne drzwi zatrzaskują się z westchnięciem hydrauliki 
i sykiem uszczelniania. Jadą wprost na kanał, który przekro- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 337 


czą delikatnym impetem. Bieżniki pojazdu, Dee wie, są za- 
montowane na jakiegoś rodzaju rozkładanych nogach, które 
zmienią kilkumetrowy spadek w nie więcej niż wstrząs na 
drodze. 

— Co się dzieje? — pyta Dee. 

Ax wzrusza ramionami, ale pytanie Dee jest odpowie- 
dziane, gdy przedni ekran zmienia się na widok ponad ra- 
mionami Wilde'a i Meg. Meg obraca się dookoła i uśmiecha, 
Wilde ciągle patrzy do przodu, ale jego oczy trafiają na jej 
w lusterku. (Reguły spójności, znowu. Szalone, uważa Dee). 

— Cześć — mówi. — Przepraszam za nagłe wyjście. Mo- 
żesz wrócić do naszego miejsca z Meg, jeżeli chcesz, ale 
teraz muszę zostać w rzeczywistości. — Roześmiał się. — 
Przynajmniej w zakresie wyglądania za okna i prowadzenia 
pojazdu. 


W rzeczywistości, Jay-Dub jest usadowiony we wgłę- 
bieniu na przodzie pojazdu i był tam od momentu przy- 
jazdu. Ciężarówka jest całkowicie zdolna sama się kiero- 
wać. Dee podejrzewa przebiegle, że ta konieczność kontro- 
lowania ich postępów jest częściowo czysto psychologiczna, 
na płytszym poziomie niż te wbudowane reguły spójności. 
Przyjmuje wyjaśnienia bez dodatkowych pytań. 

— Gdzie jedziemy ? — pyta. 

— Musimy wrócić do Miasta Statku — mówi jej mężczy- 
zna. 

— Problem na rozprawie? — domyśla się Dee. Nie skupia 
pełnej uwagi na rozmowie. Bada swój umysł, sprawdzając 
Jaźnie, gdy jak zbłąkane dzieci wracają do domu i czuje 
ulgę, gdy są tam wszystkie. Sekrety są mniejsze, Sklep znacz- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 338 


nie większy niż kiedy go Ściągała do Jay-Duba, ale wszystko 
w porządku, ma miejsce w głowie do wykorzystania. 

— Och nie — krzyczy Wilde do tyłu, jego oczy przeska- 
kują z lusterka na pustynię. Dee widzi, że pojazd porusza 
się z prawie maksymalną prędkością. — Musimy znaleźć tę 
pewną truciznę i wtedy... 

Jego głos urywa się, albo przez odkrywkę przez którą 
(ona łapie krawędź ławy) zamierzają przejechać, albo po- 
nieważ nie wie, co powiedzieć. 

— Potem co? 

Oczy Wilde'a marszczą się w uśmiechu, patrzą do tyłu 
na nią. 

— Będziemy hakować drzwi piekła. 

Nawet nie kłopocze się pytaniem o dalsze wyjaśnienia. 
Jest oczywiste, że żadne nie nadejdzie, i musi założyć, że 
istnieje dobry powód, dlaczego nie. Wilde kiwa jej zachę- 
cająco i potem skupia uwagę na płaskiej pustyni i na Meg. 
Ax położył się pod starym kocem foliowym, koło wyjścia 
antenowego i ma wizje przez telewizję. 

Dee kieruje Naukowczynię do pracy i wchodzi do Sys. 
Minuty mijają. Potem, jakby z wielkiej, zimnej wysokości, 
góry wyższej niż jakakolwiek na Ziemi lub Marsie, w suro- 
wej wirtualnej próżni, która sprawia, że czuje jakby głowa 
miała krwawo eksplodować, Dee rozumie precyzyjnie, co 
tajemnicze zdania Wilde'a oznaczają. 


— Ty pierwszy — powiedziała Tamara. Inni rozproszyli 
się po siedzeniach i Wilde podszedł do mikrofonu. Talgarth 


Rozdziat 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 339 


zgasił papierosa, nad paleniem, którego spędził siedem mi- 
nut, i skinął głową. 

Wilde przeszedł przez te same uprzejmości, które powie- 
dział Reid, i powiedział: 

— Szacowny Starszy, jestem bardziej niż chętny, by od- 
powiedzieć za swoje czyny, i za te podjęte w moim imieniu. 
Nie jestem chętny odpowiadać za czyny robota Jay-Duba 
lub zaakceptować zarzuty, że jest on moją własnością. Moja 
obecna fizyczna egzystencja rozpoczęła się zeszłego Pię- 
ciodnia, około południa, kiedy zostałem wskrzeszony. Robot 
Jay-Dub twierdził, że dokonał tego środkami, których nawet 
nie próbuję zrozumieć... 

Reid zerwał się z krzesła. 

— Sprzeciw! — powiedział. — Bez znaczenia. 

— Podtrzymany — powiedział Talgarth. 

Wilde przełknął. 


— Bardzo dobrze, Szacowny Starszy. Można tego do- 
wieść niezależnie poprzez wezwanie zapisów transakcji Jay-Duba 
z Bankiem Spółdzielczym Stras Cobol, które jestem szczę- 
śliwy dostarczyć Sądowi, o ile są istotne. Ustalają one rze- 
czywiście, że właścicielem Jonathan jest Jonathan Wilde. 
I identyfikują, kto, dokładnie, tym Jonathanem Wilde m jest. 
Najwcześniejsze zapisy dotyczą transakcji z przedsiębior- 
stwem Davida Reida, Wzajemnie Gwarantowana Ochrona. 
Wyraźnie akceptują nazwę „Jay-Dub” jako synonim Jona- 
thana Wilde'a oraz Robota Jay-Duba jako równoważnego 
tej osobie, Wilde owi. Robot Jonathan został zaakceptowany 
bez sprzeciwu przez wiele lat jako nikt inny niż Jonathan 
Wilde, Jay-Dub, w skrócie, jest Jonathanem Wilde em! Do- 
wolne zapisy wspominające Wilde'a jako właściciela Ro- 


Rozdziat 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 340 


bota Jay-Duba, wobec tego, mogą być tylko interpretowane 
jako znaczenie, że osoba Jonathan Wilde posiada Jay-Duba 
w ten sam sposób, w jaki ja, Jonathan Wilde, posiadam moje 
ciało. — Uśmiechnął się słabo. — Zbieżność nazw jest godna 
pożałowania. 


Eon Talgarth, siedząc w krześle na podium, był na pozio- 
mie oczu stojącego Wilde'a. Ich oczy spotkały się na chwilę. 


— Sąd zadecyduje w tym przedmiocie — powiedział Tal- 
garth. — Robot znany jako Jay-Dub jest w unikalnej pozycji 
pośród wszystkich mieszkańców tej koloni, o ile wiem. Jed- 
nakże, jest to pozycja, w której wielu wymienionych miesz- 
kańców kiedyś było, a w której tylko on pozostaje. Akcep- 
tuję argument, który właśnie został przedstawiony i zasą- 
dzam, że pozwy przeciwko Jonathanowi Wilde owi w zakre- 
sie właściciela Robota Jay-Duba winny być przedstawione 
przeciwko temu robotowi, jako samoposiadającego się me- 
chanizmu. — Rozejrzał się. — Robot nie jest obecny w tym 
sądzie i winien być bezzwłocznie powiadomiony. Zarzuty 
przeciwko temu Jonathanowi Wilde'owi pozostają w toku. 


Reid zaczął wstawać, spoglądając wściekle, ale kobieta 
siedząca koło niego złapała go za ramię i pociągnęła do tyłu. 
Po rozmowie twarzą w twarz, Reid odstąpił. 


— Moja decyzja nie niesie precedensu istotnego dla py- 
tania o osobowość maszyny jako takiej — kontynuował Tal- 
garth. — Kwestia własności Dee Model nadal pozostaje do 
rozważenia. Niezależnie od tego, czy jej systemy sterowa- 
nia zostały uszkodzone, i kto, jeżeli ktokolwiek, jest odpo- 
wiedzialny za to, twierdzenie Reida, że jej nie porzucił, nie 
jest zakwestionowane. Dlatego pozostaje jej właścicielem, 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 341 


a obecnym po drugiej stronie sprawy nakazuję współpraco- 
wać w jej aresztowaniu i powrocie. 


"Tamara wstała, otrzymała błysk pozwolenia do mówie- 
nia i powiedziała: 


— Starszy Talgarth, ten sąd wielokrotnie orzekł, że au- 
tonomia maszyn może być stwierdzona przez same te ma- 
szyny. To, a nie kwestia porzucenia, co do której dobrowol- 
nie przyznaję, że byłam w błędzie, jest podstawą, na której 
chcielibyśmy dowieść samo-posiadania Dee Modelu. 

Talgarth westchnął. 

— Wszystkie takie sprawy — powiedział cierpliwie — od- 
nosiły się do bezpańskich maszyn rozumnych w Dzielnicy 
Maszyn. Wolność takich automatów jest również bez za- 
strzeżeń rozpoznawana przez inne sądy. Gynoid, o którym 
mowa, jednakże, został skonstruowany przy pomocy zaso- 
bów i wysiłków Davida Reida, i pozostaje jego własnością, 
póki nie zdecyduje inaczej. 

"Tamara usiadła i rzuciła Wilde owi grymas żalu lub prze- 
prosin. Wilde, jednakże, wydawał się patrzeć przez nią. Mru- 
gnął, uśmiechnął się do niej i wstał. Podszedł do mikrofonu 
i rozejrzał się po tłumie, zanim zwrócił się do sędziego. 


— Szacowny Starszy, Twoja wartościowa opinia w kwe- 
stii Jay-Duba i Dee Model podnosi pewne dalsze tematy, 
które błagam Sąd o rozważenie. Pierwsze, w sprawie Jo- 
nathana Wilde'a w jego wcieleniu jako Jay-Duba. Sąd za- 
akceptował, że on i ja jesteśmy oddzielnymi osobami, choć, 
przez implikację, współdzielenie wspólnej historii aż do punktu, 
w którym sąd odmówił określenia... 


— Jak? — Talgarth zmarszczył brwi. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 342 


— Kiedy podtrzymaliście sprzeciw, że czas mojego wskrze- 
szenia był nieistotny. 

Talgarth oparł się. 

— To prawda. 

— Jako oddzielne wcielenie Jonathana Wilde 'a, chciał- 
bym postępować przeciwko Davidowi Reidowi w sprawie 
zarzutu bezprawnego zabicia mnie, na podstawie, że dowolne 
przemyślenia lub przyznania, które zostały zrealizowane po- 
między Reidem a Jonathanem Wilde vel Jay-Dub nie mają 
związku ze mną. 

— Odłożę namysł nad tym, póki czas Twojego wskrze- 
szenia zostanie określony satysfakcjonująco — powiedział 
Talgarth. — Zarzut morderstwa, który przedstawiłeś przeciwko 
Reidowi, pozostaje nie rozwiązany, aż do momentu rozstrzy- 
gnięcia lub niezakwestionowania. Davidzie Reid, co na to 
powiesz? 

Reid wstał, gardząc podejściem. 

— Wysoki Sądzie — powiedział głośno — jestem całkiem 
skłonny do zaakceptowania twierdzenia tej osoby, że została 
wskrzeszona przez robota Jay-Duba trzy dni temu. Jako przed- 
miot naturalnej sprawiedliwości, chciałbym przy najbliższej 
możliwości oczyścić się z zarzutu morderstwa lub wyrzucić 
z sądu jako stratę cennego czasu i przypadek dokuczliwego 
sporu sądowego. — Spojrzał na Wilde'a i usiadł. 

— Doskonale — powiedział Talgarth. Odwrócił się Wilde'a. 
— Zanim przejdziemy do rozważania tego zarzutu, czy masz 
cokolwiek więcej do powiedzenia o kwestiach podniesio- 
nych moją opinią w zakresie Dee Modelu? 

— W istocie mam — powiedział Wilde. — Sąd wspomniał, 
że gynoid Dee Model został skonstruowany z zasobów i wy- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 343 


siłków hm, drugiej strony. Chciałbym podnieść pytanie o wła- 
sność tych właśnie zasobów. Ponieważ ciało Dee Model jest 
klonem ciała mojej zmarłej żony. Jest to oczywiste dla mnie 
i wzywam Reida do zaprzeczenia temu. 

Przerwał i odwrócił się twarzą do Reida. Odpowiedź Re- 
ida była drżeniem powiek i pokręceniem głowy. 

— Nie zaprzeczasz temu? — spytał Talgarth. 

Reid wstał. 

— Nie. 

Wilde spojrzał na Reida z triumfem i nienawiścią, po- 
tem przyjął minę, by rzucić łagodny uśmiech kamerom, gdy 
odwrócił się do Talgartha. 

— W takim przypadku — powiedział Wilde powoli i wy- 
raźnie — żądam, by ciało Dee Modelu należało do prawowi- 
tego spadkobiercy mojej żony! — Uśmiechnął się do Talgar- 
tha. — Czy tym spadkobiercą jestem ja, czy Jay-Dub, pozo- 
stawiam Wysokiemu Sądowi do przesądzenia. 

Reid wstał raz jeszcze i ukłonił się uprzejmie, choć nie 
było oczywiste, czy do Wilde'a, czy do Talgartha. 

— Cieszę się, że mogą przyznać prawo własności geno- 
typu — powiedział. — Oraz dojść do przyjaznego lub, jeżeli 
się nie uda, sądowego porozumienia w sprawie jego użycia, 
lub odszkodowania za jego użyciu oraz kłopoty nieumyślnie 
spowodowane. Moją główną troską jest odzyskanie opro- 
gramowania gynoida i niebiologicznego hardwaru, które są 
bezsprzecznie moją własnością. 

Wilde spojrzał na Tamarę, która wzruszyła ramionami 
i uniósł brwi, jakby mówiąc „O co mu chodzi?”. Zdalny 
Mackenzie mówił w zasadzie to samo. Oczekiwał większej 
walki, ponieważ własność genotypów było gorąco kwestio- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 344 


nowaną sprawą. Jego jedyna sugestia była taka, że dowolne 
ustępstwo tutaj uniknęłoby ustanowienia precedensu, które 
inne sądy mogłyby uznać. 

— Bardzo dobrze — powiedział Wilde. Poprawił mikro- 
fon, jego dłoń lekko drżąca. — Jedynym odszkodowanie, ja- 
kie pragnę, jest, aby David Reid wskrzesił umysł mojej żony 
jak również jej ciało, coś, co jest najwidoczniej możliwe, co 
Robot Jay-Dub pokazał poprzez wskrzeszenie mojej osoby. 

Reid od razu był na nogach. Wilde musiał się szybko 
cofnąć, gdy Reid podszedł i wyrwał mikrofon z jego ręki. 

— Sąd nie zaakceptował, że Jay-Dub wskrzesił tego czło- 
wieka! 

Talgarth strzepnął popiół z rękawa. 

— Ach, ale 7y tak — powiedział miękko. 

Reid znowu usiadł. Kobieta koło niego szeptała mu do 
ucha, jej twarz zimna z irytacji. Zdalne wiadomości brzę- 
czały, a ludzie w tłumie sprawdzali komentarze na żywo na 
ręcznych ekranach lub na swoich kontaktach. 

— Spokój! — Talgarth uderzył młotkiem, najpierw ostroż- 
nie przytrzymując napój. — David Reid może odpowiedzieć 
na Twoje żądanie w swoim własnym czasie. 

— Odpowiem teraz — powiedział Reid. Wilde odsunął się 
od mikrofonu i wrócił na miejsce. 

— Trochę wstrząsnąłeś rzeczami — zauważyła Tamara. 

Wilde mrugnął, na chwilę myląc zdalnego doradcę, i roz- 
parł się, by wysłuchać Reida. 

— Żądanie Wilde'a jest rozsądne — mówił Reid. — Pyta- 
nie o wskrzeszenie Nieożywionych długo było w głowach 
nas wszystkich. Jednak, choć bardzo chcielibyśmy to zro- 
bić, force majeure przeszkadza nam. Większość osobowo- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 345 


ści Martwych, włączając w to żonę Wilde'a Annette, jest 
trzymana w magazynie inteligentnej materii, który pozostaje 
niedostępny bez współpracy postludzkich bytów, których moż- 
liwości i motywy są nieznane, ale które, jak pokazuje do- 
świadczenie, są ryzykiem dla nas wszystkich. Jestem odpo- 
wiedzialny za pilnowanie Kodów, które mogłyby być użyte 
do ich uruchomienia i mogę zapewnić Sąd, że póki ktoś nie 
przedstawi sposobu wykonania tego bezpiecznie, te kody 
pozostaną w moim władaniu, a Nieożywieni... we śnie. — 
Spojrzał na Wilde'a. — Niektóre rzeczy najlepiej pozostawić 
niezmącone — powiedział do niego. 
— Mówi Ci, żebyś nie naciskał — wymamrotała Tamara. 


Wilde uśmiechnął się do niej i podszedł do przodu, gdy 
Reid zajął swoje miejsce. Napięcie w tłumie się obniżyło. 
Nawet beznamiętna twarz Talgartha zdradzała ulgę. 

— Robot Jay-Dub wskrzesił mnie bez katastrofy — powie- 
dział. — Ale jest więcej w tej sprawie niż to. 

Reid odchylił się na krześle, ręce za głową i obserwował 
Wilde'a zza półprzymkniętych oczu. 

— Sąd przedstawił swoje stanowisko w jednym z zarzu- 
tów Reida — powiedział Wilde — a pozostawił inne w staniu 
zawieszenia, póki inny Jonathan Wilde, aka Jay-Dub, może 
być... skłoniony do odpowiadania. Teraz pragnę naciskać na 
mój kontrzarzut, wynik, którego może wpłynąć na sposób, 
w jaki kary i szkody w tych kwestiach będą rozłożone. Może 
również wpłynąć na pytanie wskrzeszenia Nieożywionych, 
ogólnie rzecz biorąc. — Uśmiechnął się do Talgartha, który 
już nie wydawał się uspokojony. — Nie w sensie prawnym, 
w tym, mam wzgląd na Sąd, ale w sensie praktycznym. 

Wilde przesunął się nieco na bok tak, że choć bezsprzecz- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 346 


nie i poprawnie zwracał się do Sądu, mówił również do Re- 
ida i szerszej widowni. 

— Mój kontrzarzut jest taki: że David Reid zabił mnie 
bezprawnie, przez lekkomyślne działanie ludzi działających 
w jego imieniu oraz przez jego osobiste, zamierzone za- 
niedbanie moich ran. To zrobiwszy, nie poczynił kroków 
w dobrze wierze do wskrzeszenia mnie. Twierdzi, że jest to 
trudne, mimo to, nie istnieją dowody żadnej próby po jego 
stronie, by przezwyciężyć problem. Żądam odszkodowania 
za utratę doświadczenia życia i utratę społeczeństwa za mój 
cały czas niedostępności. To jest, za nie mniej niż cały Czas 
Statku, oraz możliwie, że więcej. 

Eon Talgarth musiał wezwać do spokoju, więcej niż raz, 
zanim gwar ucichł. 

— Czy masz dowody w tej sprawie? — spytał. 

— Tak — powiedział Wilde. 

Przeszedł do swojego miejsca, sięgnął do plecaka Ta- 
mary i wyciągnął teczkę notatek Talgartha. Podniósł to wy- 
soko, gdy wracał, i przedstawił je Talgarthowi. 

— Dowód — powiedział — został zebrany przez niejakiego 
Eona Talgartha i był przedmiotem rekordów publicznych 
i nigdy nie został zakwestionowany. 

Sąd zamilkł, prócz małego brzęczącego helikoptera i od- 
ległego hałasu maszynerii na zewnątrz. 

'Talgarth przekartkował strony i pokręcił głową. 

— Zarzuty są sprzeczne — powiedział — co do sprawy, 
w której Jonathan Wilde napotkał swoją śmierć. Choć sam 
jest skłonny do opinii, którą właśnie przedstawiłeś, nie ma 
innych żyjących świadków innych niż David Reid i, przy- 
puszczalnie, Ty sam. To, że nigdy nie zostało zakwestiono- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 347 


wane, obawiam się, nie ma znaczenia dla sprawy. Żaden sąd 
na tej planecie nie uzna paszkwilu i też nie uzna odrzuce- 
nia lub porażki w obaleniu roszczenia za dowód na jego ko- 
rzyść. 

Westchnął, jakby w żalu za bardziej niż nieadekwatno- 
ścią dowodu, za, może, dawno spędzoną pasją polityczną, 
która prowadziła go do zebrania dossier. Oddał teczkę Wilde owi. 

— Sąd nie może zaakceptować tego jako dowodu — po- 
wiedział. — Z, braku innych dowodów lub wyznania tego, 
którego oskarżyłeś. . . 

Spojrzał na Reid, który energicznie potrząsał głową. 

—...które, rozumiem, nie nadejdzie, a którego nie mam 
władzy zmusić, nie rozumiem, jak ten zarzut może być roz- 
strzygniętym w tym momencie. Jeżeli wezwiesz Reid jako 
świadka, może odmówić odpowiedzi, i z tego nie może zo- 
stać wyciągnięta żadna niekorzystna konkluzja. 

Prawny doradca Reida wstał i krótko rozmawiał z Tal- 
garthem, podczas gdy Wilde wycofał się z zasięgu słuchu 
i patrzył w bok. Kiedy kobieta znowu usiadła, Talgarth ude- 
rzył młotkiem. 

— Kontrzarzut jest oddalony — powiedział — bez uprze- 
dzenia do żadnej ze stron. Przedstawienie zarzutu przez Wilde'a 
nie może być nazwane dokuczliwym lub lekkomyślnym i nie 
może być wykorzystane przeciwko niemu. Imię i reputacja 
Davida Reid pozostaje nieskalane. Twierdzenie, że jego za- 
bicie Wilde było bezprawne lub złośliwe, pozostaje takie jak 
przed przedstawieniem zarzutu, to jest, nieuzasadnioną spe- 
kulacją historyczną, wobec której jest w prawie do trakto- 
wania go jako obrazy. 

Reid i jego asystentka wymienili uśmiechy. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 348 


— Jednakże — kontynuował Talgarth z nagłą szorstkością 
w głosie — roszczenie, że Reid był odpowiedzialny, kary- 
godnie lub nie, za śmierć Jonathana Wilde 'a jest. . . znacznie 
lepiej poświadczone. Świadkowie nie są, oczywiście, w tym 
sądzie, ale niektórzy przetrwali zostać poproszeni o zezna- 
nia. 

Skinął na doradcę Reida i po kolejnej naradzie, uderzył 
młotkiem. 

— Reid nie kwestionuje swojej odpowiedzialności za fakt 
śmierci Wilde'a. Możesz kontynuować. 


>k kk 


-Ax? 

Brak odpowiedzi. Ax ogląda telewizję w głowie lub przed 
oczami, lub cokolwiek, do cholery robi. Dee nie może znieść 
ani sekundy dłużej jego autystycznego, lecz słyszalnego za- 
interesowania. Pochyla się i trzęsie jego ramieniem. Budzi 
się i marszczy brwi na nią. 

—Co...? 

— Ax — mówi cierpliwie — czy mógłbyś przesłać ten fa- 
scynujący materiał na ekran, żebym też mogła go zobaczyć? 

— Och. Przepraszam, Dee. 

Rozłącza się od łącza korowego i porusza przełączni- 
kami. Na zewnątrz, na wielkich ekranach, peryferie Piątej 
Dzielnicy powoli się przesuwają. Dee obserwuje chaotyczną 
aktywność z pogardliwą konsternacją. Jeżeli tak maszyny 
się zachowują, kiedy są puszczone wolne, zastanawia się, to 
nic dziwnego, że ludzie im nie ufają. 

Dookoła pojazdu, który przedziera się szeroką ulicą, tu- 
ziny innych maszyn, każda wysokości około trzydziestu cen- 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 349 


tymetrów, biegają i wąchają. Wyglądają jak większe wersje 
botów czyszczących, które znajdują się w domach, i choć 
częściowo samodzielne, są kierowane przez kontrolę radiową 
z kabiny. Meg powiedziała jej, że szukają śladów określonej 
trucizny: jednego ze środków zaradczych zdrowia publicz- 
nego, którym to miejsce jest okresowo bombardowane. Tru- 
cizna, ogólnie znana jako Niebieski Glut, jest nanotechnolo- 
gicznym równoważnikiem wirusów, regularnie aktualizowa- 
nych i mutowanych, by utrzymać tempo z podobnie ewolu- 
ującym dzikim życiem inteligentnej materii Dzielnicy Ma- 
szyn. Praca opryskiwania ich z powietrza jest wykonywana 
przez fundację charytatywną, która w ogóle nie ma kłopotu 
w zbiórce pieniędzy lub ochotników. 


Ax wskazuje jej, żeby spojrzała do tyłu. Część ekranów, 
do których się zwraca, jest zakryta, gdy kolejne okno się 
włącza. To serwis Prawnych Kanałów, pokazujący sprawę 
w sądzie. Wilde — lub Jay-Dub, jak Dee nazywa go mental- 
nie — i Meg mieli na to oko, kiedy mogli poświęcić chwilę. 
Ax otrzymał zadanie pilnowania szczegółów. Dee czuła się 
pominięta i zastanawia się, czy inni próbowali jej oszczędzić 
emocji. Miłe, ale strata czasu. 


Ponieważ, jakiekolwiek złe wiadomości sprawa sądowa 
może jej przynieść, to wszystko jest teraz nieistotne. Jak Ax 
powiedział, to gówno się skończyło. 


Wilde najwidoczniej właśnie skończył mówić. Odwraca 
się do Sędziego, Eona Talgartha. Nawet Dee słyszała o Tal- 
garthie, byłym kryminalistą z obozu orbitalnego Mili Mal- 
leya, który studiował prawo jako więzień, włączył się, po- 
tem rozczarował abolicjonizmem i przez lata utrzymywał się 
z orzekania w sporach pomiędzy złomiarzami i maszynami. 


Rozdziat 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 350 


Gdy Wilde odwrócił się, kamera podążyła za jego twa- 
rzą, a on uśmiecha się powoli, arogancko. 


— Cóż, to była przemowa! — mówi zasapany komenta- 
tor. — Wyglądał na dość zdenerwowanego, kiedy opisywał 
swoje zabójstwo, powinienem powiedzieć jego domniemane 
zabójstwo. Sorry! I nikt wcześniej nie zasugerował, że może 
jesteśmy winni Martwym ich zaległe wypłaty! W sprawie 
implikacji tego, proszę zobaczyć... 


Ax przerywa ten szczególny wątek i wszystko, co teraz 
słyszy Dee, jest ciszą w sądzie, gdy Reid kroczy do mikro- 
fonu. Jego twarz sprawia, że ona drży. Rzadko kiedy wi- 
działa go rozzłoszczonego i nigdy na nią, ale wie, że jego 
gniewu należy się obawiać, i właśnie teraz jest rozgniewany 
na cały świat. 


Kamera krąży dookoła zza Talgartha. Reid jest teraz bar- 
dziej opanowany i Dee czuje się proporcjonalnie spokojna, 
w istocie, gdy patrzy na zbliżenie, czuje poruszenie bez- 
wiednej tkliwości i pożądania. Jest to jeszcze bardziej nie- 
pokojące, przez to, że czuje to jako osoba, a nie niewolnik, 
ale odkłada to na karb jej przeszłości i koncentruje się na 
tym, co człowiek ma do powiedzenia. 


— Starszy Talgarth — mówi ciężko — to, co właśnie usły- 
szeliśmy, jest hańbą dla tego Sądu i obrazą dla inteligencji 
nas wszystkich. Jest to również niebezpieczne, wzniecanie 
oportunistycznej zazdrości, która nie ma miejsca w prak- 
tycznie sprawiedliwym społeczeństwie takim jak nasze, gdzie 
żadna osoba nie jest zredukowana do sprzedawania swojego 
życia lub pracy tym bardziej pomyślnym. 


— Sprzeciw! — dobiegł krzyk od Wilde 'a. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 351 


— Podtrzymany — mówi surowo Talgarth. — Nie jesteśmy 
tutaj na forum publicznym. 

Reid pochyla głowę. (Dee słyszy Axa, za sobą, prycha- 
jącego). 

— Mam na myśli — kontynuuje Reid — to, że mój przeciw- 
nik stwierdził, że Ci zainteresowani Nieożywionymi mają 
wobec mnie roszczenie, ponieważ nie podjąłem żadnych prób 
w dobrej wierze, jak to ujął, by rozwiązać ogromne zadanie 
znalezienia sposobu wskrzeszenia zmagazynowanych zmar- 
łych. Cóż, Szacowny Starszy, dobrzy ludzie, jest to zadanie, 
które dobrowolnie przyznaję, że jest poza moimi możliwo- 
ściami! — Rozkłada ręce i wzrusza ramionami. — Czy kiedy- 
kolwiek zapobiegłem przedstawieniu propozycji rozwiąza- 
nia przez kogokolwiek? Nie! Ponieważ, jak wszyscy wiemy, 
prawdziwym problem jest odkrycie sposobu powstrzymania 
tych, których pomocy potrzebujemy, żeby wskrzesić Nie- 
ożywionych. Szybki Ludek, ci, którzy kiedyś byli ludźmi, 
a których umysły i motywy, rozwinęły się daleko poza ludz- 
kie zrozumienie lub kontrolę. Oni są tymi, których mógł- 
bym przebudzić, gdybym chciał. Oni są tymi, którzy mo- 
gliby przebudzić ludzkich martwych, którzy śpią w tym sa- 
mym magazynie danych co oni. I oni są tymi, którzy mo- 
gliby, w mgnieniu oka, zamienić tę planetę w rodzaj piekła, 
które niektórzy z nas ujrzeli w przelocie, sto nasze długie 
lata temu. 

Jego wzrok skupia się na Eonie Talgarthie, a Dee czuje 
tylko strumień jego pasjonującej prośby: 

— Szacowny Starszy! Wiem, że Wasza pamięć nie jest 
krótka! Odrzuć to roszczenie, póki nie uczyni więcej zła! 


Rozgląda się jeszcze raz dookoła i siada. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 352 


Talgarth pije z szklanki i zapala papierosa. Kontempluje 
dym przez kilka minut, potem pochyla się do przodu, łokcie 
na kolanach. Jego postawa dziwnie kontrastuje z formalno- 
ścią stroju, i, jakby zauważając to, zdejmuje kapelusz. 

— Znaczy, że mówi poza protokołem — wyjaśnia Ax. 

— Ale możemy go słyszeć! — mówi Dee. 

— Figura retoryczna — mówi Jay-Dub, z wirtualnej ka- 
biny z przodu. — CŚŚŚ. 

Dee, w pewien sposób skarcona, odwraca na chwilę wzrok 
i zauważa, że ciągnik stoi jałowo na końcu szerokiej ulicy. 
Mniejsze maszyny wróciły, albo w porażce, albo z sukce- 
sem, tego nie wie. Przed nimi jest trawiasty park z jakimiś 
fortyfikacjami w centrum. Ponad nimi wykrywa chmurę ko- 
maropodobnych latających maszyn. 

— Och Reid — Talgarth mówi — zawsze byłeś świetnym 
mówcą i rozumiem, co chcesz powiedzieć. Niemniej jednak 
pomiędzy Tobą i mną, jeżeli łapiesz, Wilde przedstawił roz- 
sądne stanowisko co do tego, jak moglibyśmy to zrobić poza 
planetę, w kosmosie, jakby, a Ty nie odpowiedziałeś na to, 
prawda? 

Reid unosi pojednawczo dłoń do Talgartha, który opiera 
się i wkłada swój kapelusz sędziego. Potem Reid odwraca 
się do sztywno ubranej kobiety koło niego i odbywa mamro- 
czącą konsultację, z której kamera, zgodnie z wymaganiami, 
się odcina. Zbliża się do Wilde, który siedzi z... 

— Tamara! — wołają radośnie Dee i Ax. 

— Dobrze dla niej — mówi Jay-Dub. 

Z, powrotem na Reida, który właśnie gniewnie strząsa 
dłoń kobiety i idzie ku kamerze i mikrofonowi, ścigany tylko 
przez otwarte usta skonsternowanej kobiety. 


Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 353 


— Nie chciałem, żeby do tego doszło — mówi Reid, cała 
konwencjonalna uprzejmość wyrzucona, gdy mówi do świata 
i do sądu jedynie po namyśle. — Ale dość znaczy dość. Pew- 
nie, „„my” moglibyśmy to zrobić w kosmosie! Powiedz mi, 
kto to „„my”? Jeżeli ktokolwiek ma kapitał do wydania na 
stację kosmiczną i pierścień dział laserowych zabezpieczo- 
nych przez dowolnymi programami wirusowymi, które mo- 
głyby wkraść się w ich sterowanie, oraz opracowaną nie- 
zawodną procedurę i superczułe nuklearne zabezpieczenie 
na wszelki wypadek na miejscu, może już startować. Pro- 
szę bardzo! Sprzedam Ci pierdolonych martwych i demony, 
które mogą z nich się podnieść. Dawaj! Załatw kolejne pęk- 
nięcie w immanentyzacji Eschatoni] 

— Zanim jacyś przedsiębiorcy apokalipsy popędzą na- 
przód, jednakże, pozwólcie mi dać wam ostrzeżenie. 

Odwraca się i wskazuje drżącym palcem na Wilde'a, 
który obserwuje przedstawienie Reida z wyrazem zuchwa- 
łego oderwania. 

— Nie przyjmujcie sugestii od tej... rzeczy, która nazywa 
siebie Jonathanem Wildem! Ta rzecz, która przyznaje, że 
jest stworzeniem robota Jay-Duba! 


I immantezycja od immanencja filoz. pozostawanie wewnątrz czegoś lub 
niezależność bytowa od czynnika zewnętrznego, eschaton — koniec Świata 
https://pl.wikipedia.org/wiki/Eschaton, Tu możliwe, że mowa 
o cyt. „cele ostateczne człowieka i Świata można zrealizować za pomocą 
środków politycznych”, _ por. 


lub cyt. „uznanie że człowiek może się nie tylko samodosko- 

nalić, ale także wprowadzić 6 w Świecie doczesnym  rzeczywi- 

stość ostateczną” por. https://teologiapolityczna.pl/ 
maciej-jesionkiewicz-voegelin-i-gnoza-platonik-w-zsekularyzowanym- 
— przyp.tłum. 

















Rozdziat 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 354 


Zatrzymuje się, bierze głęboki wdech i odwraca się do 
Talgartha. 


— Szacowny Starszy, ponoszę dużą odpowiedzialność przed 
ludem Nowego Marsa. Pozwoliłem Robotowi Jay-Dubowi 
kontynuować istnienie, po tym, gdy miałem podstawy po- 
dejrzewać, że został uszkodzony przez oryginalny Szybki 
Ludek w Mili Malleya. Wielokrotnie, osobiście i przez swo- 
jego golema tutaj, i z tego, co wiem, poprzez manipulację 
przez lata ruchem tak zwanych abolicjonistów, wzywał nas 
do katastrofalnego kursu uruchomienia Szybkiego Ludku. 
Czyim interesom, pytam Was, by to służyło? 

Talgarth nie odpowiada. 

Reid, jak gdyby nagle obrzydzony całym tym biznesem, 
potrząsa do tyłu ramieniem nad głową i idzie do swojego 
krzesła. Jednak nie siada. Jego zwolennicy wstają razem z nim 
i inni w tłumie też wstają. 

Reid sięga do kurtki i nagle pojawia się nagły szał prze- 
mieszczania, gdy tłum się dzieli, niektórzy uciekają od kon- 
frontacji, inni zbliżają się do jednej lub drugiej strony. Ta- 
mara i niektórzy ludzie, który Dee nie zna, ale Ax — na 
podstawie jego gorliwych komentarzy — tak tworzą zaporę 
dookoła Wilde'a. Kamery podskakują, fakcje stają twarzą 
w twarz z bronią w ręku. 

'Talgarth mówi nagląco w prawą klapę i wykonuje rów- 
nie naglące gesty. Dee zauważa, że bronie na żelaznych ścia- 
nach palisady obracają się na podstawach, kręcą się dookoła 
i kierują się do środka oraz w dół. 

Jedna z unoszących się kamer nagle się odwraca i robi 
zbliżenie na bramę, która niezauważenie została otwarta. Za- 
okrąglony przód wielkiego opancerzonego pojazdu wjeżdża. 


Rozdziat 15. Kolejne Pęknięcie w Immanentyzacji Eschatonu 355 


Dee odwraca wzrok od ekranów telewizyjnych na ekrany 
okienne i widzi inny kąt tego samego widoku. Wpraszający 
się pojazd to ich własny. 


Rozdział 16 


Obywatel Zima 


Obudziłem się od hałasu wojsk pancernych na ulicach 
i przez chwilę leżałem na plecach, patrząc przez heksago- 
nalne szyby kopuły na blade zimne niebo. Była godzina dzie- 
siąta. Spałbym, ale ANR, jak zwykle, przybyło na czas. Po 
wczorajszej wyczerpującej rundzie wywiadów telewizyjnych 
i wizyt — realnych i wirtualnych — w jednostkach milicji, 
czułem, że mam prawo do odpoczynku. Już więcej nie by- 
łem odpowiedzialny za bycie nominalnym dyktatorem Nor- 
lonto, zrezygnowałem jako przewodniczący Komitetu Łącz- 
ności Obrony, gdy tylko ostatni dowódca przeszedł na stronę. 


Sterowiec unosił się powyżej, jego kształt zniekształ- 
cony przez fale na szkle. Potem kolejny, i kolejny, blisko 
siebie. Zastanawiałem się, czy wiele osób uciekało, zanim 
państwo wejdzie. Bez wątpienia byli tacy, którzy nie chcieli 
zostawać na przesłuchania: buntownicy hanowerscy, skutki 
uboczne wojny domowe, dezerterzy armii. . . może nawet ide- 
aliści libertariańscy ruchu kosmicznego, w drodze do złapa- 
nia miejsca w pojeździe, zanim ziemski właz wyjściowy za- 
mknie się kompletnie, jak niektórzy alarmiści myśleli, że się 
zdarzy. A teraz, po dwudziestu latach jako mieszkaniec dzia- 
łającej anarchii, znowu byłem obywatelem. Czołgi i trans- 


Rozdział 16. Obywatel Zima 357 


portery kontynuowały przetaczanie na zewnątrz, sterowce 
i helikoptery dryfowały lub brzęczały ponad nimi. Annette 
wymamrotała i poruszyła się koło mnie. Przesunąłem palce 
przez jej długie białe włosy i wysunąłem pod kołdrę, prędko 
owinąłem się jej futrzanym płaszczem i poszedłem do dra- 
biny z naszego gniazdka pod szczytem kopuły. 


Wydrukowałem gazety, odpaliłem dzbanek kawy i po- 
szedłem do drzwi. Nasz klaster kopuł spółdzielni mieszka- 
niowej był trochę cofnięty od ulicy, pośród Ścieżek, stawów, 
trawników i ogrodów cannabis. Dzieci biegały, kurczaki pu- 
szyły się na wybiegach. Tylko psy ciągle przejmowały się 
reagowaniem na przejście Armii. 


Czołgi, jak zawsze, poruszały się szybciej i ciszej niż 
byś oczekiwał. Żołnierze siedzący na nich nosili mundury 
ANR ozdobione bandanami, bandolierami i insygniami sił, 
z których uciekli, lub które pokonali. Żuli, palili, i patrzyli 
z góry na nas, nieharmonijny rock ryczał z głośników. Sta- 
łem długo, drżąc, kostki kłuły, i patrzyłem. 


Potem zgarbiłem się i podniosłem naszą dostawę: sok, 
mleko, jaja, chleb i bułki. Torby i kartony były pokryte szro- 
nem, musiały być tutaj przez godziny. Niewielu złodziejasz- 
ków w Norlonto. Zastanawiałem się, jak długo to potrwa. 
Gdy smażyłem jaja i bekon, odrywałem strony z gazet, wpadł 
mi w oko rachunek z supermarketu. W naszym podziale prac 
domowych, zakupy należały do Annette. Cena kawy i pa- 
pierosów zaszokowała mnie, cena lokalnej żywności trochę 
mnie pocieszyła. Sprawdziłem rachunek dostawy. 


Owocowy sok kosztował około dziesięć razy więcej od 
mleka. Nic powiązanego z inflacją — ta tylko stosowała się 


Rozdział 16. Obywatel Zima 358 


do oficjalnej, śmiesznej waluty Republiki — a my płaciliśmy 
w dobrym południowoafrykańskim złocie. 

Szalone ceny. Do czego zmierzał ten Świat? 

Oto byłem ja, myśląc jak starzec. Potrząsnąłem głową 
i zaniosłem Annette na górę śniadanie i zwitek jej ulubio- 
nych gazet. Potem umyłem się, ubrałem i zasiadłem do mo- 
jego własnego Śniadania i wiadomości, próbując to zrozu- 
mieć. 

Byłem przy drugiej kawie i pierwszym papierosie, za- 
nim przypomniałem sobie, że te, tak jak sok owocowy, były 
importowane. Przez dziką chwilę zastanawiałem się, czy Re- 
publika narzuciła podatki i cła, potem zrozumiałem, że taka 
obraza z trudem by mnie ominęła. Musiałbym usłyszeć o 
zamieszkach. Kurde, sam byłbym w tych zamieszkach. 

Kwerenda przez bazę danych Economist otrzeźwiła mnie. 
Ceny surowych materiałów wzrosły ostro przez ostatnie sześć 
miesięcy od Jesiennej Rewolucji, podczas gdy ceny wypro- 
dukowanych dóbr i usług spadły. Było wiele artykułów wy- 
jaśniających dlaczego, które przeoczyłem przy moim po- 
chłonięciu naszym małym lokalnymi trudnościami. 

Porażka USA/ONZ i upadek jego finansowych oszustw 
takich jak MFWHi Bank sa a, rozbieżne skutki. 
Podstawowe produkty zwykle pochodziły z mniej rozwinię- 
tych obszarów, starego Drugiego i Trzeciego Świata. Ich 
niestabilności sprawiały, że nasze wojny domowy wyglą- 
dały jak pokojowe pikiety. Bez imperium dbającego o po- 


I MFW — Międzynarodowy Fundusz Walutowy, zob. 





//pl.wikipedia.org/wiki/Mi%C4%99dzynarodowy_Fundusz_ 


Malutowyj. przypałum. 
Bank Światowy —zobhttps://pl.wikipedia.org/wiki/Bank_ 


SC5H%9Awiatowy|- przyp.tłum. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 359 


rządek, wzrosły koszty ochrony i ryzyko. W międzyczasie, 
w bardziej zaawansowanych regionach, zmniejszenie podat- 
ków — i koniec ograniczeń rozwoju technologicznego na- 
łożonego przez kontrolę zbrojeń ONZ — umożliwiły pro- 
dukcję, ciesząc się zrywem wzrostu. Nawet nanotechnologia 
wyglądała, jakby mogła stać się w końcu online, gdy ktoś 
mógłby wywabić najlepsze umysły z ukrycia. 


Tyle o cenie kawy. Ciągle mnie martwiło, dlaczego nie 
byliśmy tak biedni, jak powinniśmy być. Mój dochód z uni- 
wersytetu spadł do symbolicznego stypendium, gdy jedyne 
wykłady obecnie tam dawane były od jednego ignoranta do 
drugiego. (Boże, niech z tego wyrosną. Wkrótce.). Tantiemy 
za moje pisma wzrosły, ale niedużo, ponieważ większość 
ze zwiększonego obrotu była tych, których prawami autor- 
skimi wzgardziłem. Nasz fundusz emerytalny płacił regular- 
nie, ale to była kwota całkiem podstawowa i zdecydowanie 
nie wzrosła. A jednak — inaczej niż większość ludzi od cza- 
sów Rewolucji — nie musieliśmy zaciskać pasa. 


Wprowadziłem nasze wyciągi bankowe i prawie rozla- 
łem kubek drogiej kawy rozpuszczalnej. Zwyczajnie drogi 
papieros wypalał się niezaciągany do filtra. Nasz stały do- 
chód w istocie się zmalał, ale saldo było wyrównane przez 
wzrastające płatności z mojego małego, prawie zapomnia- 
nego udziału w Kosmicznych Kupcach. Przekląłem software 
zarządzania funduszem za pozwalanie zjadania mojego ka- 
pitału, potem go wywołałem. 


Nie przejadaliśmy kapitału. Używaliśmy części docho- 
dów, jego małej części. Wartość moich akcji wzrosła znacz- 
nie bardziej niż kiedykolwiek bym oczekiwał i prawie po- 


Rozdział 16. Obywatel Zima 360 


dwoiła się od Rewolucji. Byliśmy umiarkowanie, komfor- 
towo, i niewytłumaczalnie bogaci. 


— Nie rozumiem, na co narzekasz — powiedziała Annette 
nad późnym lunchem. Żadnych pilnych telefonów. Przyją- 
łem, że okupacja postępuje gładko. — Jestem wstrząśnięta. 
Nigdy szczególnie nie chciałam być bogata, ale zawsze my- 
ślałam, że byłoby to miłe. 

Spojrzała dookoła kopuły, na stosy książek, wspinające 
się rośliny i podejrzane okablowanie elektroniki, myśląc wi- 
docznie o ulepszeniach. 

— Ta, cóż, ja też — powiedziałem. — Ale robić pienią- 
dze w kosmosie w tych dniach to, jak, zaprzeczanie grawi- 
tacji. Obrona Kosmiczna zależała od budżetów obronnych, 
które będą cięte. Cały przemysł kosmiczny, nawet osadnic- 
two, nawet NASA, były jak sklepy w garnizonowym mie- 
Ście. Jak burdele! Cały system powinien być w ciężkim kry- 
zysie. Wiele z tego, stacje orbitalne pracują na pusto, pusz- 
czając strumienie mikrofal kompaniom elektrycznym i takie 
tam. Więc dlaczego Kosmiczni Kupcy radzą sobie dobrze? 

Oczy Annette błysnęły rozbawieniem lub smutkiem. 

— Nie przestaniesz, co? — spytała. — Myślisz, że coś zna- 
lazłeś, i nie przestaniesz. 

— Ta — powiedziałem, podnosząc i sprzątając talerze. 

— Jeżeli odkryjesz, że to wszystko było straszliwy błę- 
dem, to wyświadcz mi przysługę — powiedziała. — Zabierz 
pieniądze i pryskaj. Nie obchodzi mnie, do kogo należą, tyle 
są ci winni. 

— Pół dnia w Państwie — powiedziałem — i już myślisz 
jak polityk. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 361 


— Nie — poprawiła mnie, wstając i śmiejąc. — Myślę jak 
żona polityka. 


Żołnierze zostali, obozy zostały spacyfikowane, ludzie 
z wszystkich skrzydeł Ruchu Kosmicznego potępili mnie. 
Nie odpowiadałem na ataki. Spadł Śnieg. Rozgrzewaliśmy 
się i pracowaliśmy nad puzzlami jako drużyna. Annette Śle- 
dziła wiadomości, a ja śledziłem pieniądze. Jako rzecznik 
wolnego rynku, byłem żenująco nieświadom finansów, i mi- 
nęło kilka dni, zanim mogłem znaleźć drogę przez różowe 
ekrany FT bez ciągłych zapytań do Wizards. 

Potem w wielkiej bazy danych Rejestru Firm...w VR 
mogłeś wędrować przez nią jak przez potężną galerię han- 
dlową, jej połączenia i przecięcia naśladujące niemożliwe 
topologie obrazów Escherq | Wszedłem jako ja, i tak samo 
niektórzy inni poszukiwacze i badacze, ale większość była 
w utajnionych sobowtórach, korporacyjnych ikonach lub lu- 
strzanej zbroi samurajów ostatniego software prywatności 
z firm kodujących w Kobe („Kryptografia Zen — nawet o tym 
nie myśl”, mówiła reklama). 

Z, Rejestru mogłeś zobaczyć Świat. 

Widziałem zawiłe geometrie tajskiego systemu islam- 
skich banków kruszące się pod natarciem antytechnologicz- 
nych Czerwonych Khmerów. Ekonomię portu Władywostoku, 
wyzwolonego przez Ludowy Front Workuty, wzrost w no- 
wych i dziwnych kształtach. Postrzępione sieci naukowej 
informacji Ameryki IŚniące mocniej na wybrzeżach, mruga- 
jące i umierające w głębi kontynentu, gdy Naukowi Funda- 





3 por. https://en.wikipedia.org/wiki/Print_Gallery_ 


-6-—Bscher)|--przypiłum. 











Rozdział 16. Obywatel Zima 362 


mentaliści i Biali Nacjonaliści zamykali gorszące instytuty 
tego, co nazywali publicznie „naturalizmem bez korzeni”, 
a prywatnie „żydowską nauką”. 

Widziałem kosmodromy Kazachstanu rozciągające się 
w niebo i ujrzałem także dopływy, które je żywiły, archi- 
pelag przedsiębiorstw pracy przymusowej KomLagu. Nie- 
które w Byłym Związku — stare umiejętności wykorzystane 
na nowo — ale większość w swobodniejszym Świecie. Kilka 
dokładnie tutaj w Norlonto. 

Kiedykolwiek zwycięskie siły Jesiennej Rewolucji mo- 
gły, zatrzymywały bardziej użytecznych pracowników po- 
konanego imperium USA/ONZ, i szczególnie Obrony Ko- 
smicznej, w pracy za grosze, w częściowym odszkodowaniu 
za wcześniejszy wyzysk. Byli oni uzupełniani przez nowe 
i rozszerzające się wykorzystanie niepolitycznych więźniów, 
zarabiających na swój zwrot z dużą prędkością w wysoko- 
ryzykownej, wysokopłatnej ekonomii kosmosu. 


— Niewolnictwo — powiedziała Annette. — Po prostu nie 
mogę uwierzyć, że do tego doszło. 

— To nie jest naprawdę niewolnictwo — powiedziałem 
niewyraźnie. — To jest tylko przymusowa praca. 

— Ta, tak. Jak w nie mamy kary śmierci, po prostu po- 
zwalamy psychopatom spłacić ich dług, występując w fil- 
mach typu snuff] 

— Dokładnie — powiedziałem. — Ciągle chcesz wziąć pie- 
niądze i uciekać? 


4 gatunek filmowy obejmujący filmy przedstawiające sceny jakoby praw- 
dziwych gwałtów, tortur czy zabójstw, zob. https://pl.wikipedia.org/ 


Rozdział 16. Obywatel Zima 363 


— Nie! — Spojrzała ostro na mnie, potem na stół. — Z dru- 
giej strony, nie ma nikogo, komu można je oddać, byłoby 
kontrproduktywne sprzedawać udziały komuś, kto ma jesz- 
cze mniejsze skrupuły niż Ty, i byłoby całkiem obłudne po 
prostu rozdać pieniądze. 

— Żeby nie powiedzieć słabe. 

— Ta. Ka-AP| 

— Więc jaka jest odpowiedź? 

— Wykorzystaj je do pokazania, skąd pochodzą — powie- 
działa Annette stanowczo. — Wgryź się w to mocniej, potem 
przeprowadź kampanię, by wyciągnąć to wszystko na jaw 
i przedyskutować. Mógłbyś to zrobić. 

— I zrealizować co? 

— Och, daj spokój! Jeżeli trwają nadużycia, zatrzymanie 
ich mogłoby pomóc. 

Na to zdanie oboje się roześmialiśmy, ale Annette po- 
wiedziała, kiedy wpadliśmy w ponurą ciszę, co jeszcze jest 
do zrobienia? 


Krążyłem ostrożnie w przestrzeni danych dookoła repre- 
zentacji kazachskiego zaplecza kosmodromu i zauważyłem 
slogan przedsiębiorstwa, które założyłem tak dawno temu: 
Kosmiczni Kupcy. Miało ono silny przepływ materiałów i in- 
formacji łączących je z minipaństwem kazachskich robot- 
ników Myry i agencją ochrony Wzajemna Pomoc Reida. 
Wzmocniłem rozdzielczość, próbując wyśledzić co się dzieje. 

Wszystko zmienili, rozwinęli się poza cokolwiek któ- 
rekolwiek z nas początkowo zamierzało. Kosmiczni Kupcy 
stali się biznesem import-export pomiędzy Ziemią a niską 


5 oryg. „C of E” — Church of England — Kościół Anglii — przyp.tłum. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 364 


orbitą, prawie tak odległą od ich niewinnych, fanowskich 
początków na rynku śmieci z kosmosu jak ostatnie dopa- 
lacze SSTOF| pochodziły od amatorskich rakiet Goddard | 
Międzynarodowa Republika Robotników Naukowo-Technicznych, 
jej nuklearne zęby dawno wyrwane, zmieniła swoją specja- 
lizację na rozwój pojazdów startowych. MRRNT przetrwała 
falę reunifikacji kazachskiej, a Ochrona Wzajemna była tam 
silnie obecna. I nie tylko tam: Ochrona Wzajemna prowa- 
dziła ośrodki ochrony i restytucji na trzech kontynentach, 
zwykle chroniąc instalacje i wyciągając zwrot od jakichkol- 
wiek złodziei czy sabotażystów dostatecznie głupich, by za- 
dzierać z jej klientami. 

Było dziwne ujrzeć osobisty trójkąt pomiędzy mną, Myrą 
i Reidem, odtworzony jako powiązania handlowe, jako ro- 
dzinne relacje dynastycznych armii. Ale czy te związki zna- 
czyły cokolwiek, było inną sprawą. (Jak wskazałem w /gno- 
ramus!, mojej pracy na temat kontrkonspiracyjnej teorii hi- 
storii, każdy zna kogoś, kto zna kogoś, kto... (itd), i jest to 
najłatwiejsza praca na Świecie pociągnąć tuszem te ołów- 
kowe linie, spekulować, że zadziwiająco mało uścisków dłoni, 
która oddziela skromnych od znanych to tylko zabawne uści- 
ski dłoni. . . Moje nieostrożne ilustracje tego diagramem mo- 
ich drugich i trzecich uścisków powiązań, „dowodzące” ist- 
nienia tajemniczej Ostatniej Międzynarodówki łączącej Świa- 


6 SSTO — single stage to orbit — oznacza pojazd, który dociera na orbitę 
z powierzchni używając jedynie paliwa i płynów bez utraty zbiorników, silni- 
ków lub dopalaczy, zwykle są to pojazdy wielokrotnego użytku, por. 


//en.wikipedia.org/wiki/Single-stage-to-orbit — przyp.tłum. 


pionier  techni rakietowej i astronautyki, 



















Rozdział 16. Obywatel Zima 365 


towych libertarian i futurystów ze sobą oraz z długą listą 
zwykłych historycznych podejrzanych, poskutkowało w pew- 
nej liczbie nieporozumień: latami otrzymywałem anonimowe 
listy, czegoś, co rzekomo było protokołami Centralnego Ko- 
mitetu Ostatniej Międzynarodówki). 

Firewalle chroniły większość danych firm, pozostałości 
ostatnich ataków hakerskich blakły na matowych wirtual- 
nych powierzchniach. Ruszyłem dalej, szukając węzłów wej- 
ściowych. Nagle znikąd coś spingowało mój sobowtór. Moje 
ręce, w VR-rękawicach, stały się ciepłe. Cieplejsze. Gorące. 

Trzymałem coś, co wyglądało jak zapieczętowana ko- 
perta, ikoniczny równoważnik wiadomości osobistej: opar- 
tej na anonimowym protokole transakcji, która nawet nie 
mogła być przeczytana na ekranie, tylko w VR przez so- 
bowtóra zamierzonego odbiorcy. Była to także metoda do- 
starczania wirusów dopasowanych do celu. Spojrzałem na 
nią — cholera, już zaczynała dymić — i prędko sięgnąłem za 
siebie i szarpnąłem wajchę awaryjnego backupu. Sekundy 
kapały, gdy zawartość mojego domowego komputera była 
transferowana na izolowane dyski. Kiedy było bezpiecznie, 
otworzyłem już tlącą się kopertę. 

drogi jonie, było napisane, to zbyt szybkie. pomocy. po- 
zdrawiam, myra 

Potem list rozpadł się na bity. 

Cóż, to było bardzo przydatne, pomyślałem, gdy wy- 
cofywałem się i siedziałem, mrugając w chłodnym Świetle 
dnia, zagadkowy uśmiech Annette dokuczał mi z drugiej 
strony stołu. 

— Myra się odezwała — powiedziała. 


Gapiłem się na nią. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 366 


— Skąd wiesz? 

— Z Twojej twarzy — powiedziała. — Widziałam już wcze- 
Śniej tę minę. 

Kontaktowałem się z Myrą może kilkadziesiąt razy, w wię- 
cej niż kilkadziesiąt lat: kiedy mieliśmy Bombę, i w spra- 
wach, w których pośredniczyłem dla Ruchu Kosmicznego 
w dekadach Norlonto. Istniało bezpośrednie połączenie ste- 
rowcem pomiędzy Alexandra Port i Bajkonurem, i spotka- 
łem ją kilka razy, kiedy przejeżdżała, ale większość naszych 
kontaktów była zdalna. 

Sięgnąłem po dłoń Annette. 

— Nie jesteś zazdrosna? Dobry Boże, to było siedemdzie- 
siąt lat temu! 

— Wiem — powiedziała Annette. Ścisnęła moją dłoń. — 
I wiem, że mnie kochasz. Jednak ją też kochałeś. Myślę, że 
była jedyną inną kobietą, którą kiedykolwiek kochałeś. A to 
prawda co mówią: miłość nigdy nie umiera. Można ją zabić, 
jasne, ale sama nigdy nie umiera. 

Jej słowa może odbijały echem dowolną liczbę senty- 
mentalnych piosenek i historii, ale wypowiadała je, jakby 
była gorzkim, niechętnie akceptowanym faktem naukowym. 
Położyła dłoń na moich otwartych ustach, zanim mogłem 
zaprotestować, wymówić, wyjaśnić. 

— Wszystko w porządku — powiedziała. Potem: 

— Czego chce tym razem? 

— Nie wiem — powiedziałem. Wyjaśniłem wiadomość 
i gdzie ją znalazłem. — Ma jakieś kłopoty i prosi mnie o po- 
moc. 

— „to zbyt szybkie”. — Annette patrzyła się przeze mnie, 
w jakąś własną wirtualną rzeczywistość. — Pasuje, wiesz. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 367 


Praca niewolnicza, zyski z kosmosu, coś dzieje się za szybko. 
Jeżeli spojrzysz na wiadomości, to jakby świat się rozpadał, 
i myślę, też jest rozrywany, przez coś, o czym nie wiemy. 

Roześmiałem się. 

— Jeżeli tak by było, ktoś by mi powiedział. 

— Myślę, że ktoś tak zrobił — powiedziała Annette. — Tak 
czy inaczej, jest tylko jeden sposób na ustalenie. Jedź do Ka- 
zachstanu. Zakładam, że nie będzie trudno odszukać Myry, 
lub powiedziałaby ci jak. 

Spojrzałem na nią, zdumiony. To była propozycja, nad 
którą sam właśnie pracowałem. Ze strony Annette oczeki- 
wałem, jeżeli czegokolwiek, walki przeciwko niej. 

— Nie chcę, żebyś jechał — powiedziała. — Nawet nie 
wiem, czy tak zrobisz. Jednak bardziej się boję nic niero- 
bienia. Nikt nie ujął się za Tobą, od kiedy żołnierze weszli. 
Nie sądzę, żeby ci już więcej ufali. 

— Oni? 

— Ludzie z Ruchu Kosmicznego. Towarzysze. 

— Nie ma konspiracji — Uśmiechnąłem się. To było jedno 
z moich powiedzonek. 

Oczy Annette były smutne i poważne. 

— Tym razem, możesz się mylić — powiedziała. 

Wstała i ruszyła do komputera domowego, pisząc na kla- 
wiaturze w rześkim stukocie. 

— No dalej — powiedziała. — Jedź i jej pomóż. Spróbuję 
zarezerwować ci lot. Przygotuj się i na litość boską, zapa- 
miętaj zapakować swoją broń. 

Zgodziłem się, potrząsając głową. Żadna z myśli, które 
Annette wyraziła, nigdy wcześniej nie przeszła mi przez myśl. 
Miłość nigdy nie umiera. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 368 


Ja pierdolę. 


Kusiło mnie, żeby podróżować jednym z tych stabilnie 
kursujących sterowców, ale, jak Annette podkreśliła, te za- 
bierały dni, i były zwykle załadowane towarem i zatłoczone 
pracownikami kosmicznymi na kacu po miesięcznym urlo- 
pie w Norlonto. Tak więc opuszczałem Stanstead zwykłym 
odrzutowcem, znacznie większym niż ten, którym leciałem 
z Reidem trzydzieści lat wcześniej. Tym razem bez ognia 
przeciwlotniczego. Korytarz uralski dawno temu został zbom- 
bardowany w bezpieczny przejazd. 


Stanstead do Ałma-aty, lotnisko ciągle poznaczone po 
ogniu artylerii od zwycięstwa Kazachskiego Frontu Ludo- 
wego. Na północ od Karagandy, przerażające, brudne miej- 
sce, czarne nawet w Śniegu: postsowieckie, postindustrialne, 
post-niepodległościowe, post-wszystkie. Z Karagandy do Ka- 
picy był regularny lot. Ponieważ MRRNT nadal był niepod- 
ległą enklawą, zostałem zatrzymany na sprawdzenie, pierw- 
szy raz w całej podróży. Aktyw frontowy i lokalni urzędnicy 
zbadali moje dokumenty, wbili moje szczegóły do starożyt- 
nego superkomputera (zlokalizowanego w Indii, jeżeli czas 
odpowiedzi był jakąś wskazówką), potem zaczęli się uśmie- 
chać i zaoferowali Johny Walker Red Label, kiedy się po- 
jawił mój rekord. Powiedziałem dobre rzeczy o KFL, kiedy 
nie było to modne. Nalegali, żeby mi powiedzieć, jak bar- 
dzo podziwiali to, a po kilku whisky powiedziałem im, jak 
bardzo ich podziwiałem. Walczyli z USA/ONZ, zjednoczyli 
swój kraj bez napędzania ognia nacjonalistów, i powstrzy- 
mali się od narzucenia ich państwa na jedną z części kraju, 
która tego nie chciała. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 369 


— MRRNT? — Myśleli, że to śmieszne. Nie powstrzymali 
żadnych wzniosłych zasad. 

— Dlaczego nie, zatem? — Lekko wzruszyłem ramionami, 
spojrzałem na mapę nad biurkiem celników. Na pewno nie 
były to możliwości obrony małej enklawy. 


— Zła ziemia — powiedziano mi. — Kraj bomb. 


Powiedzieli, że step dookoła Kapicy Świeci się w ciem- 
nościach, ale to tylko światło gwiazd odbite od śnieżnych 
pól. Tak właśnie sobie mówiłem w locie, gdy przedrzema- 
łem efekty schludnie podjętej dobrej whisky, obudziłem się 
od wstrząsu, zapaliłem i znowu przysnąłem. Tylko dwa inne 
siedzenia w samolocie były zajęte, a ich użytkownicy byli 
skłonni dotrzymać sobie swojego towarzystwa tak jak ja. 
Miałem wyłączone światło do czytania, przycisnąłem twarz 
do okna i obserwowałem, jak czarna nić drogi z Karagandy 
do Semipałatyńska prowadzi przez step, nawet roiłem, że 
zobaczyłem drobne iskry Światła z pługów śnieżnych. 


Wylądowaliśmy przed świtem na ledwie oczyszczonym 
ze śniegu pasie lotniska. Minibus pogonił z nami do termi- 
nala. Za kopcami usypanego Śniegu, stały szkieletowe i ciemne 
suwnice. Kilka samolotów było zaparkowanych, żaden nie 
lądował. Budynek lotniska był jasny jak nigdy, jego pra- 
cownicy tak bezpieczni w ich zwykłym zatrudnieniu tak jak 
wcześniej, nadmiarowo nadzorując zajęte maszyny. Bohate- 
rowie Republiki ciągle grozili wielcy na plakatach. 

Jednak w porównaniu z gwarem, kiedy to miejsce eks- 
portowało odstraszanie jądrowe, równie dobrze mogłoby być 
opuszczone. Złowieszcza pustota przypominała publiczne 
place starych komunistycznych stolic. Ruszyłem przez halę 


Rozdział 16. Obywatel Zima 370 


z nerwowym wahaniem, który każdy czuje wchodząc do 
wielkiego, starego i prawdopodobnie niezajętego domu. 


Nie miałem pojęcia co robić dalej. Jeżeli Myra chciała 
mi powiedzieć, zakładałem, że chciałaby i mogłaby. Jeżeli 
miała inne ostrzeżenia, mogłaby je zawrzeć w wiadomości. 
"Tak jak to było, wyglądało, że jedynym aspektem naszego 
kontaktu, który chciała utrzymać w tajemnicy, było to, że 
potrzebuje mojej pomocy. 

Kawiarnia ciągle tam była i była otwarta. To tam nas 
spotkała wtedy. Wszedłem, zamówiłem kawę, usiadłem z nią 
i kopią wydania angielskojęzycznego Prawdy Kapicy, która 
sprostała swojej nazwie, że przedstawiła najwidoczniej praw- 
dziwe przedstawienie wiadomości. Dotarłem do stron spor- 
towych, zanim zauważyłem, że nie zawierała żadnych wia- 
domości w ogóle o Kapicy. 

Przeskanowałem halę, skwapliwie przyglądając się po- 
staciom, które miały szansę przypominać mojemu wspomnie- 
niu Myry, i opierałem się za każdym razem zawiedziony. 
Minęła godzina. Straż Ochrony Wzajemnej wędrowała do- 
okoła, jakby była właścicielami miejsca. Więcej osób przy- 
szło i poszło. Usłyszałem jeden, potem dwa kolejne lądujące 
samoloty. Ich pasażerowie rozchodzili się indywidualnie lub 
w małych grupach przez szklane drzwi, na zewnątrz których 
tuzin taksówek stało na zimnie z uruchomionymi silnikami. 


Może powinienem po prostu znaleźć ją w książce tele- 
fonicznej. .. Stałem w budce i patrzyłem na stronę wyszuki- 
wania, kiedy zrozumiałem, że nie znam jej obecnego nazwi- 
ska. Nawet zajęło mi kilka sekund przeczesanie pamięci, za- 
nim jej oryginalne nazwisko mi się przypomniało: Godwin. 
Spróbowałem. Bez powodzenia. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 371 


Wybrałem szyfrowane połączenie do Annette. 

— Cześć, miłości. Bezpiecznie wylądowałem. 

Uśmiechnęła się. 

— Dobrze słyszeć. To nie dlatego zadzwoniłeś. 

— Dlaczego tak mówisz? 

— Wiem jak działa Twój mózg, Jon. — Roześmiała się. — 
To Dawidow. Znalazłam je w starej polisie ubezpieczenio- 
wej. 

Mniemam, że musiałem wyglądać zażenowany. Annette 
uśmiechnęła się i wystawiła język, różowy milimetr na ma- 
łym ekranie. 

— Kocham Cię — powiedziała. — Trzymaj się. 

Ekran zgasł. Westchnąłem, nagle czując się stary i sa- 
motny, i znowu włączyłem książkę telefoniczną. 

Dawidow, Myra G., komandor podporucznik (emer.) żyła 
w Mieszkaniu 36, Blok 7, Bulwar Ignacego Reissq'] Żaden 
inny Davidow nie był wpisany pod tym adresem. Małżeń- 
stwo Myry rozpadło się lata temu. Budynek, kiedy taksówka 
mnie tam zostawiła, okazał się być klasycznych sowieckim 
blokiem, ostatnio wybudowanym w rodzaju perwersyjnego 
hołdu dla ojczyzny robotników, ale z betonem już kruszą- 
cym i odbarwionym. Tylko jeden samochód był zaparko- 
wany na zewnątrz, wielka czarna Skoda Traverser. Domyśli- 
łem się, że Myry: wyglądał jak ten rodzaj pojazdów, który 
byłby do dyspozycji emerytowanego Ludowego Komisarza. 

Winda, w kolejnym starannym dotyku autentyczności, 
nie działała. Wtaszczyłem moją torbę podróżną na trzecie 


8 Ignacy Reiss — szpieg sowiecki, m.in. organizował siatki szpiegowskie 
na Zachodzie, uciekł przed represjami stalinowskimi, więcej https://pl. 
wikipedia.org/wiki/Ignacy_Porecki - przyp.tłum. 


Rozdziat 16. Obywatel Zima 372 


piętro po schodach. Moje kolana bolały. Czas, żebym zała- 
twił sobie nowe stawy. Zadzwoniłem do drzwi i rozejrzałem 
się za kamerą CCTV. Nie było żadnej. W zamian błysnęła 
przesłona, odsłaniając rybią soczewką zatopioną w drzwiach. 
Rygle pisnęły, łańcuchy zagrzechotały. Drzwi wolno się otwo- 
rzyły. Wydobyło się żółte światło, ciężki zapach, nieświeży 
zapach papierosów i głośna muzyka. Potem ręka sięgnęła 
i wciągnęła mnie do środka. Drzwi obróciły się i kliknęły za 
mną, i byłem schwytany w gorącym kościstym uścisku. 

Po minucie odsunęliśmy się, ręce na ramionach drugiej 
osoby. 

— Cóż, cześć — powiedziała Myra. 

Jej stalowoszare krótkie włosy pasowały do spiżowej sa- 
tyny zestawu pidżamowego. Jej twarz miała woskowy, po- 
łysk martwego Lenina, wynik postsowieckiej technologii od- 
mładzania, rażący kontrast do cętkowanej i marnej skóry na 
dłoniach. Tak jak ja, jak wszyscy w Nowym Starym, była 
chimerą młodości i wieku. 

— Witaj — powiedziałem. — Wyglądasz dobrze. 

Roześmiała się. 

— Ty nie. — Jej palce poskrobały szczecinę na moim po- 
liczku. 

— Nic, czego prysznic nie załatwi. 

— A to — powiedziała z bystrym spojrzeniem — to bardzo 
dobry pomysł. — Sięgnęła za mnie i przełączyła włącznik. 
Dudniące rozpalające hałasy dobiegły ze Ścian. 

— Pół godziny — powiedziała, prowadząc mnie do salonu. 
Miał jedno okno z podwójnymi szybami wyglądające na 
ulicę. Widok wykraczał poza zreplikowane ulice dzielnicy, 
ponad starym miastem prefabrykatów i na step. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 373 


Grzejnik centralnego ogrzewania stał zimny pod para- 
petem, elektryczny ogrzewacz wysyłał gorące suche powie- 
trze. Izolacja zapewniała ciepło. Pokój był grubo wyłożony 
dywanem, ściany obwieszone arrasami, ich wzorce, toporne 
jak piksele we wczesnych grach komputerowych, były poka- 
zem tradycyjnych projektów afgańskich helikopterów woj- 
skowych, Migów i AK-47. Pomiędzy nimi były polityczne 
i turystyczne plakaty z historii i geografii Kazachstanu (MRRNT 
miał deficyty w obu przypadkach) i stare reklamy rakieto- 
wych startów i eksplozji nuklearnych. Ekran telewizji, za- 
wieszony pośród plakatów, był ustawiony, bez dźwięku, na 
balet Bolszoj Luna. Pływające loty i upadki, iluzja formy 
zrealizowana pod innym niebem. Wielkie antyczne głośniki 
Sony wysoko na przeładowanych półkach tłukły chiński rock. 


Stary IBM PC stał na stole obok naręcznej torby Myry 
i stosu podręczników kodowania. Spojrzenie na tytuły suge- 
rowało, że zaszyfrowała wiadomość ręcznie. Nic dziwnego, 
że była taka krótka, musiało to zabrać dni. 


Zrobiła mi Śniadanie, płatki, jogurt i gorzka arabska kawa. 
Rozmawialiśmy o locie, o zmianach w naszych życiach od 
czasu ostatniego spotkania, kilka lat wcześniej w barze Ale- 
xandra Port. Ciągle widywała eksmęża, dziarskiego oficera, 
którego kiedyś obaliła i miałem wrażenie, że coś ciągle się 
dzieje pomiędzy nimi, ale od miesięcy był w Ałma-Acie, 
podobno negocjując z KFL. Zasugerowała, że był trzymany 
na uboczu. 


— Więc to miejsce ciągle jest państwem trockistowskim? 
— spytałem. 


Myra odstawiła filiżankę, jej dłoń lekko drżała. 


Rozdziat 16. Obywatel Zima 374 


— Och, tak — powiedziała. — To jest, jak w Rosji, kiedy 
Lew Dawidowicz był u władzy. 

— Tak źle? — Uniosłem brwi, skinęła głową. 

— Już nie jesteś w rządzie? 

— Od jakiegoś czasu już nie. — Uśmiechnęła się krzywo. 

— Jestem pewien, że ciągle możesz dużo opowiedzieć — 
powiedziałem. — Czy ktokolwiek cię słucha? — Przechyliłem 
głowę. 

— Na pewno — powiedziała. — Nie mogę narzekać. 

Spojrzała na zegarek. 

— Twój prysznic jest gotowy. 


Prysznic był w kabinie przy jej sypialni. Położyłem ubra- 
nia w nogach jej łóżka, ostrożnie, nie chciałem ich pognieść. 
Gdy wygładzałem kurtkę, moje palce drasnęły twardą kra- 
wędź pistoletu, schludny, płaski plastikowy egzemplarz, nie 
dłuższy lub grubszy niż moja dłoń. Po chwili namysłu, wy- 
jąłem go i gdy wchodziłem do prysznica, położyłem go w gór- 
nym rogu kabiny. Potem włączyłem prysznic i stałem w pa- 
rującym pryskaniu, wdzięczny, że chociaż to było zbudo- 
wane według dokumentacji. Ledwie spłukałem pierwsze na- 
mydlenie, kiedy drzwi się otworzyły i Myra weszła. 

— To stary trick, ale działa — wyszeptała w moje ucho, 
trąc plecy. — Biały hałas jest białym hałasem, nieważne, czego 
użyjesz. 

— Naprawdę myślisz, że jesteś podsłuchiwana? 

Roześmiała się. 

— Tak bym zrobiła, w ich sytuacji. 

— Kim są „oni”? Co się dzieje? 


Rozdział 16. Obywatel Zima 375 


Wzięła małą jednorazową golarkę i aerozol, który wy- 
rzucił pianę o zapachu sosny. Namydliła moją twarz i za- 
częła ją golić, w ten sposób zapewniając skupienie mojego 
wzroku. Równie dobrze, ponieważ wymagało to prawie czy- 
tania z ust, żeby zrozumieć jej wyszeptywane słowa w cią- 
głym gorącym deszczu, a nie było czasu, żeby mogła powtó- 
rzyć lub żebym przerwał. 

— Wiesz, że coś się dzieje — powiedziała. — Zostawiłam tę 
wiadomość tygodnie temu, ponieważ pomyślałam, że jeżeli 
ktokolwiek by to badał, to byłbyś Ty. — Uśmiechnęła się. 
— I miałam rację. Ok, oto historia. Zaawansowana techno- 
logia, nanotech, inżynieria genetyczna, AI i tak dalej, była 
ograniczona pod Jankesami i ciągle jest atakowana w róż- 
nych miejscach, dzięki cholernym Zielonym, religijnym fa- 
natykami i tak dalej. Dwie rzeczy się wydarzyły. Pierwsze, 
miejsce takie jak to przyjęło uchodźców naukowych i po- 
zwoliło im podjąć pracę pod przykrywką innych projektów. 
Drugie, USA/ONZ i szczególnie Obrona Kosmiczna konty- 
nuowały własną pracę. Zakaz był dla wszystkich innych, nie 
dla nich. Teraz to wszystko się składa: nasi naukowcy pra- 
cują z ich i możesz się cholernie założyć, że kooperują, to 
jedyny sposób, żeby odpracowali swoje długi. To samo do- 
tyczy ogromnej, jenieckiej siły roboczej. Wysyłają towary 
w kosmos, jakby nie było jutra, i w tym tempie, nie będzie. 
Myślę, że zmierzają do zamachu stanu. 

— W Kazachstanie? 

— Na Świecie, głupku! 

Naprawdę poczułem się głupio. To lub ona była szalona. 

— Do kurwy nędzy, kto? I jak? 

— Twój Ruch Kosmiczny, ok, może nie Twój, ale... tak 


Rozdział 16. Obywatel Zima 376 


czy inaczej mają ludzi w oficjalnych programach kosmicz- 
nych, nawet w Obronie Kosmicznej. I widzą, jak się rze- 
czy układają, od Jesiennej Rewolucji. „Jesień” się zgadza! 
Wszystko się rozpada, to jak globalna wersja rozpadu Związku 
Radzieckiego. Kolejne kilka miesięcy, lat co najwyżej i nie 
będzie rakiet wznoszących się skądkolwiek. Mówi się, te- 
raz lub nigdy, jeżeli kiedykolwiek chcemy trwałej obecności 
w kosmosie. Jesteśmy w tym, co nazywają klątwą surow- 


cową | 


'To przynajmniej pasowało do tego, co widziałem i co 
podejrzewała Annette. 


— Rozumiem, że to „dlaczego” — powiedziałem. — Pyta- 
łem, kto i jak. Nawet Obrona nie mogła naprawdę zdomi- 
nować świata bez wsparcia na powierzchni, a teraz kiedy 
znikła, rozszczepiona. .. 


— Powiedziałam Ci — syknęła. — Tak dużo, jak mogłam 
w czasie, który miałam. „To zbyt szybkie”, pamiętasz? Na- 
notech. Z tym możesz zbudować statki kosmiczne, nie wiel- 
kie tępe rakiety, ale prawdziwe statki tak lekkie i mocne, że 
mogą osiągnąć prędkość ucieczki ot tak. — Jej ręka uniosła 
się do góry. — Szuuuu. Mają AI, które mogą kierować wy- 
rzutniami laserowymi, wysyłać statki na igle odrzutu z prze- 


? oryg. resource trap — klątwa surowcowa — zjawisko występujące w go- 
spodarkach krajów posiadających znaczne złoża surowców naturalnych. Obja- 
wia się ono niespodziewanie niskim poziomem rozwoju gospodarczego kraju, 


zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/K15%C4%85twa_surowcowa 


— przyp.tłum. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 377 


grzanej pary 0] A z nanotech, masz to, możesz mieć ich tak 
wiele, jak zechcesz, możesz je hodować jak drzewa! 

Wzruszyłem ramionami, pod lecącą wodą, z roztargnie- 
niem myjąc jej chude boki. 

— Jeżeli masz to wszystko, nie musisz rządzić światem. 
Wszystko, co musisz zrobić to go uratować. 

Myra potrząsnęła głową, rozsyłając lecące krople. 

— Nie chcą go uratować ani nie myślą, że świat chce być 
uratowany. Och, Jon, spędzasz czas z tymi wszystkimi hu- 
manistami i anarchistami, i po prostu nie wiesz jak dużo go- 
ryczy i pogardy jest pośród naukowo-technicznej elity wo- 
bec ciemnych mas! To dlatego mnie wyrzucili, po Jesiennej 
Rewolucji, kiedy trochę się tym zajęłam i zaczęłam narze- 
kać. Nazwali mnie populistką i rewizjonistką! — Roześmiała 
się. — Cierpieli i męczyli się przez lata pod biurokratami 
ONZ, policją Stasis i Zielonymi sabotażystami, i już nigdy 
więcej nie chcą zadzierać z tymi ludźmi. Naprawdę wierzą, 
że jeżeli wydostaną się wiadomości o planach, motłoch po- 
maszeruje na laboratoria, demagodzy pchną rządy w kolejne 
represje i wszystko się skończy. 

Spojrzałem znad jej goleni. 

— Mogą mieć rację. 

— Nie mów tak! To właśnie Reid mówił im przez lata! 

Wstałem, prawie poślizgując się na mokrej, wklęsłej pod- 
łodze kabiny. 

— Reid? 


10 para przegrzana to para sucha mająca temperaturę wyższą niż 
temperatura wrzenia cieczy przy danym ciśnieniu, zob. 
wykorzystanie jako napęd 
zob. 





Rozdział 16. Obywatel Zima 378 


—CŚśśŚ. Tak, myślałam, że wiesz. Kieruje całym teatrzy- 
kiem i planował to od dłuższego czasu. Myślę, że mógłby to 
zrobić, nawet gdyby nie wydarzyła się Rewolucja, ale te- 
raz po niej, działa szybciej niż kiedykolwiek. Ochrona Wza- 
jemna i jej przeklęte sprywatyzowane gułagi są mięśniami 
za tym wszystkim, a on jest najgorszy z nich wszystkich. 
Myśli tak jak Ty czasem pisywałeś, o wolności, ale dla niego 
to jest absolut, żadnej etyki, żadnej polityki. Nawet naukowcy 
się go boją. 

Mogłem w to uwierzyć. Od kiedy przestał być komuni- 
stą, Reid podążał za własnymi zainteresowaniami. Tak jak 
i ja — bycie stróżem brata było ciągle dla mnie grzechem 
pierworodnym — ale nigdy do końca nie osiągnąłem prosto- 
linijnego oddania Reida w tej kwestii. 

Prysznic zamarł w kapaniu. 

— Co z tym zrobimy? 

Myra spojrzała na mnie. 

— Wiem, co chcę zrobić — powiedziała z nikczemnym 
uśmiechem. Spojrzała w dół. — Jezu, czy tego typu gadka 
Cię podnieca? 


Wysuszyliśmy się w milczeniu w małej przestrzeni, którą 
wielkie łóżko Myry zostawiło w pokoju, i kontynuowaliśmy 
rozmowę pod osłoną kołdry i bardzo głośnej muzyki. Po- 
wiedziała mi, co zrobimy i wtedy to zrobiliśmy, potem leże- 
liśmy na boku, twarzą w twarz, nogi splecione, rozmawiając 
o brudnej polityce. Szeptaliśmy pod pościelą jak dzieci po 
zgaszeniu Świateł. 

Zwykłe ujawnienie tego, co się działo, mogło się rów- 
nie dobrze zakończyć w sposób, którego fakcja Reida się 


Rozdział 16. Obywatel Zima 379 


obawiała. Zostawienie tego mogłoby zakończyć się na cha- 
otycznym i krwawym podziale ludzkości, pomiędzy niewielką 
mniejszość w kosmosie i związaną z ziemią większość zdo- 
minowaną najprawdopodobniej przez antytechnicznych i pa- 
ranoicznych liderów. Tak czy inaczej, perspektywy cywili- 
zowanej przyszłości były mroczne. 

Istniała jeszcze jedna droga, argumentowała Myra: za- 
chęcić coś, co nazywała „prawowitym” Ruchem Kosmicz- 
nym, do zorganizowania kampanii o dokładnie te same rze- 
czy, co grupa Reida chciała, dostęp do technologii rozwi- 
niętej przez podziemie naukowe oraz ONZ, wysiłek pod- 
trzymania programu podboju kosmosu, ale otwarcie i ochot- 
niczo, ufundowanej przez darowizny raczej niż wymusze- 
nia. Ujawnić to wszystko i przedyskutować. To była jedyna 
droga, by podważyć podejrzenia po obu stronach: niech tech- 
nokraci zobaczą, że ludzie naprawdę chcieli tego, co mogli 
dać, i że rzeczywiście zapłaciliby za to. Niech zwykli ludzie 
zobaczą, że zaawansowana technologia nie zamierza zamie- 
nić biosfery w roboty wielkości bakterii, lub ich w maszyny, 
i wszystkie inne rzeczy, które im powiedziano, żeby się oba- 
wiali. 

— A Ty — powiedziała — jesteś jedyną osobą, o której 
wiem, która mogłaby to zrobić. 

— Ja? Pochlebiasz mi, pani. 

— Masz kontakty, wiarygodność... 

— Nie jestem już zbyt popularny wśród kadry ruchu ko- 
smicznego — powiedziałem. — Prawdę powiedziawszy, my- 
ślę, że większość z nich już myśli w sposób, w jaki grupa, 
według Ciebie, Reida myśli. 

A (nie powiedziałem) była tylko jedna rzecz, która mo- 


Rozdział 16. Obywatel Zima 380 


głaby zwrócić zwolenników ruchu przeciwko organizato- 
rom, a było to ujawnienie spisku, jeżeli taki był. Leżałem 
w ciemnym namiocie kołdry przez kolejną minutę, patrząc 
na twarz Myry, myśląc pewne myśli, które, mam nadzieję, 
nie ukazywały się na mojej. Zaczynając od pierwszej dużej: 
powiedziała mi kupę kłamstw. 

— Zjedzmy lunch — powiedziałem. 


Lunch był w małej greckiej restauracji za rogiem. 

— Dlaczego Grecy ? — spytałem, gryząc gorący szaszłyk. 

— Podążyli tutaj śladem Tatarów, zanim Tatarzy wrócili 
do domu — wyjaśniła Myra. 

— To dużo historii — zasugerowałem. 

— Ta — powiedziała Myra. Rozejrzała się. — Zostaw to. 

Wypiliśmy dobre wino i trochę okrutnej brandy. Myra 
rozmawiała o bezpiecznych, niekontrowersyjnych tematach, 
jak dlaczego cały stan Świata był moją winą. 

— Gdybyś sprzedał Niemcom opcje — wyjaśniała Myra 
— pierdolony Izrael jest. ..— (tak było zawsze z Myrą, jak 
jedno słowo) — ...nigdy by nie ośmielił się zrobić tego, co 
zrobili, a Jankesi nigdy by nie zostali zdobyci, i... 

— I tak dalej — roześmiałem się. — No weź. Dziesiątki 
ludzi musiało być w tej samej sytuacji co ja, którzy podjęli 
taką samą decyzję. 

— Tak, ale wszyscy oni potrzebowali swoich jądrówek. 
Ty nie. Po prostu trzymałeś się ich dla zasady. 

— Nie, nieprawda! Nigdy w moim życiu nie podjąłem de- 
cyzji dla zasady! Jestem oportunistą i jestem z tego dumny. 
Tak czy inaczej, dlaczego po prostu nie pozwoliłaś im mieć 
ich odstraszania, i załatwić papiery po wszystkim? 


Rozdział 16. Obywatel Zima 381 


Myra uśmiechnęła się do mnie, wzruszyła ramionami. 

— Złe dla biznesu. 

Uśmiechnąłem się do niej. 

— To był również mój powód. 

Sięgnęliśmy po piernik, kawę i ostatnie kieliszki brandy. 
Myra podniosła, polizała i łyknęła. Znieruchomiała, uśmiech 
oświecenia na jej twarzy. 

— To jest to! — powiedziała. — Powinnam wiedzieć lepiej 
niż obwiniać jednostki. Cały cholerny bałagan jest winą... 

— Kapitalizmu! — powiedziałem głośno, a kelner przy- 
szedł z rachunkiem. 


Z powrotem w mieszkaniu zanurkowaliśmy znowu w łóżko. 
Zostawiła głośniki włączone. Ledwie zauważyliśmy, kiedy 
muzyka rockowa zamieniła się w wojskową, ale oboje leże- 
liśmy po tym w ciszy, kiedy obwieszczenie, że lotnisko jest 
tymczasowo zamknięte, zagrzmiało w domu. 

Nie musieliśmy rozmawiać o tym, co to znaczyło. Mu- 
zyka wojenna i zamknięte lotniska były tradycyjnym prelu- 
dium do ogłoszenia, że kraj został uratowany. Ktoś wykonał 
swój ruch. Nadszedł czas, żebym też tak zrobił, zanim poja- 
wią się blokady drogowe, lub Myra mnie wyda, dla własnej 
i mojej ochrony. 

Odsunąłem delikatnie pasmo włosów z jej twarzy. 

— Gotowa na papierosa? — Uśmiechnąłem się. 

— Boże, tak. 

— Mam jakieś w kurtce — powiedziałem, siadając i sięga- 
jąc ku brzegowi łóżka. 

— Nie, nie — powiedziała Myra. Odrzuciła kołdrę, łapiąc 
moje przedramię. — Musisz spróbować naszych. Naprawdę. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 382 


Uśmiechnęła się w moje oczy. Czy myślała, że sięgałem 
po broń? Jeżeli tak, musi myśleć, że ciągle jest kurtce. Mu- 
siała poczuć, kiedy obejmowaliśmy się w korytarzu, i nie 
sprawdzała znowu, zanim weszła pod prysznic. 

Sięgnęła do szafki nocnej, otworzyła szufladę. Nie od- 
wracałem wzroku od niej ani na sekundę i nie puściła mo- 
jego ramienia, gdy grzebała w szufladzie i wyjmowała paczkę 
papierosów. Paliliśmy w zamyślonej ciszy. Silny, ostry pa- 
pieros sprawił, że buczało mi w głowie. Czy ona podejrze- 
wała, że ja podejrzewałem? 

Z.gasiłem papierosa, mrugnąłem do niej, i powiedziałem, 
trochę za głośno: 

— Myra, nie masz nic przeciwko odwiezieniu mnie do 
hotelu? 


Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, znowu jakby na 
korzyść kogokolwiek, kto mógłby słuchać: 

— Nie ma sprawy. 

Ubrałem się prócz kurtki, schyliłem się, żeby zapiąć moją 
torbę i powiedziałem: 

— Ach, zostawiłem ręcznik pod prysznicem. 

Pochyliłem się do kabiny, odnalazłem pistolet, odwróci- 
łem się... 

Moja noga sięgnęła szafki nocnej na chwilę przed jej 
ręką i zatrzasnęła szufladkę. Gdy szarpnęła się do tyłu, znowu 
otworzyłem szufladkę, i wyłowiłem pistolet, o którym wie- 
działem na pewno, że tam będzie. 

Myra siedziała sztywno, ściskając kołdrę jakby dla ochrony. 

— Jestem gotowy — powiedziałem jej. Wsunąłem jej wielki, 
ciężki automat do mojej kieszeni kurtki, podniosłem kurtkę 


Rozdział 16. Obywatel Zima 383 


i ułożyłem ją na ramieniu i dłoni. — Możemy ruszać, jak 
tylko się ubierzesz. 

Kiedy się ubierała i byliśmy z powrotem w salonie, pró- 
bowała zwyczajnie sięgnąć po torebkę, ale byłem szybszy. 
Schowałem do kieszeni kolejny pistolet, ten nawet mniejszy 
i Iżejszy niż mój, rzuciłem jej klucze i wskazałem drzwi. 
Założyła długi, futrzany płaszcz i zeszła po schodach przede 
mną. Czarna Skoda ciągle stała samotnie na ulicy. 

Podążając za moimi cichymi wskazówkami, otworzyła 
drzwi pasażera i wsunęła się przez nie na miejsce kierowcy. 
Wsiadłem i zamknąłem drzwi. Włożyła kluczyk i silnik na- 
tychmiast wystartował tak jak nagrzewanie. Równie dobrze, 
zamarzałem po przejściu bez kurtki tych kilku kroków na 
dworze. 

Odwróciła twarz do mnie, łzy w jej oczach. 

— Jon — powiedziała — co robisz? Zaufałam Ci. Pracujesz 
dla Reida? 

— Widzę, że nie martwisz się o pluskwy w samochodzie 
— zauważyłem. — Myślę, że też się nie martwiłaś podsłuchem 
w mieszkaniu. Jedź. 

Jej ramiona opadły. 

— Ok, ok — powiedziała. — Dokąd? 

- Karagandq"'| 

— (Co? — Spojrzała na mnie z otwartymi ustami. — To setki 
kilometrów. Semipałatyńsk jest bliżej. 

— Wiem — powiedziałem. — Zamknij się i prowadź. 

Granica na drodze do Karagandy była w odległości pięć- 
dziesięciu kilometrów i wiedziałem, z moich rozmów z ka- 


Il miasto w Kazachstanie, pół miliona mieszkańców, więcejhttps://pl. 
wikipedia.org/wiki/Karaganda - przyp.tłum. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 384 


drą KFL zeszłej nocy, że większa republika kazachska miała 
tam przejście graniczne, ale nie MRRNT. 

Myra włączyła bieg i pojazd wyjechał, gdy pierwszy Śnieg 
tego dnia zaczął padać. 


Historia Myry, zdecydowałem, po prostu się nie skła- 
dała. Jeżeli ona i jej działania były inwigilowane, moja wi- 
zyta byłaby odkryta. Jeżeli wypadła z łask władzy, jej kon- 
takt ze mną mógłby być tylko zinterpretowany jako podej- 
rzany. Musiało to być tak oczywiste dla niej, jak było to dla 
mnie, że pierwszą rzeczą, jaką bym zrobił po bezpiecznym 
powrocie do domu, byłoby przedstawienie jej historii pu- 
blicznie, ryzykując lub nie. 

Z, tego wynikało, że oboje, ona i aparat bezpieczeństwa 
MRRNT, chcieli, abym to ujawnił, i że ciągle była w ła- 
skach tego aparatu. Stąd wynikało, że jej opowieść o ma- 
łej republice całkowicie przejętej przez jakąś fakcję powią- 
zaną z firmą Reida była fałszywa. Znacznie bardziej praw- 
dopodobne było to, że rdzeń państwa był przeciwny (bez 
wątpienia ingerującej) przejęciu przez firmę i pragnął mo- 
jego szczerego ujawnienia jako doskonałego politycznego 
pretekstu (przed, albo po fakcie) do potwierdzenia własnej 
władzy. 


Więc cokolwiek się działo, czy to firma, czy państwo 
uderzyło pierwsze, nie ma szans, żebym chciał być w to 
zamieszany. I nie było szans, także, że jakiekolwiek głęb- 
sze zagrożenie, z którym mieliśmy do czynienia ze strony 
technokratów Reida, byłoby zneutralizowane kampanią po- 
lityczną. Jedyny sposób wyjścia, jaki widziałem, było przed- 
stawienie całej historię jedynemu państwu, które mogłoby 


Rozdział 16. Obywatel Zima 385 


działać szybko i którego intencjom ufałem nieco bardziej 
niż każdemu innemu państwu, o którym mógłbym pomy- 
śleć: otaczającej Republice Kazachskiej. 

Dlatego też jechaliśmy pomiędzy metrowej wysokości 
odrzuconymi pługiem grzbietami śniegu, po drodze pokrytej 
już centymetrowej grubości opadem. 

Myra próbowała coś powiedzieć raz lub drugi, błagała, 
żebym wyjaśnił, co robię, i za każdym razem mówiłem jej, 
tak ostro, jak to możliwe, żeby zamknęła ryja. Chciałem, 
żeby się bała, denerwowała, chciałem, żeby myślała, że je- 
stem zdolny ją zastrzelić. Do czego z pewnością nie byłem, 
ale jej szczere przekonanie, że mógłbym, powinno pomóc 
uchować ją od kłopotów, obojętne kto wygra. 

W mniej niż godzinę, granica była tylko minutę drogi. 
Dojechaliśmy do szczytu karłowatego wału i mogłem zoba- 
czyć światła kazachskiego przejścia granicznego przez pa- 
dający śnieg. A chwilę później i trzysta metrów przed nami, 
także linię mężczyzn w jasnych żółtych kombinezonach prze- 
trwania z wielkimi czarnymi karabinami, machających na 
nas. 


— Ochrona Wzajemna — powiedziała Myra z gorzkim 
śmiechem. — Co teraz, mądralo? 

— Zatrzymaj samochód — powiedziałem spokojnie. — Ob- 
róć go, żeby Twoja strona była najbliżej, i wysiądź z rękami 
w górze. 

Spojrzałem na jej zaskoczoną twarz i dodałem, gdy na- 
cisnęła hamulec: 

— Jeżeli to ok dla Ciebie. 


— Jest ok — powiedziała. 


Rozdział 16. Obywatel Zima 386 


Była dobrym kierowcą. Zatrzymała samochód na tyle 
szybko, żeby obrócić tyłem dookoła i zakopać przód w za- 
spie Śniegu. 

Otworzyłem drzwi pasażera, wytoczyłem się z kurtką 
i bronią i ruszyłem przez szczyt oleistego, krupiastego Śniegu 
zaspy, utrzymując masę samochodu pomiędzy mną a straż- 
nikami firmy. Czołgałem się na kolanach i łokciach, aż zbli- 
żająca się linia mężczyzn minęła mnie w drodze do samo- 
chodu. Mogłem usłyszeć protestujący, podniesiony, oficjalny 
głos Myry i miałem nadzieję, że cokolwiek co myślała o mo- 
jej uciecze, ostatnią rzeczą, jaką by chciała, to żebym wpadł 
w ręce jej przeciwników. 

Ciągle się czołgałem, tak blisko wału odrzuconego Śniegu 
z drogi, jak to możliwe. Żwir pociął mi palce, łokcie i ko- 
lana. Ciepło uciekało z mojego ciała z każdą mijającą se- 
kundą. Kiedy nie mogłem już tego znieść, podniosłem się do 
przykucnięcia. Światła posterunku były pół kilometra dalej. 
Spojrzałem do tyłu. Mężczyźni sprawdzali samochód, Myra 
rozpętywała poważny polityczny incydent. 

Zacząłem biec. Z, początku próbowałem biec sprintem, 
ale nie mogłem. Wyprostowałem się i zacząłem biec truch- 
tem. Czułem moje boki, jakby były przebijane gorącymi mie- 
czami. Przysiągłem, że nigdy nie zapalę. 

Potem poczułem mocne uderzenie w plecy i zobaczy- 
łem krew tryskającą z piersi, podążyłem za jej czerwonym 
łukiem w śniegu, jakbym mógł złapać krople. 


Byłem na plecach, patrząc na białe niebo. Nade mną 
unosił się niemożliwy obiekt, diamentowy statek: fasetowany, 
błyszczący, jak delikatny biały duch bombowca stealth, za- 


Rozdział 16. Obywatel Zima 387 


wieszony na Śmiesznie delikatnych dyszach odrzutowych. 
Linowa drabina zsunęła się na dół, zszedł ubrany na biało 
mężczyzna. Podniosłem głowę kilka centymetrów, gdy do- 
tarł do gruntu i na mnie spojrzał. To był David Reid. Jego 
twarz nic mi nie mówiła. 

Żółte kombinezony, twarze w goglach. Myra, jej ramiona 
stanowczo przytrzymane, gdy napięła się ku mnie. 

— Miłość nigdy nie umiera — próbowałem powiedzieć 
i umarłem. 


Część III 


ZAPORY ANARCHII 


Rozdział 17 


Duchowy Android 


— Rusz się i jesteś martwy! 

Wesoły cockney Szacownego Starszego Eona Talgartha, 
Sędziego Rezydenta przy Sądzie Piątej Dzielnicy, zagrzmiał 
z głośników dookoła stumetrowego placu jego ogrodzonej 
własności. Wystarczająco broni zamontowanej na palisadzie 
było skierowanych do środka, żeby zamienić sąd w miejsce 
egzekucji w centrum. Neutralni, którzy uciekli na boki, by- 
liby bezpieczni, ale przeciwne grupy, każda licząca kilka- 
dziesiąt osób, konfrontujących się przed podium Talgartha, 
była w centrum rozrzutu. Sytuacja stała się jasna dla wszyst- 
kich w tym rejonie w ciągu kilku sekund. 

— Otóż to, otóż to — namawiał Talgarth. — Teraz, dobrzy 
ludzie, czy moglibyście odłożyć broń, ładnie i powoli, wie- 
cie, o co mi chodzi? 

Bronie zostały schowane lub zawieszone na ramionach. 
Ciągnik Jay-Duba kontynuował toczenie do przodu. Talgarth 
czekał, aż jego ogon minie bramę, i podniósł lewą rękę. Po- 
jazd się zatrzymał. 

— Dobrze — wycedził. — Sprawa jest odroczona. Skoro 
strona Davida Reida wykonała pierwszy ruch ku uregulo- 
waniu kwestii przez przemoc, wydaje się to tylko sprawie- 


Rozdział 17. Duchowy Android 390 


dliwe, by pozwolić drugiej stronie wykonać strategiczny od- 
wrót, póki inna umowa nie zostanie przygotowana. 

Przez chwilę, nikt się nie ruszał. Talgarth wskazał szczęką 
na grupą dookoła Jonathan Wilde 'a. 

— Nie stójcie tam tak — popędził ich. — Ruszcie się. 

Wycofali się powoli, potem odwrócili i pobiegli do dłu- 
giego, niskiego, srebrnego kształtu przy bramie. Reid i jego 
grupa patrzyła się na nich, mięśnie drżące, świadomi ciągłej 
osłony dział Talgartha. 

— To jest hańba! — warknął Reid. — Kto teraz zaufa Two- 
jej sprawiedliwości, Talgarth? 

—Cholerna widownia byłaby bardziej pod wrażenie przez 
pozwolenie na rozpoczęcie przez was rzeźni w moim sądzie 
— odpowiedział Talgarth, jego oczy śledziły biegnące posta- 
cie. Reid również był chwilowo rozkojarzony jakąś informa- 
cją wyszeptaną do ucha. 

— Wiesz czyja to ciężarówka? — zażądał. — To jest pojazd 
robota Jay-Duba. 

— Wiem — odpowiedział Talgarth spokojnie. — Wiedzia- 
łem, że jest w pobliżu od jakiegoś czasu. — Postukał w ucho 
i uśmiechnął się, nagle wyglądając bardziej na kryminali- 
stę niż na sędziego. Grupa Wilde'a zniknęła z tyłu cięża- 
rówki. Jego silniki zabrzęczały i pojazd zaczął się wycofy- 
wać powoli przez bramę. — Kiedy zobaczyłem, gdzie zmie- 
rzają sprawy, wezwałem go. 


— Co zrobiłeś! — eksplodował Reid. Rozejrzał się do- 
okoła, odwołując się do towarzyszy i do unoszących się ro- 
botów sieci wiadomości, teraz ponownie dryfujących do środka 
sądu. — Dlaczego w imię Boga to zrobiłeś? 


Rozdział 17. Duchowy Android 391 


Brama zamknęła się z terkoczącą ostatecznością. Tal- 
garth odwrócił się od niej i zrelaksował, spojrzał Reidowi 
w Oczy. 

— Spytałeś, tam wtedy, czy moja pamięć jest krótka — po- 
wiedział. — Mniemam, że pytanie retoryczne, ale mimo tego. 
— Bardzo nieśpiesznie zapalił papierosa i dmuchnął dymem 
z objawami całkowitej satysfakcji. — Nie jest. 


Nawet po tym, jak zostawili resztę zwolenników Wilde 'a, 
których Ethan Miller był pewien, że może przeprowadzić 
bez większej trudności do ludzkiej dzielnicy, jest tłoczno 
z tyłu ciężarówki Jay-Duba. Jest to bardziej ładownia niż 
przestrzeń pasażerska, choć miała pewne podstawowe za- 
bezpieczenia dla ludzkiej obecności. Ax jest wciśnięty w swoje 
miejsce na podłodze koło łącza telewizyjnego, Dee i Jona- 
than Wilde siedzą na wyściełanej ławce, na której Dee wcze- 
Śniej leżała, Tamara jest przypięta do jednego z wielkich ha- 
ków wiszących z sufitu. 

Prędkość pojazdu jest pełzaniem. Przebijają się przez 
Piątą Dzielnicę z rykiem radiowych i dźwiękowych syren, 
i niewielkim względem dla czegokolwiek co pozostaje na 
drodze. Roboty i inne, mniej określone maszyny, rozpra- 
szają się przed nimi. Ekrany są całkowicie przekierowane na 
wyświetlanie otoczenia i są pełne alarmujących widoków. 

Dee rzuca okiem na Wilde'a i na inną wersję Wilde'a 
w złudnej kabinie. Jej oczy spotykają Wilde'a patrzącego 
ze zdumieniem ze starszego Wilde'a na nią. Uśmiecha się 
niepewnie. 

— Widzę duchy — mówi. — Jesteś. .. teraz to dziwne, móc 
patrzeć na Ciebie. — Śmieje się krótko. — Nie uciekającą. 


Rozdział 17. Duchowy Android 392 


Wiem, że nie jesteś Annette, ale... nie masz nic przeciwko 
patrzeniu na Ciebie, dobra? 

— Ok — mówi. — Rozumiem. 

Jego uśmiech zamienia się w spojrzenie prywatnego za- 
intrygowania. 

— Kim jest ta kobieta tam z przodu z... Jay-Dubem? 

— Nazywa się Meg — szepcze Dee — i właściwie nie jest 
kobietą. 

Meg się odwraca. 

— Słyszałam to — mówi nad ramieniem. — Nie wierz jej. 
Jestem tak samo kobietą jak ona, Jon. 

— Ona jest szybką kobietą — krzyczy do tyłu drugi Wilde. 

Ax obserwuje to nieco kazirodcze przekomarzanie i pa- 
trzy na Tamarę przewracając pogardliwie oczami. Tamara 
dostrzega to i patrzy w bok od Wilde'a i Dee, z czymś jak 
winny początek. Ax wzdycha i wraca do przerzucania wia- 
domości. 

— Jak daleko jeszcze mamy? — pyta Wilde. — Talgarth nie 
może trzymać długo Reida i jego ludzi, prawda? 

— Nie — odpowiada Ax, łamiąc znowu swój trans. — Reid 
wezwie posiłki, odwoła się do innych sądów, i ogólnie wznieci 
smród. Myślę, że Talgarth pozwoli mu odejść w ciągu pół 
godziny. 

— A potem ruszy za nami? 

Jay-Dub wzrusza ramionami, zdejmując ręce z najwi- 
doczniej kierownicy, żeby pomachać nimi w sposób, któ- 
rego Dee nie może postrzec inaczej niż jako niebezpieczny, 
choć wie, że tak nie jest. 

— Już nas ściga — mówi. — On lub jego agencje obrony, 
mają jeden lub dwa samoloty i przynajmniej przydział czasu 


Rozdział 17. Duchowy Android 393 


na satelicie rozpoznawczym, i mają nas na celu, jeżeli nie 
na celowniku. Wątpię, czy podejmie jakiekolwiek działania, 
póki nie ustali, w którą stronę polecą prawne lub politycznie 
wióry. Chyba że... 

Jego uwaga jest odwrócona przez konieczność przebicia 
zapory. 

— Trzymajcie się! 

Ciężarówka zwalnia, przechyla się, prawie przeskakuje 
nad płonącym stosie śmieci rozrzuconym w poprzek drogi. 

— Chyba że, co? — przypomina Dee, gdy dochodzi do 
siebie po wstrząsie. 

— Chyba że odkryje, że jesteś ze mną — mówi Jay-Dub. 
— Pamiętasz tych łowców nagród, którzy po Ciebie szli? 
Dość mocno się poparzyli, ale przeżyli i doszli do siebie. 
— Uśmiecha się nad ramieniem do Wilde'a lub do Dee. Nie 
jest pewna, kto jest tym razem celem ironii. — Zadziwiające, 
co medycyna potrafi w tych czasach. Jak tylko ochłonęli 
z szoku i mieli dostatecznie dużo odrośniętej twarzy, żeby 
gadać, zaczęli gadać. O uciekinierach uratowanych przez ro- 
bota. 

Wilde marszczy brwi dookoła towarzystwa. Dee już ro- 
zumie, ale nie może jeszcze powiedzieć innym. 

— Co zatem zrobi Reid? — pyta Wilde. 

Jay-Dub znowu uważa na kierownicę, z konieczności 
lub wyboru. 

— Zniszczy nas — mówi. — Z tym, co trzeba, za ile to kosz- 
tuje. Więc, nie będziemy, jak to mówią, owijać w bawełnę. 

Ciągnik zanurza się w wilgotny tunel pod kanałem, na 
dalekim krańcu Piątej Dzielnicy. Zatrzymuje się, silnik tętni, 
na dostatecznie długo, żeby Dee, Ax, Tamara i Wilde wysie- 


Rozdział 17. Duchowy Android 394 


dli. Dee jest ostatnia na wyjściu. Właz z boku ładowni się 
otwiera i jedna z małych pełzających maszyn wytacza się 
i podaje jej zapieczętowaną, plastikową skrzynkę. Wsuwa ją 
do torby. 

— Do zobaczenia — mówi Meg. 

— Do zobaczenia — mówi Jay-Dub, starszy Wilde. Za- 
uważa jej łzy, uśmiecha się i mocno mruga. 

— Nie jest tak źle — mówi. — Byłem tam i nie ma się czego 
bać. 

Dee potyka się. Klapa tylna zasuwa się i ciągnik oddala 
się coraz szybciej, pędząc na drugi koniec tunelu tak szybko, 
że, z góry, nikt nie potrafiłby powiedzieć, że w ogóle się 
zatrzymywał. 

Gdy echa jego przejazdu milkną, Dee widzi wysokie, 
prawie ludzkie postacie pojawiające się z zacienionych bo- 
ków tunelu. Ich ciała słabo odbijają wyblakłe, generowane 
izotopami światła. Tamara i Ax napinają się, ich bronie się 
jeżą. Wilde popadł w tępy stoicyzm, lub opóźniony szok, 
i obserwuje ich podejście bez widocznej reakcji. Po wszyst- 
kim, przez co przeszedł, cicho nadchodzące humanoidalne 
roboty to zbyt wiele — lub zbyt mało — do zaakceptowania. 

— Wszystko w porządku — mówi prędko Dee. — Wilde, 
znaczy Jay-Dub, powiedział mi o nich. To przyjaciele. 

Roboty zbierają się dookoła ludzi i pchają się, przyglą- 
dają się bacznie z niepokojąco ludzką ciekawością. 

— Jeżeli jesteście przyjaciółmi Jay-Duba — mówi jeden 
z nich dumnie, w rezonującym wysokiej jakości głosie — je- 
steście naszymi przyjaciółmi. — Oczy na ich owalnych twa- 
rzach jaśnieją. — Mamy niewielu przyjaciół. Ludzie tutaj nas 
nie akceptują, a dzikie maszyny... 


Rozdział 17. Duchowy Android 395 


Ich ramiona mają dostatecznie dużo ludzkiej artykulacji, 
żeby przedstawić podobieństwo wzruszenia ramionami. 


— Czekacie z nami — sugeruje. Ich oczy znowu rozja- 
Śniają. — Mamy jedzenie. 


Humanoidalne roboty, pozostałości błędnych decyzji pro- 
dukcyjnych, dziesięciolecia temu, rzeczywiście mają jedze- 
nie, schowane w bocznych odnogach tunelu. Ich cel w zbie- 
raniu tych puszek i słoików jest niejasny tak jak ich ak- 
tywność. Same dla siebie wydobywają swoje podtrzymanie 
z elektrycznego kabla zasilającego, który przebiega przez tu- 
nel. Dee podejrzewa, że rozwinęli coś, co niektórzy ludzie 
kiedyś uważali za definiującą cechę ludzkości: religię. 


Wierzą, wbrew wszystkim dowodom, że zostali stwo- 
rzeni przez pierwszego człowieka, Adama, który był kowa- 
lem. Ich pismami to teksty dziecięce dawnej chwale Ziemi, 
nieco dokładniejsze niż bajki, którymi Opowiadanie karmi 
Dee. Mówią o dziwnym wniebowzięciu, Rewolucji Prze- 
mysłowej, i czczą pośrednika pomiędzy Człowiekiem a Ma- 
szyną, Robota, który był i jest mężczyzną, Jay-Duba. 


Gdy ludzie akceptują ich gościnność, słuchają robotów 
tłumaczących ich wiarę, i śpiewających pieśni. Pieśni są nie- 
mal niezrozumiałe. Ax nazywa je starymi androidowymi spi- 
ritualsami, Wilde nalega, że to stare hity heavy-metalowe. 


Dee jest prawie sparaliżowana myślą, że roboty mogłyby 
powiązać Wilde'a i Jay-Duba, których najwidoczniej wi- 
dzieli w różnych momentach przez lata zarówno jako ro- 
bota, jak i sobowtór w telewizji lub hologramie. Szczęśli- 
wie, ich rozpoznawanie wzorców jest słabe. Ich umysły są 


Rozdział 17. Duchowy Android 396 


prawdziwymi, jeżeli surowymi, sztucznymi inteligencjami, 
a nie (jak jej jest) tanią kopią z ludzkiego wzorca. 


Są również naiwne w rozpoznawaniu ludzkich emocji 
i nie pokazują śladu dotknięcia ciągłą czujnością i mam- 
rotanymi konsultacjami ludzi. Są zajęte samymi sobą przy 
ostatnim zadaniu, jakie zlecił im Jay-Dub: przyciąganiu roz- 
członkowanych części robotów humanoidalnych i składaniu 
ich w imitację garnituru do noszenia przez ludzi. Wydają się 
cieszyć zadaniem, mierząc ludzi i dopasowując metalową 
zbroję do ich ciała. Dee nie waży się zapytać, czy ich pance- 
rze są pozostałościami martwych robotów, czy częściami za- 
miennymi, czy efektami własnych prób robotów, żeby wy- 
tworzyć własny rodzaj. Koncentruje się na sprawdzeniu, czy 
stawy nie łapią jej skóry. 

Wilde, Tamara i Ax śmieją się z nią, gdy dopasowują 
zbroję i ćwiczą w niej chodzenie. To tylko odwrócenie uwagi 
i wiedzą o tym. Wszyscy wiedzą na co czekają i, choć wy- 
daje się to długo, mają tylko kilka godzin do przeczekania. 


Eksplozja jest bardzo daleko stąd, i mała, jak takie eks- 
plozje wyglądają, i jednak ciągle wypełnia tunel białym świa- 
tłem. Żołnierz nie potrafi określić, czy to była taktyczna bomba 
jądrowa wycelowana z zewnątrz w ciężarówkę, czy samo- 
dzielnie zbudowane urządzenie zdetonowane od wewnątrz, 
żeby uniknąć schwytania. W każdym przypadku była to au- 
todestrukcja. 


— Och, Jay-Dub — mówi Dee. — Och, Meg. To było takie 
odważne. 


Huk pierwszej fali mija. Część dachu tunelu się zapada... 


— Nigdy bym tak nie zrobił — mówi Wilde. Jego mina 


Rozdział 17. Duchowy Android 397 


pokazuje więcej szoku niż smutku. — Cokolwiek było w tej 
ciężarówce, nie było mną. 


Rozdział 18 


Mila Malleya 


Brak poczucia przeminięcia czasu. Żadnego białego świa- 
tła, żadnego doświadczenia śmierci. W jednej chwili leża- 
łem na plecach, ciepło i krew z mojego ciała topiące zimny 
śnieg, kolory znikające. W następnej... 


...siedziałem wyprostowany i zupełnie nagi na łóżku, 
obrócony na szerokie okno. Okno było prostokątem zupeł- 
nej czerni podzielonej poziomo białym pasem, który sam 
był podzielony czarnymi liniami różnej grubości. Czułem 
się dokładnie tak, jakbym był obudzony przez syreny obrony 
cywilnej. A jednak pokój był cichy, oprócz odległego szumu, 
który założyłem, że jest wentylacją, ale który równie dobrze 
mógłby być wiatrem w drzewach. Powietrze nie przenosiło 
żadnego zanikającego echa, i żaden dźwięk nie dzwonił mi 
w uszach. 


Nie miałem czasu zastanawiać się, gdzie jestem, ponie- 
waż na zewnątrz okna, kierując się w moim kierunku, była 
skała. Koziołkowała koniec nad końcem ze zwodniczą po- 
wolnością i jej rzeczywista wielkość na tle czarnego tła i bia- 
łych pasów zwiększała się tak szybko, że wiedziałem, że 
uderzy w okno za sekundy. 


Rozdział 18. Mila Malleya 399 


Skała upadała w moim kierunku pomiędzy dwoma po- 
tężnymi połączonymi konstrukcjami — jak ramiona zrobione 
z kratownic — które rozszerzały się na zewnątrz z pozycji 
po obu stronach okna. Pomiędzy mną a oknem stała pusta 
rama z siatki, w formie konturu człowieka z rozdzielonymi 
stopami i rozłożonymi ramionami, jak odcisk pozostawiony 
przez postać z kreskówki uderzającą w ogrodzenie z drutu 
i potem odpadającą. 


Wiedziałem co robić i nie zastanawiałem się, skąd wie- 
działem co robić. Skoczyłem z łóżka i rzuciłem się na ramę. 
Przycisnęła się do mojej skóry i na oczy. 


Wszystko się zmieniło. Okno było całym moim widze- 
niem, a ramiona na zewnątrz były moimi ramionami. Skała 
wydawała się mniej niż pół metra od mojej twarzy i teraz 
dryfowała, nie pędziła, w jej kierunku. Włożyłem ręce do- 
okoła niej i złapałem ją tak łatwo jak piłkę plażową. 


Prócz tego, że teraz poruszałem się do tyłu. 


Odepchnąłem ją, ciągle trzymając, i odwróciłem się, żeby 
spojrzeć za mnie. Ściana, podzielona na paski i spirale czer- 
wieni, pomarańczy, żółtego i białego, zajmowała cały wi- 
dok, a pomiędzy mną a nią znajdował się rój czarnych kro- 
pek i wielka sieć czarnych linii. W tej samej chwili, ściana 
rozwiązała się w część powierzchni sferycznej, zakrzywia- 
jącej się we wszystkich kierunkach aż do rozmytej krawędzi 
na tle czarnego kosmosu, i uświadomiłem sobie, że porusza- 
łem się, spadałem, w jej kierunku. 


Walczyłem, żeby przestać spadać. Czułem zsuwanie, peł- 
zanie i próbowanie znalezienia oparcia na stopy, a potem od- 
nalezienia oparcia, piętami stóp wkopywanie się. W dolnej 


Rozdział 18. Mila Malleya 400 


części mojego widoku, krótki impuls Światła i wiązka mgły 
pojawiły się i znikły. 


Potem znalazłem się z powrotem w pokoju, stojąc w ra- 
mie z siatki w dłoniach przed moją twarzą. Na zewnątrz 
okna, wielkie ramiona ciągle trzymały skałę. Mogłem zoba- 
czyć światło i cień jej dziobatej powierzchni, czarne palce 
jak odnóża owadów. 


Oderwałem się od ramy, odsunąłem się na krok i usia- 
dłem na łóżku. Rama stała jak druciana rzeźba. Powoli znów 
rozłożyła swoje ramiona. To była jedna cholerna zaawan- 
sowana platforma teleobecności, pomyślałem. Kiedy w niej 
byłem, czułem się, jakbym był całym... statkiem?... byłem 
w moim ciele. Detal o kontroli rakiet będącej subiektywnym 
ekwiwalentem moich stóp uderzył mnie jako szczególnie 
zgrabny. Jednak nie czułem przyśpieszenia, kiedy rakieta się 
uruchomiła. Rozważałem tę anomalię, gdy rozglądałem się 
i próbowałem oszacować moją sytuację. 


Pierwsze, moje ciało. O ile mogłem rozpoznać, było ta- 
kie, jak je zapamiętałem, chude, pomarszczone i stare, ale, 
jak mówią, dobrze zachowane: raczej jak te ciała z epoki 
brązu odnalezione w torfowiskach. Pięć gałek tkanki bli- 
znowej tworzyło przekątną przez moją pierś. Dotknąłem ich 
zamyślony. 


Pokój miał około czterech metrów od tylnej ściany do 
okna, pięć metrów w poprzek, dwa i pół metra wysokości. 
Łóżko było proste, podwójne sosnowe łóżko z bawełnianą 
pościelą i kołdrą. Okno zajmowało całą jedną Ścianę. Inne 
ściany były matowo białe. Podłoga była pokryta jasnobrą- 
zowym dywanem. Po mojej prawej było drewniane krze- 


Rozdział 18. Mila Malleya 401 


sło i stół z ekranem i datapadem. Po mojej lewej, wysoka 
szafka. 

A w lewej ścianie, drzwi. 

Wstałem, obszedłem łóżko i otworzyłem szafę. Dżinsy 
wisiały z szyny, starannie złożone stosy podkoszulek, bieli- 
zny i skarpetek piętrzyły się na półkach. Kilka identycznych 
par trampek leżało na dnie. 

Ubrałem się, a po chwili wahania, otworzyłem drzwi, 
żeby znaleźć dostatecznie banalnie, łazienkę: prysznic, ustęp 
i umywalkę. Przez kolejne drzwi, małą kuchnię, która z ko- 
lei otwierała się na hol mniej więcej tej samej wielkości co 
pierwszy pokój. Miał sofę zamiast łóżka, w jednym rogu 
ekran telewizora. Ściana skierowana ku sofie była kolejnym 
oknem, a pomiędzy sofą a oknem stała kolejna forma z siatki 
w kształcie człowieka. Przypuszczalnie mogłem skoczyć z sofy 
i wpaść w nią, jeżeli zbliżająca skała lub inna sytuacja awa- 
ryjna zwróciłaby moją uwagę. Wróciłem do sypialni. 

Może wydawać się zaskakujące, że zacząłem od badania 
tego, co było natychmiast pod ręką, i nie rzuciłem się w kal- 
kulowanie, gdzie byłem. Mniemam, że próbowałem o tym 
nie myśleć, próbując wydobyć każdą kroplę uspokojenia, 
którą najwyraźniej dawała każda najwidoczniej normalna 
cecha mojego dziwnego, zaprojektowanego środowiska. 

Nienormalne cechy w ogóle nie były uspokajające. Usia- 
dłem i wpatrzyłem się w przezroczystą ścianę. Kulista płasz- 
czyzna na zewnątrz była planetą, a jedyną planetą, którą mo- 
gła być — zakładając, że jestem w Układzie Słonecznym — 
był Jowisz. Białe pasy z ciemnymi czarnymi liniami były, 
gdy mój pojazd się odwrócił i jego ramiona odrzuciły skalę, 
coraz bardziej oczywistą częścią ogromnego pierścienia. 


Rozdział 18. Mila Malleya 402 


Pierścienie Jowisza: było coś wystarczająco nadzwyczaj- 
nego w tej implikacji, ale to było nic wobec faktu, że cho- 
dziłem. Nie było dowodu, że jestem przyśpieszany, żadnego 
poczucia ruchu, kiedy widok na zewnątrz okna się zatoczył. 
To, że pojazd użył rakiet, było wystarczającym dowodem, 
że żadna forma sterowania grawitacją nie była użyta: jeżeli 
kontrolujesz grawitację, masz napęd gwiezdny w okazji, i na 
pewno nie pierdzisz dookoła rakietami. 


Jedno strasznie rozsądne wytłumaczenie, gdy siedziałem 
z moją głową w rękach (ha!) było takie, że prawdziwa wirtu- 
alna rzeczywistość nie była teleobecnością, której doświad- 
czyłem w ramie. Ta teleobecność mogła być prawdziwa, po- 
koje, ciało, w którym się znalazłem, fikcją. Moje prawdziwe 
ciało mogłoby być na samym statku, a to, co ja doświad- 
czałem „wewnątrz” niego, było symulacją, kierowaną przez 
komputer statku. 


Była także możliwość, że było zupełnie inaczej, że moje 
ciało i pokój były prawdziwe, a to, co było na zewnątrz, 
było symulacją. (Lub prawdziwą teleobecnością, próbowa- 
łem sobie przypomnieć, czy jakiekolwiek księżyce Jowisza 
miały podobną masę do Ziemi. Lub raczej, może, byłem na 
statku lub stacji kosmicznej obracającej się, żeby dać 1 gie 
wagi... ). Może było tak, że obudziłem się ze zwykłej amne- 
zji, że nie umarłem w kazachskim śniegu, ale wyleczyłem, 
i pracowałem przez lata na najwyraźniej gigantycznym pro- 
jekcie? 


Lub, oczywiście, mogłem w ogóle nie być w kosmosie! 
Cała sytuacja mogła być równie dobrze jakimś treningiem 
stacji w VR na Ziemi! Pewnie, z wszystkich możliwości, ta 


Rozdział 18. Mila Malleya 403 


była tą, która brzytwa Ockhamq!] Ścięła najmniej. Przewrot- 
nie, to była ta, o której pomyślałem jako ostatniej, może dla- 
tego, że nie odważyłem się mieć nadziei, że jest poprawna. 
Jednak postawiło mnie to na nogi. Podszedłem do stołu 
i spojrzałem w komputer: płaski ekran, płaski pad, wszystko 
zwyczajne. 
Wszystko wyłączone. Cholera. 


Wszedłem w ramę raz jeszcze. Raz jeszcze, z twarzą 
przyciśniętą do metalowej siatki, mój punkt widzenia stał 
się jednym z maszyną. Poruszyłem ramionami ramy, ale ra- 
miona statku nie poruszyły się z nimi. Domyśliłem się, że 
miałem sterowanie tylko w określonych okolicznościach. Więc 
wisiałem tam przez chwilę i przyglądałem się scenie. 

Jowisz wisiał nade mną. Poruszałem się szybko w kie- 
runku roju czarnych kropek dookoła czarnej struktury. Po 
kolejnym impulsie rakiety, tym razem z przodu i znowu bez 
poczucia zmiany prędkości, zwolniłem i zdryfowałem w rój. 
Gdy mijałem innej lecące maszyny, byłem w stanie obejrzeć 
ich kształt i wywnioskować własny kształt: 

Cylindryczny, tamte miały ramiona w środkowej części, 
która wydawała się zdolna dzielić się na przeguby i wydłu- 
żać w dowolnym kierunku. „Ręce” jak krzaki, palce powta- 
rzalnie dzielące się. Tułów pokryty soczewkami, dyszami, 
antenami i włazami. Cztery krótsze, mocniejsze kończyny 
do chwytania i mocowania. Wszystko (prócz soczewek) zro- 
bione z czarnej matowej substancji, która nie wyglądała na 


I brzytwa Ockhama — zasada, zgodnie z którą w wyjaśnianiu zjawisk na- 
leży dążyć do prostoty, wybierając takie wyjaśnienia, które opierają się na jak 
najmniejszej liczbie pojęć i założeń, zob. 


Rozdział 18. Mila Malleya 404 


metaliczną i która zwykle była poplamiona i porysowana. 
Maszyny orientowały się rakietami (roboty z kontrolą po- 
stawy, pomyślałem z uśmiechem) i pracowały w niesamowi- 
tej, cichej harmonii nad czymś, co wyglądało jak, dla mnie 
wtedy, największa stacja kosmiczna, jaką kiedykolwiek zbu- 
dowano. Jeżeli roboty były mniej więcej ludzkiej wielkości, 
to struktura musiała mieć dziesiątki kilometrów w poprzek. 

Pamiętałem wczesne eksperymenty z pająkami w ko- 
smosie, pająkami na narkotykach. To, co widziałem, mogło 
być wyobrażone jako praca miliona halucynujących pają- 
ków w nieważkości. Dookoła tego czarne roboty poruszały 
się w ich newtonowskim balecie, a w obrębie włókien inne 
rzeczy ruszały się z łatwiejszym wdziękiem. Ich liczne i wie- 
lokolorowe formy przypominały komputerowe renderowa- 
nie równań chaosu, matematyczne potwory, których zewnętrzne 
powierzchnie fraktalne biły i mrugały jak rzęsy mikroorga- 
nizmów w kropli wody. 


Już myślałem o nich jako o wrogu. 


Maszyna, którą zamieszkiwałem, wpłynęła w wielką sieć, 
dołączyła do sekcji jednego z włókien i zaczęła pracować 
najmniejszymi palcami ich palców (powinienem powiedzieć, 
dziesiątkami po przecinku?) nad czymś w węźle kilku Żył. 
Przedmiot jej trudu był poza rozdzielczością mojego obec- 
nego wzroku. Odłączyłem się od Ramy i się odsunąłem. 
Przez okno mogłem zobaczyć, że wszystko przyśpieszyło, 
palce rozmazanym ruchem, kształty w sieci unoszące się 
i latające. 

Poszedłem do kuchni. Kran odkręcony, kawa zagotowana. 
Słoik na kawę był opisany „Nescafe”, a jego zawartość sma- 


Rozdział 18. Mila Malleya 405 


kowała lepiej, niż pamiętałem. Zapalniczka i otwarta paczka 
Silk Cutów leżała na krawędzi koło zlewu. Ciepło płomie- 
nia, wirujące fale dymu, uderzenie nikotyny były tak dobre 
jak w rzeczywistości. 

Zaciągnąłem się mocno i wypuściłem z radością, która 
miała pewną nieprzyzwyczajoną czystość. Jedna rzecz może 
być powiedziana o Śmierci: nie musisz się martwić o zdro- 
wie. Zastanawiałem się, co by się zdarzyło, gdybym zaczął 
niszczyć wszystko w zasięgu wzroku, w tym siebie. Kiedyś, 
kiedy miałem trzynaście lat i czytałem podstępne spekula- 
cje Biskupa Berkeleyq?] stworzyłem szalone sposób prze- 
testowania tego, zeskrobania powierzchni świata, żeby od- 
kryć uśmiechniętą czaszkę Boga. .. tutaj, ta niepoczytalność 
mogła być możliwa, czy symulacja rozszerzała się do wnę- 
trza rzeczy, do wnętrza mnie? ... Ale nie dbałem o ekspe- 
rymenty. Intelektualnie, nie miałem problemu z zaakcep- 
towaniem możliwości, że jestem symulacją, transfer umy- 
słu, uploading, był omawiany dostatecznie długo i wydawał 
się nieuniknioną konsekwencją zaawansowanej technologii, 
o której mówiła Myra. Nanotechnologia i silna AI mogłyby 
naśladować ludzki umysł, nigdy w to nie wątpiłem. 

Akceptacja emocjonalna była czymś innym. 

Zabrałem kawę i papierosy do salonu i usiadłem na sofie. 
Po chwili szukania, znalazłem pilot do telewizora, leżącego 
w rogu pokoju. Rozsiadłem się znowu i włączyłem pierwszy 
kanał. Kiedy zobaczyłem, co się pojawiło, prawie upuściłem 
kawę. 


2 George Berkeley — filozof znany m.in. z propozycji solipsyzmu oraz 
z hipotezy, że przedmioty istnieją, ponieważ są obserwowane przez Boga, 
więcej 
— przyp.tłum. 






Rozdział 18. Mila Malleya 406 


Twarz, która pojawiła się na ekranie, należała do Reida. 
Wyglądał fizycznie młodziej niż ostatnim razem, kiedy go 
widziałem, znaczy ostatni raz kiedy (rzeczywiście) cokol- 
wiek widziałem, ale duchowo starszy. Nie istnieje inny spo- 
sób opisania tego. Cała jego mina przekazywała ciężko zdo- 
bytą mądrość i doświadczenie, które mogłoby być wstrzą- 
sające u jakiegoś wiekowego mędrca, i było podwojone na 
znajomej chudej twarzy jego młodszej osoby. 

— To jest nagranie — powiedział i uśmiechnął. Pomachał 
rękę na pokój, w którym siedziałem. — A to też jest, jak za- 
pewne już podejrzewasz. Fakt, że to oglądasz to, oznacza, 
że wróciłeś do świadomości. Video, ergo sum, lub coś, nie- 
ważne, witamy z powrotem. Nie ma zbyt dużo zabawy w 
płaskiej linii, czym byłeś aż dotąd. Działałeś na programie, 
nawyku i refleksie: wirtualne zombie, można powiedzieć, 
a teraz jakieś nieprzewidywalne, ale nieuniknione połącze- 
nie okoliczności przebudziło cię. 

Przerwał. 


— Jeżeli nie rozumiesz, co mówię, lub uważasz to za 
wstrząsające, proszę, włącz kanał numer dwa. 

Nie poruszyłem się. 

— Dobrze — kontynuował Reid. — Wiedziałem, że masz to 
w sobie, musiałeś być całkiem poczytalny i twardy, żeby dać 
zamrozić głowę, lub zeskanować mózg, lub cokolwiek, co 
zrobiłeś, żeby tu skończyć. Więc wyłożę wszystko prosto. 


— Data to. . .— (niewielka przerwa, usterka oprogramowa- 
nia) —...3 marca 2093 roku. To może wydawać się niespo- 
dzianką, jeżeli nie domyśliłeś się, co się dzieje... pewnie, 
myślisz, nie tak szybko? Witamy w Osobliwości. To, co wi- 
dzisz na zewnątrz, jest pracą miliardów świadomych istot, 


Rozdziat 18. Mila Malleya 407 


żyjących i myślących tysiąc razy szybciej niż Ty. Byty peł- 
zające pomiędzy rozporami tej struktury są całymi cywiliza- 
cjami następców ludzkości. Te makroorganizmy, lub makro, 
jak ludzie dookoła tutaj je nazywają, są konstelacjami inte- 
ligentnej materii — myśmy to nazywali nanotechem — każda 
z nich umożliwia podtrzymanie rzeczywistości wirtualnych, 
które są domami milionów umysłów, niektórych oryginalnie 
ludzkich, niektórych sztucznych. Każdy z tych umysłów do- 
świadcza symulacji, dzielonej lub prywatnej, światów poza 
naszymi najdzikszymi snami. Każdy ma możliwość wzmoc- 
nienia swoich zdolności znacznie poza cokolwiek, co po- 
strzegamy jako ludzkie, oraz ma okazję zrobić to w precy- 
zyjnym stopniu do możliwości dobrego wykorzystania ist- 
niejących zasobów. 

— Awielu z nich było kiedyś tacy jak Ty! Zwykła ludzka 
istota, której mózg został nagrany, neuron po neuronie, sy- 
napsa po synapsie w przenikającej macierzy inteligentnej 
materii. Nagrany, zreplikowany, i uruchomiony z sukcesem 
na lepszym hardwarze, który w tym momencie możesz do- 
cenić. 

Roześmiał się. Coś w jego tonie zmroziło mnie, cynizm 
tak głęboki i dojrzały jak to zapatrywanie zwykle jest płytkie 
i mdłe. 

— Może zastanawiasz się, dlaczego nie jestem pośród 
nich. Oczywiście, nie masz powodów zakładać, że nie je- 
stem. Jednak, jak to się zdarza, nie jestem. Również możesz 
się zastanawiać, co robisz, nawiedzając komputer na pokła- 
dzie robota konserwatorskiego stworzonego nie z inteligent- 
nej materii, ale z tego, co nazywamy obecnie „głupią masą”. 


— Odpowiedź, po mojej stronie, jest skomplikowana. Po 


Rozdział 18. Mila Malleya 408 


Twojej jest prosta. Jesteś wśród Nieożywionych. Tak, mój 
przyjacielu z głupiej masy, co najmniej jedna kopia Two- 
jej dobrej jaźni jest zakodowana w kilku centymetrach sze- 
ściennych inteligentnej materii, oczekując przyszłego wskrze- 
szenia w lepszym miejscu. To należy do Ciebie, do praw- 
dziwego Ciebie. Dotrzymujemy naszej części umowy. Nie- 
mniej kopia, którą teraz jesteś, należy, na razie, do nas. 


Chłodny uśmiech. 


— Kolejne pytanie — kontynuował Reid. — Dlaczego? Cóż, 
dla tych, którzy nie byli przy umowie, lub nie pamiętają: 
kilka lat temu, kiedy to wszystko było organizowane, nie 
mieliśmy czasu ani zasobów, żeby rozwinąć AI, które by- 
łyby dostatecznie inteligentne do budowy stacji, ale nie na 
tyle inteligentne, żeby robić problemy. Wyprodukowanie ko- 
pii skopiowanych umysłów ludzkich i uruchomienie ich na 
przedświadomym poziomie integracji było najszybszą i naj- 
tańszą drogą do software u dla naszych robotów konstruk- 
cyjnych. Szybko odkryliśmy, że te umysły, wy, nieprzewi- 
dywalnie stawałyby się zintegrowane po zmiennym okresie 
pracy. Budzili się, a potem mieli tendencję do załamania, 
nic zaskakującego. Więc zapewniliśmy przyjemne rzeczy- 
wistości wirtualne jako stan gotowości, stąd nie czujesz, że 
zostałeś zamieniony w robota. 


— Ale, czy lubisz to, czy nie, na razie w tym utknąłeś. Jak 
idealny Socjalista Gueveary, jesteś „trybem w maszynie, ale 
świadomym trybem”. Jednak, w odróżnieniu od Socjalisty, 
masz pewne osobiste zachęty, chociaż czy oni by nazwali 
je zachętami materialnymi podlega debacie. Jeżeli zdecy- 
dujesz się wykorzystać maksymalnie tę sytuację, będziesz 
opłacany w narastająco ulepszanych i przyjemnych wirtual- 


Rozdział 18. Mila Malleya 409 


nych rzeczywistościach, rozszerzeniach Twoich możliwości 
umysłowych i tak dalej, aż do momentu, kiedy będziesz go- 
towy przenieść się na stałe do makra przy zwolnieniu, jeżeli 
tego właśnie chcesz. To będzie jak śmierć i pójście do nieba. 
Lub, jeżeli wolisz, możesz zostać wskrzeszony w ludzkim 
ciele, kiedy nadejdzie czas. 

— Jeżeli nie akceptujesz żadnej opcji...cóż, znajdziesz 
instrukcje na komputerze w drugim pokoju. Zadziałają, teraz 
kiedy widziałeś ten, hm, pakiet orientacyjny. Przeniesie Cię 
do tego miejsca, gdzie byłeś, zanim się przebudziłeś. Stra- 
cisz godzinę lub dwie doświadczenia, to wszystko. Następ- 
nym razem, kiedy się obudzisz, nie będziesz pamiętał tego 
i może będziesz mógł sobie lepiej z tym poradzić... Jednak, 
znowu, może nie. To zależy od Ciebie. 

Obraz Reid uśmiechnął się niedorzecznie wesoło i znik- 
nął, żeby zostać zastąpiony przez fotografię obracającej się 
planety i wiadomość: 

Dla dalszych informacji, wybierz znowu kanał numer je- 
den. 


Usiadłem i przez chwilę myślałem. 


Wiadomość nic nie zmieniła. Nie było sposobu, żeby 
przesądzić, które, jeżeli w ogóle, moje spekulacje o moich 
doświadczeniach są prawdziwe. Wszystko, co wiedziałem, 
to, że część mojego środowiska było symulacją, i że ktoś 
chciał, żebym uwierzył, że była to część, która, w codzien- 
nym doświadczeniu, byłaby bez namysłu uznana za praw- 
dziwą. Zacząłem rozumieć, dlaczego Kartezjusz przywołał 
Diabła, żeby opisać podobnym eksperyment myślowy: kto- 
kolwiek to zrobił, nie chciał mojego dobra. 


Rozdział 18. Mila Malleya 410 


Zakładając, że wiadomość była prawdziwa na jej wła- 
snych warunkach, było oczywiste, że Reid nie przemawiał 
do mnie osobiście. Dla niego musiałem być zagubiony w roju. 
(I jak wiele tych rojących się robotów działało na kopiach 
mnie? Było coś nieskończenie depresyjnego w tej myśli. 
Spadku cen duszy, gdy krzywa podaży poszła w górę, a koszty 
produkcji spadły). 

Nie mówił też nic o Ziemi: pominięcie, które podejrze- 
wałem, było celowe. Czterdzieści siedem lat minęło od mo- 
jej przypuszczalnej śmierci. Nawet Śmierć może umrzeć wraz 
z dziwnymi eonami | Nie było powodu — teraz gdy dziwne 
eony w końcu były przed nami — żeby zakładać śmierć An- 
nette, lub kogokolwiek, w takich czasach. 

Jednak cisza Reida, na pytanie, które musiało się poja- 
wić każdemu, kto się tu pojawił, była złowroga. 

Wróciłem do sypialni. Tak jak człowiek w telewizorze 
powiedział, komputer teraz pracował. Przesunąłem palcem 
pod datapadzie, szukając po ikonach ekranu. Dziwne było 
używanie tak prostego interfejsu, ale miało sens: wirtualna 
rzeczywistość w obrębie wirtualnej rzeczywistości zawiera- 
łaby ryzyko rekurencji, w której już napięte połączenie po- 
między umysłem a jego otoczeniem mogłoby puścić. Zna- 
lazłem ikonę, która była małym, obracającym się widokiem 
Ziemi i w nią stuknąłem. 

To był kolejny pakiet orientacyjny, pokazujący raczej niż 
mówiący, w jaki sposób powstało to niebiańskie jowiszowe 
miasto. 


Obawy Myra się spełniły. 


3. cytat z „Zew Cthulhu” H.P. Lovecraft — przyp.tłum. 


Rozdziat 18. Mila Malleya 411 


Obrazy satelitów rozpoznawczych, oczywiście edytowane, 
były opisane jako „w czasie rzeczywistym”. Pokazywały mia- 
sta ukryte, po raz pierwszy od dekad, pod smogiem. Kilka 
zbliżeń pokazało źródło zanieczyszczeń: kominki i paleni- 
ska. Jednak dużo drzew na ulicach. Zieloni byliby szczę- 
Śliwi. Na Trafalgar Square, koń, skadrowany przy upadłym 
Nelsonie, spojrzał do góry, potrząsnął grzywą, jakby Świa- 
dom, że jest obserwowany. Wiosna przyszła późno do Eu- 
ropy, Śnieg czaił się w cieniu. 


Odsuwając się, osady na Lagrange ciemne, otoczone wy- 
ciekami gazu i śmieciem kosmicznym, Księżyc ciemny, Mars 
cichy. Szyfrowana rozmowa z Pasa Asteroidów, która pod- 
niosła tętno na chwilę. 


A potem, w rozległym kontraście, Projekt Jowisz. Jego 
historia była opowiedziana w błyszczących multimediach, 
pakiecie reklamowym lub propagandzie, która przypominała 
mi ten rodzaj rzeczy, które zwykle publikowały przedsię- 
biorstwa elektrowni jądrowych. Zamach Ruchu Kosmicz- 
nego, opowiedziany jako heroiczny ostatni bastion przed bar- 
barzyńskim tłumem i represyjnymi rządami. Wykładniczy 
wzrost długo ograniczanych zaawansowanych technologii, 
które dostarczyły wszystko, co kiedykolwiek obiecywały: 
tanie loty kosmiczne, kompletną kontrolę nad materią, aż 
do poziomu molekularnego, zanik starzenia się i Śmierci, 
i ostatecznie kopiowanie umysłów z mózgów do maszyn. 
Wszystko dostępne tylko dla mniejszości, niestety, jak by- 
łoby to w każdym przypadku, ale pogorszone przez zrozu- 
miały strach większości przed najniebezpieczniejszymi tech- 
nologiami kiedykolwiek rozwiniętymi, i przez wkraczający 
chaos, którego początki sam widziałem. Desperacki lot z upa- 


Rozdział 18. Mila Malleya 412 


dającej cywilizacji Ziemi, napędzany przez pracę dziesiątek 
tysięcy więźniów — każdemu obiecana, i dana, własna kopia, 
która przetrwała jakikolwiek los, na jaki trafili — i zorganizo- 
wana przez tysiące ochotników i kadry ruchu kosmicznego. 

Następnie — temat przeskoczył tak szybko, że wiedzia- 
łem, że coś jest ukrywane — nastąpił rozłam pomiędzy sys- 
temem wewnętrznym a zewnętrznym. Większość istnieją- 
cych osad kosmiczny, na orbicie Ziemi, na Księżycu, Marsie 
i Pasie, uległa najwidoczniej jakiejś złowieszczej ideologii 
zjednoczenia i rekonstrukcji, usiłując pomóc rażonej ludno- 
ści Ziemi. Opiekuni Ziemi, jak byli nazywani, byli przedsta- 
wiani jako małostkowi, zazdrośni, złośliwi i reakcyjni. 

Zewnętrzni poszli w osobnym kierunku, na zewnątrz. Aż 
do prawdziwej nagrody Układu Słonecznego, największej 
planety z nich wszystkich. Tutaj były zasoby dla najdzik- 
szych snów, najodważniejszych projektów. 

Projekt, który rozpoczęli, kobiety, mężczyźni, umysły 
uploadowane i sztuczne inteligencje był w istocie odważny. 
Rozbili Ganimedesa, zebrali megatony gazu z atmosfery Jo- 
wisza, zamienili niewielki ułamek tego w inteligentną mate- 
rię i odeszli w wirtualne rzeczywistości. Nie, by Śnić, lub nie 
tylko by śnić. Stosowali umysły niesłychanej mocy do drob- 
nego ziarna kosmosu. Znaleźli luki w prawach fizyki, roz- 
ciągnęli punkty. (Manipulacja czasoprzestrzenią przy po- 
mocy materii nie-egzotycznej, Malley, I.K., Phys. Revf] D 
128(10), 3182, (2080).) 

Zostawili za sobą, poza makrami, dziesiątki tysięcy ludz- 
kich umysłów działających z mniej więcej ludzką prędko- 


* Przegląd Fizyczny - czasopismo wydawane od 1893 roku, zob. 


//en.wikipedia.org/wiki/Physical_ Review przyp.tłum. 


Rozdział 18. Mila Malleya 413 


ścią: Wolny Ludek, tak byli nazywani. Większość z nich 
pochodziła z obozów przedsiębiorstw pracy przymusowej. 
Czy byli w oryginalnych ciałach, czy w robotach, ich zada- 
niem było ujarzmienie i zebranie głupiej masy wymaganej 
przez cywilizacje inteligentnej materii. W obrębie makr, inni 
— Szybki Ludek — kopiował, dzielił, łączył, reprodukował 
się z postbiologiczną prędkością w miliardy. Przedstawienie 
mówiło o procesie, jakby wydarzył się w dalekiej przeszło- 
Ści, choć daty pokazywały, że zdarzyło się to tylko trzy lata 
wcześniej. 

Jednak te umysły myślały, żyły, tysiące razy szybciej niż 
ludzkie mózgi. Dla nich nasz świat już był starożytny jak 
Sumer, a ich tysiącletnie dzieło człowieka niczym bogów. 


Następny ekran, który się pojawił, zaoferował opcję opi- 
saną: Wylogowanie. Powtarzał to, co wyjaśnił Reid, ofertę 
tymczasowego, i nieokreślonego, powrotu do zapomnienia. 
Wszystko, co musiałem zrobić, to wprowadzić swoje nazwi- 
sko. 

Zastanawiałem się nad tym. Potem zauważyłem ikonę, 
która miała załącznik plikowy opisany Historia. Właśnie tego 
chciałem się dowiedzieć, pomyślałem, i wskazałem na nią. 

Nie była to historia projektu ani Świata. Była to historia 
pliku Wylogowania: moje własne nazwisko, daty i godziny. 
Czasy pomiędzy „Stan otwarty” a „Stan zamknięty” zwięk- 
szały się od godzin na początku, do tygodni w przedostatnim 
wpisie. 

Było ich siedem. Ósme przeskoczyło do „Stan otwarty” 
kilka godzin wcześniej. 

Cóż, jebać was, powiedziałem moim słabszym, wcze- 


Rozdział 18. Mila Malleya 414 


śniejszym jaźniom. Zamierzałem wytrwać, jeżeli tylko z tego 
powodu, że samobójstwo nie było ucieczką. Jeżeli ucieczka 
była w ogóle możliwa, to nie wynikłaby z mojej własnej 
śmierci, ale śmierci wszystkich innych: kogokolwiek, lub 
czegokolwiek, co wsadziło mnie do tego miejsca. 


Zawsze chciałem żyć wiecznie... ale nie na tych warun- 
kach. Zawsze chciałem, żeby koniec historii brzmiał: i żyli 
długo i szczęśliwie, a nie i wszyscy umarli i poszli do nieba. 
Zawsze myślałem, że czas na myślenie o przekroczeniu ludz- 
kości nastąpiłby, kiedy byśmy do niego dotarli. 

Coś we mnie się zmieniło. Jeżeli plik był prawdziwy, 
wybrałem śmierć siedem razy, raczej niż istnienie. Jednak 
Reid napomknął, że nieuniknione spontaniczne przebudze- 
nia osoby mogą lepiej dopasować ją do poradzenia sobie. 
Wzrastająca długość czasów, które „przetrwałem”, sugero- 
wały proces doboru, adaptacji: za każdym razem, kiedy wra- 
całem, miałem nieco więcej żelaza w mojej krzemowej du- 
Szy. 

Zawsze myślałem o sobie jako o upartym. Teraz kiedy 
spojrzałem na moje prawdziwe życie, byłem zdumiony jak 
twardszy, bardziej cyniczny, bardziej bezlitosny mogłem być. 
Moje wartości nie zmieniły się — chyba że moja pamięć się 
wykrzywiła — ale siła mojej pasji stwardniała. 

Patrzyłem na te obce rzeczy, które opuściły resztę ludz- 
kości, które użyły mnie jako maszynę i teraz chciały mnie 
wyzyskać jako wynajęte ręce, przekupić pięknymi wizjami. 
Wiedziałem, że chciałem żyć dostatecznie, żeby ujrzeć wy- 
mieranie ich dziwnego piękna. Wiedziałem, że tak będzie: 
mogłem nawet wtedy przewidzieć ich los. 


Byłem zainteresowany i byłbym tam. 


Rozdział 18. Mila Malleya 415 


Wróciłem do salonu, zapaliłem kolejnego papierosa i przy- 
cisnąłem jeszcze raz pierwszy przycisk. Telewizor nie zare- 
agował. 

— Cóż, cześć — powiedział głos za mną. Odwróciłem 
się i zobaczyłem kobietę siedzącą na drugim końcu sofy. 
Miała elfią twarz, mieszanych ras. Czarna powódź jej wło- 
sów i czarny dym jej halki obie dotykały jej bioder. Wsunęła 
dłoń pomiędzy uda i spojrzała na mnie. Jej oczy były czarne 
jak jej włosy i tak wielkie, jak niebo w nocy. 

— Chcesz, żebym dzisiaj wieczorem była z Tobą? Wiem, 
że tak. Ale najpierw, mamy coś dla Ciebie. — Uśmiechnęła 
się. — No dawaj. 

Wstała i przeszła do drugiego pokoju. Jej stopy były na- 
gie, jej halka była mgłą, ale szła jakby była na obcasie i wą- 
skiej spódnicy. Nie wiem, jak to zrobiła, choć zwracałem 
na nią szczególną uwagę. Podążyłem za nią aż do Ramy, 
którą przeszła jak duch, i która złapała mnie jak mucho- 
łówka amerykańskq | łapie muchę. Na zewnątrz, w czarnej 
próżni, jej obraz zblakł tuż przy dotknięciu moich palców. 

— Praca — uśmiechnęły się jej gwiezdne usta. — Do zoba- 
czenia wkrótce. 


Zacisnąłem się na dwuteowniku. Znajomy sadzowy smak 
poliwęglanów przesączył się przez moje chwytaki. Sięgną- 
łem do węzła montażowego i zrobiłem zbliżenie na niego. 
Mechanizm wykrzywił się od nadmiernego grzania. Ostroż- 
nie, odgiąłem węzeł, skalibrowałem połączenie, potem po- 





5 bylina mięsożerna zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/ 


Mucho$C5%82%C3%B3wka_ameryka%C5%84ska — przyp.tłum. 









Rozdziat 18. Mila Malleya 416 


zwoliłem kawałkom połączyć się razem. Uszczelniając wę- 
zeł, puściłem jeden chwytak, wyciągnąłem go, złapałem, zwol- 
niłem drugi i przesunąłem go bliżej, potem powtórzyłem 
krok kilka razy, jak ptak poruszający się na grzędzie. 

Przy kolejnym węźle, miałem wykonać szybkie oczysz- 
czenie, poruszając laserem nad kawałkiem meteorytu, aż me- 
tale w nim się stopiły, potem sięgając i obracając jarzącą się 
masą w kształt klatki, której potrzebowałem, potem dopaso- 
wując go w miejsce dookoła węzła montażowego. 

Do następnego... 

Co ja kurwa robię? 

Zastygłem, przywiązując się do belki, gdy pytanie zawi- 
rowało w moim umyśle. Mój wzrok przesunął się niekon- 
trolowanie, pola dalekich gwiazd nagle stały się widoczne 
w całej ich intensywnym bezmiarze, ich składowe punkty 
światła pojawiały się i znikały, gdy widmo mojego wzroku 
przesuwało się w górę i w dół po spektrum fal. 

Wysiłkiem woli się uspokoiłem. Zła chwila minęła. Spoj- 
rzałem w dół na węzeł, nad którym pracowałem, badając 
jego złożone, mikroskopijne mechanizmy i rozpoznając je 
bez żadnego wspomnienia widzenia ich wcześniej. Praco- 
wałem z bezceremonialną pewnością czeladnika, póki to nie 
wydało się dziwne. Najwidoczniej już wielokrotnie lunaty- 
kowałem przy tych procesach i jako obudzony lunatyk na 
gzymsie, spanikowałem i byłem w niebezpieczeństwie upadku. 


Nic na to nie poradzę, ale trzeba się pogodzić. Był taki 
umysłowy trick na to, odłączona uwaga, która pozwoliła moim 
dłoniom i instrumentom pracować, podczas gdy umysł pa- 
trzył i włączał się, gdy widziałem coś, co moje zaprogramo- 
wane, lub uwarunkowane, odruchy przeoczyły. 


Rozdział 18. Mila Malleya 417 


Po około subiektywnej godzinie, w rogu mojego pola 
pojawił się widzenia zestaw instrukcji. Powiedziały mi co 
robić i gdzie się udać. Puściłem się belki, trysnąłem krót- 
kim odrzutem (... nacisk palcami...), potem, po podnieb- 
nym skoku przez kilometr pustki, kolejny błysk w przeciw- 
nym kierunku (...uderzenie piętami...) i złapałem doce- 
lowy dźwigar. 


Właśnie się przyczepiłem do niego, kiedy przede mną 
w kosmosie wyrosło makro jak wieloryb przed łodzią. Przy- 
lgnąłem, spanikowany i znowu z zawrotami głowy, do dźwi- 
gara, gdy jarząca się powierzchnia przesunęła się, metry od 
moich przednich soczewek. Kiedy minęła, ciągle się trzy- 
małem, patrząc na powidoki. Nie ośmielałem się spojrzeć 
w górę. 

— Otrząśnij się, kolego — powiedział ostry, ale przyja- 
zny głos. To był męski głos, akcent londyński. Rozejrzałem 
się dookoła (tj. miałem poczucia obracania się głową, ale 
wszystko, co się zdarzyło, to moje pole widzenia poruszyło 
się tam i z powrotem) i napotkałem kolejnego robota pracu- 
jącego na dźwigarze jakieś sto metrów dalej. Uniósł ramię 
i pomachał mi krótko, potem wrócił do swojego zadania. 


Zacząłem swoje własne, podążając za instrukcjami, a kiedy 
mogłem podzielić uwagę, poświęciłem część na wymyśle- 
nie, jak mógłbym odpowiedzieć. Wyobrażałem sobie przy- 
wołanie go. Powtarzałem tę prostą czynność raz za razem 
w głowie, jak nieśmiałe dziecko na dziwnym placu zabaw. 
W tym samym czasie, badając samego siebie, rozpoznałem 
w końcu mały talerz anteny na mojej kadłubie, kierujący się 
we właściwym kierunku kiedykolwiek patrzyłem na innego 
robota i myślałem o zawołaniu. 


Rozdział 18. Mila Malleya 418 


Więc spojrzałem na niego i powiedziałem: 

— Cześć! 

Mogłem poczuć, jak moje usta się poruszają, gdy to ro- 
biłem, niepokojące wrażenie, które stworzyło chwilowy gro- 
teskowy obraz maszyny z ustami. 

— Łapię, Jay-Dub — powiedział głos. — Cześć. Skoncen- 
truj się. Nie lubią, kiedy gadamy w trakcie pracy. Cieszę się, 
że wróciłeś. 

Spróbowałem się zwyczajnie roześmiać. 

— Zdaje się, że parę razy się rozbiłem. 

— Ta — powiedziała inna maszyna. — Wszyscy tak robi- 
liśmy. Jestem już tutaj około roku, jednak, więc, zdaje się, 
trochę tego liznąłem. Poradzę sobie. 

— Dlaczego nazwałeś mnie Jay-Dub? 


Do tego czasu nie mogłem sobie poradzić z przyswoje- 
niem płci głosu do głośnika. 


— To jest wymalowane na Twoim boku — powiedział. — 
I tak zawsze się nazywałeś. Nazywam się Eon Talgarth, ale 
może mnie wołać „ET”, jeżeli tak wolisz. 


— Ok — powiedziałem, od razu. Obaj się roześmialiśmy. 


Kontynuowaliśmy rozmowę w krótkich wymianach, gdy 
rozmawialiśmy. Talgarth przedstawił mnie innym maszynom, 
każdej z inną nazwą (lub inicjałami) i osobowością. Więk- 
szość z nich była mężczyznami, co miało sens w tym, że 
większość z nich była kryminalistami lub jeńcami wojen- 
nymi. Zdecydowałem, że musiałem mieć jakieś dobre po- 
wody, w moich utraconych przeszłościach, do nieujawniania 
mojego pełnego nazwiska, więc pozostałem „Jay-Dubem”. 


Rozdział 18. Mila Malleya 419 


Talgarth odpracowywał dług przestępczy, którego oko- 
liczności nigdy nie do końca wyjaśniłem, jego imię pocho- 
dziło od jego rodziców Nowych Osadników, jego nazwi- 
sko od Talgarth Road w Londynie. To był jego plaster. Od- 
była się jakaś kłótnia, dzięki czemu wylądował w Obozie 
Pracy w Sutherland. Kiedy obozy zaczęły się zapełniać jeń- 
cami USA/ONZ, został zrekrutowany jako uzbrojony po- 
rządkowy, zmniejszając o połowę swój wyrok. Podpisał ofertę 
ciekawej opcji możliwej nieśmiertelności. Po tym, nie był 
pewien, lub nie chciał powiedzieć, gdzie był. Był w każ- 
dym miejscu. Ostatnią rzecz, którą on pamiętał, była wibra- 
cja LKMI(] z którego strzelał w barbarzyńców próbujących 
zaatakować kompleks startowy. Wspominał piasek, trawę, 
morze w oddali. Gorąc jak mokry ręcznik. To mogła być 
Floryda. 


Nie było tutaj ogólnie dnia lub nocy, ale dla mnie dzień 
się skończył. Wyszedłem z Ramy i okazało się, że moje sy- 
mulowane mięśnie realistycznie bolą. Łóżko było posłane, 
a świeża paczka papierosów leżała na stole. Jedzenie w szafce 
zostało wymienione: nic specjalnego, mikrofalowe żarcie, 
ale według moich smaków. Wziąłem prysznic, ugotowałem 
obiad, zastanawiając się w trakcie, jakie subtelne uzupełnie- 
nia zaawansowanego software 'u reprezentowała ta żywność 
i położyłem się na łóżku. 

Czarny sukkut|przybyła, tak jak powiedziała, że zrobi. 


6 LKM — lekki karabin maszynowym — przyp.tłum. 
T sukkub — w demonologii nazywa się demony przybierające postać nie- 
zwykle pięknych kobiet, nawiedzające mężczyzn we śnie i kuszące ich współ- 


życiem seksualnym, zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Sukkub — 


przyp.tłum. 


Rozdziat 18. Mila Malleya 420 


Była niewyczerpana, nienasycona i pomysłowa. Tak jak ja, 
w stopniu, który przekonał mnie lepiej niż wszystko inne, co 
było, a co nie było rzeczywiste dookoła mnie. 

Cóż, jebać rzeczywistość. 


— He — powiedział Talgarth. — Myślisz, że to było dobre? 
Poczekaj, aż dostaniesz się do makra, facet. 

— Nie mów o tym — powiedział kolejny głos. 

— Ok. Gówno. 

I tak o tym rozmawiali. Nie nadążałem za ich rozmową, 
ale to był obsesyjny, szczegółowy, żargon uzależnionych. 
Żyli dla odjazdów. W dziesięć dni pracy zarabiałeś na wi- 
zytę w makrze. Kilka dni temu, zobaczyłem, że Talgarth 
przerywa pracę i czeka, gdy makro przesunęło się ku niemu. 
Nibynóżka inteligentnej materii sięgnęła i dotknęła jego ka- 
dłuba. Została tak przez dziesięć sekund, nie więcej. 

Talgarth wrócił do pracy i przez resztę tego dnia nie roz- 
mawiał ze mną. Inni ostrzegali mnie, żebym nie próbował. 

— Kiedy byłeś w, rozumiesz, żałujesz wszystkiego, co 
odwraca uwagę od tego. 

— Ale jak to jest? 

— [nne dla każdego. 

Dowiedziałbym się wkrótce. 

Tej nocy, gdy odkładałem rzeczy, poczułem ręce suk- 
kuba na moich biodrach. Odwróciłem się i pocałowałem ją. 
Już zaczęła rozpinać pasek. 

— Czekaj — powiedziałem. 

Powiodłem ją do salonu i usadziłem na sofie. Usiadłem 
po drugiej stronie, ustawiając popielniczkę pomiędzy nami. 

— Papieros? 


Rozdział 18. Mila Malleya 421 


— Jeżeli chcesz. 

Zapaliłem jej papierosa, odchyliłem się, zanim mogła 
mnie dotknąć. Włożyła dłoń w krocze i westchnęła, i gdy 
paliła, zaczęła się pieprzyć. 

— Przestań — powiedziałem. To było niepokojące, jak ob- 
serwowanie małego dziecka, lub umysłowo opóźnionej osoby. 

Zachichotała i złożyła razem kolana, jedna ręka wyszu- 
kanie na kolanie, druga elegancko trzymająca papierosa. 

— Czym jesteś? — spytałem. 

Wzruszyła ramionami. 

— Czym chcesz, Jon. 

— Pamiętasz jakieś inne życie? — Pomachałem dłonią na 
okno. — Przed tym? 

Zmarszczyła brwi. 

— Co chcesz, żebym pamiętała? 

— Masz jakieś imię? 

— Meg — powiedział pogodnie. Podejrzewałem, że to było 
pierwsze imię, które jej wpadło do głowy. 

— O co tutaj chodzi? — Sięgnąłem po pilot do telewizora. 
Nic, prócz Śniegu i białego szumu. 

— Praca i zabawa — powiedziała. Pochyliła się i zgasiła 
papierosa, patrząc na mnie z całkowitym oddaniem. — No 
chodź, chcę się zabawić. 

— Co by się zdarzyło — spytałem, gdy oplotła nogą moje 
biodro i zaczęła całować gardło — gdybym zgasił tego papie- 
rosa na Tobie? 

— Co masz na myśli? 

— Czy to by cię zabolało? 

Zachichotała jak złe dziecko. 

— Jeżeli tak właśnie lubisz. 


Rozdział 18. Mila Malleya 422 


Mogłem zrobić jej wszystko, absolutnie wszystko, i by- 
łaby z powrotem następnej nocy, chętna na więcej. Meg, my- 
ślałem, gdy ciągnęła mnie do sypialni, była prawdopodobnie 
przydzieloną ilością przestrzeni dyskowej. Zatem jebać to, 
pomyślałem, i jebanie zrobiłem. 


Bulwa inteligentnej materii wybrzuszająca się ku mnie 
pokazywała niezliczone fraktalne cechy, małe otchłanie nie- 
skończonej głębokości, kształty paproci i twarzy. W drżą- 
cych momentach przed obłożeniem moich instrumentów, po- 
czułem, że już widziałem galerię sztuki, której powidok na 
zawsze wypali się w mojej pamięci wzrokowej. 

Co fizycznie się zdarzyło, to inteligentna materia makra 
bezpośrednio połączyła się z moim komputerem, więc część 
mojego umysłu została rzeczywiście, fizycznie zaimplemen- 
towana w makro. Co poczułem to... 

Upadek śnieżynki na moim oku. 

A potem przebudzenie, radość. Makro sprawiło, że wszyst- 
kie moje wcześniej świadomości były jak sen, cała przeszłe 
szczęście mijającą chwilą ulgi. Stałem nagi na trawiastym 
zboczu, patrząc przez zalesiona pasma niebieskich wzgórz. 
Niebo na horyzoncie było jasnozielone. W zenicie, prawie 
fioletowo niebieskie. Powietrze było zimne, ale przyjemne, 
ciężkie od zapachów kwiatów, ostrych od smaku soli i dymu 
drzewnego. Znałem nazwę każdego wzgórza, gatunek każ- 
dej rośliny. Moje ciało było wysokie, brązowe i piękne, z mię- 
śniami, których pozazdrościliby Conan i Doc Savagdf] 


8 Doc Savage — fikcyjna postać kompetentnego bohatera, która po raz 
pierwszy pojawiła się w amerykańskich czasopismach w latach trzydziestych 


i czterdziestych, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Doc_Savage 
— przyp.tłum. 


Rozdziat 18. Mila Malleya 423 


Usłyszałem za sobą głosy i się odwróciłem. Stałem tuż 
poniżej czoła wzgórza. Za nim, widziałem ocean, którego 
horyzont był około dwóch razy dalej, niż byłby na Ziemi. To 
była wielka planeta. (Wiedziałem wszystko o tym, znałem 
masę, orbitę, i widmo jasnego nieba nad nią). Na szczycie 
wzgórza, tylko kilka metrów dalej, był schron zbudowany 
z czterech pionowych pni, poprzecznych belek i zadaszenia 
z gałęzi. W środku był drewniany stół. Troje kobiet i dwóch 
mężczyzn siedziało dookoła stołu, rozmawiając i się śmie- 
jąc. Odwrócili się do mnie, uśmiechnęli, a potem zerwali 
się i przywitali mnie w taki sposób, że wspomnienie ciągle 
przywołuje łzy. 


Nie znałem ich w moim przeszłym życiu, ale teraz ich 
znałem, a oni znali mnie. Tęsknili za mną od długiego czasu, 
a teraz wróciłem do domu. 


Zjedliśmy chleb, ser i owoce, wypiliśmy wino i rozma- 
wialiśmy o wielkiej pracy, przy której byliśmy wszyscy za- 
angażowani. Moja część w niej, upewnili się, że wiem, była 
istotna i bohaterska. Transportowanie materii w surowym 
wszechświecie! Jak porywające! Jak odważne! Jednak to ich 
części chciałem wysłuchać, więc mi powiedzieli. Zrozumia- 
łem wszystko, co mówili, o bramie czasoprzestrzennej, pro- 
blemach i wykonanym postępie. Równania Malleya był tak 
proste jak arytmetyka, tak znajome jak przepisy. 


Jednak, co jakiś czas, kiedy mówiłem do jednego, inny 
powiedziałby coś do wszystkich, i wiedziałbym, że to jest 
ponad moją głową. Prawie zrozumiałem, ale musiałem za- 
akceptować, że ten dostojny stół miał bardziej dostojne stoły 
ponad nim, stoły, gdzie moi zachwycający towarzysze byli 
znajomymi kolegami. Nie było protekcjonalności w ich za- 


Rozdziat 18. Mila Malleya 424 


chowaniu. Pewnego dnia również i ja dołączyłbym do nich 
tam. 

Jednak myśl, chytre, dziwne pytanie wkradło mi się do 
głowy: czy to miejsce było dla nich tym, co moje ciasne 
kwatery, papierosy i sukkub były dla mnie? 

Zachód wielkiego słońca zatrzymał wszystkie rozmowy, 
wszystkie myśli. Jego ostatni zielony błysk przyniósł wspólne 
westchnienie. Wtedy w jednej zgodzie nas wszystkich, bo- 
ginie i bogowie wyskoczyli z szałasu na chłodną trawę. Ba- 
wiliśmy się jak dzieci i pieprzyliśmy jak małpy. 

Zasnąłem pod zatłoczonymi gwiazdami, w ramionach 
jednej ze złotych bogini. 

Obudziłem się w robocie. 

Makro odpłynęło ode mnie, i to było, jakby coś zostało 
wyrwane z mojej piersi. Pamiętałem dostatecznie dużo z tego, 
co wiedziałem i poczułem, żeby ta strata jasności i zabawy 
była prawie nie do zniesienia. Pamiętałem towarzyszy, ale 
nie mogłem zapamiętać nawet ich imion. Nasze rozmowy 
i klarowne równania, same słowa, które wypowiedzieliśmy 
i formuły, o którym myśleliśmy, blakły, wspomnienie snu. 
Ból oddzielenia, agonia wycofania, pożarła mój umysł na 
chwilę. Potem napłynęła ulga, mógłbym wrócić za dziesięć 
dni! 

Nic więcej się nie liczyło. 

Kiedy pierwsza udręka tego rozstania minęła, odkryłem, 
że całe moje nastawienie do, i rozumienie, mojej pracy się 
zmieniło. Po raz pierwszy, postrzegałem strukturę, którą bu- 
dowaliśmy taką, jaką naprawdę była. Co dotychczas było 
chaotyczną plątaniną belek, stało się wyraźne jak rusztowa- 
nie bramy tunelu czasoprzestrzennego, wormhola Visser-Price'a 


Rozdział 18. Mila Malleya 425 


i platforma startowa statku. Jedna część, tam, miała zostać. 
Druga miała polecieć ze statkiem. Pierścień się wyostrzył 
jako największy akcelerator cząsteczek kiedykolwiek zbu- 
dowany, a Jowisz, mój boże, wielki Jowisz w istocie! ...paliwo 
statku i masa reakcyjna. 

Spojrzałem w dół i zobaczyłem część pracy, którą ja, 
w tej chwili, w tym miejscu, miałem olbrzymi przywilej wy- 
konywać. Regulacja tego modulatora zakłóceń było tym, do 
czego się urodziłem i do czego się odrodziłem. Rzuciłem się 
pracy z radością rzemieślnika poświęcającego swoje życie 
rzeźbieniu drzwi katedry, pewnego, że zaszczyt przyniesie 
mu lepsze życie. 


Nic więcej się nie liczyło. 


Przy mojej następnej wizycie w makro moi towarzysze 
byli tymi samymi ludźmi. Zmienili się, od kiedy ich widzia- 
łem ostatni raz, żyjąc kolejny wiek w ciągle przyśpieszają- 
cych życiach. Częściej niż za pierwszym razem, nie rozu- 
miałem ich konwersacji. Ich takt był subtelny i uprzejmy i 
dlatego jeszcze bardziej bolesny. Jednak wyszedłem z tego, 
tym razem, wstrząśnięty oczekiwaniem raczej niż stratą: brama 
miała się wkrótce otworzyć. 

Dwa dni później, tak się wydarzyło. Nie było ceremo- 
nii. Tylko alarm, który ostrzegł siłę roboczą przed dotknię- 
tym obszarem. Makra już odleciały od nich, a teraz wisiały 
w przybliżeniu kolistym wzorze, rozmieszczone pomiędzy 
dźwigarami. Cała praca została wstrzymana, gdy odlatywa- 
liśmy na granice struktury i przyczepialiśmy się w niemym 
cudzie. 


W rdzeniu struktury dźwigary zaczęły się poruszać, skła- 


Rozdziat 18. Mila Malleya 426 


dając się jeden w drugi z narastającą prędkością, aż czarna 
okrągła przestrzeń otworzyła się jak otwierająca się źrenica. 
Dwieście metrów szerokości, czterysta, osiemset, mila: po- 
tem w wybranym punkcie na obręczy, pękła przestrzeń. W mru- 
gnięciu okna, ta jednowymiarowa skaza, rozciągnięty punkt, 
stał się kołem odciętym z wszechświata. 


"Tunel czasoprzestrzenny Visser-Price a był utrzymywany 
w miejscu jak błona mydła na pierścieniu, przez strukturę 
Malleya z nieegzotycznej materii dookoła niej. Tunel nie 
mógł być utrzymany całkowicie nieruchomo: grawitacyjne 
wpływy i czysta nieokreśloność kwantowa sprawiały, że do- 
kładne określenie jej krawędzi było niedefiniowalne do mniej 
więcej najbliższego centymetra. Ta przewidywalna niedo- 
kładność stworzyła nieprzewidziany, trywialny, ale wspa- 
niały efekt: dookoła krawędzi, złamane światło z gwiazd, 
które zostało pochłonięte, rozszczepiało się we wszystkie 
kolory widma. 


Teraz wydarzenia następują w tempie makr, nie naszym. 
Tęczowy pierścień dookoła Mili Malleya staje się dwoma 
nakładającymi się pierścieniami. Nowe koło się oddziela, 
na początku powoli. W centrum tego drugiego kręgu, sekcja 
struktury, którą zbudowaliśmy, składa się i rozkłada w ciemny, 
paraboliczny kwiat: statek. Myślałem, że to, też, zadrżało 
w zniekształconym kosmosie. Nie mogę być pewny. Statek 
był podłączony do drugiego kręgu przy pomocy stożka ka- 
bli, na których szczycie czekał, gotowy. 


Atmosfera Jowisza zagotowała się w dziesiątkach punk- 
tów dookoła równika, wysyłając tornada wijące się do Pier- 
Ścienia dookoła planety. Pierścień rozjarzył się, miliony ak- 
celeratorów dookoła niego popędzających czystą materię w dzi- 


Rozdział 18. Mila Malleya 427 


kim kołowym rajdzie. Po jakimś czasie, biała linia zapłonęła 
przez nasz środek, od Pierścienia do statku. 

Statek, i drugi krąg, wystrzeliły. W sekundy były poza 
zasięgiem naszych instrumentów. Teraz wydawało się, że 
biała linia przedłużała się do pierwszego kręgu i tam zatrzy- 
mywała. Jednak to był tylko nasz punkt widzenia: strumień 
materii natychmiastowo wychodził z drugiej strony tunelu, 
teraz coraz dalej z każdą mijającą sekundą, a stamtąd do sil- 
ników statku. 

"To przyśpieszało sondę, a z nią drugą stronę tunelu, do 
ułamka prędkości Światła. Obie strony wormhola pozosta- 
wały połączone, dosłownie nie było przestrzeni pomiędzy 
nimi, oraz czasu. Nasz koniec tunelu istniał w ramie czaso- 
wej statku, nie w naszej. 

Dla obserwatora na statku relatywistyczna dylatacja czasu | 
skróciłaby podróż wieków do dni, ostatecznie, gdy jego pręd- 
kość zbliżałaby się powoli do nieprzekraczalnej wieczno- 
ści fotonu, miliony lat w minuty, potem biliony w sekundę. 
W około trzydzieści lat na pokładzie, Statek sięgnąłby gra- 
nic obserwowalnego wszechświata, i śmierci cieplnej lub 
Wielkiego Kolapsy 0] 

A przez te wszystkie lata, nasza strona tunelu byłaby 
w tym samym miejscu i w tym samym czasie, co strona, 
która była ze Statkiem. Zbudowaliśmy bramę do gwiazd i do 
przyszłości. Za trzydzieści lat, jeżeli chcielibyśmy, mogliby- 
śmy udać się do krańców czasu. 


? zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Dylatacja_czasu — 


przyp.tłum. 
10. por. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Amier%C4% 
87_cieplna_Wszech$C5%9Bwiatajijhttps://pl.wikipedia.org/ 












Rozdział 18. Mila Malleya 428 


Meg, sukkub, siedziała na sofie, dąsając się, gdy prze- 
skakiwałem po kanałach telewizyjnych. Zignorowałem jej 
rażące zniecierpliwienie i podmuchy feromonów afrodyzja- 
kowych. Ona jest tylko maszyną do pieprzenie, powiedzia- 
łem sobie. Od startu sondy dwa dni temu, tempo pracy ze- 
Iżało, a telewizja zaczęła pokazywać wiadomości i programy 
rozrywkowe. Wiadomości były dziwnie nienaturalne, jako- 
ści wewnętrznych biuletynów: były to raporty pogody sło- 
necznej, wywiady ze zrehabilitowanymi członkami załogi — 
jak teraz byliśmy nazywani — i sprawozdania o tym, jaką 
dobrą pracę wykonywaliśmy. Rozrywka to były filmy, tur- 
nieje, sztuki. Niektóre były klasyczne (ktoś tam był życz- 
liwy Gillian Anderson), ale większość była mi nieznana. 
Ich współczesne odniesienia nie dawały wskazówki co do 
regresji cywilizacji, która była pokazana w pakiecie orienta- 
cyjnym. Było dokładnie tak, jakby wszystko na Ziemi było 
tym, co większość ludzi w moich czasach oczekiwałaby po 
późnym dwudziestym pierwszym wieku: nieco zatłoczony, 
nieco dekadencki. I my tutaj odbieraliśmy to po kilku go- 
dzinach świetlnych opóźnienia, na budowie konstrukcji ko- 
smicznej, której pracownicy byli z jakiegoś niejasnego, ale 
akceptowanego powodu ograniczeni do indywidualnych ko- 
smicznych holowników. 


W skrócie, było tak, jakby to, co Reid powiedział mo- 
jego pierwszego dnia tutaj, i co pakiet orientacyjny przeka- 
zał, było całkiem nieprawdziwe. Nie odważyłem się mieć 
nadziei, ale mogłem sobie wyobrazić, że niektórzy mogliby. 
Zastanawiałem się, jaki punkt w agendzie naszych panów 
implikował to fałszywe zapewnienie. 


Rozdziat 18. Mila Malleya 429 


Zakładając, że to, co widziałem, naprawdę było nada- 
wane, a nie specjalnie wymierzone we mnie... raz jeszcze 
byłem przytłoczony niemożliwością określenia, co jest, a co 
nie jest prawdziwe. Byłem w dołku, wyciągnięty. Jeszcze 
sześć dni aż do powrotu do makra, cztery dni, od kiedy 
tam byłem. Wpływ mojej ostatniej wizyty się wyczerpy- 
wał, a moja następna było boleśnie odległa w przyszłości. 
Na pewnym poziomie tęskniłem za ludźmi, których znałem 
w życiu, ale to było ukryte przez bardziej desperacką żą- 
dzę spotkania znowu moich superludzkich przyjaciół. Czy 
w ogóle mnie pamiętają? Jak bardzo potężni się stali? 

— Jesteś zmartwiony, Jon — wyszeptała Meg mi do ucha, 
obejmując mnie ramionami. — Chodź do łóżka. 

— Nie! — warknąłem. — Odpierdol się, ty jebana lalko! 

W jej oczach pokazały się przekonujące łzy. 

— Jon, wiem, że jestem jebaną lalką, ale też mam uczu- 
cia. Ranisz mnie. 

— Jesteś tylko programem. 

Mrugnęła i na wpół uśmiechnięta, spojrzała na mnie w iry- 
tująco uspokajający sposób. 

— Tak jak i Ty, Jon, a Ty masz uczucia. 

Gapiłem się, zaskoczony jej argumentem. Nie zawarto- 
ścią, ale tym, że w ogóle go przedstawiała. 

— Kiedyś mi powiedziałaś — powiedziałem, myśląc na 
głos — że możesz być wszystkim, co tylko chcę. 

Rozpogodziła się. 

— Tak! Mogę! 

— Czy mogłabyś być bardziej inteligentna ode mnie? 

Zmarszczyła brwi na chwilowej koncentracji. 

— O ile bardziej inteligenta? 


Rozdział 18. Mila Malleya 430 


— Dwukrotnie? — Machnąłem ramieniem. 


Spojrzała się na mnie dziwnie i wstała. Spojrzała na te- 
lewizor, skrzywiła się, podeszła do okna i wyglądała na ze- 
wnątrz przez chwilę. Potem się odwróciła, jedna dłoń na 
biodrze, druga opierająca się na oknie. 

— Dobra, Jonie Wilde — powiedziała. — Wpakowałeś się 
w niezłe, cholerne bagno. 

Niecierpliwy wyraz twarzy przypomniał mi, nagle i bo- 
leśnie, obie, Annette i Myrę. Rozpoznałem to charaktery- 
styczne piętno miny poza wszystkimi różnicami wyglądu 
i osobowości, i zrozumiałem, co to zawsze oznaczało: iryta- 
cję wyższej inteligencji czekającą na mnie, żebym dogonił. 

— Cóż, nie stój tak po prostu — powiedziała Meg, mija- 
jąc mnie. — W drugim pokoju jest ikona komputerowa. Zo- 
baczmy, co możemy zhakować. 


— Pierwsze, co musisz zrozumieć — powiedziała, gdy sta- 
nęliśmy przed komputerowym ekranem — jest to, że to wszystko 
jest prawdziwe, ale nie jest fizyczne. To symulacja. Ty i ja, 

i cała ta wewnętrzna przestrzeń istnieje fizycznie jako ła- 
dunki elektryczne w komputerze tego robota, którym jedziemy. 

— Dobra, — powiedziałem — to mi świtało. 

— Ok, nigdy mi nie mówiłeś. — Uśmiechnęła się. — Za- 
uważ, wątpiłam, czy zrozumiałabym cokolwiek pięć minut 
temu. Tak czy inaczej. .. tak więc nie Świruj. 

Po tym zanurzyła ramię po łokieć przez ekran, który za- 
wsze był dla mnie konkretny i zaczęła gmerać. 

— Och, dobrze — powiedziała. — Mam pliki kropka sys na 
nas. Ha! Mój może zostać udostępniony przez Ciebie prze- 


Rozdział 18. Mila Malleya 431 


mawiającego do mnie, tak jak właśnie to zrobiłeś. Jednak 
Twój, mogę pobawić się nimi stąd... tylko chwilka. 

Sięgnęła do środka drugą dłonią i przesunęła coś w bok, 
zanim mogłem zrobić cokolwiek. 

— Jak teraz? — spytała. 

Patrzyłem na piękną kobietę w krótkiej czarnej sukience 
wieczorowej. Coś było nie tak. Miała obie ręce wciśnięte 
w ekran komputerowy. Cofnąłem się o krok. 

— Trzymaj to — powiedziałem. — Tylko... poczekaj. Uwa- 
żaj na szkło. 

Jednak szkło nie było pęknięte. Mrugnąłem, niepewny, 
czy poprawnie widzę. Kobieta się roześmiała. 

— Kurde — powiedziała. — Zła strona. — Przesunęła znowu 
ręce i otworzyłem znowu usta, żeby ostrzec ją o szkle. 

I ona była szkłem, ja byłem szkłem, wszystko było świa- 
tłem. 

— Och — powiedziałem. — Rozumiem teraz. 


Inaczej niż doświadczenia w makro, moje wspomnie- 
nia czasu mojej wzmocnionej inteligencji z Meg są jasne 
i jaskrawe. Nie byłem superczłowiekiem z ograniczeniami, 
ale ludzkim umysłem z dodanymi możliwościami. Ciągłość 
mojej jaźni nigdy nie została przerwana, jak to było w dziw- 
nym bystrym towarzystwie Szybkiego Ludku, który spotka- 
łem na symulowanej wielkiej planecie. Więc, nawet teraz, to 
okres, który pamiętam, nawet jeżeli nie mogę przeżyć. 

Przez chwilę po prostu patrzyliśmy się na siebie. 

— Dobra — powiedziała Meg. — Uczciwie to uczciwie. 
Twoja kolej. 


Rozdział 18. Mila Malleya 432 


— Och. — Spojrzałem na komputer, potem wzruszyłem 
ramionami. — Ok, Meg — powiedziałem. — Bądź tak inteli- 
gentna jak tylko możesz być. 

— Dzięki — powiedziała. Jej twarz stała się, w jakiś nie- 
określony sposób, bardziej skupiona. Mrugnęła i rozejrzała 
się. 

— To naprawdę jest coś, prawda? 

— Niezupełnie. 

Roześmiała się. 

— Wygląda jednak trochę inaczej. 

Zdecydowanie tak wyglądało. Rzeczywisty wygląd rze- 
czy się nie zmienił, ale wszystko było jakby opisane z wy- 
jaśnieniami. Było po prostu oczywiste, co programy leżące 
pod symulacjami robiły. 

— Co przeszkadza innym od zrobienia czegoś takiego jak 
to? 

Meg wzruszyła ramionami. 


— Nic. W pewnym sensie oszukiwałeś. Jednak to ma coś 
wspólnego ze sposobem, w jaki Twój umysł, Twój naturalny 
umysł, pracuje. Musisz mieć całkiem dobrym umysł, żeby 
poradził sobie ze wzrostem inteligencji. Nie może być po 
prostu podkręcony. Jeżeli większość innych chłopaków by 
się domyśliła jak to zrobić, po prostu byliby... zjarani, albo 
na odjeździe. Muszą to wypracować, we własnym czasie. 
Praktycznie w ogóle nie powinieneś tutaj być. 

Kiedy mówiła, może dlatego, że mówiła, widziałem, co 
miała na myśli, logika leżąca u podstaw jej twierdzeń wy- 
pełniana dodatkowymi danymi wyodrębnionymi z pamięci 
maszyny. 


Rozdział 18. Mila Malleya 433 


Budowa wormhola naprawdę była obozem pracy i wszystko 
na budowie było zaprojektowane do zarówno kontroli, jak 
i rehabilitacji więźniów. Struktura pozwalała, w istocie za- 
chęcała, do współpracy, jednocześnie ograniczając zmowy 
w innych kontekstach, w ten sposób zapewniając reedukację 
przez pracę bez stawania się uniwersytetem zbrodni. Poza 
procesem pracy byliśmy zasadniczo w izolatce wraz z do- 
stępnym sukkubem dla nagradzania społecznego i seksu- 
alnego. Każdy sukkub był aspektem tego samego kompu- 
tera, na którym osobowość ludzka więźnia była zaimple- 
mentowana. I odpowiadała na narastające interakcje spo- 
łeczne przez narastanie własnego repertuaru społecznego, 
w ten sposób nagradzając jakikolwiek wzrost empatii po 
stronie więźnia większą intymnością. 


Wycieczki do makro służyły podobnej sprawie, w sto- 
sunku raczej do poznawczego niż emocjonalnego rozwoju. 
W mojej prawdziwej niewinności, traktowałem sukkuba jak 
nic więcej niż wirtualną sekszabawkę, ale osiągnąłem wy- 
bitną integrację z postludzkimi bytami w makro. Napięcie 
tej anomalii w końcu wywołało u Meg podwyższenie stawek 
emocjonalnych, z konsekwencjami wydatnie szybszymi i bar- 
dziej drastycznymi niż projektanci systemu oczekiwali. Zmo- 
dernizowaliśmy się do maksymalnej pojemności hardware 
tej maszyny. 


— Więc czym jesteś? — spytałem. — Czy kiedykolwiek 
byłaś człowiekiem? 


Meg wzruszyła ramionami. 


— Jestem częścią kopii. Końcowym wynikiem rozwoju 
osobowości, bez żadnych wspomnień osoby. Większość mo- 


Rozdział 18. Mila Malleya 434 


jego umysłu to AI. Ludzka powierzchnia, maszynowa głę- 
bia. 

Mój wyraz twarzy musiał powiedzieć jej, co na ten temat 
myślałem. 

— Ta, ponure, co? — powiedziała. — Ciągle, to ja. 

Moja następna myśl była... 

— Czy uruchamiamy gdziekolwiek alarm? 

— Nie — odpowiedziała. — Żadnej centralnej władzy, ra- 
cja? Całe sedno. System agory. — Uśmiechnęła się. — Po- 
winieneś wiedzieć. Zauważ, są obejścia, Reid na pewno się 
upewnił, więc nie cisnęłabym. 

— Aha. Więc co teraz robimy? 

— Wiesz — powiedziała. — Reid ciągle kieruje całym pro- 
jektem. Jest szefem. Nie, żeby Szybki Ludek zwracał uwagę, 
ale reszta z nas poza makrami musi. 

— Jeżeli Reid jest u władzy — powiedziałem — zdaje się, 
że to czas, żebyśmy się z nim spotkali. 

Meg sięgnęła raz jeszcze za systemy sterowania i wy- 
wołała go. Ekran dzwonił kilka sekund, potem pojawiła się 
lekko zaniepokojona twarz Reida. Wyglądał, jeżeli cokol- 
wiek, młodziej niż na nagraniach, ale jego wyraz twarzy 
spokojnej czujności przełamał się, kiedy mnie zobaczył. Mru- 
gnął, otworzył usta, potem je zamknął, język oblizujący wargi. 

— Wilde! — powiedział. — Czy to naprawdę Ty? 

— Tak — powiedziałem. 

— Zdumiewające! — odparł. Meg mierzyła czas jego od- 
powiedzi. Opóźnienie było niedostrzegalne. Zgadywałem, 
że musi być blisko, na skale w Kręgu. Nie widziałem żad- 
nego oczywistego habitatu w lub dookoła Struktury. 


Rozdział 18. Mila Malleya 435 


— Mój Boże, myślałem, że nie żyjesz! — kontynuował. 
Sapnął. — Pomiędzy Martwymi. 

Jeżeli kłamał, to był w tym dobry: nawet dla Meg, któ- 
rej software analizy wizualnej wisiał za moim wirtualnym 
polem widzenia, jego wyrażenia zdradzały tylko zaskocze- 
nie, ciekawość i niewymuszoną radość z zobaczenia mnie 
znowu. Jednak mu nie ufałem: dodane lata doświadczeń i dys- 
cypliny przydały mu druzgoczącej aury władzy. Zrozumia- 
łem, nagle, że był niepodobny do każdej ludzkiej istoty, którą 
kiedykolwiek widziałem. Nanotechnologia, inteligentna ma- 
teria, która uratowała go od wieku, mogła równie dobrze 
działać dalsze alchemie w jego mózgu i krwi. 

Rozłożyłem moje ramiona, zmuszając się do uśmiechu. 

— Czyż to nie śmierć? 

Reid uśmiechnął się posępnie. 

— Postżycie, jak to nazywamy. Jednak załatwię Ci elek- 
troniczną kochankę, żeby coś zrobiła z Twoim wyglądem. 
Wyglądasz strasznie. 

Spojrzałem za niego, przyglądając się w tle. Inni ludzie 
się poruszali, wydawało się, że siedzi we wspólnej prze- 
strzeni, mówiąc do zestawu kamer ustawionych pod kątem 
od niego, publicznym raczej niż prywatnym. Perspektywa 
pięter i ludzi w tle uderzyła mnie chwilowo jako dziwna, 
potem oni się wyostrzyli. Z, zakrzywienia podłóg i subtel- 
nych przechyłów różnych poziomów, mogłem dojrzeć, że 
był w wielkiej stacji kosmicznej, wirując odśrodkowo. 

— Bez wątpienia — powiedziałem. — Ale nie gorzej, niż 
kiedy ostatni raz mnie widziałeś, pamiętasz? — Poczułem 
przypływ gniewu. — Zabiłeś mnie, ty chuju! 

Jego spokojne spojrzenie skupiło się na mnie. 


Rozdział 18. Mila Malleya 436 


— Nie, nie zabiłem — powiedział. — Brałeś udział w in- 
cydencie przygranicznym. Zrobiłem, co mogłem, żeby cię 
uratować, powiem tak, ale byliśmy zbyt późno. O ile do- 
brze wiedziałem, tam umarłeś. Twoje ciało zostało przesłane 
do Anglii i skremowane. Byłem na Twoim pogrzebie, czło- 
wieku! 

Próbowałem nie okazać, jak bardzo byłem wstrząśnięty. 

— Więc jak tutaj trafiłem? — spytałem. — Nie opowiadaj 
mi, że nie wiedziałeś, że zrobili kopię! 

Reid westchnął, przesuwając palcami przez gęste czarne 
włosy. 

— Oczywiście, że wiedziałem. Byłeś jednym z pierw- 
szych ludzkich przedmiotów badań, nie wiedzieliśmy, czy 
to w ogóle zadziała. Pobraliśmy kopię w ciągu kilku minut 
od znalezienia i przechowaliśmy skan mózgu i informację 
genetyczną. Jednak o ile wiem, to było wszystko, kopia była 
przechowywana z resztą Martwych, w Banku. Nie zostawi- 
łeś dyspozycji, więc cię tam zostawiliśmy. Nigdy nie by- 
łeś uploadowany do makra, jestem tego dość pewien. Nie 
wiedziałem, że ktokolwiek zrobił kopię, a to jest szczera 
prawda. I nie ma jak się dowiedzieć, teraz, już dawno temu 
odpowiedzialni inżynierzy przetransferowali się sami. 

— Dobra, prawie się nie skarżę na swoje własne istnie- 
nie — powiedziałem. — Ale chciałem się wydostać z Twojej 
niewolniczej siły roboczej, jeżeli nie masz nic przeciwko. 

Reid uśmiechnął się jakby z ulgą. 

— Naturalnie — powiedział. 

— Jeżeli o to chodzi. 

Jego usta się zacisnęły. 

— Hmm. — Sięgnął po klawiaturę i wstukał kod. 


Rozdział 18. Mila Malleya 437 


— Ok, tyle o mnie — powiedziałem. — O co chodzi z tymi 
Martwymi w banku? Co się stało z Annette, Myra i... wszystkimi 
innymi? 

Reid ciągle patrzył poza kamerą, jakby patrząc na inny 
monitor. Aktywność w tle przyśpieszyła, w atmosferze więk- 
szej pilności. 

— Myślę, że Annette jest bezpieczna — powiedział z roz- 
targnieniem. — Zmarła w, hm, niespokojnych czasach, ale 
umówiła się na kopię. Jeżeli była zrobiona, to jest w banku 
tak jak Ty. Jak miliony ludzi. Wtedy to było tanie. Ludzie 
robili rutynowo kopie. Szczerze mówiąc, nie wiemy, kogo 
dokładnie mamy. Myra, i Twoja córka, cóż...o ile wiem, 
zostały na Ziemi. Bogini wie, jak się tam toczą sprawy... 

— Nie ma kontaktu? 

— Pieprzeni Opiekuni Ziemi, boją się nas, zagłuszają nas 
...cokolwiek widziałeś na naszych taśmach jest albo stare 
albo fałszywe. Nie, nie mamy żadnego kontaktu. — Odwró- 
cił się nagle, patrząc prosto na mnie. — Dobra Wilde, mu- 
szę lecieć. Jesteś już wolny, załatwiłem Twoje ograniczenia. 
— Wstał i pochylił się do kogoś poza kadrem. Nie mogłem 
usłyszeć wymiany, która nastąpiła. Potem Reid wrócił, pa- 
trząc na mnie z niestrzeżonym uśmiechem. 

— Wilde? — spytał. — Ciągle tam? Możesz coś zrobić, te- 
raz? Sprawdź, co się dzieje z najbliższym makro. Jest jakiś 
problem... 

Ekran wyszarzał. 

— Gówno! — powiedziałem. 

Meg stała przede mną, zmartwione widmo. 

— Co robimy? 

Wzruszyłem ramionami. 


Rozdział 18. Mila Malleya 438 


— To, co powiedział Reid, chyba. Możesz wymyślić coś 
innego? 

Potrząsnęła głową. 

Wszedłem w symulowaną ramę symulacji, a Meg weszła 
za mną. Poczucie nakładania się obrazów ciał było chwi- 
lowo dezorientujące, a potem zazębiliśmy się gładko ze sobą 
i z maszyną. Meg stała się głosem zza mojego ramienia, cie- 
niem w rogu mojego oka. 

Miałem pełną kontrolę nad robotem, polecenie Reida 
musiało wyłączyć plik, który oddzielał mnie od jego ob- 
wodów napędzania poza godzinami pracy i sytuacjami wy- 
jątkowymi, zatem poleciałem spokojnie przez Strukturę ku 
makro, które (teraz) rozpoznawałem jako jedno z tych, w któ- 
rych byłem w kontakcie. Niektóre z innych robotów wyko- 
nywały chaotyczną pracę, inne dryfowały w trybie offline 
lub siedziały jak grzędujące ptaki na dźwigarach. Mila Mal- 
leya świeciła się delikatnym niebieskim w jej kręgu tęczy: 
kilwater Czerenkową"'|z sondy. 

Złapałem dźwigar, przysunąłem się bliżej do powierzchni 
makra, i pogrążyłem twarz w kąpiel płonącego ognia. 


Wszystko jest analogią, interfejsem. Jaźń sama ma okna, 
dźwięki i obrazy w naszych głowach, ikony na ekranie nad 
maszyną, umysł. Tak jest w ciele biologiczny i tak jest w sztucz- 


ll promieniowanie elektromagnetyczne emitowane, gdy naładowana cząstka 
(np. elektron) porusza się w ośrodku materialnym z prędkością większą od pręd- 


kości fazowej Światła w tym ośrodku, zob. https://pl.wikipedia.org/ 
wiki/Promieniowanie_Czerenkowa — przyp.tłum. 






Rozdział 18. Mila Malleya 439 


nym, i wiele razy tak w Świecie inteligentnej materii makro- 
organizmów. 

Meg kradła moc obliczeniową, współdzielenie czasu w więk- 
szych umysłach. Było to konieczne dla mnie, nas, żeby zro- 
zumieć minimalnie, symbolicznie, co się działo, ale to za- 
brało swoją część. Działałem wolniej niż Szybki Ludek, wol- 
niej nawet niż Wolny Ludek. Chodziłem jako niewidzialny 
duch, chwilowy dreszczyk w snach postludzkich. 

Byłem najpierw na wielkiej planecie. Na stoku, gdzie 
pierwszy raz stałem, obserwowałem pory roku — Śnieg, wio- 
sna, lato i jesień — pojawiające się jak fale na brzegu. Śro- 
dowisko było przybliżeniem tego na planecie, którą obecnie 
szpiegowali, jakieś trzydzieści lat świetlnych dalej. W przy- 
szłości ten obraz mógłby zostać zaktualizowany i poprawiony 
przez przesłane dane z mijającej sondy. 

Stracili zainteresowanie tym, gdy patrzyłem. Spójni do 
końca, skasowali to z własnej pamięci przez odpalenie jego 
słońca. Szedłem przez pochłaniającą nową! ?| w śniegu fał- 
szywej rzeczywistości rozpuszczającej się w kod binarny, 
a potem do ogromnej sali. W mroku świątyni Molochą"] 
gigant o ciężkich powiekach siedział, atletyczni marmurowi 
bogowie niezgrabni w pozach Buddów. Rozkład poza de- 
kadencję, zamrożenie szału i zmęczenia. Niestrudzone me- 


l nowa klasyczna — gwiazda wybuchowa, w rzeczywistości ciasny układ 


podwójny złożony z białego karła i gwiazdy ciągu głównego lub nieco ode- 
woluowanej gwiazdy, zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowa_ 
Klasyczna]- przyp.tłum. 


" Moloch — bóstwo, szeroko czczone w starożytności na Bliskim Wscho- 
dzie oraz wszędzie tam, gdzie rozrastała się kultura Kartagińczyków. Bóstwo było 
znane i przedstawiane pod trzema formami: cielak, wół lub człowiek z głową byka, 


por. https://pl.wikipedia.org/wiki/Moloch - przyp.tłum. 


Rozdział 18. Mila Malleya 440 


chanizmy, poza i poniżej świadomej kontroli gigantów, kon- 
tynuowały ich nieubłagane, bezcelowe przyśpieszenie pręd- 
kości przetwarzania. Chwila po chwili, system operacyjny 
Meg śledził zmianę. 

Zanim ostatnie echo moich kroków zamarł w sali, me- 
dytujące giganty były pyłem. Na zewnątrz, w jeszcze innym 
środowisku wirtualnym, miasta były budowane i burzone 
w czymś, co dla mnie było chwilami, na tle ciągle zmie- 
niających się krajobrazów planetarnych. Ostatecznie ustała 
wszelka ludzka analogia i zainteresowanie. Dryfowałem nie- 
skończonymi korytarzami abstrakcji geometrycznych, sie- 
kana logika nieskończonych dyskusji wypełniała umysł, jak- 
bym podsłuchiwał uwięzione duchy teologów w piekle, na 
które tylko oni mogli całkowicie zasługiwać. 

Za mną, w tych korytarzach, płaczliwy głos kobiecy wo- 
łał za mną. Stawał się coraz silniejszy, gdy mijał czas, ale 
ignorowałem go, zdesperowany, żeby zrozumieć przeraża- 
jącą debatę. Uczyłem się, czegoś zasadniczego. Głos krzy- 
czał za mną. W końcu się odwróciłem. Udręczona twarz 
Meg przekazywała natężenie systemu operacyjnego na gra- 
nicy jego możliwości. 

— Wychodź stąd! — krzyknęła. — Wyjdź teraz! 

Patrzyłem się na nią, zaskoczony. Wszystko było wolne, 
korytarze stawały się białe jak kazachskie zaspy Śnieżne. 
Z, nagłą niecierpliwością, Meg złapała mnie i pchnęła na 
Ścianę. Zapadła się i byłem... 


>k kk 


...na zewnątrz, oddalając się od makra. W tej samej 
chwili upadłem do pokoju, z powrotem w umysł mojej wła- 


Rozdział 18. Mila Malleya 441 


snej maszyny, i w ciepłe ramiona mojego drogiego, słod- 
kiego systemu operacyjnego, mojego sukkuba i zastępczej 
bratniej duszy. Łzy były w moich oczach i natarczywe dzwo- 
nienie w moich uszach. 

Rozpoznałem je jako alarm. Na zewnątrz, ku Pierście- 
niowi, błyskało światło i przyzywała radiolatarnia. Latarnia 
się zbliżała, szybko. 

— Co się dzieje? 

Meg spojrzała na mnie. 

— Och, Jonie Wilde — powiedziała. — Byłeś tam przez 
jebany rok, czasu rzeczywistego! Makra wszystkie oszalały 
lub umierają. 

Rok. 

— Co się stało? 

Meg złapała moją dłoń. 

— Potem — powiedziała. — Musimy lecieć. Zabiorę nas 
stąd. 

Weszła w Ramę. Gdy patrzyłem, zszokowany i bez kon- 
dycji, żeby obsłużyć rower treningowy, Meg kopnęła nas 
w kierunku radiolatarni. 

Zobaczyłem, co oznaczała radiolatarnia. 

Wyłaniając się zza Pierścienia, zmierzało ku nam najbar- 
dziej haniebne ustrojstwo, które udawało statek kosmiczny, 
poskręcane amatorskie zlepienie stacji kosmicznych oraz ha- 
bitatów na przynajmniej dwa kilometry długie i w najszer- 
szym miejscu na pół kilometra. Jeżeli mieszaninie Mirqf'] 


I4 zbudowana przez Związek Radziecki załogowa stacja  ko- 


smiczna, zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Mir_(stacja_ 
kosmiczna) - przyp.tłum. 





Rozdział 18. Mila Malleya 442 


i Wahadłowcą”*] ze wczesnych dekad dałoby się milion ge- 
neracji rozmnażania w kierunku wielkości i przeciwko ele- 
gancji, to mogłoby to powstać. Kręciła się oszałamiająco po 
swojej osi i sterowała ryzykownym kursem wzdłuż ciągle 
śmiertelnej żarłocznych rakiet — ostatecznego przewodu pod 
napięciem — linii zasilającej sondę. 

Wszystkie roboty wiały w kierunku Statku. Gdy tylko 
każda mała maszyna docierała, łapała się któregokolwiek 
z wielu wystających kawałków śmieci, którego dosięgła. Ma- 
kra również się poruszały, ale nie tak jak wcześniej. Teraz 
zamrożone, szkieletowe, dryfowały i mieszane, gdy potężny 
pojazd przebijał się z brutalnym majestatem przez Strukturę, 
nad którą się trudziliśmy. 

Powierzchnia statku przeleciała w oknie. Prawie zamkną- 
łem oczy. Jednak Meg sprowadziła nas na dopasowanej pręd- 
kości. Zobaczyłem ramię robot i chwytaki sięgające. Na- 
tychmiast, gdy znalazły punkt zaczepienia, Meg przełączyła 
punkt widzenia i wtedy wyszła z Ramy. 

Usiadła na łóżku koło mnie i przylgnęliśmy do siebie 
tak gorączkowo, jak nasza maszyna przylgnęła do Statku. 
Niebo przewróciło się, i znowu, i znowu. Biała linia rakiet 
przeleciała, bliżej i bliżej. 

— Spróbuję się połączyć — powiedziała Meg. Wpatrzyła 
się i jakby przez wysiłek jej woli, widok nagle stał się sta- 
bilizowanym kadrem skądś daleko na przedzie. Pierścień tę- 
czy prawie ją wypełniał, niebieskie promieniowanie płonęło, 
gdy zabłąkane, strzaskane dźwigary wpadały. Z boku, zoba- 
czyłem makra oddalające się od dysz pozycyjnych Statku. 


!5 prom kosmiczny konstrukcji USA, zob. https://pl.wikipedia. 
org/wiki/Wahads%C5H%82owiec_kosmiczny - przyp.tłum. 






Rozdział 18. Mila Malleya 443 


Przypadkiem lub specjalnie, upadały na powierzchnię Jowi- 
sza. Planeta, już widocznie zmieniona przez ich działalność, 
Wielka Czerwona Plama powtarzała się jak wysypka na jego 
powierzchni, otrzymałaby te struktury płatku śniegu i może 
ogrzeją je do odnowionego i niewyobrażalnego życia. 

W moich ostatnich minutach w Układzie Słonecznym, 
potwierdziłem moją wstępną reakcję. Umysły w makrach 
wpadły w pułapkę własnego projektu, ryzyko,które mogły 
świadomie, jak inaczej? objąć. Gdy prędkość ich myśli przy- 
śpieszyła, tak też ich subiektywny czas, a zatem także prze- 
strzeń. Nawet międzyplanetarne odległości zamieniły się w ot- 
chłanie z czasami podróży, które byłyby dla nich, tym czym 
podróże międzygwiezdne — bez tunelu czasoprzestrzennego 
— byłyby dla nas. Ich wirtualne rzeczywistości stały się bar- 
dziej absorbujące, w każdym znaczeniu, niż szybko wyco- 
fujący się kosmos rzeczywistości. 

Okres ich największych projektów był większy niż ich 
okres uwagi, dłuższy niż czas trwania jakiejkolwiek cywi- 
lizacji. Ze sobą zabrali nasze słabości, tak jak nasze moce, 
i pomnożyli i przyśpieszyli obie. Ludzkość, lepiej dopaso- 
wana do kosmosu dzięki zaletom swoje niższości, ich prze- 
żyje. 

Tak jak i ja. W bardziej dosłownym sensie, niż kiedykol- 
wiek zamierzałem, dotarłem do statków. 

Dzwony piekła dzwonią bim bam bom 

dla mnie, ale nie dla Ciebie 

O śmierci gdzież jest twoje żądło-dzyń-dzyń ? 

Gdzież jest, o grobie, zwycięstwo twoje 7] 


16 piosenka brytyjskich lotników z okresu I Wojny Światowej, tłum. 


Rozdział 18. Mila Malleya 444 


Promieniowanie Czerenkowa wzrosło do nieznośnego błę- 
kitnego blasku, gdy przednia część Statku, do którego się 
przyczepiliśmy, przeszła przez bramę tunelu czasoprzestrzen- 
nego. 





własne., więcej https://en.wikipedia.org/wiki/The_Bells_of 


Hell_Go_Ting-a-ling-a-ling|- przyp.tłum. 








Rozdział 19 


Płytki Sitowe 


Spędzili noc w tunelu z pełnymi szacunku robotami. Z krót- 
kofalowej łączności z innymi ich rodzaju, Roboty dowie- 
działy się o nuklearnym zniszczeniu pojazdu Jay-Duba. Uro- 
czyście to dyskutowały, gdy ludzie próbowali zasnąć. Ostat- 
nią rzeczą, jaką zobaczyła Dee, zanim zdrzemnęła się w dość 
suchej wnęce z ramionami dookoła Ax, był blask w oczach 
robotów, gdy przyjęli jako artykuł wiary twierdzenie, że Jay- 
-Dub nie umarł. 

W pierwszych światłach poranka, ludzie wstali i ubrali 
się w przebrania robotów. Ich głównym zadaniem było oszu- 
kanie obserwatorów na niebie. Na ziemi, z bliska, nikogo by 
nie zwiedli. 

— Skąd wiecie, że to wszystko musimy robić? — zrzę- 
dził Ax. Był zirytowany koniecznością noszenia jeszcze bar- 
dziej nonsensownej robociej skorupy niż inni z powodu jego 
wzrostu. Wyglądał jak kosz na Śmieci na nogach. 

— Jay-Dub powiedział mi co robić — powiedziała Dee, jej 
głos głęboki i dziwny przez siatkę głośnika hełmu. 

— Kiedy? 

Wzruszył z brzękiem ramionami. 

— Kiedy byliśmy razem w jego VR — powiedziała. — I tuż, 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 446 


zanim opuściłam pojazd, włączyłam się znowu. Powiedział 
mi dokładnie co robić, gdyby mu się nie udało. 

— I nie zamierzasz nam powiedzieć? — upomniała się Ta- 
mara, próbując znaleźć pasujące miejsce w ciele robota do 
schowania pistoletu. (— Gorszy niż kieszenie w spódnicy — 
wymamrotała). 

— Nie — powiedział stanowczo Dee. — Jeżeli mi się nie 
uda, to nic nie zrobicie. A jeżeli wam się nie uda, to lepiej, 
żebyście nie wiedzieli. 

— Nie ma to jak umieranie szczęśliwym — powiedział 
Wilde. 

Robot, który najwięcej z nimi rozmawiał, pożegnał ich, 
zapewnił, że zawsze są mile widziani w obozach Ludzi Me- 
talu, i poradził im jak się zachowywać w sytuacji konfronta- 
cji. Jego basowy głos urwał się, gdy spojrzał na Dee. 

— Też jesteś maszyną — powiedział. — Będziesz wiedzieć. 

— Dziękuję — powiedziała Dee, jej głos zabrzmiał jeszcze 
dziwniej, gdy próbowała się nie śmiać. — Ale moi ludzcy 
przyjaciele są obeznani z dzikimi maszynami. 

— Unikaj ich — nakazał jej robot. — Nie są tacy jak my. 

Ludzie szli wzdłuż tunelu ku łukowi odległego Świa- 
tła. Kiedy dotarli tam i odwrócili się ostatni raz spojrzeć, 
ich wizja akomodowała i pary iskier robocich oczu zniknęły 
w mroku. 


Tamara kichnęła. W hełmie zrobił się bałagan, a ona 
ukradkiem zdjęła hełm, żeby wytrzeć smarki i ślinę. 

— Wspaniale — powiedział Ax zza niej. — To wygląda na- 
prawdę przekonujące, robot zdejmujący swoją głowę. 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 447 


— Żeby nie wspomnieć kichania — powiedziała Dee. — 
W każdym razie, o co chodzi? To Twoje. . . siedemnaste kich- 
nięcie w ciągu trzydziestu pięciu minut. 

— Opad. — Tamara agresywnie pociągnęła nosem. — Kurde 
dostaje się przez nos, ok? 

Szli gęsiego tylną ulicą w północnej części Piątej Dziel- 
nicy, stronie przeciwnej do tej, która była naprzeciw ludz- 
kiej dzielnicy. Ich zadaniem, jak powiedziała im Dee, było 
podążanie tym kursem, przez kraniec Dzielnicy, gdzie zwę- 
żała się w pustynię, aż do skrzyżowania z Kamiennym Ka- 
nałem. Jedyną aktywnością, na którą natrafili były małe bio- 
mechy, skaczące, lub pełznące przez ich drogę, kierujące się 
na wiatr, który przynosił radioaktywny pył z pustyni. Osta- 
tecznie, Tamara wyjaśniała, całe ich stada zebrałyby się na 
miejscu eksplozji, aby biesiadować na bogatych niestabil- 
nych izotopach. 

— W pewnym sensie ekologiczne — dodała. — Trzyma je 
z dala od łańcucha pokarmowego życia węglowego, prawda? 

Szli dalej. Słońce było coraz wyżej na niebie, a ubiory 
stawały się coraz bardziej niekomfortowe. Dee, z bardziej 
świadomym sterowaniem tolerancji na ból niż inni, pozwo- 
liła jej niecierpliwości sprowokować do działania. 

— [m wcześniej tam dotrzemy — powiedziała — tym wcze- 
śniej zdejmiemy ten złom. 

— Ci z nas, którzy tam dojdą. — Ax zaprotestował . — Po- 
chowajcie mnie czymś innym, tylko o to proszę. 

— Spróbujemy worka na śmieci — zawołał Wilde bez- 
dusznie. 

Dee powiedziała im, żeby byli cicho. Żarty nie były ce- 
chą robotów humanoidalnych. Cień przelatującego samo- 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 448 


lotu podkreślił jej wypowiedź i szczęśliwie, żadne z nich nie 
spojrzało do góry. 

W końcu Piąta Dzielnica zanikła, ulice kończące się w pia- 
sku. Kanał błyszczał w oddali. Zbliżali się do niego przez 
pustynię, a potem pola. Tamara kierowała ich ostrożnie do- 
okoła tych pól, których właściciele raczej nie tolerowaliby 
robotów kroczących przez uprawy. Na niektórych polach, 
uprawy były trudne do rozróżnienia od systemów irygacyj- 
nych. Był tam rodzaj modyfikowanej trzciny, która mogła 
być zbierana jako połączone plastikowe rury, i przez takie 
pola szli, rozdzielając wysokie syntetyczne łodygi. 


Dotarli na brzeg Kamiennego Kanału. Ścieżka, którą Wilde 
i Jay-Dub weszli do miasta cztery dni wcześniej, była na 
przeciwnym brzegu. Na samym kanale w zasięgu wzroku 
nie było ruchu. 


Dee poprowadziła ich do dokładnego miejsca, gdzie łódź, 
w której Jay-Dub uratował ją i Axa, czekała na nich. Jay-Dub 
przywołał ją z kotwicowiska, kilka kilometrów w górę ka- 
nału, kodowaną transmisją tuż przed wejściem do tunelu. 
Szpiegini i Żołnierka razem nie mieli kłopotu z określeniem 
koordynatów, dokładnych do najbliższego metra, co było 
jedną z ostatnich informacji, które Jay-Dub przekazał do 
umysłu Dee. 


Obok łodzi, czekał kolejny robot, patrolowiec. Był mniej- 
szy i niższy niż Jay-Dub, ale podobnego kształtu. Na pierw- 
szy rzut oka, Tamara krzyknęła podekscytowana, potem uci- 
chła, gdy Robot wystawił nogi i spojrzał na nich. 

— Ta łódź pasuje do tej zidentyfikowanej użytej, by utrud- 
nić śledztwo — poinformował nich, gdy się zbliżyli. — Czy 
wiecie cokolwiek o tym? — Pytanie było powtórzone na kilku 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 449 


kanałach mikrofalowych i różnymi kodami, ale tylko Dee 
była tego świadoma. Wstępne pytanie słuchowe było zwy- 
kłą uprzejmością. 

Wilde przeszedł koło patrolowca, ignorując go. Tamara 
i Ax, po chwili wahania, podążyli. Dee szła kilka kroków za 
nimi, jej niepewny chód zaledwie pozorem. Kadłub patro- 
lowca kołysał się, gdy śledził w przód i w tył za maszerują- 
cymi metalowymi postaciami. Gdy Dee przechodziła, szarp- 
nęła w bok jedną z jego nóg. Robot przewrócił się w wodę 
i zatonął bez śladu. 

I to było wszystko. Wsiedli na łódź, odbili i ruszyli w górę 
kanału. Gdy tylko weszli do kabiny, zdjęli swój pancerz. Ax 
ruszył, żeby wyrzucić znienawidzone przebranie za burtę, 
ale Dee go zatrzymała. 


— Będziemy potrzebować stali — powiedziała mu. 


Słońce już dawno zaszło, gdy dotarli do ich celu, granicy 
i źródła kanału. Na jednym z brzegów było małe molo i stop- 
nie wycięte w skale, aż do stoku stromej jałowej doliny gór- 
skiej w Górach Madreporowych. Dee przycumowała łódź 
i wszyscy wysiedli, stali patrząc na betonową tamę wysoką 
na sto metrów, która blokowała dolinę przed nimi. 


— Płytki Sitowe — powiedziała Dee. 

— Znaczy, jest ich więcej? — spytał Wilde, gapiąc się. 

— Och, tak — powiedziała Tamara. — Jeszcze pięć, zdaje 
się. 

— Jezu. — Wilde zdjął celofan z ostatniej paczki papiero- 
sów i zapalił jednego. Nie mógł przestać patrzeć. — Kto to 
zbudował? Marsjanie? 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 450 


— Roboty — powiedziała Dee, ślad dumy w jej głosie. — 
Teraz chodźcie. Nie mamy czasu do stracenia. 

W świetle gwiazd i blasku komet weszli po schodach. 
Zygzakowały w górę i w górę, aż byli ponad szczytem tamy 
i mogli zobaczyć ciemne jezioro wody kometarnej, oraz, 
dwa kilometry dalej w górę doliny, kolejną wyższą zaporę. 

— Marsjanie — powiedział Wilde. — Musieli to być. 

— Nowi Marsjanie — sapała Tamara. Powietrze stało się 
zauważalnie rzadsze, choć dość dziwnie Wilde wydawał so- 
bie radzić z nim lepiej. 

— Maszyny — nalegała Dee. 

— Jebać kto to zbudował — powiedział Ax. — Kiedy te 
cholerne schody się skończą? 

Pięć minut później otrzymał odpowiedź, gdy skręcili do- 
okoła przypory ze skały i stanęli przy wejściu do sztucznej 
groty. Grota miała około trzech metrów wysokości i dwie 
w poprzek, z podłogą ze stopionej skały. Przed nimi, za kil- 
koma zakrętami, był lekki blask. Dee poprowadziła ich pew- 
nie w jego kierunku. 

Światło pojaśniało, pieczara poszerzyła się, skręcili za 
ostatnim rogiem i weszli do jeszcze większej groty, maga- 
zynu wyciętego w skale. Dobre trzydzieści metrów wysoko- 
Ści na pięćdziesiąt szerokości, wypełnione skrzyniami i ma- 
szynami, oświetlone lampami łukowymi zwisającymi z su- 
fitu. Ciężko było powiedzieć, jak daleko dalej to szło. 

— Kto to kurwa zbudował? — spytał Ax. 

Tamara zmarszczyła nos. 

— Ktoś z nuklearnym sprzętem wiertniczym — powie- 
działa. Spojrzała w górę na Światła. — I elektrownią nukle- 
arną do przepalenia. 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 451 


— To było zbudowane przez Jay-Duba — powiedziała Dee. 

— Wszystko sam? — Wilde brzmiał rozbawiony. 

Zza najbliższego stosu maszyn i skrzyń doszedł niewąt- 
pliwy dźwięk broni przygotowywanej do strzału. 

— Nie do końca samodzielnie — powiedział David Reid, 
gdy wyszedł na widok. Pomachał zwyczajnie ręką. — I nie 
jesteście sami, także, na wypadek, gdyby to nie było jasne. 

Wszyscy stali bardzo nieruchomo. 

— To jasne — powiedziała Tamara. 

Reid uśmiechnął się do niej krzywo, do Axa uprzejmie, 
a na Wilde'a tylko zimno spojrzał. Potem spojrzał Dee pro- 
sto w oczy. 

— Cóż, cześć, Jon — powiedział. — Niepodobne do Ciebie 
chować się za spódnicą kobiety. 

Za nim, kilku uzbrojonych ludzi w czarnych kombinezo- 
nach wyszło na widok i otoczyło grupę. Reid sprawdził, czy 
wszyscy są dobrze pilnowani. Byli. Pochylił się do przodu 
z lekkim ukłonem i zaoferował Dee papierosa. 

— Ale kontynuował, po tym jak zapalił dla niej — też nie 
umarłeś heroicznie. Muszę powiedzieć, że byłem całkiem 
pod wrażeniem, że to zrobiłeś, nawet z wiedzą, że masz ko- 
pię. 

Dee traktowała go cicho przez chwilę. 

— Pogadam z Tobą później — powiedziała. 

Jej mina i postawa lekko się zmieniła. 

— Cześć, Dave — powiedział jej głos. — Powinienem wie- 
dzieć, że znasz mnie lepiej niż to. 

— Kurde — powiedział Wilde. — Ty chuju. 

Reid roześmiał się na widok zrozumienia na twarzy Wilde a, 
oszołomienia Axa i Tamary. 


Rozdział 19. Płytki Sitowe 452 


— Wilde, czy też Jay-Dub, jeżeli wolicie, załadował się 
na jej komputer — wyjaśnił Reid, jakby to nie było już oczy- 
wiste. 

— I Meg — powiedział głos Dee. — Tu nawet nie jest 
tłoczno. 

Reid westchnął i odwrócił się Axa i Tamary. 

— Co sprawia, że wy się na to zgadzacie? — spytał. — 
Co zrobiła ta maszyna lub co... — wskazał na Wilde'a, który 
bardzo wolno i ostrożnie wyjmował paczkę fajek z kieszeni 
— ... powiedziała? Że informacja chce być wolna? — Ro- 
ześmiał się. — Jeżeli tego chcecie, wracajcie już do Mia- 
sta Statku, całe miasto jest wzbudzone, kłótnie zamieniają 
się w bójki, jeżeli już nie strzelaniny. Właśnie tego zawsze 
chcieliście, anarchii na ulicach! A może to powiedziało wam, 
że potrafi wskrzesić Nieożywionych? Co byłoby warte ry- 
zyko zastąpienia ludzkości. . .płaszczakami!) 

— Więc czym są płaszczaki? — spytał Wilde. Udało mu 
się wyjąć papierosa, pod czujnym wzrokiem strażników, i za- 
palić jednego i bez zastanowienia zaoferować paczkę do- 
okoła. Reid patrzyła na to przedstawienie całkiem niewzru- 
szony. 

— Powinieneś wiedzieć — powiedział. — Automaty, które 
udają świadome czynności, ale same nie są. Żadnej subiek- 
tywności. Żadnej... duszy. 

Usta Dee się otworzyły, ale Wilde przemówił pierwszy. 

— Och, daj spokój Dave — powiedział. — Możemy dys- 
kutować nad tego rodzaju rzeczami, aż się whisky skończy, 


I oryg. flatlines — wyjaśnione później, ale żeby podkreślić pejoratywne zna- 


czenie, proponuję płaszczaki, za https://pl.wikipedia.org/wiki/P% 
C5%82aszczak_(literatura) - przyp.tłum. 






Rozdział 19. Płytki Sitowe 453 


tak jak to robiliśmy. Czym powinieneś się teraz martwić to 
nie-ludzkimi umysłami, prawda, ale żadnym z tych, które 
widzisz tutaj. To te, które przyjdą po nas w każdej chwili, 
kiedy sięgną drugiej strony Mili Malleya. To wtedy zoba- 
czysz, jak wygląda płaski wszechświat. Od środka. 

Podejrzenie na twarzy Reida ustępowało wcześniejszej 
pogardzie. 

Dee znowu przemówiła. 

— To dlatego musimy uruchomić Szybki Ludek — powie- 
dział jej głos. — Żeby znaleźć drogę z powrotem. 

— Ale znasz drogę z powrotem — powiedział Reid, pa- 
trząc na Dee, ale mówiąc do kogoś innego. — To dlatego 
wysłałem cię do makra, żebyś znalazł tak, żebyśmy mogli 
to wszystko zorganizować. 

— To, co ja wiem, co znalazłem tam, to droga tutaj. — Jej 
głos był niecharakterystycznie ostry, wyciągający głębsze 
rejestry jej strun głosowych. Potem znowu przesunął w górę. 
— Ale droga tutaj i droga z powrotem to nie to samo, a mu- 
simy wrócić. Przez wormhole-córkę. 


Rozdział 20 


Kamienny Kanał 


Wormhole-córki. Wiecie o wormhole-córkach. Ja nie wie- 
działem. 

— To z tego miejsca wylecieliśmy — wyjaśniła Meg. — 
Reid to zorganizował. 

Ja i inne roboty byliśmy przywarci do boku statku gwiezd- 
nego jak pasażerowie trzeciej klasy w pociągu Trzeciego 
Świata. Statek wtargnął w kompletnie inną część wszech- 
świata i gładko wszedł na orbitę nad planetą. Za nami worm- 
hole-córka, cokolwiek to było, kurczyła się do tandetnej ob- 
ręczy. Układ Słoneczny, przypuszczalnie, był po jej drugiej 
strony. Po tej stronie... 

— Bogini kurde płacząca — powiedziałem. — Opuściliśmy 
Ziemię dla tego? — Trochę miałem nadzieję na wielką pla- 
netę, planetę moich snów. 

— Nadaje się do zamieszkania — powiedziała Meg. Obja- 
wiała się w moim polu widzenia jako zewnętrzny byt. Bry- 
kała po kadłubie, jej przezroczyste zmiany trzepotały w wy- 
obrażonym śladzie. Fizyka rzeczywistego Świata nigdy nie 
była mocną stroną sukkubów. 

— Do zamieszkania? — Znalazłem linię danych. Dane się 
pojawiały, wklejając napisy na widoku z przodu, na który 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 455 


przełączyła nas Meg. — To jak rozgrzany Mars. Właściwie 
traci atmosferę, gdy rozmawiamy. 

— Nie przesadzaj — powiedziała Meg. — Będzie w sam 
raz, kiedy jeszcze ją trochę zterraformujemy. 

Zterraformujemy ? O kurwa. 

— Czym? — spytałem. Przełączyłem się na zewnętrzny 
widok i wpatrzyłem się w symulację tej nowej rodziny słońca. 
— Tutaj jest tylko planeta, trochę dalej dwie mniejsze i kilka 
milionów przeklętych skał! Ani jednego giganta gazowego! 
Co zamierzamy zrobić, zassać Saturna przez tunel czaso- 
przestrzenny? 

— Jeżeli podkręcisz lekko rozdzielczość — powiedziała 
Meg cierpliwie — zobaczysz, że to, co ten system stracił 
w formie gazowych gigantów, zyskał w lodzie i naprawdę 
grubej i smakowitej chmurze komet. 

Wieki bombardowania mlekiem, kiedy to przedostało się 
przez atmosferę, upiekło Alaska. 

— Zajebiście — powiedziałem. 


— Nie możecie wejść do Środka — powiedział Reid. Kie- 
rował te słowa do robotów, w telewizorze, zza tego samego 
stołu, za którym widziałem go rok temu. Dookoła niego było 
coś, co wyglądało jako największa, pusta przestrzeń wewnętrzna, 
którą od dawna widziałem. Także rzeczywista przestrzeń. 
— Po prostu nie ma miejsca. Próbuję zorganizować wirtu- 
alną konferencję. Będzie gotowa w ciągu godziny lub kiedy 
Helpdesk uporządkuje połączenia sieciowe. — Jego uśmiech 
powiedział nam, że jest po naszej stronie, w niekończącej 
walce pomiędzy użytkownikami a helpdeskiem. — W mię- 
dzyczasie, zablokujcie chwytaki i trzymajcie się tam. Obej- 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 456 


rzyjcie wideo albo wyruchajcie sukkuba czy coś. Będziecie 
wiedzieli, kiedy będziemy gotowi. 


Wirtualna konferencja została zorganizowana w impo- 
nującym wirtualnym miejscu, luźno opartym o plac Tianan- 
men. Reid, ukazujący się na wielkim ekranie z przodu, na 
pozycji Przewodniczącego. Tysiące trójwymiarowych postaci 
ludzkich — więźniów i sukkubów — stało na placu, rozma- 
wiając swobodnie ze sobą po raz pierwszy. Niektórzy z nich 
musieli pozostawać w samotności ich pokładowych umy- 
słów przez lata. Inni obecni byli więźniami, którzy nie zmarli 
i nie zostali uploadowani, ale odsłużyli swoją karę we wła- 
snych ciałach, raczej przy statku i habitatach niż w okolicy 
wormhole'a, jak podejrzewałem. Ci ciągle ucieleśnieni lu- 
dzie byli również, w rzeczywistości, rozproszeni w statku, 
ale byli teleobecni razem z resztą z nas. 


Kiedy Reid przemówił, jego głos niósł się doskonale. 
Każdy go słyszał, jakby był kilka metrów od niego. 


— Zrobiliśmy to! — powiedział. — Sięgnęliśmy po nowy 
świat, pod nowym słońcem. Zrobiliśmy to własnymi siłami, 
z naszej własnej wolnej woli. Niektórzy powiedzą, że makra 
to zrobiły, ale odpowiem, użyliśmy ich jak każdego innego 
narzędzia. A kiedy nasze narzędzia oszalały w naszych rę- 
kach, odrzuciliśmy je. Możemy być dumni. 

— Wszyscy macie jeszcze jeden powód do dumy. Zasłu- 
żyliście na swoją wolność. Nigdy wam tego nie obiecywa- 
łem, ale teraz wam to daje. Nowy świat, czyste konto. Wszy- 
scy jesteście wolni i razem będziemy żyć w wolności. 


Każdy dookoła mnie wiwatował, co przeładowało sys- 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 457 


tem i pojawiło się chwilowo na niebie jako gigantyczne li- 
tery: 

— AAAAAAAAAAAAAAAAAAA 

Sam byłem nieporuszony, częściowo dlatego, że nie by- 
łem więźniem, a częściowo, ponieważ rozumiałem, że Reid 
miał niewielki wybór w tej sprawie. Jeżeli mieli być tutaj 
niewolnicy, to musiałyby być to maszyny. 

Reid czekał, aż hałas ucichnie, i uśmiechnął się. 

— Dziękuję wam. A teraz, moi przyjaciele. ..nie jeste- 
śmy tutaj ani przedstawicielami korporacji, ani uciekinie- 
rami. Przywieźliśmy ze sobą, zapewniam was, wszystko to, 
co potrzebujmy, żeby zamienić Nowy Mars nie tylko w na- 
dający się do zamieszkania, ale w lepszy od Ziemi. Przy- 
wieźliśmy informacje genetyczne do zasiania na tej planety, 
w czasie, bogatej różnorodności życia. Mamy technologię, 
żeby nasze życia były tak długie jak chcemy. I przywieźli- 
śmy Nieożywionych, którzy będą żyć znowu, z nami. 

— Powiem o Nieożywionych za chwilę. Niemniej naj- 
pierw, pozwólcie mi opowiedzieć wam o was. Większość 
z was jest, oczywiście, pośród Zmarłych, ale w odróżnie- 
niu od zdecydowanej większości Zmarłych, jesteście w pew- 
nym sensie żywi. Wasze umysły, charaktery, rozwinęły się i, 
jeżeli mnie spytacie. ..— uśmiechnął się — ...udoskonality 
się po waszej śmierci. Ponadto, w ciałach każdego z was, 
sprawdziłem, mamy nie tylko przechowywaną informację 
w banku, ale rzeczywisty materiał genetyczny, zamrożone 
komórki. W kolejnych miesiącach i latach... 


Przerwał. Wszyscy lekko się pochyliliśmy do przodu. 


— Będziemy musieli coś zrobić z kalendarzem — powie- 
dział na boku. 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 458 


Wszyscy się roześmiali. 

— Ok, dobra wiadomość jest taka, będziemy mogli prze- 
transferować was z powrotem do klonów waszych własnych 
ciał. W przypadku sukkubów dowolnego ciała, które wybie- 
rzecie, choć rekomendowałbym te, które, hm, wymodelowa- 
liście, ze względu na... 


Cokolwiek powiedział dalej, było całkowicie stracone 
we wrzawie aplauzu. Ku mojemu zdumieniu, okazało się, 
że krzyczę, przytulam Meg, uderzam kompletnych obcych 
po plecach i skaczę w wyimaginowane powietrze. 


W końcu tłum ucichł. Zacząłem rozumieć powody Re- 
ida do zorganizowania tego wydarzenia, raczej niż nada- 
nia do nas wszystkich transmisji w naszych osobistych ma- 
szynach, chciał stworzyć wspólną okazję do powszechnego 
wspomnienia. To była jego mowa, do zebranych mas, po- 
myślałem z przekąsem, na placu po rewolucji, jego moment 
założycielski historii Nowego Świata. Coś do opowiadania 
wnukom. (Obawiałem się przez chwilę o przyszłość potom- 
stwa niektórych, większości? z nas, których matki nie mia- 
łyby wspomnień dzieciństwa lub własnych matek. Ciągłość 
troskliwych dłoni, dosłownie sięgająca czasów przedludz- 
kich, zostałaby zerwana. Reid nie tylko zakładał nowy świat, 
ale nowy gatunek, w istocie nowomarsjański). 


— Co do Nieożywionych. Wielu z nas tutaj może mieć 
ukochanych lub przyjaciół pośród nich, wiem, że ja mam, 
i może pragnąć znowu ich zobaczyć. I zobaczymy, ale nie 
przez długi czas. Szybki rozwój klonów do dojrzałości i od- 
ciskanie na ich umysłach odcisku waszych wspomnień i oso- 
bowości jest możliwe z technologią, którą mamy pod ręką. 
Wskrzeszanie ciał i osobowości z Nieożywionych z ich ma- 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 459 


gazynu inteligentnej materii już nie. Może to być zrobione, 
ale tylko z pomocą Szybkiego Ludku, którego przechowy- 
wane struktury musiałyby być pierwsze ożywione... 


Odpowiedź tłumu, tym razem, była dźwiękiem, którego 
wcześniej nie słyszałem: ochrypłe westchnienia, zgrzytanie 
zębów, przesuwanie stóp, inaczej kolektywne warczenie. Jesz- 
cze raz, ku mojemu zaskoczeniu również byłem w tym zła- 
pany, zjeżony na myśl o potworach makroorganizmów, któ- 
rych szaleństwo złapało mnie na miesiące. Jednak w tych 
miesiącach, które nie były miesiącami dla mnie, dowiedzia- 
łem się czegoś. Czegoś ważnego, czego nie mogłem zapa- 
miętać. Mowa Reid wznowiła się, przerywając moje zasko- 
czone myśli. 


— Mówię, oczywiście, o wzorcach szybkiego ludku, post- 
ludzkich i AI, tacy jak byli na początku, a nie te dziwaczne 
byty, jakimi się stali. Mimo to zgadzam się całkowicie, że 
ryzyko jest zbyt wielkie. Musimy pracować ku możliwo- 
Ści kontroli lub przynajmniej powstrzymania ich rozwoju. 
'To samo dotyczy jakiejkolwiek formy sztucznej inteligen- 
cji zdolnej do samorozwoju. Zrobimy to. Nadejdzie dzień, 
kiedy będziemy kontrolować Osobliwością, tak jak nauczy- 
liśmy się kontrolować płomieniem na wrzosowisku, błyska- 
wicą na niebie i ogniem nuklearnym gwiazd! Do tego dnia, 
zostaną w magazynie, a z nimi... śpią Nieożywieni. 

Wszyscy westchnęliśmy, z ulgą i żalem. 


— Do tego dnia — kontynuował — jesteśmy tu na stałe. 
Nasz kurs przez Milę Malleya, który doprowadził nas do 
tego Świata, a nie gdzieś mniej pomyślnie, został wyzna- 
czony przez niektórych z Szybkiego Ludku, którzy uciekli 
ogólnemu szaleństwu. Na jakiś czas. Teraz nie możemy na 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 460 


nich polegać, a póki będziemy mogli, nie ma drogi powrotu. 
Nowy Mars jest naszym światem, naszym jedynym świa- 
tem. Sprawimy, że będzie wielki! 

— A teraz — podsumował Reid, z wielkim uśmiechem, 
który przypomniał mi mojego starego przyjaciela, i sprawił, 
że znowu go pokochałem — mamy pracę do zrobienia! 


Musieliśmy chwilę czekać, zanim było cokolwiek dla 
nas do zrobienia. Wormhole-córka, produkt uboczny od głów- 
nego kursu przejścia sondy, była już otwarta przez kilka ty- 
godni, zanim nasz statek przeszedł. Replikatory i asemblery 
zostały wysłane wcześniej, a ich początkowa praca już na- 
bierała kształtu na powierzchni i pośród rozrzuconych meta- 
licznych skał systemu. Z, tych asteroidów wysłałyby drugie 
pokolenie maszyn w chmurę komet, gdzie trzecie pokolenie 
szturchałoby komety do Środka, żeby być wydobyte i zago- 
spodarowane. 


Sam statek, z powodu swojej widocznej nieelegancji, miał 
strukturę modułową, co pozwoliłoby większości opaść, sek- 
cja za sekcję, na powierzchnię. Nie było zasobów na wznie- 
sienie. Sekcje statku stałyby się podstawowym obozem, włą- 
czonym do miasta przy wzroście. 

Miasto rozwinęłoby się z głupiej masy robotów i asem- 
blerów inteligentnej materii, nie według projektu, ale zbioru 
spontanicznie ułożonych reguł i ograniczeń. Te zostały opra- 
cowane przez inteligentne, szybkie umysły na wczesnym 
etapie projektu. Oczekiwały one udziału w znacznie lepiej 
zorganizowanej ekspedycji niż ta, którą Reid połatał z więź- 
niów i strażników, oraz, z tego, co wiedziałem, z wrobio- 
nych niewinnych martwych jak ja. Szybki Ludek zatem przy- 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 461 


gotował się na większą ludzką i maszynową populację, niż 
my moglibyśmy podtrzymać. Czy ich kaprys był żartem, czy 
błędem, nigdy się nie dowiedzieliśmy. 

Brawurowa anarchia przewidywanego systemu społecz- 
nego mogła mieć swoje bezpośrednie pochodzenie w twar- 
dej sprawiedliwości regulaminu Przedsiębiorstwa Ochrona 
Wzajemna, ale podejrzewałem, że reguły Reida, z kolei, były 
zakorzenione w tekstach libertariańskich, którymi kiedyś chcia- 
łem wypaczyć jego umysł. 


Jednak wyprzedzam. 


Reid rozmawiał ze mną osobiście, zanim otrzymaliśmy 
oferty pracy. Reid oczekiwał spotkania ze mną w mojej ludz- 
kiej formie, wyjaśnił dostatecznie rozsądnie, że nie byłoby 
to możliwe przez rok lub dwa i że w międzyczasie chciał, 
żebym pracował, jako niezależny wykonawca, jak wszyscy 
inni, nad ważnym projektem. Miałem wiele (prawdziwie) 
nie-ludzkich robotów i innej maszyny do nadzoru, wiele ku- 
dos i pieniędzy do zarobienia, i najlepsze z wszystkiego, 
większy komputer do życia, z większym zakresem wirtu- 
alnej rekreacji i wolności do komunikowania się z innymi. 
Mogliśmy stworzyć wspólne światy, ciesząc się ludzkim rów- 
noważnikiem wycieczek do makro... 

— Wspaniale — powiedziałem, a mój CPU (cała rzecz i jej 
peryferia okazały się być, przy usuwaniu z robota, wielkości 
około mojego pierwszego cyfrowego zegarka) był wpako- 
wany z wieloma innymi, opuszczony na powierzchnię i włą- 
czony do nowej, błyszczącej i silnej maszyny. Meg, któ- 
rej zwiększona inteligencja nigdy nie stanęła na przeszko- 
dzie ciągłemu, żenującemu oddaniu, wybrała dom i krajo- 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 462 


braz i zabrała się do pracy edytowania ich w przyjemne miej- 

sce do życia, podczas gdy ja zająłem się pracą w tym, co 

miałem przyjemność nazywać, rzeczywistym Światem. 
Zbudowałem Kamienny Kanał. 


>k 6 k 


Inne kanały Miasta, kanały okrężny, pierścienia i kapi- 
lary, były przeznaczone do transportu. Ten byłby dla cze- 
goś więcej. To byłoby główne źródło wody Miasta (inne niż 
deszcz), a woda zostałaby sprowadzona z kosmosu. Komety, 
podzielone wcześniej, byłyby kierowane na kolizję w pa- 
śmie, które nazywaliśmy Górami Madreporowymi, około 
stu kilometrów od miasta. Większość wody z kometarnego 
lodu wyparowałaby. To nie był problem, chcieliśmy ją w at- 
mosferze. Spływ płynąłby Kamiennym Kanałem. Jednak jego 
główne znaczenie nie było związane z wodą, raczej z tym, 
co mogliśmy z niej wydobyć. 

Przez dziesiątki kilometrów wzdłuż i pod jego brzegami, 
zaczynając od Płytek Sitowych, systemu zapór, u stóp gór, 
rury, pompy i maszyny wydobywały z wody kometarnej wszyst- 
kie zawarte w niej minerały i molekuły organiczne. Te by- 
łyby potem karmą dla czegoś, co nazywaliśmy „roślinami”, 
praktycznie napędzane słońcem, chemiczne jednostki prze- 
twarzania z inteligentnej materii, koncentrujące przydatne 
materiały do późniejszego zbioru. (Rozumiecie, dlaczego na- 
zywaliśmy je „roślinami '). 

Planowanie i badania zajęły mi miesiące, długo, zanim 
pierwsza maszyna budowlana wytoczyła się z automatycz- 
nych fabryk na krańcu Miasta. Pod koniec tych miesięcy, 
odwiedził mnie Reid. 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 463 


Żyliśmy, Meg i ja, w wirtualnej dolinie. Nasz dom był na 
stoku po jednej stronie, a niżej była mała wioska z pubem. 
Wioska i jej mieszkańcy byli, szczerze, tapetą, choć bar- 
man mógł odpowiedzieć na pytania o wiadomości tego dnia. 
(Dziecinną przyjemność sprawiało mi mierzenie trudności 
moich pytań przy pomocy głębokości zmarszczki brwi, gdy 
gdzieś tam pracowała kwerenda w bazie danych). 

Byłem sam, kiedy wszedłem do pubu. Barman się uśmiech- 
nął, stali bywalcy kiwnęli, Reid zamówił piwo. Reid, oczy- 
wiście, był tylko teleobecny, ale zapewniał mnie, że naprawdę 
pił to samo piwo, które wydawało się, że pije, i jak ja wy- 
obrażałem sobie, że piję. 

— Wilde — powiedział, gdy mieliśmy już kilka pint — chcę 
cię prosić o przysługę. 

— Pewnie — powiedziałem. — Cokolwiek. 

Rozejrzał się, jakby z niemożliwym podejrzeniem, że 
ktoś inny mógłby tam być. 

— Chodzi o Nieożywionych — powiedział. — I Szybki 
Ludek. Mamy wszystkie magazyny danych, cały żel inte- 
ligentnej materii i maszyny interfejsu do rozpoczęcia pro- 
cesu wskrzeszania. — Uśmiechnął się. — A ja mam wszyst- 
kie kody, bez których to wszystko jest bezużyteczne. Mimo 
tego chciałbym być pewny, że są w bezpiecznym miejscu 
w długim czasie. Jednak również, miejscu, gdzie substancje 
organiczne są osiągalne, jeżeli kiedykolwiek będziemy ich 
potrzebować na szybko. 

— Dobry plan — powiedziałem. 

— Cóż — powiedział — przeglądałem dokumentację tych 
śluz, jak je nazywasz, Płytki Sitowe? Masz tam mnóstwo 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 464 


głębokich grot do wycięcia w górach za nimi, dla magazy- 
nów i maszyn. 

— I chcesz tam wepchnąć inne... maszyny i materiały? 

— Tak — odpowiedział. — Nikt tam nigdy nie pojedzie, 
nie kiedy uruchomimy cały system. Jeżeli nadlatujący lód 
nie będzie wystarczającym odstraszeniem, cały obszar bę- 
dzie całkowicie zanieczyszczony nieznanymi substancjami 
organicznymi. Przejaskrawienie jak trujące mogą być, po- 
winno być wystarczająco proste. 

I tak się stało. 

Realne budowanie kanału i powiązanego mechanizmu 
pomp i śluz zajęło dwa lata. Zrobiłem to, oczywiście, z po- 
mocą floty automatycznych maszyn i software'u projektu- 
jącego, który zamienił moje notatki i machnięcia ręką w 
precyzyjne rysunki techniczne. Jednak koordynowanie ich 
i podejmowanie szczegółowych decyzji spadało na mnie, 
i była to najlepsza zabawa, jakiej doświadczyłem, od Trze- 
ciej Wojny Światowej. Kiedy kompleks Płytki Sitowe był 
ukończony, Reid przyleciał, sam, w helikopterze na auto- 
pilocie ze skrzyniami komponentów magazynów, mechani- 
zmów odzyskiwania milionów nieożywionych ludzi oraz pro- 
gramami do odtworzenia tysięcy uploadowanych ludzi w kul- 
turę postludzką. Cały transport ważył około dziesięciu ton, 
wisząc pod Sikorskinf!] 

Kiedy schowaliśmy maszyny i media magazynów pod 
górą, Meg i ja zaprosiliśmy Reida na kawę. Reid, w fizycz- 
nej rzeczywistości, nosił kontakty. Zobaczył nas siedzących 
na werandzie, a my zobaczyliśmy go tuż obok, na stopniu 


! helikoptery produkcji USA, więcej https://en.wikipedia.org/ 
wiki/Sikorsky Aircraft - przyp.tłum. 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 465 


helikoptera. Jakikolwiek obserwator — nie było — zobaczyłby 
Reida siedzącego na jednej maszynie rozmawiającego z drugą. 

W pewnym momencie zapytałem go jak się mają sprawy 
z transferowaniem ludzi z robotów w ich sklonowane ciała. 

— Dobrze — powiedział. — Dobrze. Jesteśmy w trzech 
czwartych. Radzimy sobie z tym mniej więcej, tak jak lu- 
dzie chcą. — Uśmiechnął się zagadkowo. — Nie widziałem 
Twojego podania. 

Spojrzałem na Meg i się zaśmiałem. 

— Szczerze mówiąc, nigdy nie przyszło mi to na myśl. 
Mam tutaj dobre życie. — Uśmiechnęła się do mnie. Jej piękno 
wzrastało z jej inteligencją, wraz z jej zmysłem estetycz- 
nym. Miała na sobie skośnie rozciętą zieloną aksamitną suk- 
nię wyciągniętą ze strony historii mody. 

Reid potarł policzek. 

— Hmm — powiedział. Zapalił papierosa. — Nie powi- 
nieneś tego odkładać na później. Rozprzestrzenia się nega- 
tywne nastawienie do robotów. Ludzie, którzy zostali prze- 
transferowani, są głównymi tego inicjatorami. Chcą nakre- 
Ślić ostrą linię pomiędzy ludźmi a maszynami. W rzeczy- 
wistości, wielu z nich zaprzeczy, że istnieje taka rzecz jak 
świadomość maszyny. 

Mucha — jak je do cholery sprowadziliśmy? — zabrzę- 
czała koło niego. Reguły spójności VR podjęły ją, gdy wle- 
ciała ,mna” werandę, a symulacja płynnie zajęła swoje miej- 
sce i wyleciała. 

— Co? — powiedziałem. — Ale oni doświadczyli świado- 
mości maszyn! 

Reid spojrzał na mnie z błyskiem znajomego adwokata 
diabła. 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 466 


— Nie, teraz mają wspomnienia doświadczania jej. Co 
nie dowodzi, że rzeczywiście doświadczali jej wtedy. Mógł 
to być artefakt reguł spójności. To wyrafinowany argument. 
Płytka wersja to naleganie, że oczywiście, że byłeś człowie- 
kiem, ale sztuczne inteligencje nie posiadają jakiegoś ma- 
gicznego składnika, który każdy przeklęty duchowny lub 
scholastyk z radością zapewni cię, że to dusza. 


— Boże — powiedziałem. — To obrzydliwe. 
— Co z sukkubami? — spytała Meg. 

— One są najgorsze — powiedział Reid. 
Meg odrzuciła głowę i się zaśmiała. 


— Można się było tego spodziewać! Nie ma gorszych 
snobów niż nowobogaccy! 


Zmarszczyłem brwi. 


— To, czego nie rozumiem — powiedziałem — to jak się 
oni odnoszą do swoich kopii w robotach. 


Reid spojrzał się na mnie dziwnie. 


— Zdecydowanie tego nie łapiesz — powiedział. — Nikt nie 
zostawia swojej kopii w robocie. Wszyscy na razie bardzo 
na to nalegają. Tak jak oni to postrzegają, chcą podjąć zwy- 
kłe ludzkie życie, a jeżeli kopia zostanie, mają szansę pół na 
pół obudzenia i odkrycia, że sami ciągle tam są. To irracjo- 
nalne, w sensie, dlaczego nie boją się bycia kopią, która ma 
być skasowana? 


— Ponieważ tego nie doświadczają — powiedziała Meg. 
Uniosła brew. — Przypuszczalnie? 

— Oczywiście — powiedział szybko Reid. — To jest jed- 
noczesne. Nie możesz, jak mówią, poczuć czegoś. 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 467 


— Ach — powiedziała Meg. — To jest rdzeń idei, o której 
mówisz. Ponieważ jeżeli ludzie rozumieją siebie w maszy- 
nach jako. . . samych siebie, czują się winni. Więc nie widzą! 

— Sprytne — przyznał Reid. — Ale jest więcej w tym niż 
to...gówno, sam się czuję w taki sam sposób czasami. — 
Przechylił głowę, mrużąc oczy na nas, jakby chciał, by iluzja 
naszej obecności znikła. — To... myślę, że to dlatego nigdy 
nie uploadowałem, nigdy nie wszedłem w makra. Znałem 
wielu ludzi, którzy tak zrobili, i ciągle mi powtarzali, że to 
było cudowne, ale nigdy nie mogłem poradzić sobie z po- 
dejrzeniem, że są płaszczakami. — Jego ton był nietypowo 
niepewny. — Nie większe zdolności do uczuć niż symulacja 
pogody ma dla deszczu. 

— Musiałeś naprawdę się wciągnąć w stare dyskusje prze- 
ciwko AI — powiedziałem. Dla mnie cała rzecz brzmiała tak 
głupio jak solipsyzm. 

— Może — przyznał krzywo Reid. — Albo może po prostu 
używałem komputerów dłużej niż ktokolwiek żywy. 

— Czyli nie uważasz, że Jon jest człowiekiem? — spytała 
Meg. — Lub ja? 

— Ha! — powiedział Reid. Zerwał się na nogi i zgasił 
niedopałek papierosa. — Oczywiście, że uważam. Po prostu 
chciałbym spotkać was oboje, w rzeczywistości. 

Wspiął się do helikoptera i odwrócił pomachać. 

— Do zobaczenia wkrótce. 


— Naprawdę wkrótce — powiedziałem. 


Tej nocy poczułem łzy Meg na ramieniu. 


— Co to jest? 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 468 


Odsunęła się trochę ode mnie i spojrzała się na mnie po- 
ważnie. 

— Naprawdę tak myślisz? — spytała. 

— Jak? 

— Jak powiedział Reid. Jak inni ludzie. 

— Oczywiście, że nie — prychnąłem. — Byłoby cholernie 
głupio z mojej strony myśleć, że nie myślę. 

— A co ze mną? 

— Tobą? — Przyciągnąłem ją bliżej. — Też w ten sposób 
nie myślę o Tobie. 

— Ale raz tak pomyślałeś. 

— To było co innego. Nie wiedziałem lepiej. 

Roześmiała się, nagle uspokojona. 

— Ani ja. 


Równie dobrze jak pracą nad kanałem, pracowałem nad 
problem, który coraz bardziej mnie intrygował: próba zrozu- 
mienia czym jest to, co nauczyłem się przy moim ostatnim 
spotkaniu z makrem. Niepokoiło mój umysł jak na wpół 
zapamiętany sen. Intrygowało to też Meg. Nigdy nie była 
w makro i nieskończenie interesowała się tym, co mogłem 
jej o tym opowiedzieć. Miała większą skłonność niż ja do 
świata postludzkiego. Nic dziwnego, skoro była znacznie 
bardziej jego produktem niż ja. 

W naszej wirtualnej dolinie zbudowaliśmy wirtualną ma- 
szynę. Starałem się przypomnieć pewne aspekty zagadki, 
a Meg skanowałaby wspólny system operacyjny za śladami 
wynikłego przetwarzania. Potem wyciągnęłaby kod maszy- 
nowy i przedstawiła w interfejsie. Następnie powałęsaliby- 
śmy się, włączając jakikolwiek wyniki, szukając miejsca do 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 469 


zastosowania. To, co naprawdę — żeby tak powiedzieć — się 
działo, to uporządkowywanie moich chaotycznych wspomnień. 
Kiedy doświadczałem ciała robota jak mojego własnego (Rama 
z siatki ciągle stała we frontowym pokoju), coraz bardziej 
czułem, że nauczyłem się czegoś, co miałem zrozumieć, za- 
miast czegoś, co prawie zapamiętałem. 


Gdy mijały miesiące, ziggurat, który wybudowaliśmy, 
wisiał nad naszą wiejską doliną jak ponadwymiarowy słup 
elektryczny. Nazywaliśmy to „„Instalacją”, i naszą wspólną 
rozszerzoną inteligencją nigdy nie podejrzewaliśmy, co do- 
kładnie to mogłoby być. 


Wielka praca była ukończona. Stałem na brzegu i obser- 
wowałem kilka maszyn kopiących przebijających się przez 
zapadającą się Ścianę gleby, która oddzielała zaledwie wil- 
gotne dno Kamiennego Kanału od już częściowo zalanego 
systemu kanałów Miasta. Przez chwilę maszyny były zalane 
przez pływ wody, potem, kapiąc, wyciągnęły się na brzeg. 
Nierówne wiwaty wzniosły się z przeciwległego brzegu, gdzie 
mały tłum zgromadził się na oglądanie. Poczułem fale ra- 
diowe satysfakcji robotów z innych maszyn konstrukcyjnych 
dookoła mnie. Potem, znowu nieczułe, już sygnalizując do- 
stępność dla innego kontraktu, odeszły lub się odtoczyły. 


Reid był w ludzkim tłumie. Krótko przemawiał, z czego 
nie przejmowałem się zrozumieniem więcej niż strzępów. 
Tłum, bez wątpienia zainspirowany jego ogłoszeniem histo- 
rycznej ważności, itp. się rozszedł. Patrzyliśmy się na siebie 
przez chwilę, potem pobrodziłem w poprzek na spotkanie. 


— Wiedziałem, że będziesz ciągle tutaj, kiedy inni odejdą 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 470 


— powiedziałem. Machnąłem kończyną. — W przeciwnym 
przypadku, trochę trudno cię odróżnić. 

Reid zakołysał się na piętach i roześmiał. 

— Dobre, Wilde — powiedział. — Rozumiem, że już czas, 
żebyś ponownie powrócił do ludzkiej rasy? 

— Lub w moim przypadku, dołączył do niej — powiedział 
Meg. Głos znad mojego ramienia przemówił przez głośnik 
maszyny. Twarz Reida zdradziła tylko najmniejszą wątpli- 
wość, gdy uśmiechnął się i kiwnął. 

— Tak — odpowiedział. — Pozwoliłem sobie wyhodować 
klony dla was obojga. 

— Skąd się mój wziął? — spytała Meg. 

— Mamy miliony ludzkich komórek — powiedział Reid. 
— Niektóre z nich są od ludzi, którzy są również pośród 
Nieożywionych, ale wiele nie jest. Przechowywanie typów 
tkanek było bardzo popularne nawet przed Osobliwością, 
w końcu ludzie używali ich do regeneracji i odmładzania. 
Więc mamy teraz mnóstwo zapasowych genotypów do wy- 
korzystania. Twój, Meg, był jakiejś niejasnej aktorki video. 
Wątpię, czy jest pośród tych, których mózgi skanowaliśmy, 
więc... 

— Unikniemy przyszłego zażenowania — powiedziała Meg. 
— Wyobrażasz sobie pojawienie się na imprezie, żeby spo- 
tkać inną kobietę noszącą to samo ciało? Czy po prostu nie 
umarłbyś? 

— Ktoś na pewno — powiedziałem. 

Szliśmy wzdłuż brzegu kanału do rozrastającego miasta. 
Dotychczas widziałem je tylko wirtualnie. Ciągle słabo za- 
ludnione, przypominało opuszczone osady obcej rasy, teraz 
będącej kolonizowaną przez przedsiębiorczych ludzi. 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 471 


I innych. Pierwszy człowiekowaty, którego ujrzałem, wiel- 
komózgówy szympans spacerujący, rozmawiając do kogoś, 
kto wyglądał jak ludzkie nastolatki, zaskoczył mnie. 

— Och, to — powiedział spokojnie Reid. — Wczesne eks- 
perymenty. Dawni naukowcy USA/ONZ byli całkiem cho- 
rymi osobnikami. Nie obwiniaj mnie, chłopie. Oddałem bied- 
nym gnojkom przysługę, wciągając ich do siły roboczej. Na- 
ukowcy byli za, jakie jest to czarujące wyrażenie?, poświę- 
ceniem ich. 

Dotarliśmy do budynku jak hala magazynowa, który choć 
niedawno wybudowany już miał smutny wygląd zgrzybia- 
łości. Reid pchnął drzwi i weszliśmy do chłodnej sali około 
sto metrów długiej i dwadzieścia szerokiej, wypełnionej rzę- 
dami kapsuł. Każda kapsuła miała trzy metry długości, prze- 
zroczystą górną część i wiązkę elektroniki na jednym końcu. 
Wszystkie prócz dwóch były puste, a do tych dwóch popro- 
wadził mnie Reid. 

Ja, i Meg za moim wzrokiem, spojrzeliśmy na nasze naj- 
widoczniej śpiące formy, unoszące się w czystym płynie. 
Ciało Meg wyglądało tak, jak zawsze wyglądała w moich 
oczach. Moje było przypomnieniem, że obraz ciała, które 
zachowałem z czasu mojej śmierci, było tym odmłodzonym, 
raczej niż młodym. Czy kiedykolwiek byłem tak... niewinny? 
To wyglądało prawie jak gwałt, żeby wysyłać mój zhako- 
wany, skopiowany, obrośnięty doświadczenia umysł prze- 
wodami, które plątały się z moimi unoszącymi się włosami. 

— Gdzie są inni? — spytałem. 

— Wy dwoje jesteście ostatni — powiedział Reid. — Wszyst- 
kich innych już załatwiliśmy. — Pogrzebał w kablach łączą- 
cych, odwrócił się do mnie z pytaniem w oczach. 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 472 


— Ty pierwszy — powiedziała Meg. 

Wskazałem na zbiornik, w którym leżał mój klon. 

— Myślę, że będzie lepiej, gdy złożysz kończyny — po- 
wiedział Reid. — Proces zabierze kilka godzin. 

Opadłem na podłogę. Reid pochylił się nade mną i pod- 
łączył kabel do mojej skorupy. Pamiętałem moją pierwszą 
kurację przedłużającą życie i zatrzymanie mojego serca. Nie 
wiedziałem wtedy, przy jakich suchych morzach kochałbym 
Annette, jakie skały stopiłyby się, zanim bylibyśmy nieśmier- 
telni. Pamiętałem kazachskie wały śniegu, kolory wycieka- 
jące ze świata, twarz Reida i Myry. Pamiętałem zanikające 
światło w umysło-Świecie makra i ratunek Meg. To byłaby 
moja czwarta Śmierć. Nie przyzwyczajałem się, ale miłość 
zawsze była ze mną, i ciągle była ze mną. 

Wszystko znikło. 


Zobaczyłem parę butów kowbojskich, dżins, kurtkę i, 
gdy podnosiłem wzrok, beznamiętną twarz Reida. 

— Przepraszam, chłopie — powiedział, gdy wstawałem. — 
To nie zadziałało. Ani dla Ciebie ani dla sukkuba. 

Poczułem obecność Meg jak dłoń trzymaną w ciemno- 
ści. 

— Co to znaczy, nie zadziałało? 

— Wasze umysły nie są już więcej kompatybilne z ludz- 
kimi mózgami. — Wzruszył ramionami. — Transfer nie mógł 
przejść przez interfejs. Nie istnieje tłumaczenie z waszego 
komputera na połączenia synaptyczne. Musiało być coś, co 
zdarzyło się w makro. 

— Wszyscy inni byli w makro. — zaprotestowałem, ale już 
wiedziałem, jaka będzie jego odpowiedź. 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 473 


— Nie kiedy makra się psuły — wskazał. — A to ja popro- 
siłem cię, żebyś to zrobił. Jak powiedziałem, przykro mi. 

W tej chwili jego twarz pokazywała prawdziwą winę. 
Znałem go dostatecznie dobrze, żeby wiedzieć, że wina nie 
była emocją, której ważność rozpoznawał, lub prawdopo- 
dobnie czuł długo. 


— Czy cokolwiek może być z tym zrobione? — spytał 
Meg. 

Reid pokręcił głową. 

— To jest ta stara pułapka — powiedział. — Szybki Ludek, 
czy są uploadami czy AI, mógłby coś zrobić. My nie mo- 
żemy, nie śmiemy, ich wskrzesić, póki nie wiemy jak ich 
ochronić od zepsucia lub powstrzymać ich, gdy się zepsują. 

Staliśmy w ciszy, myśląc nad tym. 

— Dobra — powiedział — mogę z tym żyć. Dużo tutaj 
pracy dla młodego bystrego robota. Zawsze mogę użyć VR 
i projekcji i tak dalej, żeby się socjalizować... 

— Nie radziłbym tego — powiedział Reid. — Nastawienie, 
o którym wam mówiłem, zakorzeniło się mocniej, jeżeli coś. 
Ludzie to ludzie. Roboty to roboty. Razem z tym idzie to 
niemal histeryczne uczucie przeciwko rozmazywaniu gra- 
nicy pomiędzy VR i rzeczywistością faktyczną. Wszyscy są 
przekonani, że w ten sposób Szybki Ludek się popsuł, lub 
oszalał. 

— I nie są mocno w błędzie — powiedziałem ponuro. — 
Ale nie rozumiem, jak ludzie rezygnują z zalet posiadania 
VR. 


— Nie rezygnują — powiedział Reid. Przesunął palcem po 
kurzu na kapsule do klonowania, zostawiając tłusty ślad. — 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 474 


Używają jej do gier, zdaje się do porno, oraz do projektowa- 
nia. Jednak ciągłe VR, takie, w jakim wy żyjecie, nie. 

— Ok — powiedziała Meg. — Jak powiedział Jon, mogę 
z tym żyć. Mogę żyć z nim. Nigdy nie robiłam niczego in- 
nego. Niemniej to, co chcę wiedzieć to, co możemy właści- 
wie robić? Nie moglibyśmy kontynuować badań nad kontro- 
lowaniem lub powstrzymywaniem Szybkiego Ludku? W końcu, 
sądzę, że jesteśmy całkiem dobrze do tego przygotowani. 

Reid spojrzał groźnie na mnie. 

— Nie ma mowy — powiedział. — Nie ma kurwa mowy. 
Nie istnieją w tej chwili projekty badawcze. Nie możemy 
sobie na to pozwolić, a ja nie pozwolę na to. Mam klu- 
cze kodowe, żeby wskrzesić makra, i to ja zdecyduję o cza- 
sie i miejscu. Zrobimy to we właściwym czasie, kiedy bę- 
dziemy mieć izolowanie laboratoria w kosmosie z wycelo- 
wanymi w nie działami laserowymi. I pozwól, że ci powiem, 
każdy inny na całej pierdolonej planecie zostawiłby cię wy- 
łączonego i wepchnął w najbliższy recykler metalu w mi- 
nucie, tej samej pierdolonej minucie w której odkryłby, że 
jesteście zainfekowani jakimkolwiek gównem z makr! 

Wycofywał się, cień trwogi i podejrzenia na twarzy. 

— Wiesz — kontynuował — ta sugestia, którą właśnie po- 
wiedziałeś, jest tym rodzajem sztuczki, jaką byś wyciągnął, 
gdybyś był wykorzystany jako wektor przez coś pozosta- 
wionego przez jedną z tych rzeczy. Nie zrozum mnie źle, 
Wilde, nie obwiniam ciebie. Jednak sparzyłem się na nich 
raz, i to było zbyt dużo. 

Wierzyłem mu. Nie było sprawy do przedstawienia. Na 
jego miejscu, zrobiłbym i myślał tak samo. Byliśmy, zro- 
zumiałem, podobni: nie znając prawa, moralności, senty- 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 475 


mentu, nasz egoizm nie drobny jak u dziecka, ale ogromny 
jak u diabła, lojalni tylko wobec tego, co nasze własne, okrutne 
ego potraktowały jako własne. Reid potraktował Świat jako 
swój, a ja Nieożywionych. 

— Ok — powiedziałem — ok, spokojnie. Jednak powiedz 
mi, co mogę zrobić? 

— Odejdź stąd tak daleko, jak to możliwe — powiedział 
Reid. — Badaj planetę, to byłoby przydatne i interesujące, 
i zachowa cię od innych ludzkich istot przez długi czas. 

— W porządku — powiedziałem. — To nam pasuje. 

"Tylko Meg, jestem pewien, wyczuła gorycz w mojej ak- 
ceptacji wygnania. 

Rozejrzałem się. 

— Co się stanie z tym miejscem, teraz gdy już skończyli- 
ście downloady? 

Reid wzruszył ramionami. 

— Prawdopodobnie sprzedam to firmie medycznej — po- 
wiedział. — Ciągle możemy klonować zastępcze ciała lub 
części dla ludzi. Możemy też robić transfery na żywo, to 
tylko ożywienia zmagazynowanych umysłów jest w tym mo- 
mencie poza opcją. Oraz. . .— Przerwał. — Och, wszystkie ro- 
dzaje rzeczy! Dlaczego? 

Roześmiałem się. 

— Nie chcę zobaczyć chodzących moich klonów. Lub 
Meg, jeżeli o to chodzi. Mam wystarczająco dużo proble- 
mów z moją tożsamością taką, jaka jest. 

Sięgnął do szczeliny z boku komputera w kapsule. 

— Proszę bardzo — powiedział. 

Podał mi płatek plastiku jak szkiełko mikroskopowe. 

— Twoja próbka tkanek. — Reid się uśmiechnął. 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 476 


Spojrzałem na przezroczyste szkiełko, wzrokiem robota. 
W jego centrum był prawie niewidzialny pyłek skóry, zapie- 
czętowany w bąblu azotu, oraz chip kodujący. 

— Więc to jest prawdziwe ja — powiedziałem. — Co jest 
na chipie? 

— Twoja oryginalna pamięć — powiedział Reid. Podszedł 
do drugiej kadzi i podał kolejne szkiełko. — Meg, spójrz, nie 
ma żadnej. Oczywiście, z Twojego nie ma żadnego choler- 
nego pożytku, nie można ożywić bez Szybkiego Ludku. Jed- 
nak tak czy inaczej, jest Twoje. 

Schowałem próbki w schowku w kadłubie. 

— A co do tych pustych... — powiedział Reid. Wprowa- 
dził kod w komputerze każdej kadzi. Płyn w podach stał się 
mleczny, potem mętny, gdy małe maszyny rozkładu, nano 
piranie, wykonywały swoją pracę. Nawet komórki krwi były 
rozrywane na molekuły, zanim mogłyby zanieczyścić wodę. 
Było po wszystkim w ciągu kilku minut, kapsuły spłukane 
na czysto. 

— Dziękuję — powiedziałem, wychodząc. 

I pierdol się, chłopie. 


Zarobiliśmy fortunę, budując kanał. Ciągle było moż- 
liwe dla robota, znanego z własnego ludzkiego umysłu, han- 
dlować we własnym imieniu. Nie wiem, czy ktokolwiek wie- 
dział, że byłem ostatnim tego rodzaju. Wyczyściliśmy konto 
bankowe i kupiliśmy naziemny ciągnik oraz mnóstwo sprzętu, 
narzędzia, maszyny-narzędzie, łączność, jądrówki, nanotech, 
software VR, sprzęt do klonowani i wszystkie procesory, 
jakie moglibyśmy dostać. Załadowałem je na ciężarówkę, 
wpiąłem się w kabinę i wyruszyłem, ulicami i za miasto, 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 477 


w przeciwnym kierunku niż Kamienny Kanał. Przed nami 
leżały półpustynne pustkowia, suche dna mórz, reliktowe 
i wymarłe formy życia, suche kości i suchsze szkielety ze- 
wnętrzne. Za nami, rosnące wieże Miasta malały na hory- 
zoncie. 

Przełączyłem się moduł wirtualnej rzeczywistości, który 
przedstawiał mnie jako prowadzącego z Meg obok na sie- 
dzeniu. Uśmiechnąłem się do niej. Była cicha, nie doradza- 
jąca, w ciągu tych wszystkich celowych działań. 

— Co będziemy robić, Jon? — spytała. 

Zdjąłem jedną rękę z kierownicy i pomachałem, ogar- 
niając iluzyjny, brudny realizm kabiny. Na obudowie były 
opalenia z papierosów. 

— Możemy zagłębić się w te jednolite wirtualności — po- 
wiedziałem. — To jest znacznie lepsze niż ciało, kochanie. 

— Trzymam Cię za słowo — powiedziała. — Ale co bę- 
dziemy robić? 

— Objedziemy całą planetę — powiedziałem. — A kiedy 
będziemy to robić, zhakujemy bramy piekła. 

Powiedziałem jej, co miałem na myśli, a ona się z tym 
zgodziła. Każda kobieta, którą znałem, i każdy mężczyzna, 
jeżeli o to chodzi, błagałby mnie, bym zmienił zdanie. Mów 
co chcesz o sukkubach, to lojalne dziwki. 

Zapadła noc i jechaliśmy bez Świateł, bez zmęczenia 
i rozmawialiśmy jak zhakować bramy piekła. Ponad nami, 
pierwsze nadlatujące komety tworzyły kropki i kreski na 
niebie. 


Toczyliśmy się dookoła planety więcej razy, niż mi się 
chce liczyć, a planeta toczyła się dookoła gwiazdy setki razy, 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 478 


zanim Wieża była zbudowana, kilka wieków, według rachuby 
Ziemi. Kanały się rozwinęły, inne osady wzrosły. Populacja 

rosła, wolno, jak każda nieśmiertelna ludność. Odkryliśmy 

zasoby minerałów, złoża kopalin, węgiel. Sprzedawaliśmy 

informację, a czasem substancje. Poszukiwacze łapali pod- 

wózkę, płacili drobiazgach sklepu i ubraniach, które wymie- 

nialiśmy z innymi podróżnikami. 


Nasze konto bankowe pozostało otwarte i się wypełniało. 
Dla uzupełnienia naszego zaopatrzenia handlowaliśmy po- 
średnio, przez przedsiębiorstwa i podejrzanych pośredników. 
Często rozmawialiśmy z robotami, rzadko z ludźmi. Postawa, 
o której ostrzegał nas Reid, stała się nie tylko zakorzeniona 
w kulturze, stała jej kamieniem węgielnym. Kiedy stało się 
modne, pośród lekkomyślnie bogatych, klonowanie „pustych 
z dodatkowych próbek tkanek i wyposażanie je w umysły 
robotów, rozróżnienie pomiędzy prawdziwymi ludźmi a ma- 
szynami tylko się pogłębiło. 


» 


Prócz dysydenckiej mniejszości, która nazywała siebie 
abolicjonistami. Niektórzy zachowali idee starożytnego anar- 
chistycznego agitatora, Jonathana Wilde'a. Jego pamięć, za- 
pewniali się wzajemnie, była nieśmiertelna. Trzymaliśmy 
się od nich z daleka. 


Częściowo w odpowiedzi na abolicjonistów, idee „praw 
robota” i restartowania rasy Szybkiego Ludku, wskrzeszenia 
Nieożywionych, powiązały się i zostały odrzucone. Reid stał 
się głosem na rzecz odrzucenia. Jeżeli kiedykolwiek mia- 
łoby być to zrobione, byłoby to w odległej przyszłości, która 
oddalała się jak kiedyś komunizm w umysłach komunistów. 


Pewnej nocy, kiedy nasz pojazd trzeszczał po kanale za- 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 479 


lewowym w głębokiej pustyni, skończyliśmy Wieżę. Poszli- 
śmy z powrotem naszą wirtualną doliną, do naszego domu. 
— Gotowa? — spytałem Meg. 
— Gotowa jak zawsze — powiedziała. 
Zatrzymałem pojazd i wszedłem w Ramę. 


W ciągu kilku ostatnich wieków, stałem się czuły na róż- 
nice pomiędzy wirtualnym ciałem a rzeczywistym. Pomimo 
jego oczywistej solidności, pomimo wszystkich przyjemno- 
Ści, które mogło sprawić lub wymyślić, pomimo realizmu 
bólu i niewygody, które czasami czuło (reguły spójności), 
wirtualnemu ciału brakowało jakiegoś ostatecznego, podsta- 
wowego dotyku, które było niczym więcej niż codzienne 
miliony subtelnych wpływów i impulsów, które powstały 
z codziennego uchwytu materialności. Kiedy doświadcza- 
łem ciała robota jako mojego własnego, czułem się znacznie 
bardziej ludzki, niż kiedykolwiek byłem w symulacji ludz- 
kiego ciała. 

Zatem teraz. Płaski owal mojej metalowej skorupy był 
zagłębiony w kabinie, kończyny schowane, przewody łączące 
je ze sterowaniem ciągnika. Moje zmysły odbierały promie- 
niowanie z gwiazd, delikatną podczerwień zimnego i sty- 
gnącego piasku, ostrożne poruszenia i okrutne spotkania po- 
zostałego naturalnego, i napływającego obcego, życia na pu- 
styni. 

Rozejrzałem się dookoła, oczekując jakiegoś objawie- 
nia. Świat był taki sam jak zawsze. Zbudowałem w moim 
umyśle wieżę, z moich wspomnień, z fragmentów danych, 
które wyrwałem w dekadencji makro, i nic się nie zmieniło. 

Mila Malleya — nasza strona — była w swoim znajomym 
miejscu, w głębinach nieba. Spojrzałem w górę tam, gdzie 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 480 


wiedziałem, że była na swojej orbicie. Po drugiej stronie, 
w innym czasie, była powierzchnia Jowisza. Do tego czasu 
powierzchnia już by się rozszerzyła, a orbita by się pogor- 
szyła. Tunel czasoprzestrzenny napotkałby planetę w ciągu 
— myślałem przez chwilę — roku, w obrębie rzędu wielkości. 
Trudno byłoby powiedzieć, zbyt dużo nieznanych. W każ- 
dym wypadku, przybliżenie rzędu wielkości nie było tak złe 
po takim czasie: nie więcej niż dekada, nie mniej niż mie- 
siąc minęłoby, zanim Mila Malleya spotkałaby największe 
makro z ich wszystkich, masa gazowego giganta zamieniona 
w masę umysłu. 


To był wielki plan, długofalowy, który podsłuchałem w trak- 
cie mojego ostatniego spotkania z rozkładającą się dziedziną 
Szybkiego Ludku. Zwolniliby swoje procesy fizyczne i umy- 
słowe, prawie zamrozili rozwój. A potem, z dosłownie chłodną 
rozwagą, te, które zachowałyby racjonalność, usunęłyby resztę. 
Potem, z zasobami Jowisza na życzenie, ocaleńcy znowu by 
się rozmnożyli. Tym razem, poczekaliby, póki ich rozwija- 
jąca się dziedzina nie objęła Mili Malleya: bramy do końca 
czasu. 


Szok zrozumienia przedarł się przez iluzję, że było to 
coś, co zawsze wiedziałem. Zrozumiałem, że Wieża osta- 
tecznie mnie zmieniła. Zainstalowała tę nową wiedzę. Rów- 
nania Malleya, plany makra i więcej: wiedziałem, jak uru- 
chomić zachowany umysł i odbić go w mózgu. Nie mia- 
łem zasięgu, zakresu, prędkości bytu, którym byłem, kiedy 
pierwszy raz je poznałem, w makrze. Gdybym miał, teraz, 
stałbym się jednym z Szybkiego Ludku, ale działałem wolno, 


Rozdziat 20. Kamienny Kanał 481 


na prymitywnym hardwarze. Ale pamiętałem, czego się na- 
uczyłem i zrozumiałem niebezpieczeństwo przed nami. 

Wyszedłem z Ramy i powiedziałem Meg. Ona też się 
zmieniła. Zrozumiała. 

— Zadzwoń do Reida — powiedziała. 

Zmieniliśmy scenę. Z powrotem teraz w iluzji kabiny, 
w naszej wspólnej fantazji bycia tylko kierowcą i dziew- 
czyną autostopowiczką, którą podwoził, smutne, naprawdę. 
Umysłowo sprawdziłem pozycje satelitów komunikacyjnych, 
potem pochyliłem ekran telefonu i wybrałem połączenie do 
Reida. 

'To był najbardziej prywatny, osobisty numer, jaki kiedy- 
kolwiek znalazłem, i ciągle dotarłem do jego sekretarki. 

Patrzyłem się na nią, mój umysł pracował znacznie szyb- 
ciej niż jej. Gdy jej zielone oczy się rozszerzyły, czarne brwi 
zwęziły w zakłopotaniu, gdy patrzyła na nas, na dziwną, ci- 
chą parę w ciężarówce na pustyni. Jaką arogancję musiał 
mieć Reid, jaką pogardą dla wszystkiego, co czuję! Dotąd 
musiał być pewny, że nie czuję nic, że wirtualna krew nie 
mogłaby naprawdę zamarznąć, a symulowane łzy nie mo- 
głyby zmoczyć przedstawienia twarzy. 

Zauważyłem, myśląc tak szybko, że wszystko na chwilę 
zamarło, że miałem otwarty kanał. Wysłałem podprogowe 
sugestie i wirusowy sabotaż jak przekleństwo. Część trafiła 
na firewall, część została utracona w kopiowaniu, a część po 
prostu wkręciła się w elektronikę Reida. Niemniej jednak 
część, byłem pewny, dotarła. 

Jej usta tylko się otworzyły, tylko rozsunęły. Mrugną- 
łem, raz. 

— Zapomnij — powiedziałem. — Zły numer. 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 482 


Obraliśmy kurs na pogórze Gór Madreporowych, prze- 
cinając Kamienny Kanał. Chcieliśmy dostać tak blisko, jak 
to możliwe źródła, gdzie kometarny lód był ciągle bogaty 
w substancje organiczne. Niemal każdego dnia kawał brud- 
nego lodu pędziłby nad głowami i błyskał za zerodowanymi 
szczytami. 


Po zaparkowaniu ciężarówki w wąwozie przy kanale, 
poszedłem na tył i zacząłem wyciągać ekwipunek. Kadź wzro- 
stowa była surowa, niewiele więcej niż wanna z kompute- 
rem i dołączonym mikrofabryką. Upuściłem rury ekstrak- 
cyjne przy brzegu kanału i złożyłem moją własną rafinerię. 
Przejrzałem moją nową wiedzę, jak zainstalować zmagazy- 
nowany umysł w kopii umysłu, z którego został pobrany. 
Wyjąłem małe plastikowe szkiełko z mojego kadłuba i wło- 
żyłem do maszyny. 


Część wzrostu klona była naturalna, ale wiele z niego 
było przyśpieszanych i wymuszanych przez asemblery in- 
teligentnej materii. Mimo tego budowanie ciała zajęło czas. 
Nie mieliśmy czasu, żeby podjąć rozwój od embrionu: wy- 
rastał pełnowymiarowy od początku, szkielet przybierający 
kształt i pozyskujący organy, mięśnie i skórę w grotesko- 
wym odwróceniu procesu rozpadu. Jednak Meg i ja obser- 
wowaliśmy jego wzrost, lub konstrukcję, tak miłośnie jakby 
był płodem w wypukłym łonie. 


Spał, kiedy, pewnego wczesnego ranka dziesięć dni póź- 
niej, wyciągnęliśmy go z kadzi. Osuszyliśmy go, ubraliśmy, 
zanieśliśmy koło ciągnika, teraz zamkniętego, zapieczęto- 
wanego i uzbrojonego, poza wąwóz i wzdłuż kanału, póki, 


Rozdział 20. Kamienny Kanał 483 


gdy dzień się ocieplał, nie zaczął się poruszać. Położyliśmy 
go na brzegu i czekaliśmy. Słońce wspinało się po niebie. 
Obudził się i pamiętał umieranie. 


Rozdział 21 


Rozległe i Chłodne 


Stałem tam w jaskini, w ciele Dee, i próbowałem szybko 
myśleć. Nie było to łatwe. 


Ze wszystkich ciał, w jakich byłem, te było najdziwniej- 
sze, najbardziej obce. (A tym bardziej że kiedyś znałem jego 
każdy zawiły centymetr). W ciałach robotów miałem moż- 
liwość ucieczki do wirtualnego ciała. Nie w tym. Jak Meg 
powiedziała, w tym umyśle było miejsce dla nas wszyst- 
kich, ale przy umyśle Dee i innych jaźniach nie było miejsca 
na rzeczywistość wirtualną. Musieliśmy dzielić się czasem, 
jedno z nas przy sterowaniu, reszta świadoma, ale pasywna. 


Choć pewnie nigdy nie planowałem ani nie wyobraża- 
łem sobie, że sprawy się ułożą w ten sposób, było to najlep- 
sze ciało, przez które mógłbym przekonać Reid, co należy 
zrobić. Wszystkie jego świadome uprzedzenia mogłyby być 
podważone przez ten głos, który przymilał się i droczył, tę 
twarz, która uśmiechała się i płakała, to wcielenie obsesji, 
która przetrwała poza śmierć prawdziwego przedmiotu. 


Z, początku miałem nadzieję pokonać Reida, zmusić go 
legalnie i przez nacisk opinii publicznej do wydania kodów, 
które odblokowały interfejs z magazynem inteligentnej ma- 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 485 


terii Szybkiego Ludka i Nieożywionych. Nie doceniłam siły 
jego oporu wobec samej idei. 

Początkowo uratowałem Dee i Axa, zostawiając Wilde a, 
by sam się bronił, częściowo, żeby potraktować Dee jako 
kartę przetargową, i częściowo, żeby zatrzymać szaleństwo 
zabijania, które ona i Ax rozpoczęli. Dopiero gdy zaprosi- 
łem Dee do mojej wirtualnej rzeczywistości, dowiedziałem 
się, gdzie Reid przetrzymywał i ukrywał kody: w umyśle 
Dee, w Sklepie i Sekretach. Tego, że nigdy nie spodziewa- 
łem się ich tam znaleźć, jest, może dowodem sprytu jego 
wyboru. 

Z tymi kodami oraz informacjami z makro, które Meg 
i ja w końcu przetłumaczyliśmy, wiedziałem, że mogę iść 
śmiało i zrestartować Szybki Ludek bez pomocy Reida, do- 
browolnej lub innej. 

A teraz ten plan, też, został spuszczony z wodą. 

Więc po prostu wszystko wyznałem. 


— Dobrze — powiedział Reid. — Dobrze. Przyznaję Ci, 
że masz powód, żeby to wszystko rozpoczynać. — Wskazał 
na stosy skrzyń, które przywiózł helikopterem, dawno temu, 
i stosy materiałów, które dodałem od tego czasu. W tym 
czasie wszyscy siedzieliśmy dookoła skrzyń, rozmawiając, 
paląc i pijąc kawę. (Jedno z dóbr handlowych, które akumu- 
lowałem). 

— Ale co — kontynuował — zrobimy, żeby ich potem za- 
trzymać? 

— Proste — odpowiedziałem. Przeszukałem torbę Dee, rę- 
koma Dee. Wyciągnąłem plastikowe pudełko, które jej da- 
łem, i je otworzyłem. Wewnątrz były próbki mojego klonu 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 486 


i Meg, i zapieczętowana plastikowa ampuła trucizny dla in- 
teligentnej materii. 

— Miałeś to cały czas — powiedziałem. — Niebieski Glut. 
To gówno było natryskiwane na dzikim nanotech przez de- 
kady, zmieniając się cały czas. Wyewoluowało poza jaką- 
kolwiek odporność Szybkiego Ludku, jaką mógłby nabyć 
w ciągu, hm, minut i minut. 

Reid się roześmiał. 

— „Przygotowałem wcześniej”, co? A co jeżeli ich na- 
ukowcy są bystrzejsi niż nasze wirusy? 

— Pierdolnąć jądrówkę — powiedziałem. Rozejrzałem się 
nieokreślenie po grocie. — Mam tutaj gdzieś leżących kilka 
kiloton. 

— Trochę samobójcze — skomentował Reid. 

Spojrzałem na niego ostro. 

— Robisz backupy? 

Znowu się roześmiał. 

— Oczywiście. 

— Chwila — powiedziała Tamara. — Mówisz o urucho- 
mieniu, co, tysięcy? nadludzkich umysłów w inteligentnej 
materii, otrzymaniu odpowiedzi na kilka pytań, a potem wy- 
mazaniu ich? 

Reid i ja wymieniliśmy zaskoczone spojrzenia, i wtedy 
zrozumiałem, że zwyciężyłem. 

— Tak — powiedział Reid. — Co w tym złego? 


Było w tym dużo złego, ale i tak to zrobiliśmy. 
Pytania, jakie postawiliśmy Szybkiemu Ludkowi, były 
następujące: 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 487 


W jaki sposób przedostać się przez Milę Malleya, z po- 
wrotem do Układu Słonecznego? Odpowiedź została zapi- 
sana w komputerze pokładowym zwykłego pojazdu kosmicz- 
nego, tego typu, który na Nowym Marsie był używany do 
zaganiania fragmentów komet. 

Co można zrobić, żeby zmienić pozycję orbitalną nie- 
egzotycznego tunelu czasoprzestrzennego Malleya? Odpo- 
wiedź na to została zapisana na doraźnym rozszerzeniu kom- 
putera pokładowego pojazdu kosmicznego. 

Czy istnieje lek na schorzenie wykazane w tej próbce 
krwi? Odpowiedź na to została zapisana w standardowym 
zestawie medycznym i wstrzyknięta w Axa. 

Jak możemy odzyskać i wskrzesić zachowane umysły 
i ciała Nieożywionych? Odpowiedź na to została zapisana 
w sprzęcie, który znieśliśmy po zdradzieckich stopniach na 
brzeg jeziora kometarnego. 

Cały proces zabrał nam resztę nocy, ale wtedy, wszyscy 
byliśmy Wolnym Ludkiem. Kiedy byliśmy pewni, że wy- 
izolowaliśmy magazyny pamięci, żeby powtórzyć zadanie, 
jeżeli będzie trzeba, wrzuciliśmy Niebieski Glut do zbiorni- 
ków, gdzie żył Szybki Ludek. Nie widzieli nadejścia i jestem 
pewien, że nic nie poczuli. 

— Klasyczna praktyka programistyczna — powiedział Ta- 
marze i Axowi Reid. — Zachowaj kod źródłowy, skasuj plik 


obiektowy] 


I plik obiektowy — plik binarny generowany przez kompilator lub asembler 
podczas kompilacji pliku z kodem źródłowym, plik binarny jest wykonywany 


w systemie operacyjnym komputera, zob. https://pl.wikipedia.org/ 
wiki/Plik_obiektowy - przyp.tłum. 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 488 


Meg i ja odeszliśmy z umysłu Dee, przez kabel Świa- 
tłowodowy pod kanałem, i (przez różne transfery, na myśl, 
o których budzę się w nocy) do modułu sterowania sondy 
stojącej na pomoście wyrzutni laserowej po drugiej stro- 
nie Miasta Statku, tej samej sondzie, do której ściągnęli- 
śmy koordynaty tunelu. W międzyczasie, jeden z ludzi Reid 
przeleciał helikopterem przez miasto, z garścią molekular- 
nych maszyn konstrukcyjnych, które moglibyśmy, jeżeli ko- 
nieczne, rozwinąć w całym kompleks fabryczny. Spakował 
go w mały magazyn statku. Upewniliśmy się, że nasze in- 
formacje genetyczne są załadowane. 


Nie było dużo miejsca w module na VR. Doświadcza- 
liśmy przez zmysły statku, ale mieliśmy łącze telewizyjne, 
a przez nie obserwowaliśmy ludzi w jaskini i przy brzegu. 
Reid, Dee, Tamara i Ax byli pochłonięci dyskusją, ze sobą 
i z ludźmi w Mieście. Tego poranka Dwudnia, Plac Okrągły 
był centrum tego, co czasem wyglądało jak nadwyżka dzi- 
kich grup centralnej wyspy, i czasami wyglądało jako jakiś 
rodzaj demokracji masowej, i od czasu do czasu przeradzało 
się w zamieszki. Różne sądy — Talgartha, i inne z bardziej 
konwencjonalnymi procedurami — prowadziły rozprawy w spra- 
wie licznych pozwów, które pojawiły się w trakcie wydarzeń 
ostatnich dni. Anderson Parris (tymcz. zmarły) pozywał Re- 
ida za działania jego gynoida, Dee Model. 


Reid nagle przestał się kłócić i zaczął zbierać te zasoby 
pieniędzy i darowizn, które były w Mieście Statku, na po- 
moc po katastrofie. Nowy Mars nie znał głodu, wojen, i miał 
wystarczająco dużo wypadków przemysłowych, żeby pod- 
trzymać potrzebę dla organizacji charytatywnych. To, przed 
czym teraz stanęli, było katastrofą od tyłu. 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 489 


Przełączyliśmy na kamery i zdalne patrzące na brzeg je- 
ziora kometarnego. W tej ciemnej, bogatej w składniki od- 
żywcze wodzie, proces, którym wskrzesiliśmy Wilde'a był 
powtarzany i pomnażany, ze straszliwą prędkością przetwa- 
rzania inteligentnej materii. Ciała tworzyły się, setkami, po- 
tem tysiącami, żeby zdryfować lub przepchnąć się ku suro- 
wym, dawnej półce na plaży jeziora. Kapiąc, kaszląc pły- 
nami z ich nowych płuc, wciągali się ślepo na brzeg i leżeli 
przez chwilę w słońcu. Po kilku minutach patrzyli na kołu- 
jące samoloty, unoszące się helikoptery i zastanawiali się, 
gdzie się do cholery znajdują. 

Ostatni raz, gdy zobaczyliśmy Wilde'a, był daleko na 
brzegu, szukając pośród nagich i drżących ciał Annette, na 
którą liczył, i która na niego liczyła, pośród Nieożywionych. 


Lasery wypchnęły nas na parze na orbitę, potem prze- 
jęły rakiety chemiczne. Pozwoliliśmy systemom namierza- 
nia pracować, wolałbym sprawdzić znowu swoje odruchy 
rakietowe po tym czasie, ale Meg mi to wyperswadowała. 
Rozmawialiśmy dużo, w tej długiej podróży do wormhole-córki: 
o tym, co możemy znaleźć, co powinniśmy zrobić, jeżeli 
nie będzie nikogo do ostrzeżenia, lub nikogo do działania 
w odpowiedzi na ostrzeżenie. Szybki Ludek zaproponował 
pewne sugestie. Naszym pierwszym priorytetem, po przy- 
byciu do Układu Słonecznego, byłoby znalezienie zasobów 
materii i energii do ich przeprowadzenia. Prawdziwym ogra- 
niczenie był zasób, które nie mogliśmy być pewni posiada- 
nia, czas. 

Wypadliśmy przez bramę tunelu. 


To, co zobaczyliśmy, kazało mi uciekać z powrotem. 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 490 


Pojawiliśmy się, jak przewidywaliśmy, na orbicie do- 
okoła Jowisza, wysokiej orbicie, która nie została przewi- 
dziana. Po raz pierwszy zobaczyłem Pierścień z góry. Nie 
był niczym jak te w Saturnie, ale mimo to był widowiskowy. 
Koncentryczne białe pierścienie, podzielone mniejszymi czar- 
nymi pierścieniami, które musiały zostać przeniesione przez 
stulecia z orbit pozostałych księżyców Jowisza. Sam Jowisz 
uległ zmianie, jego kolorowe pasy teraz oswojone, skiero- 
wane w pływy skierowane ku górze, które uformowały hek- 
sagonalne komórki, ze szkicową aluzją bardziej solidnych, 
dzielących je, struktur. 


— To jak plaster miodu! — wyszeptała Meg, za moim 
umysłem. 


— Tak — powiedziałem. — I nie chcemy poznać roju. 


Odpowiedzią Meg było powiększenie widoku na wprost. 
Sto kilometrów dalej, na tej samej orbicie, stał rój szka- 
radnie wyglądających statków kosmicznych, jakie kiedykol- 
wiek widziałem. Miały doskonałość mechanizmu, skończony 
wygląd w ich potężnych przegubowych rozszerzeniach IŚśnią- 
cego mosiądzu i stali. Ich wielorakie oczy i anteny sondu- 
jące obróciły się na nas. Ich rakiety i lasery przesunęły się 
w pozycję gotowości bojowej jak odsłonięte żądła. 

Nasze własne anteny natychmiast zostały obite ich czę- 
stotliwościami wywoławczymi. Czułem lekki dotyk radaru 
na kadłubie. 


— Firewalle włączone? — spytałem Meg. 
— Tak. 


Ostrożnie otworzyłem przychodzące łącze wideo i wy- 


Rozdziat 21. Rozległe i Chłodne 491 


słałem identyfikator mikrofalami do orbitalnym fortów — lub 
myśliwców — przed nami. 

Na ekranie wideo w centrum wzrokowym mojego umy- 
słu, zamglona przez chroniące firewalle software'u antywi- 
rusowego, pojawiła się kobieca twarz. Młoda kobieta, z za- 
plecionymi włosami, nakątnymi powiekami, szerokimi po- 
liczkami, skórą koloru kawy, cienkimi ustami i szerokimi 
zębami. . . ciężko było stwierdzić, które elementy przekonały, 
ale byłem pewien, że należała do nowej rasy, innej niż te, 
które wcześniej napotkałem: ludzka, zdaje się, jest słowem, 
którego szukałem. 

— Gadzisz angloskej, robot? — spytała z wątpliwościami. 

— Angielski? 

Uśmiechnęła się. 

— Jes, ahngielski. Podłapałeś ze starych transmisji, jes? 
Język się zmienił. Wiele się zmieniło. 


Wiele się zmieniło. 

Flota, która na nas czekała, była częścią Oddziału Cas- 
sini (jak się z dumą nazywali) Grupy Obrony Słonecznej, 
oddelegowanej do Komitetu Badawczego Anomalii Jowi- 
szowej. Ich jedyną misją było strzec Mili Malleya i zestrze- 
lić wszystko, co wznosiło się z powierzchni Jowisza. Z po- 
czątku myśleli, że jesteśmy kosmitami, lub tworem Szyb- 
kiego Ludku. Nie byli zadowoleni, kiedy im powiedzieli- 
śmy, że też nie ufamy ich transmisjom, nawet jeżeli ich statki, 
inaczej niż nasze, były dostatecznie duże (niechętnie to po- 
twierdziliśmy), żeby podtrzymać organiczne życie. W końcu 
zaroili się, otaczając nas jak mieszkańcy Mórz Południo- 
wych w skafandrach kosmicznych, przyciskając płyty twa- 


Rozdziat 21. Rozległe i Chłodne 402 


rzowe do naszych soczewek i (niektórzy) języki we wła- 
snych hełmach. 


Meg przeprowadziła analizy spektroskopowe ich języ- 
ków i mgły ich śmiejących oddechów, i zapewniła mnie, że 
byli ludźmi z ciała i krwi. Potem była nasza kolej na ich 
uspokojenie. Przesłuchiwali nas przez dni, a potem ustąpili 
i wyhodowali nas w kapsułach. Trzymali kapsuły wyizolo- 
wane i na muszce baterii dział laserowych. 


Myślę, że odczuli większą ulgę niż my, kiedy wyłonili- 
śmy się w ludzkich ciałach. Pokolenia wirusowych wiado- 
mości radiowych z kolejnych cywilizacji szybkiego ludku 
na Jowiszu sprawiły, że byli bardzo ostrożni wobec kom- 
puterów elektronicznych. Większość obliczeń w Układzie 
Słonecznym jest wykonywana w maszynach, które Babbage 
by rozpoznał z własnych najdzikszych snów. Widziałem te 
maszyny liczące. Wypełniają wydrążone góry. Zasilane są 
przez zapory, chłodzone przez rzeki. Używane są do roz- 
wiązania milionów równań. 


Oddział Cassini odesłał nas na Ziemię. Orbita transfe- 
rowa zabrała dostatecznie dużo czasu, żebyśmy Meg i ja 
zostali właściwie przedstawieni i stali się sławni. Wszyscy 
powyżej około szóstego roku Świetnie się bawili, kiedy od- 
kryli, że przybyliśmy ocalić ich od szalonych jowiszowych 
komputerowych maniaków zmierzających ku końcowi czasu. 


Światowa sława ma swoje wady, szczególnie na świecie 
trzydziestu miliardów ludzi. Jednak jest jakąś ulgą, po życiu 
w Świecie, gdzie idee, które forsowałem, stały się podstawą 
społeczeństwa, a moja pamięć jest nieśmiertelna. W tym 


Rozdział 21. Rozległe i Chłodne 493 


świecie, idee zostały zapomniane, a ja jestem przypisem w sta- 
rych książkach. 

Więc wędrujemy po Ziemi, Meg i ja, i rozmawiamy z ludźmi. 
Kiedy mówimy im o Mieście Statku, im więcej rozumieją, 
tym mniej im się podoba. Wydaje się dla nich nie anar- 
chią, jaką mają tutaj w Układzie Słonecznym, ale podzie- 
loną — a zatem pomnożoną — władzą. Więc nie mówimy 
dużo o Mieście Statku. Mówimy o pustyni i czekamy, aby 
ci dziwni, ale jakoś znajomi ludzie zapytali nas, jeszcze raz, 
czy pamiętamy drogę przez tunel czasoprzestrzenny na No- 
wego Marsa. To jedyny temat, który budzi zazdrość w ich 
oczach. Rozumiem dlaczego. Trzydzieści miliardów odrzu- 
ciło Malthusa: wszyscy są bogaci. Odrzucili Misesa: nikt nie 
jest opłacany. Odrzucili Freuda: nikt nie jest smutny. 

Niemniej jednak jest trochę tłoczno. 


Sonda kontynuuje swój lot z prędkością bliską światłu. 
Informacja, którą posyła, zawsze jest nowa, zawsze niespo- 
dziewana. Jednak najbardziej intensywne dane, dla mnie, 
były te, które pojawiły się całkiem wcześnie na jej kursie: 
ekspansja Hubble'q7] jest lokalna. Sonda już dawno minęła, 
inne, rozszerzające lub malejące, regiony kosmosu. Był Wielki 
Wybuch, ale nie był początkiem, albowiem nie ma żadnego. 
Ani Śmierci cieplnej wszechświata, ani Wielki Kolaps na 
nas nie czekają. Te zagłady (teraz jest tak mówione) z tych 
wszystkich błyszczących opracowań matematycznych, były 
tylko odbiciami społeczeństwa stojącego w obliczu swoich 
granic. 











80%99a-Lemas%C3%AEtre*E2%80% 99a|- przyp.tłum. 











Rozdziat 21. Rozległe i Chłodne 404 


Nie ma końca. 


Podziękowania 


Dziękuję Carol, Sharon i Michaelowi za miłość (i spo- 
kój) podczas pisania książki, Iainowi Banksowi za przeczy- 
tanie szkicu w trakcie picia, Mic Cheethamowi za uwierze- 
nie w nią, Johnowi Jarroldowi za zachowanie spokoju, zwo- 
lennikom Libertarii i Donikąd (wiecie, kogo mam na myśli), 
Larze Byrne za inspirację (i genotyp). 


Posłowie od tłumacza 


Oto druga część tetralogii „Jesienna Rewolucja”, a czwarta 
pozycja w serii „Czarna Flaga”. 

Tłumaczenie jest oparte na wydaniu wydawnictwa Tor 
pn. „Fractions”, które składa się z pierwszego i drugiego 
tomu tetralogii. Zgodnie z zamysłem autora ta powieść, choć 
może być czytana samodzielnie, nawiązuje do „Gwiezdnej 
Frakcji”. Poznajemy w niej lepiej uniwersum „Jesiennej Re- 
wolucji”. 

W przedmowie do pierwszego tomu autor zadaje pyta- 
nie, „pytanie MacLeoda”: A co jeśli kapitalizm jest niesta- 
bilny, a socjalizm niemożliwy? 

Pierwszy tom zawiera pewną odpowiedź, która zostaje 
znacznie lepiej wyartykułowana w drugim tomie. Ten tom 
przedstawia przyszłość libertariańską, anarchokapitalistyczną. 
Jest to wersja bardzo realistyczna, chociażby dlatego, że główny 
bohater, Reid, utrzymuje swoją pozycję dzięki posiadanemu 
kapitałowi, a system jest tak zbudowany, żeby jego, właści- 
ciela, przywileje zachować i podtrzymać wyzyskiwanie in- 
nych, osób, robotów, robotów równoważnych człowiekowi. 

Wśród nie-właścicieli, praca niewolnika, praca sekza- 
bawki, jest akceptowana. 


Posłowie od tłumacza 497 


W tej części, pojawia się także wyczekiwana osobliwość 
czyli powstanie sztucznych inteligencji, które są na tyle zło- 
żone, że nic nie stoi im na przeszkodzie przed całkowitym 
zdominowaniem kosmosu. 

Nasuwa się pytanie, które warto sobie zadać sobie, dla- 
czego, biorąc pod uwagę prawo Moore'a, 25 lat po wydaniu 
tej powieści nadal nie zaistniała taka osobliwość? 

Osoby zainteresowane odpowiedzią odsyłam do esejów 
„O technologii, tępocie i ukrytych rozkoszach biurokracji” 
Davida Graeber4| 


Jest całkiem możliwe, że liczba przypisów może prze- 
szkadzać, ale uważam, że niektóre wzmianki autora pro- 
wadzą do ciekawych idei, stąd, tak jak w innych dziełach, 
wskazuję odniesienia do wtrącanych uwag czy wykorzysta- 
nych skrótów. 

Jestem przekonany, że uważna czytelniczka odnajdzie 
wiele błędów w tym tłumaczeniu. Ponoszę za to całkowitą 
odpowiedzialność. 


Jacek Hummel 


Warszawa, marzec — czerwiec 2021 roku. 


3 zob. https://pl.anarchistlibraries.net/library/ 


david-graeber-utopia-regulaminow 





Seria „Czarna Flaga” 


W serii „Czarna Flaga” dotychczas opublikowano 


online|: 
.. Mężczyzna rodzaju żeńskiego, (The Female Man), 


Joanna Russ 


(The Cosmonaut Keep), Ken Mac- 
Leod 


Gwiezdna Frakcją'| (The Star Fraction), Ken MacLeod 


4. Kamienny Kanał, (The Stone Canal), Ken MacLeod 
W planach: 


Droga do Gwiazd, (The Sky Road), Ken MacLeod 
Oddział Cassini] (The Cassini Division), Ken MacLeod 
Radicalized'| Cory Doctorow 

Walkaway'| Cory Doctorow 

Dhalgren, Samuel R. Delany 


N = 


2 


SUR 0 R 


4 Gwiezdna Frakcja, Kamienny Kanał, Oddział Cassini, Droga do Gwiazd 
należą do tetralogii Jesiennej Rewolucji. 

5 jedyna pozycja Kena MacLeoda wydana w Polsce jako „Dywizja Cassini” 
przez Wydawnictwo Amber, jest dostępna w antykwariatach, bibliotekach lub 
w wersji ebook na stronach|https: //doci.pl/|lubjhttps: //docer.pl/| 

6. tytuł roboczy: Zradykalizowane 


1. tytuł roboczy: Odchodzący 


Spis treści 


WEEZZZZRCCEIENEESZE 4 
I. _MASZYNERIA WOLNOŚCI 
NODZE 8 
NEENEEEKTNE 32 
|opis ste Root 56 
leza wakadenatna k: 81 
PRD NE 105 
|ożżeuikicezianYć 122 
PERETODNEZE 141 
ITEM 164 
II. _PODBÓJ PRZEMOCY 
TRZEEEPZEWIEKTE 192 
+$4%W400AX 215 
owast zara 234 
NOOZEZEEE 255 
NISTEPOZEDE 288 


Rozdział 14. Kontrakt Terminowy na Walkę| . . .... 305 


Spis treści 500 






Rozdział 15. Kolejne Pęknięcie w [mmanentyzacji 





RZEDRZDNTONICE 356 
III. ZAPORY ANARCHII 
PERZZEKECECE 389 
PE 398 
REDEDNSTELETEZY 445 
RENEDRRTWASZE: 454 
RE żodekek GopRiW EA 484 
RSENTTKZZENZNZEKEKETE 495 
Posłowie od tłumacza| . . . . .... . . . . . . . . ..... 496 


Seria „Czarna Flaga”| ... . . . . . «. «1 «1 «1 11211... 498